Wczoraj było pierwsze losowanie w Narodowej Loterii Paragonowej. To taka inicjatywa Ministerstwa Finansów mająca na celu
zachęcić Polaków do brania paragonów fiskalnych za zakupione towary bądź usługi.
Moim zdaniem – ciekawa i słuszna.
Coraz częściej, kupując towar w sklepie,
pilnujemy, by wziąć paragon, bo jest on podstawą i warunkiem ewentualnej reklamacji.
Bardziej jednak pilnujemy tego w sklepie odzieżowym czy ze sprzętem
elektronicznym niż na przykład spożywczym. A szkoda, bo nieraz zdarzają się
pomyłki przy wydawaniu bądź metkowaniu towaru (osobiście miałam naklejone na
kupowanej na wadze szynce „naleśniki z jabłkiem”) – a to skutkuje niezgodnością
w rachunku. Nie każdy sprawdza to przy kasie, czasem orientujemy się dopiero w
domu – i co wtedy? Raczej już nic nie zrobimy. A jak zapłacimy za nieświeże lub
zepsute jedzenie? Bez paragonu też nic nie zrobimy.
Są takie miejsca, gdzie często kupuję,
ale chociaż pamiętam o paragonie, jest on mi dawany rzadko i niechętnie. Tam akurat
zazwyczaj płacę kartą, więc dostaję wydruk – potwierdzenie transakcji, po czym
obsługujący mnie pan zaczyna zachowywać się tak, jak gdyby wszystkie procedury
zostały dopełnione. Oczywiście dopytuję o paragon – wtedy słyszę, że już, zaraz
się wydrukuje. Pan faktycznie coś tam wbija i stuka na jakąś maszynę, a ona
wypluwa świstek z niechęcią. (Albo i nie wypluwa, bo się tusz czy papier
skończył). Paragon z tamtego sklepu jeszcze nigdy do niczego mi się nie
przydał, ale po prostu powinnam go dostawać, a nie wydzierać panu z gardła.
Zazwyczaj w sklepach jednak jest tak, że
to klienci nie biorą paragonu. Przy kasach pełno jest tych małych karteluszków,
które kasjer musi wydrukować. Co innego, jeśli chodzi o usługi. Paragony u
fryzjera czy lekarza dopiero zaczynają się pojawiać. Owszem, mogę zrozumieć, że
przyjmująca prywatnie pani logopeda wzięła za wizytę umówioną kwotę i nie
wręczyła na to kwitu. Ale zdziwiłam się, że w większej prywatnej przychodni zapłaciłam
w rejestracji – i nie dostałam żadnego paragonu. Ot, położyłam sto złotych,
pani wzięła, dała kartę i powiedziała, który numer gabinetu…
Loteria paragonowa ma dobre założenie.
Tak naprawdę można tylko zyskać. Rejestrujemy bowiem pokwitowania za to, za co
już i tak zapłaciliśmy – nie ponosimy żadnych dodatkowych kosztów. Nagrody są
atrakcyjne, poza tym otrzymuje je nie tylko klient – ale również sklep, z
którego paragon został wzięty. Można więc powiedzieć, że każdemu się opłaca.
Regulamin losowań, przyznawania nagród,
ich rodzaj, wszystkie zasady – dostępne są na stronie internetowej Loteria
Paragonowa. Wczoraj było pierwsze losowanie (na antenie publicznej telewizji, o
czym informowano na stronie Loterii). Loteria ma również swoją stronę na
Facebooku, o czym nie wiedziałam. Dopiero dzisiaj poszukałam, znalazłam i
poczytałam komentarze, które wprawdzie nie są oryginalne, ale stały się
inspiracją do niniejszego wpisu.
Polakowi nie dogodzisz. Wspomniałam wyżej
o celach i zaletach wspomnianej loterii. Tymczasem zdaniem komentujących nagród
jest za mało i nie takie, losowanie na pewno było nieuczciwe, nie było
informacji o dacie losowania (była!), formularz do rejestrowania paragonów
powinien być inny… Nihil novi.
A dla mnie udział w loterii to dodatkowa
korzyść. Przynajmniej uporządkowałam paragony na tyle, by móc w przybliżeniu
oszacować, ile i na co tak realnie wydaję. Nie muszę za to dostawać nagrody,
choć nie odmówię, gdy mnie wylosują. ;)