Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wetmedic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wetmedic. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

Krówka na wypasie

Jakoś tak niedawno dowiedziałam się od sympatycznej Pani w zoologicznym sklepie, że kastrowany kotek może wcześniej przejść na karmę dla dorosłych kotów. Przejęłam się tą uwagą, ale z drugiej strony – nie byłam do końca pewna jej słuszności. Nie, żebym Pani Emilce nie wierzyła, ale „weryfikowanie informacji” to moja naturalna pasja. I jaki świetny temat, by sobie z kimś porozmawiać! No, konsultacja z wetem w tej sprawie była, poza oczywistą przyjemnością (kolejna cudowna pani z Wetmedic), także kosztowna, ale za to miałam pewność, że kot będzie karmiony należycie. Zaraz też zresztą byłam z nim w przychodni na profilaktycznych badaniach, więc został zważony i oceniony pod względem prawidłowości wagi (jest idealny, jakżeby inaczej! :)). Kocio dostał karmę z półki „Adult” i uznałam, że pod tym względem sumienie mogę mieć spokojne.

A nie, nie do końca. Bo oprócz rodzajów karmy dla kota jest też kwestia częstotliwości jej podawania. Na samym początku, kiedy przyszłam z Kociem do domu, postawiłam mu miskę z suchym żarełkiem „na stałe”, a mokrą karmę porcjowałam. Chyba wyczytałam tę radę w internecie. Jeśli czytają to osoby, który uczestniczyły w moim procesie dojrzewania do podjęcia decyzji o przygarnięciu kota, to pewnie pamiętają, że najbardziej panikowałam właśnie pod tym względem, czyli: jak toto karmić? Nie tylko „czym”, ale i „jak”. Nie wiem, czy uzyskałam wtedy wyczerpującą odpowiedź, ale pewnie nie, skoro w momencie nieoczekiwanej wprowadzki nowego lokatora guglowałam te tematy.

Potem już było oczywiście spokojniej. Kot jadł to i tyle, co miał nasypane i nałożone, i jakoś sobie z tym radził. Widać było, że jest ok. Znaczy, że metoda dobra. Skonsultowałam to zresztą w przychodni, z której zabrałam Kocia, był akcept, więc nie widziałam problemu. Pojawił się on – najpierw w mojej głowie – trochę później. Zaczęłam się nagle, z różnych źródeł, dowiadywać, że niektórzy karmią koty kilka razy dziennie. W sensie, że karmę suchą i/lub mokrą wydzielają, a nie ustawiają w trybie całodobowej dostępności. Jeszcze się tym tak bardzo nie przejmowałam, bo Kocio, jako młodziak, miał prawo jeść, ile chcąc (tak uznałam), ale kiedy przeszliśmy na poziom „adult”, pomyślałam, że czas i to zmienić. Z lekkim bólem serca pochowałam miski, bo i dla mnie w sumie był to wygodny sposób obsługiwania kocurka. Skończy się spanie rankami, pomyślałam. Miałam rację, ale stało się tak z innego powodu... ;)

Po rozmowie z miłą panią wet przywróciłam dawne obyczaje. Miska z suchą karmą, dobraną idealnie do jego zaburzonego nieco przewodu pokarmowego, stoi na honorowym, niezmiennym miejscu, natomiast wędruje talerz z pokarmem mokrym. A to się na balkonie pojawi, a to w kuchni, a to obok suchego – wszystko zależnie od mojej (tak!) wygody. Kocio się nie kłóci i grzecznie zjada to, co dostanie (chyba że nie) i w tym miejscu, gdzie akurat się obaj (on i posiłek) znajdują. I to nie podlega dyskusji.

Natomiast niesamowicie kontrowersyjna okazała się sprawa tej całodobowej miski. Ot, w pewnym momencie kot mi zgłupiał i przestał spać w nocy. Bynajmniej nie z głodu, po prostu – przypływ adrenaliny, energii i „gimbusiarstwa”. P Po tygodniu takich bezsennych nocy uznałam, że chyba jest jakiś problem. Naprawdę, wcześniej AŻ TAK nie głupiał. ;) Bawiłam go wieczorami, pewnie, ale on z kolei często lekceważył moje starania o przyzwoitych porach. O tych nieprzyzwoitych (druga, trzecia nad ranem) to z kolei ja nie chciałam. :P Wreszcie, wyzuta z sił, wyżaliłam się na fejsbukowej kociej stronie. Niby pytałam o radę, ale sama i tak już dużo wiedziałam (zresztą byłam już po dwóch spotkaniach warsztatów PetBonTon), ale zawsze jest nadzieja, że ktoś… coś…

I tam dowiedziałam się, że miska z jedzeniem, dostępna na okrągło, jest paśnikiem. Co mnie zaskoczyło i bardzo mi się nie spodobało. Natomiast dzięki tej sytuacji przypomniałam sobie, że do wiedzy z internetu należy podchodzić z dużym dystansem. Bo czemu nie zgadzam się z tym poglądem? Otóż, po rozmowie ze znawcami tematu „w realu”, a do nich zaliczam też poglądy przedstawiane przez kociarzy na zajęciach PetBonTon, myślę, że kot, mający dostęp do miski z żarciem na okrągło, wcale nie będzie szybciej tył. Przeciwnie, ponieważ wie, że jedzenie jest stale dostępne, nie musi najadać się na zapas. Zje tyle, ile mu trzeba. Owszem, zgadzam się, że kot to myśliwy i bardzo podobają mi się koncepcje Julii z PetBonTon, by kotu czasem w jedzeniu „poprzeszkadzać”. A to je rozsypać (i niech szuka), a to rzucić,  a to podać np. w kratce po jajkach. Ale nie zawsze jesteśmy przy kocie. Ja, która spędzam w domu naprawdę dużo czasu ze względu na sytuację zawodową (a raczej jej prawie brak), nie byłabym w stanie tak wydzielać mu jedzenia, by móc kontrolować, ile on zjadł i kiedy. Za to jak nasypię określoną ilość „paszy” do miski  to wiem, co i jak, nawet jeśli mnie dłużej nie ma.

Oczywiście znów pada argument przeciwników „paśnika”: że karma wietrzeje. Cóż. Ustalmy, że w misce znajduje się np. dobowa lub dwunastogodzinna porcja żywności. Rzeczywiście, straty odżywcze będą niezmierzone. (Ironia, jeśli ktoś nie zauważył). A jak podaję uparowane mięso, to też jest bez pewnych elementów (nie tylko tych złych). Mówi się trudno. I tak wiem, że w przypadku Kocia jego karma jest dobrej jakości. Na tyle, że ewentualne straty podczas „wietrzenia” nie pozbawią jej całkiem wartości odżywczej.

A traktować Kocia jak krówki przy paśniku nie mam zamiaru i nie pozwolę nikomu nawet sugerować, że nią jest! O.

poniedziałek, 19 maja 2014

Z wizytą u Cioci Ani

Ciocia Ania to nasza ulubiona pani weterynarz. Tak, nasza, nie tylko Kocia. Szukałam bowiem dla niego lekarza, który również mi by odpowiadał. Podobnie bym pewnie szukała lekarza dla swojego dziecka.
Na czym mi zależało? Przede wszystkim na tym, bym mogła takiej osobie zaufać. A jak mam uwierzyć lekarzowi, którego nie interesuje, co mam do powiedzenia o zachowaniu zwierzaka? Wywiad jest bardzo istotną częścią przy diagnozie. Poza tym chciałabym, żeby lekarz rozmawiał ze mną rzeczowo i uczciwie.
Jasne, że niebagatelną kwestią przy wyborze było wyposażenie gabinetu i dostęp do podstawowych narzędzi diagnostyki. Nie wyobrażam sobie jeździć po mieście z chorym futrem, żeby zrobić zwykły rentgen. Lepiej od razu trafić tam, gdzie można go obejrzeć w całości. Ale z drugiej strony, nadmiar specjalistów i specjalistycznego sprzętu prawie na pewno gwarantuje kolejki. Nawet jeśli nie do internisty, to tłok w poczekalni nie sprzyja spokojowi zwierzaka.
Poczekalnia to zresztą kolejny element, na który zwracam uwagę przy wyborze kliniki. Zarówno dla mnie, jak i pacjenta ;) ważne jest, by czekać w dobrych warunkach. To znaczy takich, gdzie nie słychać, co dzieje się w gabinecie i ewentualnym szpitaliku, żeby było gdzie usiąść i/lub położyć transporter, a zarazem – żeby móc zachować jakąkolwiek odległość od innych zwierząt.
Nie jestem krezuską, ale wolę zapłacić czasem parę złotych więcej, za to mieć zapewniony pewien komfort. I dać go przy okazji sierściuszkowi. Zresztą, łatwo się przekonać, że pozorne oszczędności się mszczą. Jeśli pójdę do weta, któremu nie ufam, ale u którego jest taniej, być może będę miała wątpliwości co do diagnozy. I co wtedy? Konsultować się gdzieś indziej? To dodatkowy koszt. Zaryzykować, że kotu nic nie będzie? Może kosztować najwyższą cenę lub „co najwyżej” poważną chorobę i komplikację spowodowane powikłaniami, gdy np. wcześniejsze prawidłowe rozpoznanie pozwoliłoby na wyleczenie infekcji w zarodku.
Ja i mój kot mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na Ciocię Anię – jak mówię o naszej pani weterynarz z przychodni Wetmedic. Świadomie podaję nazwę, bo uważam, że warto polecać tę przychodnię. Nie tylko Ciocia Ania (czyli pani Anna Wieczner) jest wspaniała. Każdy lekarz, którego miałam przyjemność i konieczność tam spotkać, jest naprawdę lekarzem z powołania. Czasem żałuję, że zajmują się tylko zwierzętami… ;)
Wetmedic akurat obchodzi dziesięciolecie swojej działalności. Przez ten czas widać, zwłaszcza po przychodni na Zwycięzców, że „firma” wciąż się rozwija. Niestety, ta na Kwiatkowskiego jest traktowana chyba troszkę po macoszemu, a szkoda. No i brakuje mi wspólnego systemu, który pozwalałby na dostęp do danych i historii pacjenta zarówno pod jednym, jak i drugim adresem – bo ja np. czasem nie mogę podjechać z futerkiem, a Kwiatkowskiego mamy rzut beretem. Może jednak z czasem i to będzie.

W każdym razie moja przygoda z przychodnią – i Ciocią – zaczęła się za czasów Agrafci, mojej świnki morskiej.





Szukałam wtedy weterynarza od zwierząt egzotycznych. Najlepiej niedaleko, bo jednak jazda komunikacją miejską ze zwierzątkiem to dodatkowy stres (o czym niestety musiałyśmy się obie przekonać). Podczas jakiegoś spaceru po osiedlu wypatrzyłam niepozorny budyneczek między blokami. Weszłam, zapytałam, czy mają takiego specjalistę. Mieli, panią Anię. Ponieważ nie potrzebowałam wtedy pomocy, a jedynie szukałam tak, na wszelki wypadek, to tylko zapisałam adres i spytałam o cennik. Kompletnie nie orientowałam się wtedy, czy jest drogi, czy tani, czy normalny. Między innymi z tego powodu weszłam do jeszcze przynajmniej z dwóch osiedlowych przychodni weterynaryjnych. I właśnie te poczekalnie mnie odrzuciły. A jeden wet, który wyszedł akurat z gabinetu, był taki… masywny. Ja się go przeraziłam, cóż dopiero poczułaby świneczka. ;) Poza tym tam „również” mogli się zająć Agrafcią, ale widziałam, że bez szczególnego przekonania. Zostałam przy Wetmedic i to był dobry wybór.
Agrafka niestety zaczęła mieć problemy z zębami. Dla tych, którzy nie wiedzą – zęby gryzoni rosną im przez całe życie. W ostatnich latach nasiliły się problemy ze świńskim zgryzem głównie przez wzrost ilości nastawionych na zysk, a nie dobro zwierząt, hodowli wsobnych (czyli krzyżówek między bliskimi krewnymi). Prowadzi to do osłabienia gatunku i niestety częstszych chorób. Dotknęło to i Agrafkę. Zaniepokojona jej chudością i brakiem apetytu, pojechałam na kontrolę. I wtedy nastąpił ten moment, w którym uznałam panią Anię za Ciocię Anię. Otóż zajrzała ona do świńskiego pysia – nie ograniczyła się do oględzin zewnętrznych siekaczy, jak robi wielu wetów, ale zdiagnozowała całą paszczę. Agrafka miała zrobiony też rentgen szczęki. Przyznam, że trochę nieufnie jeszcze patrzyłam na te czynności, ale uznałam, że zaryzykuję, w końcu to lekarz i powinien się znać. ;) Diagnoza była niefajna, gwarantowała problemy z zębami do końca życia. Pani doktor powiedziała nam to, ale nie ograniczyła się do samej informacji. Dostałam bowiem namiary na specjalistę stomatolog zwierząt, panią Katarzynę Jodkowską. Ciocia Ania na „tymczasem” skróciła nieco trzonowce (a nie jest to prosty zabieg u świnki), żeby Agrafcia mogła jeść, ale na cito zaleciła jechać do pani Jodkowskiej, bo ona tutaj już więcej nie potrafi zrobić.
I chyba to zachwyciło mnie ostatecznie. Niby powinno być to oczywiste, ale jednak nie jest łatwo przyznać się, że coś przekracza nasze umiejętności. Poza tym – wypuszczała pacjenta z rąk. Dla jego dobra… I poza tym, nie lekceważyła zwierzątka, „bo to tylko świnka”. A spotkałam panią wet, która powiedziała, że ona by świnki chętnie nie leczyła… Bo jest przeciwna hodowli takich zwierząt. Rozumiem, ale nie obchodziłoby mnie to, gdybym przyszła do niej z Agrafką.
Pani Jodkowska była wspaniała i dzięki temu, że zajęła się fachowo świńskimi zębami, Agrafka żyła pół roku dłużej. Zaokrągliła się dziewczyna, potłuściała… ale widać nie było jej pisane być ze mną dłużej. :(

Teraz jest Kocizmo i nie miałam wątpliwości, gdzie z nim pójdę do lekarza, choć wzięłam go przecież z innej przychodni weterynaryjnej. Szkoda tylko, że chociaż na początku Cioci Ani Kocizmo pozwalał się „obsługiwać” bez większych nerwów, to teraz traktuje ją każdego innego weta. (Ale wreszcie ja jestem tą ostateczną opoką). Na razie jednak chodzimy tylko się szczepić i odrobaczać, więc i tak nie jest źle. I tak najgorszy jest moment łapania kota i wsadzania do transporterka, ponowne łapanie i wsadzanie, ponowne… :P