Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Syndrom niemożności, zwany dalej leniem

Ostatnio dopadł mnie syndrom niemożności dokończenia pracy zleconej, zwany dalej leniem, więc wyszukiwałam sobie multum zajęć w domu i poza nim, byle tylko uciec od obowiązku. Właściwie nie wiem, czemu tak mi się nie chciało. Lubię swoją pracę, nie mam jej w nadmiarze, dotychczas nie narzekałam na najnudniejszy nawet tekst. Zazwyczaj po otrzymaniu materiałów z radością zabierałam się do korekty. Wszystko inne odkładałam na później, najchętniej pracowałabym od rozpoczęcia do zakończenia – jedynie z koniecznymi przerwami. Odwoływałam nawet nieliczne spotkania, z bólem serca szłam na te najkonieczniejsze. Gdyby nie zwierzę w domu, pewnie zapominałabym o zakupach. Po prostu twórczy zapał.
Tymczasem ostatnio było inaczej. Po otrzymaniu plików nawet nie przerzuciłam ich do roboczego folderu, bo uznałam, że muszę skończyć rozmowę przez telefon. Następnie, gdy już wreszcie je zgrałam, uznałam, że jak na jeden dzień dość się tą sprawą zajęłam. Dwa kolejne dni upłynęły mi na dużych porządkach. Nagle doszłam bowiem do wniosku, że wreszcie trzeba przejrzeć szafki w kuchni, tak gruntownie, oraz posegregować ubrania – porami roku, okazjami, no i rozmiarami. ;) Absolutnie nie mogło to poczekać. Później jeszcze uczciwie czekałam na przesyłkę z krzesłem do pracy przy biurku, choć od dobrych kilku lat pracuję z lapkiem na łóżku – nagle parę dni zaczęło mi robić różnicę. Wreszcie po tygodniu i sprawdzeniu kalendarza (kiedy mija termin umowy) złapałam się za głowę – i otworzyłam pliki. Nie były to najłatwiejsze teksty, ale cała praca zabrała mi mniej czasu niż zabieranie się do niej…
Zastanowiło mnie to. Przecież lubię swoją pracę, ale fakt, że przed zabraniem się do niej szukałam tysiąca wymówek do jej przynajmniej odwleczenia, dał mi do myślenia. Przypomniałam sobie inne sytuacje, gdy widziałam podobne zachowania – u siebie czy innych. Fakt, ja z reguły uciekałam przed pomaganiem w kuchni. „Nie chciało mi się”. Kiedy mama wołała, żeby jej pomóc, najczęściej przypominałam sobie, że akurat mam mnóstwo zadane. Czasem z kolei koleżanka wyciągała mnie do kina albo na dyskotekę. Też mi się nie chciało. A to późno było, a to mnie głowa bolała, tak się różnościami tłumaczyłam, ale wiedziałam, że tak naprawdę mi się nie chce.
Dużo pań narzeka na swoich mężów, że nie pomagają im w sprzątaniu. Zaraz święta, więc temat pewnie na czasie. Zgadzałam się zawsze z tymi uwagami, sądząc, że większość facetów jest po prostu wygodnicka. Podobnie nie mogłam pojąć, że tak wiele czasu zajmuje im zrealizowanie obietnicy wbicia gwoździka. No przecież wstaliby, przyłożyli gwoździk, walnęli młotem i po sprawie.
A jednak to chyba nie takie proste. Może nie istnieje w ogóle coś takiego jak lenistwo? Może tak naprawdę nasza niechęć do zrobienia czegoś, tłumaczona przez innych tą mało sympatyczną cechą, to naprawdę zasłona dymna, ukrywająca nasz strach? Odkładamy zrobienie czegoś na później, bo obawiamy się konsekwencji? Na przykład, że asystując w kuchni, zbijemy znowu kolejne szklanki, co nie spotka się z aprobatą otoczenia? Albo że zrobiona praca nie spełni oczekiwać przełożonych? Lub że wbicie gwoździka pociągnie za sobą konieczność wbicia stu kolejnych, co uniemożliwi spokojne siedzenie przed telewizorem? ;)
Oczywiście, że troszkę się naśmiewam z tych przykładów. Niemniej sedno sprawy traktuję poważnie. Nie zawsze sami nawet wiemy, jaki powód kryje się za naszym „niechcemisie”. A może to prostu „usposobienie domowe i nieśpieszne”? Czyli nic złego, po prostu cecha osobnicza. Do zaakceptowania. Ewentualnie – uszanowania przez osoby z odmiennym temperamentem.

Żeby nie było: uważam, że panowie powinni swoim paniom w porządkach CO NAJMNIEJ pomagać. A nie, jak mój Kocio, uważnie asystować i potem odsypiać zmęczenie. Panowie, stać was na więcej! :)

środa, 9 kwietnia 2014

Pecunia non olet

Była niedziela, nie miałam planów, za to dużo czasu dla siebie, więc z chęcią przyjęłam zaproszenie siostry na obiad. Zawsze to przyjemnie się spotkać, na spokojnie, a poza tym ona pysznie gotuje (chyba mamy to rodzinnie :D), więc dwie pieczenie przy jednym ogniu. Wprawdzie rano ciężko mi się wstawało (ach, ten demotywujący do wstania wtulony Kocio!) i jakoś tak na początku mi się nie chciało nigdzie wychodzić, tym bardziej że jednak trzeba było uzbroić się w cierpliwość na drogę. Komunikacja publiczna w Warszawie jest owszem, niezła, ale jednak odległości czasowe między kolejnymi przejazdami są większe niż na co dzień. Samochodem mamy z siostrą do siebie kwadrans, autobusem czystej jazdy jest pięćdziesiąt minut, a jeszcze trzeba na przystanek dotrzeć, autobus przyjeżdża zgodnie z rozkładem albo i nie, a pod sam koniec trasy trzeba się przesiąść – a następny autobus nie zawsze zgrywa się w czasie z tym poprzednim. Niekiedy lepiej przejść piechotą jeden przystanek, co też trochę czasu zajmuje… Nie ukrywam, że nie zawsze się chce. Siostra jednak obiecała mnie odwieźć, a potem zresztą już się rozruszałam i skupiłam na pozytywnych aspektach wizyty. Zresztą, pogoda niezła, ja – młoda, bez bagażu, jedynie z torebeczką, nie ma co narzekać.
I tak stałam na przystanku, czekając na autobus. Wyszłam oczywiście za wcześnie, bo jakoś nie ufam tej linii w kwestii punktualnego przybycia. Trasa jest długa, więc rozumiem, niemniej wolę być chwilę wcześniej. Stoję więc sobie i przyglądam się ludziom, którzy powoli schodzą się na przystanek. Nie było ich wielu. Ot, jakaś pani i małżeństwo z dwójką dzieci. Oni właśnie stopniowo przykuwali moją uwagę. Państwo byli młodzi, tak między trzydzieści a czterdzieści, dzieci – trzy i pięć lat na oko. Pan w garniturze, pani też elegancko odszykowana; pewnie jechali na jakiś uroczysty obiad, bo godzina była taka raczej jeszcze przedimprezowa. A że niedziela i że z dziećmi, to obstawiałam zaledwie obiad. ;) Najpierw zachwycałam się pięknymi, czerwonymi pantoflami pani, na całkiem sporym obcasie. Potem moja uwaga przeniosła się na dzieci, a to ze względu na ich typową dla wieku żywiołowość. A to właziły na ławeczkę, a to próbowały ugryźć szybę, a to się przewróciły, a to pić się chciało… Pani chodziła wte i wewte, żeby podnieść, obetrzeć, zdjąć z ławki, wytłumaczyć, że tego się nie je… Coraz uważniej się przyglądałam i coraz bardziej jej współczułam, że musi to wszystko ogarniać i jednocześnie wciąż „wyglądać”. Tymczasem pan stał nieopodal, co jakiś czas popalając e-papierosa i patrząc, czy autobus nie jedzie. Nie, nie ignorował rodziny. Kiedy dzieci podbiegały za blisko ulicy, to je odciągał, spacerował z nimi – innymi słowy, nie uchylał się od obowiązków. Ale kiedy coś trzeba było przy tych dzieciach zrobić, ona już była na posterunku. Wreszcie autobus przyjechał i wszyscy wsiedliśmy. Jechałam dużo dłużej niż oni, bo rodzinka wysiadła może na piątym, szóstym przystanku? W każdym razie nie był to długi kawałek. Patrzyłam z ciekawości, całkiem bezinteresownej. ;)
Nie znam tych ludzi, być może nigdy ich nie zobaczę. Ale patrząc na nich, pomyślałam sobie, że jednak kobieta nie ma łatwo w życiu. Szkoda mi było tej pani. Jasne, może ona była zadowolona. Może on zostawił wszystko na jej głowie, bo ona tak chciała. Może nawet nie byli małżeństwem, może tylko znajomymi, którzy akurat jechali na tę samą uroczystość. Ale wyobraźmy sobie, że to jednak było małżeństwo z dwójką dzieci, które razem jechało na jakąś imprezkę. Nie wyglądali na bardzo biednych, przeciwnie – dobrze ubrani, zadbani, podobnie dzieci. I teraz docierają na imprezę, która była stosunkowo niedaleko, jak sądzę, ale pani jest najprawdopodobniej już zmęczona. Zanim ten autobus przyjechał, trzeba było te dzieci na przystanek dostarczyć (jedno w spacerówce), potem – upilnować i ogarnąć. Uczciwie zastanowiłam się, w czym mógłby pomóc tatuś. Może faktycznie ona szybciej wytrze te buzie i ręce, może on by niepotrzebnie się plątał. Ale jak patrzyłam na tę elegancką kobietę, która musiała wszystko zrobić i jeszcze wyglądać, a może ją przy tym bolała głowa albo brzuch, to myślę, że facet mógł chociaż taksówkę zamówić. Biorąc pod uwagę odległość, koszt pewnie nie byłby zbyt wysoki, a ileż by tej kobiecie lżej było…
Jasne, wiem, że ona mogła się na to zgodzić, a on nie miał nic do gadania. Nie chodzi mi jednak o tę konkretną sytuację, ale o to, że jednak, mimo całej ekologicznej nagonki, namawiania do jazdy rowerem, korzystania z komunikacji zbiorowej itede, są sytuacje, gdy samochód to podstawa. Równie istotna i równie oczywista, jak trzy posiłki dziennie. Nie fanaberia. Niech kobieta będzie kobietą domową, nawet na uroczystości, ale niech dotrze na nią niezmęczona. Nie po to się szykuje, nie po to stara wyglądać, nie po to wreszcie idzie do ludzi, żeby na dzień dobry epatować zmęczeniem. Dodajmy, w przeciwieństwie do pana męża, który dał jej nazwisko i status kobiety zamężnej oraz dodatkowo – dzieci. I nic więcej nie musi.

Tak, przerysowuję. Nie, nie uważam, że kasa to wszystko. Na argument o oszczędzaniu odpowiem tak. Nie uważam się za dusigrosza, ale do rozrzutności też mi daleko. Mam wypracowaną w sobie gospodarność i umiejętność liczenia pieniędzy. Wiele razy odmawiałam sobie czegoś, bo uważałam to za fanaberię, na którą akurat mnie nie stać. Co innego dla kogoś; o, wtedy miewam gest, czasem większy od możliwości, czasem wykorzystywany przez innych. Ale też ostatnio zaczęłam sobie sprawiać coraz więcej drobnych przyjemności, również za pieniądze... bo po to one są. Wydaje mi się, że poza tym warto czasem pomyśleć nad ułatwieniem sobie życia. Gdybym była na miejscu tej pani, to przypuszczam, że po takim wyjściu z domu, gdy musiałabym zrobić wszystko, a on by tylko się prezentował, to wieczorem bardzo mocno bolałaby mnie głowa. Natomiast zawieziona taksówką – czułabym się z pewnością dużo lepiej. ;) Więc widać chyba, że czasem jakiś wydatek może być niewspółmierny do korzyści. Owszem, bilet autobusowy jest pozornie tańszy (chociaż przy takiej rodzinie… i prorodzinnej ekonomii….), ale energia, cierpliwość, zdrowie, humor, nastrój, samopoczucie – jak w reklamie: bezcenne. Tak jak np. samo robienie imprezy – w domu to nie tylko koszty potraw, ale robocizna plus próba połączenia przez kobietę już podczas przyjęcia trzech ról: kucharki, kelnerki i gospodyni. Dziękuję, postoję. Wolę zaprosić do lokalu i zapłacić po prostu pieniędzmi (jeśli ich nie ma, to i nie ma za co imprezy zrobić), za to później nie mieć stosu naczyń do mycia. Czasem warto ułatwić sobie życie. Naturalnie, nie zawsze nas stać. Ale kiedy tylko jest taka możliwość, to czemu nie? A już szczególnie mogliby o tym myśleć kochający i odpowiedzialni za nas panowie .:)

poniedziałek, 24 marca 2014

Po prostu koza

Jeśli masz za mało problemów, spraw sobie kozę, pomyślała Gąska, kiedy już wyrzuciła za nim wszystkie jego graty. Nagle to ciasne mieszkanko stało się luksusowym apartamentem, w którym była niepodzielną panią. Nigdy więcej nie zamieszkam z facetem, pomyślała. Potem uznała, że nie warto przez taką pomyłkę nie dać szansy komuś innemu. A potem wzruszyła ramionami i poszła sprzątać.
Karol był kolejnym sympatycznym mężczyzną z portalu dla samotnych. Gąska po rozstaniu z Misiem zdążyła już pójść na randkę i nagle odkryła tę banalną prawdę, że „tego kwiatu jest pół światu”. Mirek jednak był tak pochłonięty pracą, sobą i swoimi problemami, że nie potrafił docenić uroku i subtelności Gąski, a ona po dwóch miesiącach, w czasie których zaczęła coraz częściej zaciskać zęby, by nie wybuchnąć złością z powodu po raz kolejny odwołanego spotkania („Muszę pracować” lub „Jestem wyczerpany po pracy”), dała sobie spokój. Postanowiła zmienić się w twardą Gęś, kierującą się bardziej rozumem niż uczuciami. Nie dała się więc szantażować emocjonalnie, gdy Mirek dzwonił i pytał, czy może przyjechać, bo jak nie, to coś wypije i wsiądzie za kierownicę („I to będzie Twoja wina”). Żeby jednak nie zastygnąć w staropanieńskiej formie, szukała szczęścia dalej. I tak trafiła na Karola.
Wysoki (w miarę), kawaler, z okolic Warszawy, wyględny nawet – nic, tylko brać. Pierwsze spotkanie już pokazało, że to… może nie skąpiradło, ale na pewno nie typ hojny i rozrzutny. Przynajmniej jednak poczuwał się do zapłacenia za herbatę. Ona z kolei nie miała ochoty ryzykować i zamówić do niej ciastka (była tego dnia celowo niewypłacalna). Potem dzwonił, zapraszał na spacery, ewentualnie na wystawy (w dni, kiedy wejścia były bezpłatne). Oczywiście sielanka szybko prysła. Gąska bowiem w jego oczach miała dwie zalety: samochód i mieszkanie w Warszawie. Ach, i pracowała. Stopniowo więc odwiedzał ją coraz częściej, akurat na tyle późno, by mógł prosić o nocleg. Inny powód zostawania był wykluczony – Karol bowiem cierpiał na częste bóle głowy…
I w końcu się zadomowił, a przynajmniej tak mu się wydawało. Kiedy bowiem uznał, że jest u siebie, i wrócił w środku nocy cuchnący alkoholem, a także po prostu cuchnący… Gąska uznała, że kolega lekko przesadził.
Tak, kolega. Na początku bowiem jego pomieszkiwania u Gąski i objadania jej, kiedy ona wmawiała sobie, że on na pewno nie ma odwagi okazać głębszych uczuć, ale z pewnością je ma, on spojrzał na nią i widząc wpatrzone w niego oczy, zapytał, czy się w nim zakochała. Bo wiesz, mówił, nie czekając na jej odpowiedź, ja jestem teraz w trudnej sytuacji, nie mam pracy, nie wiem, jak będzie wyglądała moja przyszłość, nie mam ci wiele do zaoferowania. Przy tych słowach Gąska spuściła oczy (a czemu? Ano temu) i powiedziała głosem kłócącym się z subtelną twarzyczką: Jakie zakochała? Ja też jestem młoda i też mam prawo korzystać z przyjemności życia, a jesteś niezły w sumie. Nie myślała tak. Ale co miała powiedzieć? To nie był przecież Miś… To miało być tylko remedium na Misia. A potem zaczął zdejmować buty, ale że brzuch mu przeszkadzał, a zawartość żołądka przy gwałtowniejszych ruchach chlupała, to zwrócił się do niej: Pomogłabyś koledze
Może by i nie wycofała się tak szybko z sytuacji, w którą ją wmanewrował. Bo to jego pomieszkiwanie/mieszkanie u niej stało się jakieś takie… mimowolne. Ale ten nietrzeźwy powrót po nocy przesądził sprawę. Nie chciała wstydzić się przed sąsiadami ani przed sobą takiego ochlapusa. „Kolegi”. Załatwiła sprawę spokojnie, ale zdecydowanie. Dała mu dospać do rana, ale na podłodze. O świcie wstała, umyła głowę i zrobiła lekki makijaż. Wtedy go obudziła, kazała wziąć prysznic i się spakować.
Karol uniósł się honorem i poszedł, na koniec kąśliwie – jego zdaniem – pytając, ile jest winny za wynajem. Od razu podała pierwszą kwotę, jaka przyszła jej na myśl. Jasne, że nie ściągnęłaby z  niego tych pieniędzy, gdyby nie to, że zostawił u niej coś najwyraźniej ważnego. Nie zaglądała do paczki, ale skoro zjawił się po to szybko i z obiecanymi pieniędzmi w garści, to znaczy, że nie były to plastikowe sztućce.

To był ostatni sympatyczny kawaler, jakiego Gąska wyrwała.

piątek, 14 marca 2014

Kombinerami i młotem

Czasem brakuje mi męskiej ręki.
Na przykład chciałam odkręcić butelkę. Nie dałam rady. Nie wiem, zassało się, zalepiło, może ja miałam za mało siły (na pewno kręciłam w dobrą stronę) – nieważne, dość, że nie odkręciłam.
Innym razem chciałam sobie zawiesić tablicę z korka na ścianie w kuchni. Akurat są tam wbite dwa gwoździki, na których zaczepiony jest taki wieszaczek z drewienka. Ha, myślę sobie, będę cwana i zdejmę ten wieszaczek, po co mi on, i tak nie korzystam z pięciu fartuchów kuchennych naraz, więc nie muszą tam wisieć, a ścierki najczęściej i tak leżą na szafkach i stole. Więc pełna podziwu dla siebie i swego pomyślunku, wymierzyłam odległość, żeby kupić odpowiednią tablicę, i poszłam tablicę nabyć. Wróciłam zadowolona, wręcz dumna, i z politowaniem myśląc o tych kobietach, które wprawdzie mężczyznę w domu mają – ale mają też wciąż nieprzybitą półkę czy niezłożony regalik. I wiem, że być może one to potrafią, oni najczęściej – też, tylko że one mają sto tysięcy innych spraw na głowie, no i nie po to chłopa karmią, żeby ten patrzył im na ręce, jak one półkę wieszają. Oni zaś najczęściej obiecują, że to zrobią, i co pół roku nie trzeba im przypominać!
Cha, cha, myślę sobie, jakbym ja musiała taką procedurę przechodzić, żeby tablicę zawiesić, ależ bym była zła. Przecież to taki drobiazg. A tymczasem mieszkam sama, haczyki do zawieszenia są, chwila moment i będę mieć! Ach, jak mi dobrze samej. :) No. Jak już się sobą nazachwycałam, to akurat znalazłam się w domu. I okazało się, co następuje.
Najpierw – że tablica owszem, jest, wymiar się zgadza, ale te zaczepy do powieszenia są osobno. Owszem, załączone, nawet z malutkimi gwoździkami. Ale luzem. Co to dla mnie, myślę, trochę mniej pewnie, dam przecież radę. Przecież w domu na pewno mam młotek. Tak. Był. To właśnie ten młoteczek do maleńkiego gwoździka od tablicy korkowej:


No właśnie. Ale naturalnie przymocowałam wszystko jak trzeba, palców sobie nie stłukłam, kot uszedł cało. Jest. Pierwszy etap za mną. W zasadzie jedyny, myślę. Teraz tylko tę kratkę wieszakową zdjąć i po temacie. I o co ci faceci tyle problemu robią, snuję sobie dalsze rozważania. A po co my się tak o tę pomoc prosimy, już naprawdę, lepiej samej zrobić i mieć.
Idę do kuchni, by zdjąć kratkę, ale ona coś opór stawia. Przyjrzałam się uważniej. Wiem, że sposobem, a nie siłą, więc kombinuję, jak by toto ruszyć. A, pewnie wbite mocniej, chociaż to nie wyglądało tak solidnie. Pomyślałam, że poluzuję trochę kombinerkami.
Na marginesie dodam, że z narzędzi posiadam to, co tatuś zostawił jako jemu niepotrzebne. Czyli albo potężne młoty, albo jakieś mikronarzędzia. Raczej brak pośrednich rozmiarów, a jeszcze ogarnij, babo, męski składzik. Czasu jednak dużo, więc wreszcie znalazłam jakieś kombinerki czy raczej – kombinery. Po drodze zdjęłam sweter i otworzyłam okno. Wróciłam do kuchni, nie zamykając jej przed kotem. Złapałam i pociągnęłam…
Nic się złego nie stało, trudno sobie krzywdę nawet kombinerami zrobić. Oderwałam tylko spory, solidny kawał tynku ze ściany. A cholerstwo siedziało mocno. Tak, to nie były gwoździki. To były dwie solidnie wkręcone śruby. (Dodam, że śrubokrętem też się przymierzyłam, ale miałam tylko jakiś supermegawielki śrubokręt, nawet do tych wielkich śrub niepasujący...).

Zmiotłam tynk z podłogi, ogarnęłam narzędzia, odłożyłam tablicę gdzieś za regał… Oj tam, nie jest mi taka niezbędna. ;)

wtorek, 25 lutego 2014

Podciągnij się na drążku

Tak jakoś wczoraj nie mogłam długo zasnąć. Być może dlatego, że za późno zjadłam kolację. ;) Naszła mnie zupełnie znienacka ochota na usmażenie placków ziemniaczano-cukiniowych. A całkiem szczerze – musiałam coś zrobić z cukinią, którą kupiłam właściwie po nic (chociaż początkowo miałam założenie, ale już nie pamiętam), znalazłam też ziemniaki, wyraźnie już spragnione czyjejś uwagi. Przy tym miałam w sobie jakąś dobrą energię, którą należało spożytkować, więc usmażyłam te placki. Potem posprzątałam, poogarniałam, przeczytałam wpis na blogu Limes, i pora zrobiła się taka już do spania. Kot jednak do łóżka przyjść nie chciał, poszedł się bawić, a ja sobie leżałam i myślałam. :) Szukałam dobrej myśli wyciszającej, ale im bardziej chciałam ją znaleźć, tym bardziej jej nie było. Zaczęłam więc szukać myśli zabawnej i znienacka przypomniała mi się pewna historyjka.

Zanim historia właściwa, mały wstęp. ( I wstęp do wstępu. :) Jedna mądra pani powiedziała mi kiedyś coś na temat tego, jak mówią ludzie. Na przykład sposób podania informacji o tym, co jest na obiad. Otóż jedni skupiają się na konkretach:
Miałam w domu to i to, więc ugotowałam zupę ogórkową. Cała informacja. Drudzy mówią zaś: Wstałam rano i przypomniało mi się, jak ileś lat temu czułam się smutna w taki dzień… Wtedy pojechałam do mamy i przy obiedzie, na który była zupa ogórkowa – a mama dodawała jeszcze do niej… Pomyślałam, że też ugotuję taką zupę… Wyszłam po konieczne składniki i po drodze spotkałam sąsiada… Wróciłam z siatką zakupów, ale nagle poczułam w sobie taki bezwład… W końcu zdecydowałam, że dzisiaj odgrzeję sobie jakąś mrożonkę.
Widać różnicę w sposobie narracji? Widać… Zdecydowanie jestem typem numer dwa).

I wracając do wstępu. Są osoby, które uważają mnie za feministkę (tych jest mniej), rozumianą jako ktoś, kto nie lubi mężczyzn. Są i takie, co oceniają to na zasadzie kwaśnych winogron – nie ma swojego chłopa, to gada na nich, żeby nie przyznawać się do porażki. Ale to nie tak. Lubię mężczyzn. :) W ogóle mam pozytywny stosunek do ludzi, a chłop też człowiek przecież. Mam kolegów, lubię swoich szwagrów – i naprawdę wierzę, że poza nimi istnieją jeszcze inni, fajni panowie. Dla mnie jednak są niedostępni. Nie wiem, albo są już pozajmowani, a reszta wymarła – albo po prostu mam pecha. Osobiście skłaniam się do drugiej opcji. Bo gdybym poznała jeden nietrafiony egzemplarz, nawet dwa. Ale zdecydowana większość tych, których próbowałam poznać i którym dawałam szansę wbrew logice nawet, to była po prostu jakaś masakra…



I tak myślałam o tym, leżąc w łóżku i nie śpiąc. I wtedy przypomniał mi się taki jeden egzemplarz, a wspomnienie mnie dosyć ubawiło i rozbawiło. Otóż były to czasy jeszcze przed-Misiowe. Wprawdzie już go znałam, ale jeszcze rządził mną rozum, więc starałam się uniknąć tej relacji. Klin klinem wydawał mi się wciąż najlepszym sposobem, jako że w sobie oparcia nie umiałam znaleźć, a z zewnątrz też go nie było (o koleżankach i „przyjaciółkach” innym razem). Poznałam więc Mariuszka. Tak, Mariuszka, chociaż starszy był ode mnie z kilka lat. Już nie pamiętam, gdzie ani kiedy się poznaliśmy, pewnie przez jakiś internetowy portal dla samotnych. ;) W każdym razie ja mu się podobałam, a on był wysoki. Pracował jako ochroniarz, gdy ja zaczynałam drugi rok studiów doktoranckich i pracowałam w liceum poza Warszawą. Znajomość zaczęła się latem, więc były wakacje, czasu miałam wtedy dużo, więc ja nie miałam problemu z dopasowaniem się do terminów spotkań. On bowiem pracował na zmiany, był zmęczony atmosferą w pracy (tak twierdził) i jeszcze musiał się ze mną spotykać. Nie zwracałam na to wielkiej uwagi i jakoś było. Do września, kiedy ja zaczęłam pracę w szkole, a on swoją zostawił z dnia na dzień. Tym razem ja byłam zaganiana, a on się wreszcie wyspał. Wtedy zaczął robić problemy. Pamiętam pewną sobotę, kiedy mieliśmy pojechać do jego rodziców. Staliśmy na przystanku w centrum, ja rano chyba miałam jakieś zajęcia ze studentami, więc początek października pewnie, zmęczona, niedospana po całym tygodniu, ale przecież z takim wysokim chłopakiem stałam i jechałam do jego rodziców, no to przecież powinnam być przynajmniej uśmiechnięta. Więc żeby nie robić Mariuszkowi przykrości zmęczoną miną, mówię mu, że mimo tego zmęczenia cieszę się, że jesteśmy tu razem itede. Na to on, że kompletnie nie rozumie, czemu ja taka ciągle zmęczona jestem. Trochę się zdziwiłam, ale zaczęłam tłumaczyć nieśmiało, że dużo obowiązków, że stres, że dojazdy… On nic nie mówił, więc uznałam, że przyjął do wiadomości aprobującej. Myliłam się. Byliśmy już prawie przed blokiem jego rodziców, gdy przemówił. Jesteś ciągle zmęczona, oznajmił, bo się za mało gimnastykujesz. O mało się nie przewróciłam, ale jakoś się ogarnęłam i tłumaczę, jeszcze spokojnie, ale kiedy mam się na jakiś aerobic, fitness zapisać, to już w ogóle nie będziemy mieli się kiedy spotykać. On na to, jaki fitness, powinnaś rano pompki robić, wystarczy. Zatrzymałam się w miejscu. Odwróciłam na pięcie i uciekłam. :)
Wcześniej albo później, nie pamiętam, zaprosił mnie do siebie. Zamówimy pizzę, posłuchamy muzyki, będzie fajnie, mówił. No pewnie, że będzie fajnie, pomyślałam, traktując zaproszenie jako klasyczną propozycję „oglądania znaczków”. ;) Pojechaliśmy do niego, okazało się, że górne światło nie działa, bo korki siadły czy żarówki się przepaliły, nieważne. Ojej, myślę sobie, jaki niezły pretekst. Nic, czekam na rozwój wydarzeń. Siadamy na kanapie, on włącza jakąś muzykę, siada z powrotem i słuchamy. On cichy, wpatrzony przed siebie, gdzieś w przestrzeń, widać, że skupiony. Ja – głodna, bo miała być pizza, więc nie chciałam robić mu przykrości i się najadać w domu. Ale nie chciałam przerywać tej ciszy, czułam zresztą, że za chwilę mogę usłyszeć coś przełomowego. Usłyszałam. Spojrzał na mnie i powiedział półgłosem: Trzeba podregulować basy.

Przysięgam, tak było. W związku z tym zapytałam o pizzę, myślę sobie, co będę głodna siedzieć. Zamówił. Dwie duże pizze. Chociaż naprawdę nie chciałam mu robić przykrości, nie dałam rady zjeść całej. Trochę na mnie poburczał („a taka byłaś głodna”), po czym zaproponował, żebyśmy popodciągali się na drążku. Zanim zdążyłam się przestraszyć, zaprowadził mnie do drugiego pokoju, gdzie był zamocowany w futrynie drzwiowej drążek...

Kiedy wreszcie wróciłam do domu, czułam się zdezorientowana. Najgorzej, że nie umiałam powiedzieć, czym…
Znajomość zakończyła się wtedy, gdy Mariuszek po trzech miesiącach znajomości uznał, że mam problemy, nasz związek jest zagrożony kryzysem i musimy udać się na terapię partnerską. Umówił nas na wizytę, na którą nie poszłam. Dostałam jeszcze potem trochę niemiłych sms-ów od niego, ale w końcu odpuścił. A ja rzuciłam się w Misiowe ramiona (a raczej – Miś wreszcie uznał  mnie za godną jego ramion).


Wtedy wydawało mi się, że to przypadek, taki Mariuszek. Niestety, było więcej takich panów krążących wokół mnie. Teraz być może też by się znaleźli, ale przestałam szukać. Boję się. ;)