Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lipca 2015

Sukces!


 Biblioteka dla Dzieci i Młodzieży nr 47
Wypożyczalnia dla Dorosłych nr 40

Warszawa, ul. Paca 46



Hurra! Udało się! Dzisiaj ogłoszono wyniki głosowania na budżet partycypacyjny (można zobaczyć  je TUTAJ), no i zgłoszony przeze mnie projekt przeszedł! Biblioteki przy ulicy Paca – i ta dla dzieci, i dla dorosłych – dostaną pieniądze na zakup nowości książkowych. To naprawdę fajna wiadomość. Dziękuję więc tym wszystkim, w imieniu swoim i bibliotek, którzy oddali głos na ten projekt. Bo to przecież dzięki temu poparciu projekt przeszedł. I cieszę się, że też miałam swój wkład w ten sukces. :) 

Teraz panie w bibliotece będą musiały się zastanowić, na jakie tytuły przeznaczyć te pieniądze. To oczywiście budżet na przyszły rok, więc jest na to sporo czasu. Ale miła perspektywa jest. :)





wtorek, 16 czerwca 2015

Głosowanie czas zacząć!

Pamiętacie taki wpis Jestem społeczna? Pisałam w nim o tym, że wystąpiłam z wnioskiem o dofinansowanie z budżetu partycypacyjnego biblioteki. Projekt został zweryfikowany pozytywnie i teraz można na niego zagłosować! :) Głosować można przez internet lub klasycznie, w formie papierowej (w urzędzie), od dzisiaj, tj. 16 czerwca, do 26 czerwca. Jest więc trochę czasu, ale po co odkładać? Zagłosujmy już dzisiaj! :) 

Głosujemy na projekt numer 7. :)

niedziela, 22 marca 2015

Jestem społeczna

W tym roku zaangażowałam się społecznie i wystąpiłam z wnioskiem o dofinansowanie z budżetu partycypacyjnego mojej ulubionej instytucji, czyli biblioteki. Znam w końcu ceny książek i zależy mi, by w bibliotece było ich jaka najwięcej. I to niekoniecznie tylko przedpotopowych egzemplarzy. Pisałam już kiedyś, jak pewna moja znajoma zdziwiła się, że w bibliotece są również nowości. Tak, ale na to potrzeba pieniędzy. A jak są finansowane instytucje publiczne, tłumaczyć przecież nie trzeba. Więc jeśli można gdzieś podłapać trochę dodatkowych środków, to czemu nie?

[Przypomina mi się w tym miejscu taka anegdotka, opowiedziana kiedyś przez znajomego pracownika naukowego. Otóż pewien zakład badawczy zebrał się, by ustalić podział środków na zgłoszone projekty badawcze. Jeden z tematów wzbudził zastrzeżenia pewnego mocno już starszego (ważne!) Pana Profesora, który skrytykował ideę owegoż projektu i w płomiennej mowie wykazał jego niską wartość merytoryczną, a co za tym idzie – niewielką (jeśli w ogóle) wartość naukową. Grono wysłuchało z szacunkiem, choć pewnie nie wszystkim się to podobało, po czym przystąpiono do głosowania. I jakież było zdumienie zebranych, kiedy nadeszła kolejność wspomnianego projektu. Przeciwny mu Profesor głosował bowiem pozytywnie. Z uwagi na wiek Profesora obecni spytali z szacunkiem, czy jest pewien swojej decyzji. Przecież głosuje za przyznaniem pieniędzy na projekt, który tak mocno skrytykował. Na co Profesor odpowiedział prostodusznie: „Ja protestowałem merytorycznie. Ale jak są pieniądze, to dać, dać…”. :)].

W związku z tym projektem zbieram nowe doświadczenia. Wizytuję co jakiś czas Urząd Dzielnicy (wniosek niestety złożyłam na papierze, w związku z tym wszelkie poprawki muszą być nanoszone odręcznie i osobiście przeze mnie, przez co muszę bywać w ratuszu). Byłam też na spotkaniu dotyczącym przedstawienia projektów zgłoszonych do budżetu partycypacyjnego w ramach konkretnej dzielnicy (w tym przypadku to Warszawa Grochów Centrum). To było ciekawe, bo nigdy wcześniej nie brałam w czymś takim udziału, nawet jako zwykły mieszkaniec – a tutaj od razu jako wnioskodawczyni. :)
Zgłoszone projekty mieszkańców dotyczyły różnych kwestii – zapamiętałam wnioski dotyczące poprawienia infrastruktury rowerowej, namalowania pasów przy konkretnej ulicy, konieczność oświetlenia pewnego odcinka drogi, świetny pomysł wycieczek historycznych (z przewodnikiem) po Grochowie i Kamionku. Pojawiły się też podobne wnioski o dofinansowanie innych bibliotek.
Najbardziej jednak utkwił mi w głowie projekt pani, która wystąpiła o kosze na psie odchody – tyle że podobno są dwa rodzaje zasobników. Takie zielone, do których podobno dołączone są specjalne woreczki na owe nieczystości (piszę podobno, bo sama nie korzystałam), i zwykłe murowańce, tańsze do postawienia, ale bez tych woreczków. To znaczy, są, tyle że nie przy koszach, a do osobistego odbioru w ratuszu. No przecież komu się będzie chciało po to jechać, padały głosy z sali, krytykujące pomysł wnioskowania o tańsze kosze.
Tak sobie myślę, że ja po swoich kotach też sprzątam do woreczków, które sama w tym celu nabywam. Ktoś powie, że w domu? No i co z tego? Kot w domu jest tak samo mój, jak byłby mój pies, z którym wyszłam na spacer. I tak samo czułabym się zobowiązana do sprzątnięcia po nim. Jeśli ktoś tego nie robi, bo miasto nie funduje mu woreczków, to znaczy, że nie sprzątnie również wtedy, gdy te woreczki dostanie (przecież w domu mogą się przydać, no nie?).


Ale to tylko taka mała obserwacja. Ja mam swój projekt i chyba nie muszę przekonywać, że warto wspierać biblioteki dla naszego wspólnego pożytku. Przypomnę się jeszcze z tym tematem bliżej głosowania, a tymczasem życzę wszystkim cudownej wiosny, która już oficjalnie zagościła w kalendarzu. :)

piątek, 6 lutego 2015

Książka na wieczór

W styczniu doświadczyłam dawno zapomnianej rzeczy: miałam tyle pracy, że nie byłam w stanie robić nic więcej. Właściwie od Trzech Króli codziennie siadałam do pracy (a pisząc: codziennie, mam na myśli dni od poniedziałku do niedzieli, a nie tygodnia roboczego). Propozycje sypały się jak z rękawa, a żal było którąkolwiek odrzucić, bo przecież w sytuacji pracy na zlecenie każda oferta jest cenna. Przy tym terminy nachodziły na siebie, ale żaden nie pokrywał się całkowicie, więc można było podejmować kolejne zobowiązania.
Kruczki wychodziły później. To znaczy: formalnie miałam obowiązek wykonać redakcję w miesiąc, ale naprawdę „była gorąca prośba, by zrobić to szybciej, bo druk już i tak jest opóźniony…”. Oczywiście trudno takiej „prośbie” odmówić, więc siadało się i robiło w pierwszej kolejności. Naturalnie nie było mowy o podwojeniu stawki lub skróceniu terminu płatności tak, bym pieniądze otrzymała zaraz po realizacji zlecenia. W ten sposób za właśnie oddaną jedną z prac wynagrodzenie zostanie mi przelane na początku kwietnia.
Jestem pełna podziwu dla siebie, że to wszystko ogarnęłam. Podołałam dzięki: dobrej organizacji, żelaznej samodyscyplinie oraz odłożeniu wszystkiego, co tylko można, na później. Co ciekawe, dodatkowo „w międzyczasie” przeczytałam kilka książek ot tak, dla siebie. Były to dawno oczekiwane lektury, jak np. trzecia część serii pisanej przez Tomasza Sekielskiego Gniazdo kruka. Oczywiście wszystko, co czytałam, brałam z biblioteki – miałam dzięki temu wytłumaczenie dla samej siebie, że muszę przeczytać, bo przecież termin zaraz minie i trzeba będzie oddać. Książki pożyczone od znajomych natomiast wciąż leżą na półce – za co ich przepraszam i obiecuję w pierwszym wolnym momencie się z tego rozliczyć. J
W bibliotekach, do których jeżdżę, bardzo cieszy mnie, że pracujące tam panie wiedzą, kim jestem. Dzięki temu nie tylko szybciej znajdują mnie w kartotece, nawet gdy zapomnę karty, ale też śmiało mogę poprosić, by coś mi wybrały, poleciły do czytania. Niedawno byłam tam właśnie w jakimś przerywniku czasowym (dla zachowania resztek rozsądku, który łatwo stracić, gdy widzi się tylko kocie pyszczki i monitor komputera, czasem wychodziłam z domu, oczywiście pod starannie przemyślanym pretekstem) i poprosiłam o coś lekkiego. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to precyzyjnie sformułowane życzenie, ale byłam naprawdę zmęczona. Pani spojrzała na mnie i z błyskiem w oku podniosła się, mówiąc: „Pani przecież lubi koty!”, po czym triumfalnie położyła przede mną książkę Kota,lubi, szanuje Michaliny Kłosińskiej-Moedy. Wzięłam bez dyskusji. :D
Książka okazała się naprawdę lekka. Właściwie to mnie denerwowała. Przyjeżdża do Warszawy dziewczyna imieniem Hanka, by zamieszkać w odziedziczonym po ciotce mieszkaniu i zacząć nowe życie. Oczywiście ma problemy ze znalezieniem pracy, oczywiście nie udaje się pozostać w zgodzie z kwalifikacjami, oczywiście zespół ją lubi poza jedną zołzą – i oczywiście chodzi o faceta. A w tym wszystkim dwa koty, które Hanka najpierw – z braku finansów – karmi pasztetową, a potem, gdy się dorobiła – whiskasem z Rossmanna. Nie wiem, co jest gorsze, ale szkoda, że przy okazji tej książki nie przedstawiono, na czym polega prawidłowe żywienie kota. Nie mówię już o barfie, ale chociaż podkreślić, że ten whiskas to tak naprawdę syf, a nie uwielbiany przez domowe mruczucie przysmak.

I tak się irytując, czytałam. Okazało się, że jednak czytało się dobrze, a nawet bardzo. Dobry język, wartka treść – cóż, że banalna i irytująca. Polecam zatem ­– na jakiś smutny, długi wieczór wprost idealna. J

środa, 1 października 2014

E-czytelnik

Ludzi czytających w autobusach czy tramwajach jest wciąż wielu, mimo alarmujących doniesień o spadku czytelnictwa w Polsce. Zawsze im tego zazdrościłam. Patrząc na nich, nieraz myślałam, jak miło spędzają czas, zamiast patrzeć się na współpasażerów i zamartwiać się, że znów światła czy korek. A jeśli ktoś musiał często i daleko dojeżdżać, to przynajmniej miał zapewniony czas na książkę, który nieraz trudno wyrwać w ciągu dnia.
Sama bym tak chętnie czytała, ale niestety nie pozwala mi na to choroba lokomocyjna. Próbowałam nieraz z konieczności – a to coś powtórzyć przed lekcjami (myślę o czasach, gdy ja je prowadziłam. Za czasów, gdy byłam uczennicą, po pierwsze do szkoły było bliżej, po drugie – często jeździło się ze znajomymi, a wtedy czas poświęcało się na pogaduszki), a to szybko doczytać niesprawdzoną kartkówkę. J Ale niestety. W końcu przeszłam do drugiej grupy, których w komunikacji miejskiej jest równie wiele, czyli słuchaczy muzyki, najczęściej jednocześnie bawiących się komórką.
I to bawienie się komórką podsunęło mi pomysł, by sprawić sobie czytnik do e-booków. Telefon miał dla mnie stanowczo za mały ekran. Na realizację tego marzenia przyszło mi jednak trochę poczekać, bo wydawało mi się, że nie stać mnie na taki wydatek. W końcu była to względna nowość na rynku – choć dzisiaj technologie rozwijają się bardzo szybko, co ma swoje przełożenie i na cenę. Poczekałam więc trochę, przez ten czas zapoznałam się z ofertą i wreszcie wybrałam. Pierwszy zakup niestety szybko mnie rozczarował, ale dlatego, że sprzęt okazał się wadliwy. Na szczęście był na gwarancji, a sprzedawca nie robił trudności. Zaproponowano zwrot gotówki lub wymianę na inny model, jako że kupionego przeze mnie typu już nie było. Dzięki temu krótkiemu doświadczeniu lepiej już wiedziałam, czego potrzebuję, i zdecydowałam się na czytnik Kindle’a.
I… nie korzystam z niego. Po pierwsze, okazało się, że mimo nowocześniejszych rozwiązań technologicznych choroba lokomocyjna działa tak samo. To nie papier mnie odurzał, lecz sposób trzymania głowy w czasie jazdy, patrzenia itd. Niestety, taki „urok” tej dolegliwości. Często mam nawet problem, by latem jeździć – jakimkolwiek pojazdem – w ciemnych okularach (wyjątkiem są sytuacje, kiedy sama kieruję). Zatem nie jest to również wina powietrza w miejskich autobusach czy tramwajach tudzież woń współpasażerów (na tę ostatnią, bywa, reagują równie mocno zarówno ci, którzy cierpią na chorobę lokomocyjną, jak i ci bez niej).
Nie mogę więc czytać w autobusach. Wróciłam więc do słuchania muzyki, a czytnik postanowiłam wykorzystać do lektury domowej. W końcu większość czytników ma lepsze ekrany, które mniej męczą oczy, a to w końcu istotna rzecz. Zaczęłam więc na serio koncentrować się na poszerzaniu biblioteczki domowej o e-booki. To był drugi z powodów, które sprawiły, że podjęłam decyzję o kupnie czytnika. Liczyłam, że wreszcie będę mogła zgromadzić zasoby, których w wersji papierowej nie byłoby gdzie trzymać. A przy tym miałam nadzieję na interes „więcej za mniej”. Czyli, że zapłacę mniej za elektroniczną wersję książki niż tę samą papierową.
Niestety, znów nie wyszło na moje. Ceny e-booków, jak pewnie wiele osób wie, nie różnią się dużo od wydania papierowego. I tego nie rozumiem, bo przecież wiem, jak wygląda proces wydawania książek i jakie koszty muszą się składać na wersję papierową, a jakie – na elektroniczną (wiem pi razy oko, ale potrafię oszacować różnicę). Wprawdzie zaczynają powstawać wydawnictwa, które w swojej ofercie mają tylko e-książki (chociażby RW2010). Może, jeśli będzie ich więcej, ceny trochę zejdą. Ale osobiście śmiem wątpić. Gorzej – mam obawy, że jedyne, co zejdzie, to jakość.
I to był drugi powód, dla którego zrezygnowałam z czytnika. Po co mam płacić prawie tyle samo za coś, czego nie mogę dotknąć? A w domu mogę trzymać podczas czytania nawet najgrubszą księgę. W końcu pożyczyłam czytnik siostrze, która czyta zawsze, kiedy ma tylko czas, a ma go najwięcej w metrze i autobusie. Co się ma dziewczyna męczyć z małym ekranikiem komórki, jak może w luksusowy sposób zgłębić treść lektury? Podobno jest zadowolona. J
Zmierzając do konkluzji. Uważam, że e-booki są świetnym pomysłem, który ma przyszłość. Oczywiście, że są ich przeciwnicy, którzy zazwyczaj argumentują, że „książka tak pięknie pachnie” i że „tylko czytając taką papierową książkę można czuć się spełnionym czytelniczo”. (To nie są cytaty). Na ten temat można również poczytać u Limes (swoją drogą, bardzo dobry wpis). Ale prawda jest taka, że świat się wirtualizuje, i dotyczy to również książek. Osobiście cieszy mnie, że dzięki takim udogodnieniom jak e-booki ludziom czyta się łatwiej w wielu miejscach. Wyjazdy, dłuższe pobyty w szpitalu – człowiek by coś poczytał, ale po pierwsze, którą książkę wziąć, a po drugie – kto to udźwignie (i czy będzie miejsce w szafce). Tymczasem wrzucamy sobie do torebki coś wielkości tableta, a na karcie pamięci mieści się wiele, wiele książek… J Prawda, że fajnie? J
Szkoda tylko, że te książki są wciąż drogie. Zdarzyło mi się kupić parę e-booków z takiego powodu, że po zakupie miałam je od razu (mówię o kupowaniu w księgarniach internetowych, a przecież zakupy online też są coraz powszechniejsze). Nie musiałam czekać na dostawę, no i opłacać kosztów przesyłki. Ale to tylko parę razy tak się zdarzyło…
Rynek e-booków musi zmierzyć się też z jeszcze jednym wyzwaniem. Należy mianowicie uregulować stronę prawną stron, które umożliwiają bezpłatne lub „bezpłatne” (czyli nielegalne) pobranie plików z książkami. Właściwie nie wiem, jak one wyciekają do sieci i wciąż zastanawiam się, jak to jest, kiedy ja kupię e-książkę, a potem ją udostępnię do pobrania. Moja przecież, zapłaciłam za nią. Albo odwrotnie – ja pobiorę udostępniony przez kogoś plik. Skoro ten ktoś nie widzi problemu, by się ze mną podzielić, to czemu nie? No właśnie, czemu?

Jeżeli jednak kogoś nie stać na kupowanie książek, w tym e-booków, a ma wątpliwości natury prawnej, etycznej czy innej, by pobierać książki z dostępnych (legalnie czy nielegalnie) źródeł, to zawsze może skorzystać z innej opcji. Biblioteki. J To nie jest przeżytek. Co więcej, sama się dzisiaj dowiedziałam, że np. w warszawskiej bibliotece na Meissnera 5 znajduje się Wypożyczalnia Książki Mówionej i Multimediów. Można tam wypożyczyć e-booki i audiobooki. Hm, może zainteresuję się drugą opcją do autobusów? Bo czytać, choćbym chciała, naprawdę w nich nie mogę…
Wszyscy ci zaś, którzy mogą, a którzy oszczędzają: do biblioteki marsz! J

wtorek, 22 lipca 2014

Mąż z ogłoszenia

Biblioteka jest instytucją, która samym swoim istnieniem świadczy o rozwoju kultury. Jest ona bowiem skarbnicą piśmiennictwa, przez które człowiek wyraża swój zamysł twórczy, inteligencję, znajomość świata i ludzi, a także umiejętność panowania nad sobą, osobistego poświęcenia, solidarności i prawa do rozwoju dobra wspólnego.
Jan Paweł II

Przeczytałam książkę. Wypożyczoną z biblioteki.
Te dwa fakty zasługują na podkreślenie. Ale nie dlatego, że to jakieś novum w moim życiu. Przeciwnie. Dużo czytam, za to długo nie było mnie stać na własne książki. Moi rodzice zaś, owszem, kupowali nam czasem książki, zwłaszcza widząc, jaka to dla mnie radość. Nie było jednak u nas tradycją, by wzbogacać księgozbiór (niczym w Borejkowskim kołchozie). Długo mi to nie przeszkadzało. Ot, drobna uciążliwość, gdy chciało się coś przeczytać i nie można było po prostu tego pragnienia zaspokoić. (Przypominam, że te dwadzieścia lat temu nie było np. Chomika). Nie rozpatrywałam tego w kategoriach bycia bądź nie „domem inteligenckim”, czyli lepszości bądź gorszości dla niektórych. Pierwszy raz zwróciło to moją uwagę (a w zasadzie ktoś życzliwy się postarał, żebym zauważyła) w liceum, nie dotknęło mnie jednak specjalnie. Wciąż uważałam, że skoro tak u nas jest, to widocznie musi. Zresztą nie byłam zbytnio zintegrowana ze społecznością klasową, a osoby, które sporadycznie mnie odwiedzały, nie były rozczarowane niedoborem książek.

Na studiach polonistycznych było już inaczej. Odczuwałam brak pochodzenia z rodziny inteligenckiej, ale wciąż nie zależało mi na pozorach. A szybko zauważyłam, że wiele osób dba właśnie o to: by poszczycić się domową biblioteczką (co nie oznacza zaglądania do niej systematycznie – wiem, często z braku czasu), bytnością na wystawach czy innych koncertach. Początkowo bardzo mi to imponowało i, wbrew twierdzeniu jednego z moich znajomych, starałam się nadgonić te luki. Brakowało mi jednak dobrego tutora, ale przede wszystkim – zwyczajnie pieniędzy. Trudno. Zostałam przy moich ukochanych książkach, z pozostałej oferty kulturalnej wybierając to, na co w danej chwili mogłam sobie pozwolić, przy jednoczesnej chęci poznania tego. Bez oglądania się na większy lub mniejszy „prestiż”.
Wyszło mi to na dobre, bo nie przetrwałam w środowisku akademickim. Czasem mi żal, zwłaszcza że stamtąd „nikt nie woła”. Za to wreszcie mogę wypożyczać to, co aktualnie mam ochotę przeczytać, bez oglądania się na to, czy ktoś zauważy, że znów sięgam na półkę nie tej wysokości, co trzeba.

Jednak nie zawsze jest tak łatwo przeczytać to, na co aktualnie ma się ochotę. Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora skutkuje m.in. tym, że często czytam to, co muszę, a nie – co chcę. I nieważne, czy to fabuła, książka kucharska czy poradnik młodego nurka – trzeba czytać od deski do deski. Po takiej pracy wprawdzie nieraz tym bardziej mam ochotę na „coś normalnego” – ale nie mam siły. Zwyczajnie moje oczy mówią „nie”, a gdy zlekceważę pierwsze objawy zmęczenia, to z reguły skutkuje to migreną.

Teraz jednak mamy lipiec, w wielu branżach panuje przestój, a zatem mam trochę czasu na własne przyjemności. Jedną z nich jest właśnie „czytanie dla siebie”. Któregoś dnia więc poszłam do biblioteki. Od lat szkolnych wprawdzie moja prywatna biblioteczka znacznie się powiększyła, ale wciąż nie mam wszystkich książek świata, ani nawet skromnej ich części. Biblioteka osiedlowa to zatem, moim zdaniem, świetne rozwiązanie. Szkoda, że coraz mniej osób je docenia. Zazwyczaj pojawiają się w niej uczniowie, którzy we własnych szkolnych wypożyczalniach nie znaleźli obowiązującej lektury, lub potrzebujący skorzystać z dodatkowych materiałów, jakich nie ma w internecie. Drugą grupą są starsi ludzie, mający wreszcie trochę czasu na emeryturze. Naturalnie, to moje niefachowe spostrzeżenia, nie przeprowadzałam żadnych badań, nie jestem też bibliotekarką, jedynie stałą bywalczynią, a i ja coraz rzadziej bywam.

Nie mogłam zrozumieć, skąd taka mała popularność bibliotek. Szkoda, bo przecież to wspaniały pomysł. Bardziej dziwiły mnie niż śmieszyły takie obrazki:


Niedawno jednak pewna miła i wykształcona pani, usłyszawszy, że coś ostatnio wypożyczałam, zapytała z autentycznym zdziwieniem: „To tam są dostępne obecnie wydawane książki?”. Zdziwienie moją twierdzącą odpowiedzią było wielkie…

Więc propaguję ideę czytania książek i odwiedzania bibliotek. Im więcej czytelników, tym lepszy argument, by takie miejsca dotować, co umożliwi następnie bibliotekom zakup większej ilości książek. Korzyści z tego są dla wszystkich, a ludzie przecież – wbrew negatywnym opiniom – czytają książki.

A przetrzymanie książki  choć niezalecane  na pewno nie kończy się tak:


Na zakończenie powiem, że ostatnia wypożyczona przeze mnie książka była klasycznym romansidłem pt. Mąż z ogłoszenia. Po jej przeczytaniu wiem, że zajawka na okładce została źle napisana, choć zakończenia można się było domyślić po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Miałabym też trochę uwag do korekty i składu. ;) Ale… sama intryga była rewelacyjna. Być może dlatego, że perypetie Alison, głównej bohaterki, ubawiły mnie do łez z prostego powodu: chyba tylko cudem nie przydarzyły mi się jej wpadki na randkach. W jej specyficznym talencie do przyciągania niewłaściwych facetów widziałam siebie jak żywą. W moim osobistym rankingu pierwsze miejsce zajął mężczyzna, który tak zachwycił się Alison, że... ostatecznie zdecydował się zmienić płeć. Po to, by razem, już jako dwie kobiety, mogli (mogły?) stworzyć szczęśliwy związek... :)

Polecam tę książkę jako świetne czytadło wakacyjne, naturalnie zwłaszcza dla pań. Ale przede wszystkim polecam zorientować się, gdzie w okolicy jest najbliższa biblioteka, i korzystać z niej.

Autor: Jane Graves
Tłumacz: Paulina Makles
Tytuł: Mąż z ogłoszenia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 350