Pokazywanie postów oznaczonych etykietą randka w ciemno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą randka w ciemno. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

Randkowe topki (1)

Wciąż brak mi czasu na przygotowanie porządniejszego wpisu. Chciałabym zamieścić tu recenzję pewnej książki, ale też wiążące się z nią rozważania – prawie filozoficzne. J Niestety, wymaga to dłuższej chwili skupienia, na którą obecnie mnie nie stać. Znów mam książkę, która pochłania całą moją uwagę i wymusza pełną koncentrację na tym temacie.
Ale kiedy już kładę się wieczorem spać, próbuję myśleć o czymś, by móc się zrelaksować. Ostatnio zrobiłam więc sobie krótki ranking najzabawniejszych spotkań „w ciemno”, jakich sama doświadczyłam lub o jakich opowiadały mi koleżanki. Kolejność losowa, ale może czytelnicy wybiorą swoje ulubione historie? J Dodadzą własne? J Zapraszam do pisania komentarzy. J

Wiosenny spacer
Klasyka gatunku. On zaprasza ją na spacer. Jako trasę wybiera… Empik. „Później możemy pójść do MacDonalda”, dodaje kusząco.

Kawa z automatu
On proponuje spacer, a potem kawę. Kiedy już obeszli całe CH Wileńska, podprowadza towarzyszkę pod automat z napojami i mówi, żeby kupiła sobie wszystko, na co ma ochotę. I na co ją stać.

Przyjedź do mnie
On pisze w mailu, że chętnie się spotka. Podaje swój numer telefonu, by usprawnić kontakt. Jednak gdy przychodzi do konkretów, okazuje się, że ma czas jedynie dwa – trzy razy miesiącu, kiedy jest w Warszawie. W pracy. „Podjedź pod ten biurowiec na ulicy XYZ i napisz smsa, że jesteś, a ja wyskoczę na parę minut”.

„Żona mnie nie rozumie”
Pan zaprasza panią na spotkanie, choć nie ukrywa, że jest jeszcze w formalnym związku, ale „żona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią”. Umawiają się na herbatę w publicznej cukierni (a dokładnie: w Pijalni Czekolady Wedel). Pan zamawia dwie herbaty i zaczyna opowiadać o sobie. Ona parę razy próbuje się wtrącić, przerwać, zamówić coś jeszcze – wszelkie próby spełzają na niczym. Pan odgania kelnerki i lekceważy wszystkie oznaki, że ona też być może chciała w tej rozmowie uczestniczyć. Po pierwszej godzinie ona próbuje skończyć spotkanie, ale jej kultura skutkuje tym, że kończy się ono dopiero półtorej godziny później. Kiedy oboje wstają od stolika (on zapłacił za dwie herbaty! W Wedlu…), ona wie, że też go nie rozumie.


Na koniec dodatkowy konkurs: ile lat mieli randkujący panowie? J

niedziela, 15 marca 2015

Historia z jajem w tle

Niedawno usłyszałam o sobie, że jestem perfekcjonistką. Tak powiedziała osoba, której zwierzałam się z rozterek na tle damsko-męskim. To określenie było dla mnie zaskakujące właśnie w tym kontekście, chociaż w ogóle  za perfekcjonistkę się nie uważam. Chciałabym nią być, pewnie… ale to dążenie, którego pełna realizacja nie jest możliwa.;) Niemniej do tej pory uważałam, że perfekcyjnie to można co najwyżej wysprzątać mieszkanie czy przygotować prezentację na szkolenie. Bo już w perfekcyjnie wykonaną redakcję/korektę zwyczajnie nie wierzę – zawsze można coś poprawić, rzadko udaje się niczego nie przeoczyć. Ale być perfekcjonistką w kontekście relacji międzyludzkich? Jak to w ogóle możliwe i o co chodzi?
Myślę, że koleżanka użyła po prostu niewłaściwego określenia. Ja tylko mówiłam, że zależy mi zawsze na zrozumieniu, dlaczego urywa się znajomość, która zapowiadała się obiecująco. Niby nic sobie nie obiecywaliśmy, ale jeśli widujemy się z poznanym w sieci panem z miesiąc, a on nagle przestał dzwonić, to po prostu chciałabym wiedzieć czemu. Czy mu nie odpowiadam, czy go czymś uraziłam, a może on się rozmyślił? Jest mi to potrzebne w zasadzie w celach samokształceniowych, by na przyszłość wiedzieć, jakich sytuacji czy zachowań unikać. I ponieważ tego oczekuję od innych, to sama też wobec innych staram się zawsze wyjaśniać motywy swojego postępowania. Zgodnie z prostą zasadą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Ale internety – a w zasadzie spotykani tam są ludzie są pełni niespodzianek. I najlepsze chęci mogą nie pomóc wyjaśnić spraw. Parę lat temu, za czasów akcji „Jajo”, miałam kilka sytuacji, że nie udało mi się umówić na pierwszą randkę. Z kimś, kto w swoim mailu deklarował zainteresowanie poważnym związkiem i przedstawiał się jako odpowiedzialny, dojrzały mężczyzna. Musiało być takich co najmniej dwóch, ale opowiem o jednej sytuacji. Może bym jej nie pamiętała, gdybym ostatnio nie znalazła maila do kumpla, któremu tę historię w skrócie opisałam. Dla jego fanu, ale również z nadzieją, że jako przedstawiciel płci odmiennej od mojej może wyjaśni mi, co właściwie się stało. Kumpel jednak nie potrafił – w sumie nic dziwnego. Bo było tak:

Dostałam maila, w którym pan zaprezentował się na tyle ciekawie, że napisałam do niego – wbrew wcześniejszym założeniom. (Akcja „Jajo” miała zasadniczo na celu przeprowadzenie eksperymentu – szczegóły w tym wpisie). Pan odpisał, podał nr telefonu i wyraził chęć spotkania. Więc odpisałam smsem, że owszem chętnie, i kiedy? To on – zaproponuj. To ja – że mogę tylko w sobotę. On – pewnie masz inne randki, ja w sobotę nie mogę, piątek lub niedziela wieczór. Odpisałam, że nie mogę, że niekoniecznie chodzi o randki, ale że bardzo chętnie spotkam się w przyszłym tygodniu. On na to, że skoro mam tyle ciekawych zajęć i randek, to on rezygnuje... Paranoja. Nie widział mnie koleś, a ja mam się tłumaczyć ze swojego życia? Można teraz zrozumieć, czemu – mimo pozytywnych walorów, wyłażących tłumnie z maila (nie tylko subiektywnych, ale pisał o pracy, o różnych rzeczach życiowych) – szuka w internecie. Albo o tych walorach kłamie, albo schizofrenik, albo jakiś zaborczy psychol. Więc nawet dobrze się stało. A może to była jakaś jego akcja? Ale wniosek z tej sytuacji mógł być tylko jeden: ludzie są bardzo różni… ;)

Wtedy to było „jajo”, dzisiaj wolałabym, żeby z tych randek w ciemno wyszło coś serio. Nie jest to proste i wcale nie zawsze – jak uważa koleżanka – załatwiam wszystko elegancko. Ot, parę dni temu po prostu przestałam odpisywać komuś, kogo – po przemyśleniu – skreśliłam z listy potencjalnych panów. Faktycznie, tak było łatwiej niż tłumaczyć się i przepraszać, choć mam prawo zmienić zdanie. ;)

Tymczasem siedzę nad książką, która jak zwykle jest prawie na przedwczoraj, a tłumaczenie baardzo surowe (ale dzięki temu powiększam zbiór perełek do „Wypisków korekcji” – już wkrótce przybędą świeżynki). I staram się wrócić do pełni sił. W końcu w następny weekend już wiosna! J

poniedziałek, 3 marca 2014

Sympatyczny twardziel

Nie ustając w chęci znalezienia mężczyzny życia (przynajmniej na jakiś czas), ponownie z ufnością weszła na sympatyczny portal randkowy. Baza panów była przecież na tyle obfita, że z pewnością uda się znaleźć kogoś fajnego, myślała. Dlatego nick „fajnyzwawy” potraktowała jako wręcz odpowiedź na swoje oczekiwania. Napisała, odpisał – i od razu ją zaskoczył, bo nie pytał o wymiary i ulubioną pozycję, tylko o dzisiejszy nastrój i „czy też brakuje jej kogoś bliskiego w tym świecie”. Ufna gąska odczytała to tak, jak chciała, uwierzyła, że wreszcie się jej udało, no i zaczęła się korespondencja. Maile były nieczęste: tak, żeby się nimi nie nasyciła, ale z kolei – by zbyt długi czas oczekiwania na odpowiedź nie zniechęcił. Oczywiście tego nie widziała, cieszyła się nawet, że mają czas, by wzajemnie się poznać. Ach, i nie domagał się zdjęcia, więc ważniejsze było dla niego wnętrze, dusza, umysł – cieszyła się dalej. Jakiż to musi być wrażliwy człowiek, myślała. Pewnie też przeżył jakieś rozczarowanie, więc teraz rozumie, co naprawdę jest wartościowe. Z kilku mimochodem wtrąconych informacji wynikało, że jest kawalerem. Tu jednak wyjątkowo zachowała dystans emocjonalny. Zbyt wiele razy – tak w świecie realnym, jak i wirtualnym – spotykała się z krętaczami. Na początku przerażało ją to, oburzało i szokowało: jak on może, przecież ma żonę, tak nie wolno! Potem jednak uznała, że cóż, nie zbawi świata, i przestała się tym przejmować. Dalej nie uznawała spotkań z żonatymi, po prostu szkoda było jej czasu, ale śmieszyło ją nieraz, z jakim zapałem niektórzy próbowali ją przekonać do randki. Jednemu z odważniejszych, który zapraszał ją do siebie podczas nieobecności żony w domu do siebie (!) „na lampkę wina i chwilę przyjemności”, odpowiedziała, że wierzy, iż dostanie wino i chwilę, ale nie ma gwarancji na przyjemność. Chyba się obraził. ;) Inny pisał, że żona go nie rozumie. Po dwunastym mailu (na które nie odpowiadała) zrozumiała – żonę. W końcu jednak i to ją znudziło. Wyostrzyła jednak uwagę pod tym kątem i nawet „fajnemu” Romkowi nie ufała w tej kwestii.
On jej jednak nie zawiódł pod tym względem. Kiedy trochę już popisali, zaproponował spotkanie, a że to była wiosna, umówili się na spacer nad jedną z warszawskich kałuż, „by wspólnie nakarmić kaczki”. Złośliwy głosik cichutko szepnął jej w głowie: „Spryciarz. Pozuje na romantycznego, a w gruncie rzeczy oszczędny”, ale sama skarciła się za te myśli. Przecież on na pewno jest nieśmiały i wrażliwy, i na pewno nie o to chodzi, ale ja oczywiście muszę się doszukiwać wszędzie złych intencji, myślała. I poszła, nie biorąc kawałka bułki dla kaczek.
Na wstępie już okazało się, że brak bułki był dużym niedociągnięciem, bo Romek swoją miał, ale nie planował się dzielić. Poszła do sklepu, nabyła i karmiła. Po trzecim okrążeniu zbiorniczka wodnego bułka wreszcie się skończyła. Miała nadzieję, że to dobry moment, by się urwać, bo spotkanie toczyło się… dziwnie. Chłopak zachowywał się tak, jakby próbował realizować jakiś plan, z góry narzucony przez kogoś, a nie czuł się z tym dobrze. Próbował połączyć dżentelmena z maczo, rozumianego jako chama, co to się nie przejmuje, że kobieta za nim nie nadąża, choć to tylko spacer, czy nie widzi, że zerwał się wiatr, od którego ona dygocze i wolałaby wejść do jakiejś kawiarenki (a nawet do Empiku…) albo po prostu się pożegnać. Dreptała jednak za nim potulnie, nie wiedząc, co ma zrobić i o co w tym wszystkim chodzi. Wreszcie zdobyła się na odwagę i powiedziała, że niestety musi wracać, bo jest głodna. Ulga na jego twarzy była tak czytelna, że aż się roześmiała, co go chyba zreflektowało, bo zaczął przepraszać i tłumaczyć się ze swojego dziwnego zachowania. Wiesz, jestem bardzo spięty, starałem się dobrze wypaść, a z drugiej strony ty tak mało mówiłaś, że nie wiedziałem, czy się nie nudzisz ze mną – i takie tam tratata. Nie wiedziała, co myśleć, więc uznała, że w ogóle nie będzie, uśmiechnęła się, pomachali sobie i pobiegła do autobusu.
Odezwał się za dwa dni z propozycją kolejnego spotkania. A więc jednak!, pomyślała. Jednak coś mu się we mnie spodobało! On… no cóż, bądźmy szczerzy. Był przeciętny, ale przecież to nawet lepiej, nie będzie taki rozrywany przez inne, myślała praktycznie. A ile odwagi musiała go kosztować obecna propozycja – snuła dalsze rozważania. Bo zaprosił ją do siebie, żeby coś obejrzeli, ale w każdym zdaniu zapewniał, że nie musi się bać, że po prostu – będzie szczery – nie ma za bardzo kasy na chodzenie po mieście, do kina i takie tam. I jeśli ona woli, to on może przyjechać do niej. Pomyślała, a co mi tam, pojadę. Wspomniała Egipt, westchnęła i odpisała, że owszem, zgadza się, mogą coś razem obejrzeć.
Mówi się, że głupi mają szczęście, a nad szaleńcami czuwa Opatrzność. Gąska zatem miała szczęście i opiekę, i trzy spotkania przebiegły jej w miłej, sympatycznej i delikatnie romantycznej atmosferze. Oglądali filmy, siedząc obok siebie i nieśmiało popatrując na siebie. Czasem delikatnie brał ją za rękę, a na trzecim spotkaniu nawet objął! Wracała uśmiechnięta, coraz bardziej rozmarzona i pełna nadziei, że może… wreszcie… W rzadkich chwilach pikał jej delikatny niepokój, bo jednak to nie było takie typowe zachowanie, a chłopak – mówmy wprost – nie wyglądał jej na zakompleksionego pierdołę. A jednak widziała, że mu się podoba. To o co chodzi, główkowała chwilami. Ale dawała sobie spokój. Dziwne też wydawało się jej, że mimo tej delikatności i wrażliwości nie przejmował się nigdy jej samotnymi i dość późnymi powrotami komunikacją miejską. Odprowadzał na przystanek, ale nie był to bezpośredni autobus, a miejsce przesiadki było mało przyjazne. Sama jednak nie miała odwagi poprosić, by pojechał razem z nią chociaż ten nieprzyjemny kawałek drogi. Nie chciała robić kłopotu, a jemu pewnie nie przyszło to do głowy. Mężczyźni bywają mało domyślni…
Tak, bywają. Ale ona też nie sądziła, jaka niespodzianka spotka ją od niego ok. dwa tygodnie później. Tyle bowiem milczał po tym ostatnim spotkaniu. W końcu zagryzła wargi i napisała do niego maila. Cześć, czemu się nie odzywasz, może się spotkamy? Tak, odpisał, nie odzywam się, bo nie widzę sensu w naszych spotkaniach. Ty byś chciała karmić kaczki albo oglądać filmy, a ja chciałem seksu. Nie muszę ci wsadzać swojego twardziela od razu, napisz, co lubisz, ale inny cel spotkania mnie nie interesuje.
Dotychczas sądziła, że powiedzenie „oplułam monitor, jak cośtam przeczytałam” jest przenośnią. Nie jest, bo cała kawa, którą właśnie sobie zrobiła i której łyczek wypiła, poszła prosto na monitor laptopa. Odstawiła kubek, wytarła lapka, siebie i podłogę. Otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Wzięła kilka głębokich oddechów i ponownie przeczytała wiadomość, sądząc, że coś źle zrozumiała. Niestety nie.
Zastanawiała się, jak się zachować. Sama nie wiedziała, co ją najbardziej w tej sytuacji upokorzyło. W końcu machnęła ręką, ale jednak nie potrafiła zostawić takiego maila bez odpowiedzi. Wreszcie napisała: Szkoda, że od razu nie napisałeś, że o to ci chodzi, tyle czasu oboje straciliśmy, bo faktycznie nie jestem zainteresowana. Zamknęła pocztę w komputerze, a znajomość – w swojej głowie. Była przekonana, że on nic już nie odpisze, bo po co? Przeżyła więc szok, gdy następnego dnia w pracy, po zalogowaniu się do komputera, wyskoczyła odpowiedź od niego: Człowiek chce zrobić jej dobrze, i to za darmo, a ta jeszcze fochy strzela…

Minęło trochę czasu, zanim zdecydowała się pójść na kolejne spotkanie, też ustawiane, ale przez życzliwych znajomych. Namiary na Romka jednak zachowała – gdyby któraś koleżanka potrzebowała takiego wolontariusza…

sobota, 1 marca 2014

Amazing! (3/3)

Po filmie „Ona”, o którym nie mogę przestać myśleć, lawiną potoczyły się wspomnienia o innych, które zapadły mi w pamięć głęboko. Na pewno ogromnego wzruszenia dostarczył mi musical „Mamma mia!”, ale bardziej z powodu sytuacji życiowej, w jakiej wtedy byłam, niż sam z siebie. Kupiłam później dvd, ale nie obejrzałam ani razu… jeszcze. Obejrzę kiedyś. Na pewno. Głównie po to, żeby go odczarować.

Innym takim filmem było „Przeczucie – z Sandrą Bullock. To moja ulubiona aktorka. Z tym filmem wiążą się dwojakie wspomnienia: emocji wywołanych samym filmem, ale głównie – okoliczności towarzyszących. „Przeczucie” na ekranach pojawiło się w 2007 roku. Wspominam ten rok jako jeden z bardzo trudnych (jeśli nie najtrudniejszych) w moim życiu. Bardzo dużo wtedy się zadziało, ale na szczęście – co okazało się później – niektóre rzeczy wyszły mi na dobre, a i poznałam wielu różnych ludzi. Niektórzy z nich do dzisiaj są obecni w moim życiu, jak Kasia czy Paweł. Niestety, poznawałam też innych. Teraz te wspomnienia mnie bawią, ale wtedy złościły. Może gdyby przeczucie z filmu udzieliło mi się choć trochę, byłoby mi łatwiej. A może nie? W końcu fabuła pokazała, że nie da się uniknąć przeznaczenia.
To film sprzed dobrych kilku lat, więc chyba już mogę odwoływać się do fabuły. Film opowiada historię pewnej kobiety – Lyndy (Sandra Bullock), której mąż ginie w wypadku samochodowym. Następnego dnia rano jednak Lynda budzi się obok swojego małżonka, żywego i zdrowego… Kobieta w końcu orientuje się, że do wypadku jeszcze nie doszło, że to była jedynie wizja. Szereg kolejnych wydarzeń wskazuje jednak, że może ona się spełnić. Lynda próbuje znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla tego zjawiska, ale kolejne osoby, którym się zwierza, niewiele mogą jej pomóc. Kiedy nadchodzi wreszcie krytyczny dzień, Lynda wreszcie pojmuje, w jaki sposób ma dojść do katastrofy i próbuje jej zapobiec…
W moich wspomnieniach „Przeczucie” jest jednym z filmów określanych od przedwczoraj – amazing! (Sama nie wiem, czemu tak ulubiłam sobie to słowo). ;) Trafiłam na niego przypadkiem, ale na film z Sandrą Bullock idę w ciemno. Oglądałam go na wstrzymanym oddechu, wyszłam zapłakana – właściwie nie wiem, czemu – i po prostu trzęsłam się z emocji przez połowę drogi do domu. Nie było mi dane jednak skupić się na tych wrażeniach, bo mój towarzysz na to nie pozwolił. Tak, wiem, co można pomyśleć, ale to ja. Moja sytuacja. Więc nie rozpraszały mnie słodkie komplementy czy próby mizianek w miejscu publicznym (mówię o powrocie, podczas filmu, nawet jeśli coś się działo, to nie zauważyłam), ale męcząca konwersacja. A ja próbowałam być kulturalna (zawsze staram się być uprzejma, gdy widzę, że ktoś jest ewidentnie nieogarnięty, chyba że już ostro przegina – wtedy zaskakuję nawet samą siebie mistrzowską ripostą), chociaż w środku byłam po prostu wściekła. Dlaczego?
Ano dlatego, że wieczór znowu nie spełnił moich oczekiwań. Był 2007 rok, Miś rzucił mnie po raz pierwszy, a ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mi wybaczy to rozstanie (tak, wiem co piszę), myślałam że jest to rozstanie definitywne i po prostu nie wiedziałam, co robić. Byłam wtedy na tym etapie życia, że po prostu i zwyczajnie nie było przy mnie nikogo, komu odważyłabym się zaufać. Dawne przyjaciółki się pokończyły, nowym znajomym nie umiałam jeszcze zaufać, rodzinie tym bardziej (niestety). Siedziałam więc na czatach, randkowych i innych stronach i po prostu szukałam kogoś, do kogo można się odezwać. Poznałam wtedy m.in. księdza, który twierdził, że szuka kogoś do rozmowy po polsku (był kolejny rok poza krajem), ale naprawdę w 2007 roku nie było innych serwisów po polsku niż ilove? Chyba wtedy poznałam też Bena, Niemca, z którym poszłam na przykład do Muzeum Powstania Warszawskiego i pamiętam, że kazałam mu się nie odzywać za dużo. ;) Rozmawialiśmy po niemiecku, angielsku i polsku oraz za pomocą pokazywania rękami. I było fajnie. No i poznałam też właśnie bohatera dzisiejszego wpisu. Kompletnie nie pamiętam, jak miał na imię. Na pewno za to był doktorantem – niestety, chodzą mi po głowie dwa skrajne skojarzenia: filozofii albo prawa. Nieistotne. Poznaliśmy się więc na jakiejś stronie, przeszliśmy na czat i Doktorant zaproponował spotkanie. Bardzo było to po mojej myśli, więc się zgodziłam, ale wciąż czekałam na jego inicjatywę, z czego zresztą ochoczo skorzystał. W efekcie umówiliśmy się na piątkowy wieczór do kina „na jakąś prostą amerykańską komedię” – poprosiłam. Spotkaliśmy się zgodnie z planem, a dalej już było tylko gorzej. Po pierwsze, okazało się, że źle sprawdził repertuar i filmu, na który byliśmy umówieni, już nie grają. Wtedy ja wskazałam palcem na plakat „Przeczucia” i zaproponowałam, że w takim razie może to. Nieświadomie w ten sposób zamieniłam koncepcję lekkiej amerykańskiej komedii na thriller (może to było nawet podświadomie? Jako odwzorowanie tego, co działo się w moim życiu? Chciałam, by było pogodnie, a zamiast tego dostałam dreszczowiec…). Poszliśmy więc do kasy. Stałam obok z niepewnym uśmiechem, a kiedy przyszła nasza kolej, Doktorant poprosił o dwa bilety, z tym że on płaci tylko za jeden, a za drugi ona – i wskazał na mnie. Nie tylko mi z hukiem spadła szczęka na podłogę, widziałam że pani też zaokrągliły się oczy. Miałam pieniądze, nie w nich rzecz. Tylko było dla mnie wtedy oczywiste, że takie rzeczy załatwia się wcześniej. Jeśli już – bo w gruncie rzeczy byłam przekonana, że jeśli zostałam zaproszona, to będę i „zapłacona”. Tym bardziej – powtarzam – że wcześniej nie było żadnych ustaleń. Przyjęłam zatem konwencję, że „randka w ciemno” to też randka. Widać jednak jego konwencja nie pokrywała się z moją. Więc przy tej kasie zrobiło mi się jakoś niesmacznie, wstyd i w ogóle. Poprosiłam więc Doktoranta, żeby teraz zapłacił, a ja mu zaraz oddam. Chciałam jak najszybciej zejść z oczu pani w kasie i ludziom w kolejce. Tylko odeszliśmy od kasy, a Doktorant przypomniał o pieniądzach: bo wiesz, ja jestem biednym doktorantem…

Dygresja: wtedy myślałam, że chłopak wybił się nad innych „ciemnorandkowiczów”, ale moja koleżanka spotkała się kiedyś w takiej sytuacji z kimś, kto zaprosił ją na spacer… po Empiku. Podobno wzięła go do McDonalda i nakarmiła. :)

Oddałam za bilet, naprawdę nie mam z tym kłopotu. Tak naprawdę rzecz nie w forsie, ale jakoś nieładnie według mnie to wyszło. Teraz bym tego nie przeżywała, może nawet nie zauważyła, może nawet mu postawiła…? (Bilet, naturalnie). Nie przeczuwałam jednak wtedy, co będę o tym myśleć w przyszłości.
Powrót był też średnio ciekawy, bo ja wyszłam rozdygotana z emocji, a on „taktownie udawał, że tego nie widzi”. Pytał mnie o książki – co czytam, ile tygodniowo, dlaczego nie takie – ale to było pretekstem, by mógł się pochwalić, ile ich ostatnio przeczytał, i jakie sobie kupuje, i gadał, gadał, gadał. A ja potrzebowałam ciszy, jeśli nie chciał mówić o filmie. Poprosiłam o to, ale nie zrozumiał, o co mi chodzi i czego chcę. A ja się trzęsłam po prostu…
Więcej się nie spotkaliśmy. Nie dlatego, że nie było mnie na to stać. ;) Jakoś nie było chęci po obu stronach, potem rozmowy na czacie zawężały się do wysyłania sobie dowcipów, aż i to się skończyło. A na „Przeczucie” poszłam drugi raz, bo za pierwszym naprawdę się spłakałam tak, że mało co zrozumiałam. Za drugim razem płakałam mniej. Trzeciego od tamtej pory nie było, bo wciąż trochę się boję. ;)

Żeby nie zakończyć smutno, na koniec coś kociego. Koledzy, z którymi współpracuję w pewnej redakcji, uznali, że z powodu nadmiernego „zakocenia” życia (dodatki, biżuteria, kot w pełnej krasie i myślenie o drugim) mogę zostać starą panną (jakbym już nią nie była). Bo podobno wszyscy ich kumple, których partnerki mają koty, na te koty są uczuleni (moja riposta: a co mają mówić?). Odpowiedziałam z pewnością, która mi ostatnio powoli wraca: Znajdę męża. Mam mieszkanie, zarabiam, dobrze gotuję, jestem inteligentna, ale w domu mogę być głupia.

Wrócili bez słowa do pracy. :)