Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Historia z jajem w tle

Niedawno usłyszałam o sobie, że jestem perfekcjonistką. Tak powiedziała osoba, której zwierzałam się z rozterek na tle damsko-męskim. To określenie było dla mnie zaskakujące właśnie w tym kontekście, chociaż w ogóle  za perfekcjonistkę się nie uważam. Chciałabym nią być, pewnie… ale to dążenie, którego pełna realizacja nie jest możliwa.;) Niemniej do tej pory uważałam, że perfekcyjnie to można co najwyżej wysprzątać mieszkanie czy przygotować prezentację na szkolenie. Bo już w perfekcyjnie wykonaną redakcję/korektę zwyczajnie nie wierzę – zawsze można coś poprawić, rzadko udaje się niczego nie przeoczyć. Ale być perfekcjonistką w kontekście relacji międzyludzkich? Jak to w ogóle możliwe i o co chodzi?
Myślę, że koleżanka użyła po prostu niewłaściwego określenia. Ja tylko mówiłam, że zależy mi zawsze na zrozumieniu, dlaczego urywa się znajomość, która zapowiadała się obiecująco. Niby nic sobie nie obiecywaliśmy, ale jeśli widujemy się z poznanym w sieci panem z miesiąc, a on nagle przestał dzwonić, to po prostu chciałabym wiedzieć czemu. Czy mu nie odpowiadam, czy go czymś uraziłam, a może on się rozmyślił? Jest mi to potrzebne w zasadzie w celach samokształceniowych, by na przyszłość wiedzieć, jakich sytuacji czy zachowań unikać. I ponieważ tego oczekuję od innych, to sama też wobec innych staram się zawsze wyjaśniać motywy swojego postępowania. Zgodnie z prostą zasadą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Ale internety – a w zasadzie spotykani tam są ludzie są pełni niespodzianek. I najlepsze chęci mogą nie pomóc wyjaśnić spraw. Parę lat temu, za czasów akcji „Jajo”, miałam kilka sytuacji, że nie udało mi się umówić na pierwszą randkę. Z kimś, kto w swoim mailu deklarował zainteresowanie poważnym związkiem i przedstawiał się jako odpowiedzialny, dojrzały mężczyzna. Musiało być takich co najmniej dwóch, ale opowiem o jednej sytuacji. Może bym jej nie pamiętała, gdybym ostatnio nie znalazła maila do kumpla, któremu tę historię w skrócie opisałam. Dla jego fanu, ale również z nadzieją, że jako przedstawiciel płci odmiennej od mojej może wyjaśni mi, co właściwie się stało. Kumpel jednak nie potrafił – w sumie nic dziwnego. Bo było tak:

Dostałam maila, w którym pan zaprezentował się na tyle ciekawie, że napisałam do niego – wbrew wcześniejszym założeniom. (Akcja „Jajo” miała zasadniczo na celu przeprowadzenie eksperymentu – szczegóły w tym wpisie). Pan odpisał, podał nr telefonu i wyraził chęć spotkania. Więc odpisałam smsem, że owszem chętnie, i kiedy? To on – zaproponuj. To ja – że mogę tylko w sobotę. On – pewnie masz inne randki, ja w sobotę nie mogę, piątek lub niedziela wieczór. Odpisałam, że nie mogę, że niekoniecznie chodzi o randki, ale że bardzo chętnie spotkam się w przyszłym tygodniu. On na to, że skoro mam tyle ciekawych zajęć i randek, to on rezygnuje... Paranoja. Nie widział mnie koleś, a ja mam się tłumaczyć ze swojego życia? Można teraz zrozumieć, czemu – mimo pozytywnych walorów, wyłażących tłumnie z maila (nie tylko subiektywnych, ale pisał o pracy, o różnych rzeczach życiowych) – szuka w internecie. Albo o tych walorach kłamie, albo schizofrenik, albo jakiś zaborczy psychol. Więc nawet dobrze się stało. A może to była jakaś jego akcja? Ale wniosek z tej sytuacji mógł być tylko jeden: ludzie są bardzo różni… ;)

Wtedy to było „jajo”, dzisiaj wolałabym, żeby z tych randek w ciemno wyszło coś serio. Nie jest to proste i wcale nie zawsze – jak uważa koleżanka – załatwiam wszystko elegancko. Ot, parę dni temu po prostu przestałam odpisywać komuś, kogo – po przemyśleniu – skreśliłam z listy potencjalnych panów. Faktycznie, tak było łatwiej niż tłumaczyć się i przepraszać, choć mam prawo zmienić zdanie. ;)

Tymczasem siedzę nad książką, która jak zwykle jest prawie na przedwczoraj, a tłumaczenie baardzo surowe (ale dzięki temu powiększam zbiór perełek do „Wypisków korekcji” – już wkrótce przybędą świeżynki). I staram się wrócić do pełni sił. W końcu w następny weekend już wiosna! J

niedziela, 20 lipca 2014

Lajkowanie życia

Świat jest rzeczywiście dziwny. Ludzie, zamiast żyć ze sobą w pokoju, nieustannie prowokują konflikty. Nie chcą czy nie potrafią żyć w zgodzie? Widać to przecież zarówno w dużych społecznościach, jak i w mniejszych, lokalnych, nieraz jednostkowych. Kraje rywalizują o wpływy ekonomiczne, miasta domagają się większych dotacji (większych niż uzyskują inne miejscowości, dodajmy). W jednym mieście kibice klubów sportowych są dla siebie zagrożeniem – i bynajmniej nie wzorują się na sportowych zasadach fair play (które i w rywalizacji sportowej często zanikają, co potwierdzają coraz częstsze afery związane z nielegalnymi dopingami). Mało który wreszcie człowiek nie ma jakiegoś wroga. Co gorsza jednak, mam wrażenie, że tych wrogów szukamy sobie sami. Wynika to stąd, że nie potrafimy szanować poglądów innych ludzi, a domagamy się, żeby oni przyjmowali nasze. Bo przecież żyjemy w świadomości, że my jesteśmy mądrzejsi, lepsi, szlachetniejsi. I nasza racja jest jedyna słuszna.
Takim szczególnym przypadkiem człowieka, który nie może żyć bez wroga, jest hejter. Na pewno każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z wirtualną rzeczywistością, miał z kimś takim do czynienia. Hejter, nazywany przez media „specjalistą od nienawiści”, to w zasadzie człowiek bardzo nieszczęśliwy. Zasadniczym celem jego egzystencji jest szerzenie nienawiści, obrażanie wszystkich i wszystkiego. Ale co dzięki temu zyskuje? Na pewno nie przyjaźń czy szacunek społeczny (nawet innych hejterów, jak mniemam :D). Dlatego oceniam go jako nieszczęśliwca.
Ciekawe jest jednak, że hejtera nie tak łatwo spotkać w świecie pozainternetowym (choć młodzi chyba coraz mniej wierzą, że taki świat istnieje). A dlaczego? Otóż dlatego, że bardzo łatwo jest być odważnym w sieci, gdzie ma się bezpieczne poczucie anonimowości (nie do końca słuszne, aczkolwiek są eksperci, którzy potrafią się nieźle zakamuflować). Natomiast w świecie realnym, wygłaszając jakąś opinię, należy liczyć się z szybkim wzięciem za nią odpowiedzialności. Kto nie jest na to gotowy, albo siedzi cicho, albo starannie waży słowa.
Pamiętam, że jak chodziłam do podstawówki, na murze ktoś namazał „graffiti”. Pod nazwiskiem nielubianej nauczycielki namalowano dwa wielkie cyce. Pani uczyła tak wdzięcznego przedmiotu, jakim jest fizyka, a była – jak się dzisiaj poprawnie określa – puszysta. (Do tego stopnia, że kiedyś, siadając na krześle, zgniotła podłożoną złośliwie pinezkę). Szał twórczości. Na więcej owych „artystów” nie było stać. Na pewno jednak mieli satysfakcję, że farba, którą owo „dzieło” zamalowano, co jakiś czas spływała (po każdym większym deszczu)... a napis zostawał. Ciekawa jestem jednak, na co odważyliby się dzisiaj, mając do dyspozycji internet i gwarantowaną (ich zdaniem) anonimowość. Boję się, że na wiele. Sama tego doświadczyłam, jako nauczycielka i wykładowczyni. Na popularnych podówczas stronach społecznościowych – Grono i nk.pl – znalazłam interesujące wpisy. Nie było to miłe. Zastanowiło mnie jednak już wtedy poczucie bezkarności autorów. Niewyszukanym językiem przedstawiali opinie, których jednak nie mieliby śmiałości powiedzieć mi, patrząc w oczy. Bo to nie były złe dzieci. Przeciwnie – kwiat młodzieży: uczniowie warszawskiego liceum im. Batorego oraz studentki polonistyki.
Dzisiejsi hejterzy, to jak sądzę, dzieci Neostrady, które mają za dużo wolnego czasu i niekontrolowany dostęp do sieci. I uważam, że na tym właśnie należy się skupić, mówiąc o hejterstwie. Same słowa, choć często bardzo wulgarne i obraźliwe, są konsekwencją takiego stanu rzeczy. Bezstresowego wychowania. Chyba jednak nie ma co wyolbrzymiać problemu ani dodawać mu rangi – np. takimi powiedzeniami, że „Hejterstwo to nie zawód. To powołanie”. Nie. To dziecinada. I wyraźna informacja, że ten człowiek potrzebuje pomocy. Jeśli nikt nie zajmie się nim teraz, gdy wylewa swoją frustrację w internecie, może wyrosnąć z niego naprawdę groźny psychopata. A w najlepszym przypadku – skrzywdzony, „sprawny emocjonalnie inaczej” człowiek.


A na marginesie tych rozważań o wrogości między ludźmi i nienawiści. Któregoś dnia programy informacyjne zalały nas informacjami o kolejnych tragediach. Wypadki samochodowe, rajd sopockiego szaleńca, utonięcia. I oczywiście zestrzelenie malezyjskich linii lotniczych. Zwłaszcza to ostatnie budzi mój ogromny lęk, bo konsekwencje tego zdarzenia mogą być dalekosiężne. Premier Ukrainy zaapelował do innych państw m.in. o wsparcie militarne. Nie wiadomo, co przyniosą najbliższe dni. A my tymczasem wciąż wzajemnie się „hejtujemy”, zamiast „lajkować”. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie lepiej unikać sporów, nie prowokować ich, nie rozdmuchiwać? Nie chcę uprawiać czarnowidztwa i wieszczyć niczym Kasandra. Ale nawet jeśli konflikt rosyjsko-ukraiński nie przeniesie się poza te granice, to skąd wiemy, ile czasu nam zostało? Jeśli dużo – to tym bardziej warto postarać się, by żyć w pokoju i radości. I po prostu lubić swoje życie i siebie nawzajem.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Dla Kociej Łapki

Mam mieszane uczucia…
Zawsze wydawało mi się oczywiste, że dobre uczynki wywołują radość u wszystkich. I u tego, co ten uczynek robi, i tego obdarowanego. Potem coraz częściej spotykałam się z postawą typu „mi się należy”. Starałam się więc podchodzić rozsądnie do tego tematu, czyli nie oczekiwać jakiejś wdzięczności, bo to egoistyczne i odbiera wartość tego dobra, którym się kogoś obdarza. Choć z drugiej strony – okazując wdzięczność, obdarowany nic na tym nie traci, za to ja zyskuję uczucie, że moje działanie było sensowne i pożyteczne. Nie chodzi o jakieś wylewne dziękczynienie, słowo „dziękuję” wystarczająco zamyka sprawę, a jeśli jeszcze jest powiedziane z uśmiechem, to w ogóle super. Niektórzy nawet szukają później okazji do zrewanżowania się. Też tak kiedyś próbowałam, ale zdarzyło się w życiu, że duże przysługi wyświadczyły mi osoby, którym w żaden sposób nie mogłam tego oddać. (Nie znaczy, że one tego oczekiwały, to była moja potrzeba). Ponieważ jednak otrzymana pomoc była w większej mierze niematerialna, a bazowała po prostu na życzliwości, pomyślałam, że spróbuję tak postępować wobec innych, którzy znajdą się w podobnej jak ja sytuacji. Jedynie w ten sposób mogę odwdzięczyć się swoim dobroczyńcom i przyjaciołom: będąc dobroczyńcą i przyjaciółką dla innych potrzebujących.
Nikt nie jest doskonały, ja tym bardziej, ale staram się pamiętać o tym postanowieniu. Życzliwość w kontaktach z innymi osobami wydaje mi się kwestią bardzo naturalną, oczywistą – tego oczekuję od innych i sama się o to staram, zakładając zarazem margines na to, że ktoś może mieć z różnego powodu zły dzień i nie oceniać od razu. Wiadomo, różnie bywa. Ostatnio jednak powoli zaczynam się zastanawiać, czy moja postawa i oczekiwania wobec innych ludzi są tylko dziecinne, czy to już po prostu szczyt głupoty. Mam bowiem wrażenie, że ostatnio nie tylko nawet trudno usłyszeć „dziękuję” za okazaną pomoc. Coraz częściej zdarza się natomiast, że niektórzy krytykują tego działania – skierowane do nich i nie do nich. Tak po prostu, dla dziwnie rozumianej sztuki…
Bardzo doceniam osoby, które działają w przeróżnego rodzaju wolontariatach czy nawet za pieniądze, ale poświęcają swój czas innym, tego czasu potrzebującym. Rozumiem, że nie każdy może pomagać. Ktoś nie ma czasu, ktoś inny – możliwości, jeszcze inny skupia się na najbliższych osobach, to jest jego codzienne zadanie i nie ma nawet chęci angażować się w jakieś prospołeczne zadania. Czy naprawdę jednak tłumaczy to niewdzięczność? Jestem mimo wszystko wciąż poruszona nagonkami na fundacje. Zaczęłam to widzieć od czasu, kiedy przeczytałam na piekielnych wpis, który zaowocował notką u mnie. Teraz, niedawno, sprawa nagonki na Kocią Łapkę (też o tym pisałam). Oczywiście, każdy ma prawo do swojego zdania i może je wyrazić. Mniej oczywiste dla niektórych jest, jak zrobić to w sposób kulturalny. Może nawet takie osoby by się zdziwiły: „Przecież nie używam wulgaryzmów, więc jest kulturalnie”. Naturalnie, to się też chwali. Tylko zanim się kogoś zaatakuje, może warto by pomyśleć, dlaczego? Czym ta osoba na to zasłużyła?
Konkretny przykład Kociej Łapki. Fundacja pomagająca kotom, nagle zaczyna otrzymywać insynuacje, jakoby żerowała na kotach, zbierała pieniądze na leczenie tych, które dawno biegają za Tęczowym Mostem, ba! było posądzenie o kradzież kota. Na ich stronie pojawiają się niemiłe wpisy, pozornie mające na celu wyjaśnienie sytuacji, ale żadna odpowiedź nie jest przyjmowana dobrze. Raczej – staje się pretekstem do podważenia wiarygodności Fundacji. Po co? Nie rozumiem.
Myślę, że tym osobom z Fundacji musi być bardzo, po ludzku przykro. Robią coś dobrego dla kotów. Nikt nie musi tego doceniać, same się do tego zobowiązały, bo chciały. Ale nie rozumiem ataków na takie osoby. Jeśli uważam, że Fundacja działa nieodpowiednio, to zgłaszam do odpowiedniej instytucji albo po prostu nie wpłacam pieniędzy. Wystarczy. Co chcą uzyskać osoby, szkalujące Fundację na jej własnym profilu (być może gdzie indziej też), insynuujące niewłaściwe zachowania – i bardziej oburza chyba posądzenie o zaniedbanie kotów niż o zwykłe malwersacje. ;) Kiedy odszedł jeden z kotów, niektórzy wyrażali swoje „zdumienie”, że dziewczyny pisały na tablicy FB o innych kotach i ich losach. No jak to, udawały, że się tak przejmują, a teraz co? Dzień minął i zapomniały? Nie wiem, jak ja bym się czuła, gdybym przeczytała coś takiego skierowanego do siebie. Nikomu, kto ma choć trochę empatii, nie trzeba tego tłumaczyć. Nie znam Kociołapkowych podopiecznych osobiście, ale wirtualnie też się przywiązałam i też czułam smutek. A co musiały czuć osoby, które zajmowały się nim na co dzień? Tylko co w takiej sytuacji mają zrobić? Dopóki było o co walczyć, działały, ale niestety, tym razem się nie udało i życie musi toczyć się dalej. To nie znaczy, że się zapomina…

W tym wszystkim Kocia Łapka ma jednak wielu przyjaciół. Wielu zwykłych niezwykłych darczyńców, którzy co jakiś czas zasilają koty możliwymi dla nich kwotami. Też się staram to robić. Czasem wystarczy napisać pod postem dobre słowo – na pewno też cieszy. A dodatkowo sprawia radość fakt, że wśród tych przyjaciół są osoby znane, jak np. Agnieszka Włodarczyk, która część wygranej z programu „Twoja twarz brzmi znajomo” przeznaczyła właśnie na Kocią Łapkę. Więc, kochana Kocia Łapko: myśl o tym, o takich osobach. Chciałam na koniec napisać: psy szczekają, karawana idzie dalej – ale nie chcę tych złośników i trolli porównywać do zwierzątek. Zatem po prostu: nie przejmujcie się. Robicie kawał dobrej roboty i ja, Sajrinka, jestem z was dumna. Może kiedyś też będę sławna, to dopiero będę Was wspierać! A na razie dostarczę party mixa dla Gucia. :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak sklep stracił klienta

Tym razem nie będzie to w formie punktów (jak „Śniadanie mistrzyni”), tylko krótkie – jak wiadomo, to pojęcie względne – zwierzenie osoby, która nie rozumie niektórych sprzedawców internetowych.
Kocio, zakochany w wędce z piórkami, zgodnie z przewidywaniami rozszarpał ją dość szybko. Od tamtej pory nasze dni nie były łatwe. ;) Ciężko mu było przestawić się na inne zabaweczki, choć ma ich spory wybór, ale widać było, że bawi się nimi z braku laku. Nawet laserek cieszył zaledwie chwilę. Łaził więc po regałach – mimo zakazów, wymuszał uwagę i ewidentnie marzył o piórkach. Przez moment bawił się właśnie nimi „luzem”, ale wiadomo, ani to nie fruwało „samo”, ani nie było gromadne – no po prostu nie to.
Nie, nie zostawiłabym Kocia w tym stanie. Już w momencie, gdy zorientowałam się w opłakanym stanie wędki, a chwilę przed jej wykończeniem, zamówiłam kolejną dostawę. Paradoksalnie problem polegał na tym, że są one stosunkowo tanie. Minimalna wartość zamówienia w sklepie, gdzie są dostępne, wynosi ok. 49 zł, a  żeby nie płacić za dostawę, warto zamówić za 99 zł. Mój błąd, być może, że nie zamówiłam po prostu wędek za tę ostatnią kwotę. Na jakiś czas mielibyśmy spokój. ;) Ale pomyślałam, że to będzie jednak przesada, zamówiłam więc wędek sześć, dwa razy po takim proponowanym „trójpaku”, atrakcyjniejszym cenowo. Uzupełniłam przy tym zapas karmy – to zawsze się przyda. Nawet wyliczyłam datę zamówienia tak, by pogodzić ją z terminem dostawy. Ostatnio bowiem miałam trochę problemów z obsługującą klientów tego sklepu firmą kurierską. Wszystko wyliczone, zapłacone z góry – znów nie pomyślałam o opcji „za pobraniem”, ale jakoś wolę robić przelewy. Wróć, wolałam. I czekamy z Kociem…
Jest, wczoraj siedzę w domu, dzwoni domofon, kurier z paczką! Ależ się wszystko ładnie udało! Biegnę do paczki szybciej niż do jakiegokolwiek sklepu z butami i torebkami, otwieram ją najszybciej jak mogę, a Kocio oczywiście siedzi mi prawie na głowie, względnie na plecach. Wszystko na pierwszy rzut oka jest, choć trochę nieporządniej niż zazwyczaj – tzn. jakieś opakowanie rozerwane, puszki się rozleciały, ale to puszki, nic się nie stało. Rozrzucam zawartośc, jak gdyby to był prezent od Mikołaja, szukam wędek. Jest! Jak to – jest? Miało być sześć, jest jedna…
Wyciągam rachunek, no na fakturze jest wyraźnie napisane, że zamówiono i opłacono sześć wędek. A w pudełku jedna… No cóż, myślę, dobrze, że chociaż jedna. Od razu „przegoniłam” kota, który fruwał prawie jak te uciekające przed nim piórka. Kiedy wreszcie mi padł i zasnął, napisałam do serwisu klienta. Przecież pomyłki się zdarzają, na pewno mi szybko pozostałe wędki doślą. Opisałam w formularzu sprawę, wysłałam. Odpowiedź przyszła szybko. W niej… zawarta była prośba o dokładniejsze przedstawienie problemu. Nie wiem, jak to inaczej i precyzyjniej można opisać… No nic, nie będę połowy dnia tracić na pisanie maili, szkoda czasu. Wzięłam telefon, zadzwoniłam na infolinię. I tam odbiłam się od miękkiej ściany.
Tak, ja wiem, że konsultanci nie odpowiadają za politykę firmy. Ale po pierwsze, przeraził mnie głos pierwszej pani, z którą rozmawiałam. Naprawdę mówiła tak, jakby konała, ale resztkami sił starała się jeszcze wykonywać swoją pracę. Polegającą na tym, by powiedzieć klientowi, że firmie się nie opłaca dosyłać mi towaru za taką kwotę, wolą zwrócić mi pieniądze. Próżno tłumaczyłam, że kot kocha te wędeczki, a ja – kota, że pieniędzmi nie będzie się bawił, że po prostu te wędki są niezbędne do zadbania o koci dobrostan. Nic nie trafiało, umierający automat odpowiadał wciąż to samo. Okej, pani nic nie może, rozumiem. Ale pani sama proponuje, że przełączy mnie gdzieś wyżej. Dało to tyle, że wzrósł mi rachunek za rozmowę, za to nie rozmawiałam z konającą. W związku z tym pozwoliłam sobie dobitniej i wyraźniej powiedzieć, co myślę o takim traktowaniu klienta. W kulturalnych słowach, żeby nie było. Ja jestem klientem w krawacie. Sprawy jednak nie załatwiłam.
Kiedy już odpoczęłam po rozmowie z infolinią, kiedy już uporządkowałam uczucia, postanowiłam sprawę zakończyć następująco. Zamówiłam taką ilość wędek, żeby mieć zapas do czasu, aż pani Emilia znajdzie ich producenta i sprowadzi do swojego sklepu. Któremu od tej pory będę już bezwzględnie lojalna. ;) Jednak Kocio musi się tymi piórkami bawić, służy to naszym wspólnym relacjom, więc zapas trzeba mieć.
Teraz drugi punkt programu. Wcześniej już zasygnalizowałam, iż firma kurierska obsługująca owego niefajnego zoologa również nie poprawia wizerunku sklepu. Bo ustalmy, przeciętnego klienta guzik obchodzi, że sklep to jedno, a dostawca to drugie. On płaci całość i ma mieć dostarczony towar zgodnie z umową. Wszelkie problemy firmy nie są jego sprawą. Starałam się być znowu nieprzeciętna, wyjść przed szereg i z empatią podejść do kurierów. Uwierzyłam, że ich los jest ciężki, pracy dużo, rąk mało, chłopaki się z paczkami nie wyrabiają. Pytanie, czemu ich jest mało. Dzisiaj, gdy pracy brakuje…? Czyżby firma olewała, brzydko mówiąc, jakość ich pracy i cięła koszty, zniechęcając potencjalnych kandydatów i zostawiając sobie tych najbardziej zdesperowanych, z kredytami bądź alimentami? Nie oszukujmy się, odbija się to na jakości. Sama tego doświadczyłam, a podkreślam, jestem klientem zazwyczaj nieawanturującym się. Tym razem jednak pomyślałam, że wezmę paczkę za pobraniem. Dotychczas płaciłam z góry, więc kurier miał w nosie, gdzie mi tę paczkę zostawi. Dla mnie nie było to obojętne, zwłaszcza przy ostatniej, około dwudziestokilowej paczce (40 litrów żwirku)…
Kiedy dziś kurier zadzwonił o siódmej rano, przestałam uważać swój pomysł za genialny. Pomijam drobiazg, że wczoraj zaczął mi się stan przedmigrenowy, który trzymam w szachu jakimiś lekami, niestety nieobojętnymi dla mojego żołądka. Rozumiem, że kurier ma więcej paczek i musi jakoś się zmieścić w czasie. Ale to znaczy, że ja mam siedzieć w domu i czekać od – do, bo inaczej jaśnie pan kurier nie przyjedzie? A musi, bo musi dostać pieniądze… Ciekawe, jak się to skończy, bo akurat dzisiaj i jutro mam lekarzy, w tym od lutego wyczekiwanego okulistę… Na infolinię sklepu nie zadzwonię, bo już kiedyś próbowałam, poza tą wczorajszą reklamacją, ustalić termin wysłania paczki. Nic się nie da, nic nie wiedzą i – co już nie jest zwerbalizowane, ale dla przeciętnego człowieka zrozumiałe – nic ich to nie obchodzi… I właśnie tego ostatniego nie rozumiem.
Mamy czasy, w których coraz więcej spraw można załatwić przez internet, a zakupy powinny należeć do tych mniej skomplikowanych. Rozumiem, że gdy wchodzę do supermarketu, jestem igłą w stogu siana i faktycznie nikt tam specjalnie nie będzie mnie dopieszczał. Tyle że akurat nie po to tam chodzę. ;) Spokojnie sama mogę zająć się sobą, nie potrzebuję specjalnych względów, ale też mam bezpośredni kontakt z towarem i odpowiadam sama za jego ilość i jakość. (Z ceną, wiadomo, bywa już różnie…). Oraz za doniesienie do domu. W sklepie internetowym, siłą rzeczy, jest inaczej. I może jestem naiwna, oczekując, że wszystko będzie w porządku. Jednak oczekuję. Bo sklep również ma korzyści, gdy wywiązuje się z zobowiązań. A zadowolony klient wraca. I oczywiście rozumiem, że może zdarzyć się wpadka. zgadzam się też, że polityka firmy „klient ma zawsze rację” nie zawsze musi się sprawdzić. Coś jednak powinien zrobić, by klient poczuł się usatysfakcjonowany.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdarzyło mi się kupować w kilku internetowych sklepach. Pierwszy i ostatni raz – zamówiłam w pewnej firmie krzesło biurkowe. Tak, to nie jest zakup, który będę często powtarzać. Ale przysłanie wszystkich elementów poza nóżką – to mnie trochę zdziwiło. Jeszcze bardziej – dosłanie części, gdy tylko wypełniłam automatyczny formularz braku. Nikt tego nie weryfikował? Czyżby założyli moją uczciwość, czy też wiedzieli, że tego nie dosłali…? Potem – zakupy spożywcze. Dostałam zgniłą cebulę. Po reklamacji dostałam przeprosiny, ale cebulę musiałam już kupić sama. ;) Okej, mój błąd, że kupuję taki towar przez internet. Następnym razem świeże rzeczy będę wybierać sama.

W obu przypadkach sprzedawca próbował jakoś zrekompensować mi brak. A zoolog się na mnie wypiął. Przejrzałam ich stronę na FB, moja opinia o dostawcy jest podzielana przez wielu. Na pewno nie od dzisiaj. Skoro nic nie robią, to znaczy, że nie zależy im na klientach? Nie szkodzi, ja z nimi skończyłam. I na pewno zadbam o antyreklamę. To pierwszy krok w tej sprawie. Za to energiczniej zaangażuję się w sprawę małych sklepów, gdzie klient i jego lojalność są doceniane nie kartami, ale po prostu solidnością transakcji, opartej na zaufaniu. Wierzę, że tak można.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bzdety internety

Ostatnio coraz częściej słyszę od znajomych osób, że oni to nie mają profilu na Facebooku albo jeśli nawet mają, to nie bardzo mają ochotę przeznaczać na to czas. Nawet nie to, żeby świadomie, po prostu jest tyle innych rzeczy wokół do zrobienia. W podobnym tonie padają nieraz wypowiedzi na temat oglądania seriali. Mało kto przyzna się do ich regularnego oglądania, bo przecież obciach. Chyba że chodzi o zaplanowane oglądanie na płytkach dvd, ew. w internecie. O, to tak. Natomiast oglądanie seriali w telewizji – przypomnijmy: systematyczne – świadczy o nadmiarze wolnego czasu i nieumiejętności zagospodarowania go. Podobnie jest z siedzeniem w necie.
Co do serwisów społecznościowych, to nie ukrywam, że długo nie umiałam z nich korzystać. Wolałam raczej czytać teksty ciągłe (nawet jeśli były w sieci), ew. dyskusje na forum, ale nie brałam w nich czynnego udziału. Byłam na jakimś Gronie, potem ­– naszej-klasie, teraz na Facebooku. I co? W pewnym momencie miałam wrażenie, że znajomych raczej zaczęło ubywać. Pozornie można było spotkać za to wiele nowych osób. Owszem, z Grona wyniosłam jedną, do dziś trwającą znajomość. Za to reszta… No nie wiem, może to ja miałam złe podejście. Wydawało mi się bowiem, że skoro ktoś zaczepia czy dodaje do znajomych, to chce naprawdę się zapoznać. Oczekiwałam jednak „skonsumowania” tej znajomości w świecie realnym. Internet miał być takim punktem zaczepienia, ale nie środowiskiem życia. Sądziłam tak, odwiedzając serwisy randkowe (i myślę, że sporo innych osób też, ale ci, którym się tam nie udało, niespecjalnie lubią się do tego przyznawać), miałam na to nadzieję, fajnie pisząc z kimś z forum tematycznego – ale dzień lub dwa, a nie parę lat. Wydawało mi się to oczywistym, bo skoro nie jesteśmy bytami wirtualnymi, to i takie powinno być nasze życie. Realne, konkretne, namacalne...
Im bardziej jednak tej rzeczywistości łaknęłam, tym mniej jej miałam. Stopniowo zaczęłam się na to godzić. Przestałam proponować spotkania na kawę czy wspólne wyjścia (nie mówię o randkach), nie było potrzeby wysyłania sms-ów, w sumie nawet nie trzeba było dzwonić i pytać, co słychać, bo wystarczyło zerknąć na status. Życie przeniosło się „tam”.
Znów, nie zaczęłam od serwisów społecznościowych. Wciągnęły mnie fora tematyczne, a bardziej od artykułu prasowego interesowały mnie komentarze internautów, choć szokowały mnie niektóre poglądy, ale i forma wypowiedzi – niekiedy bardzo agresywna. Zaczęłam łapać zasady netykiety oraz internetowe słownictwo. Nie mam o nim najlepszego zdania. Poza skrótami, nie ukrywam, że czasem przydatnymi (ileż szybciej pisze się „btw.” niż „swoją drogą” albo „IMO” niż „moim zdaniem” – a jaka oszczędność w sms-ach na znakach), jest ono niestety na coraz niższym poziomie, nawet w porównaniu do jego poziomu sprzed dziesięciu lat (tak, wtedy już istniał ten świat – czego czasem nie ogarnia współczesna młodzież). Wypowiadający się w sieci czują się anonimowi, więc bezkarni, zatem wydaje im się, że mogą pisać, co i jak chcą: niegramatycznie, nieortograficznie, wulgarnie i prymitywnie. O ile te dwie pierwsze cechy można jakoś przeżyć (jak też celowo niewypunktowany brak polskich znaków, bo to niekiedy wiąże się z możliwościami sprzętu, którego używamy), to dwie pozostałe bardzo zasmucają. Choć jest to również jakiś znak czasów: mnie się wydaje (słowo klucz), że ktoś odważnie bluzga, tymczasem bywają środowiska, gdzie tak po prostu się mówi – a więc i pisze.
Widać to na stronach serwisów społecznościowych. Facebook ma dumną zasadę, że należy podawać prawdziwe dane, więc mniej jest osób kryjących się za pseudonimami, zresztą znajomi i tak często je znają, tak samo zresztą jak bogactwo i skład osobniczej leksyki. Tu jednak akurat mniej o formę mi chodzi. Nawet bowiem jeśli ktoś pisze nad wyraz wzorcowo, to wciąż wolałabym, żeby tak do mnie… mówił. Po prostu. Tymczasem prawdziwy kontakt zaczyna być zastępowany zdawkowymi formułkami, statusami i udostępnianymi ciekawostkami. Z jednej strony, owszem, poznajemy być może inną stronę danej osoby, dotychczas mniej znaną. Ale z drugiej, czy nie fajniej byłoby o tym po prostu się dowiedzieć…? Takie „poznawanie się” to trochę jakby podglądactwo. Zresztą czasem bez tego „jakby”, bo w sieci – nawet jeśli bardzo się staramy – trudno ukryć się przed obserwacją. Kończy się na tym, że pozornie dużo wiemy o danej osobie, nie widzimy zatem potrzeby, by się z nią częściej widywać (albo wcale do tego nie dążymy), bo po co? Powstaje przy tym złudzenie, że prowadzimy jakieś niesłychanie bogate życie towarzyskie, że jesteśmy w centrum uwagi lub sami znajdujemy się bliżej kogoś przez nas cenionego (nie mam na myśli „elyty celebryckiej”). A potem przychodzi długi weekend i wpatrujemy się z oczekiwaniem w ekran, czekając na to, by ktoś pojawił się na czacie. Sami przy tym się ukrywamy z naszą obecnością, bo wstyd przyznać, że nie mamy innych planów. I czekamy…
Nie należy jednak demonizować. Owszem, czasem wpadam w pułapkę zacierania się granic świata realnego i netowego, i od awatarów oczekuję bycia ludźmi. ;) Ale przecież serwisy społecznościowe to nic złego. Jak wspominałam wyżej, mam przynajmniej jednego kumpla z takich stron. Zaczynają też pojawiać się też nowe osoby, czas pokaże, co z tego wyniknie. Ważne jednak, by świat wirtualny nie przesłonił nam rzeczywistego oraz by mądrze korzystać z jego zasobów. Fajnie, że coraz więcej rzeczy w sieci można kupić czy wypromować. Również dzięki netowi zaczynam poznawać kociarzy i powoli wchodzić w kocie środowisko. Z drugiej strony, nie musiałam sięgać po pomoc Facebooka, by poznać przemiłą panią ze sklepu zwierzowisko, z którą bardzo fajnie mi się rozmawia – chociaż ona nie ma kota.;) A gdyby nie było Facebooka, to chcąc mieć kontakt z kociarzami, musiałabym wybrać się do rzeczywistego schroniska czy domów opieki nad kotami.

Myślę, że gdybym miała więcej obowiązków, kwestia serwisów społecznościowych rozwiązałaby się sama w sposób naturalny. Jednak jest, jak jest, i nie widzę powodu, by nie korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Ważny jest umiar i złoty środek, jak zwykle zresztą. Pilnuję poza tym przestrzegania zasady: nie dyskutuje się z idiotami. Sprowadzą cię do swojego poziomu, a potem pokonają doświadczeniem. Dziękuję, wolę ten czas przeznaczyć na cokolwiek innego :)