Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocio i Fruzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocio i Fruzia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

Nie mamy już bohaterów

Opowiadanie Magdaleny Białek


Ojciec Legrave był odważnym mężczyzną. Zresztą, będąc kapitanem Cesarskiej Inkwizycji, nie mógł być tchórzem, a jednak – jak ze zgrozą stwierdził – trzęsły mu się kolana, a po kręgosłupie przebiegał co chwilę zimny dreszcz. Ostatni raz czuł się tak mały i bezbronny, gdy rozbił dzbanek z mlekiem w wieku czterech lat. Całe jego późniejsze życie było pasmem mężnych wyczynów: spychaniem dzieciaków ze szkolnej ławki, zabieraniem głosu w imieniu kolegów karanych za niecne uczynki, skakaniem do wody z wysokich klifów, wykłócaniem się z najsurowszym z nauczycieli fechtunku, wyśmiewaniem mrożących krew w żyłach zaklęć Czarnej Księgi, paleniem najbardziej zajadłych wiedźm, ściganiem wilkołaków podczas pełni księżyca i wreszcie oświadczeniem się kobiecie. Podczas żadnej z tych szokująco odważnych decyzji nawet nie zadrżała mu powieka. Teraz jednak czuł, że śmiertelne niebezpieczeństwo obserwuje go z ukrycia i tylko czyha na wydarcie mu duszy. Obraz straszliwie zmasakrowanych zwłok wciąż tkwił mu przed oczami...
… to był okropny widok, dobrze, że tego nie oglądałeś, Sette opowiadał z przejęciem Harvey. On był dosłownie rozszarpany. Pomimo czerwonego kostiumu widać było krew... wszędzie krew.
Teraz nasze miasto jest bezbronne... westchnął z żalem Sette. Legrave współczuł młodemu inkwizytorowi – Sette od dziecka podziwiał zamordowanego bohatera. Był on jego autorytetem, powodem, dla którego wstąpił do Inkwizycji i zaczął zwalczać zło. Sette też chciał być herosem, choć wiedział, że nigdy nie będzie tak popularny jak jego idol – nie miał pieniędzy ani pomysłu na uszycie sobie szałowego kostiumu. Poza tym, nawet w przebraniu każdy rozpoznałby Sette'a – nikt inny nie biegał w tak śmieszny sposób. Tak więc podwójne życie nie wchodziłoby w grę.
Jest jeszcze jeden bohater powiedział Legrave, klepiąc podwładnego po ramieniu. Panowie, skupcie się teraz na śledztwie. Ten morderca, ten straszliwy psychol mieszka tutaj, na tej ulicy.
W tym momencie (jak można się było tego spodziewać) powiał zimny wiatr i załopotał szkarłatnymi pelerynami inkwizytorów. U wylotu ulicy, tam, gdzie krzyżowała się ona z cienistą aleją, przetoczył się fikołekrzaczek*, pogłębiając uczucie melancholii i grozy.
Ale przesłuchaliśmy już wszystkich mieszkańców. Nikt nie wydawał się szczególnie podejrzany. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie wracał do domu nad ranem i nikt nie widział, jak te zwłoki znalazły się na ulicy. Chyba do niczego nie dojdziemy pesymizował Harvey. Wracajmy, szefie. Zimno się robi. I zbliża się pora obiadu.
Został nam jeszcze ostatni dom w tej okolicy. I czuję swoim szóstym zmysłem, że to tam znajdziemy najgorszą z możliwych patologii. Psychozę skrywaną w głębi świadomości. Potwora, zwyrodnialca, mordercę, który czai się właśnie za tymi ostatnimi drzwiami, który obserwuje nas, śmieje się obłąkańczo i który zostanie nowym antagonistą Marvela. Legrave poprawił pelerynę, gdy wskutek wiatru przestała romantycznie spływać po ramieniu. Czas zmierzyć się z nim. Pukamy.
Przez chwilę stali w ciszy, wpatrując się w drzwi niewielkiego domku otoczonego krzewami dzikiej róży.
Pukamy powtórzył Legrave bardziej stanowczo.
Harvey nagle pojął, że to było polecenie, a nie informacja. Wszedł po pomalowanych na biało schodkach i niepewnie podniósł dłoń zaciśniętą w pięść.
Bądź dzielny. Może znajdziesz się w komiksie! zagrzewał go Sette.
Inkwizytor opuścił dłoń i zapukał. W tym momencie pokłady jego męstwa wyczerpały się i mężczyzna wrócił do swoich towarzyszy czekających na dole.
Czekali dwie minuty i podczas tych stu dwudziestu sekund wyobrazili sobie dwanaście różnych scenariuszy swojej śmierci.
Nagle drzwi zaczęły otwierać się z upiornym skrzypieniem. W progu ukazała się młoda kobieta o miłej powierzchowności i uśmiechnęła się do nich pytająco.
Dzień dobry, my do psychola... zaczął Sette, ale nagłe uderzenie w żebra zatrzymało potok słów szykujących się do wyskoku z jego gardła.
Cesarska Inkwizycja, kapitan Legrave, młodsi inkwizytorzy Harvey i Sette. Chcielibyśmy z panią porozmawiać rzekł Legrave wzbudzającym respekt tonem.
Cesarska Inkwizycja? – zdumiała się kobieta i zamilkła, jakby przez chwilę się wahała. Ależ... proszę, proszę wejść dodała, zapraszając ich gestem do środka.
Harvey i Sette przez sekundę rywalizowali o przywilej zamykania pochodu. Wola tego pierwszego zwyciężyła.
Wkroczyli w słabo oświetlony przedsionek, a stamtąd do jeszcze słabiej oświetlonego korytarza. Legrave szedł na przedzie, tuż za nim podążała gospodyni.
Tylko proszę mi wybaczyć... – zaczęła, ale w tym samym momencie Legrave krzyknął ze zgrozy.
Podłoga korytarza zalana była krwią. Ciemnoczerwone smugi rozbryzgane były na ścianach, pojedyncze krople zdobiły meble. W czerwonej, lepkiej cieczy tkwiły kawałki szkła i dziwne, obłe... narządy?! GAŁKI OCZNE?!
Legrave zrobił szybki zwrot i sięgnął do długiego sztyletu ukrytego w wewnętrznej kieszeni peleryny. Spojrzał w oczy kobiety i napotkał przepraszający uśmiech.
To spadło przed kwadransem, nie zdążyłam wszystkiego posprzątać. Robiłam konfitury, poukładałam słoiki na szafce, Fruzia skakała po półkach... No i stało się. Wszystko do wyrzucenia. Godziny spędzone w kuchni na marne, a winowajczyni uciekła do ogrodu. Proszę spróbować jakoś to przeskoczyć. Dlaczego pan tak na mnie patrzy? zapytała Legrave’a. Ten odwrócił wzrok zmieszany i zrobił duży krok nad krwawymi konfiturami.
Dotarli do przytulnego salonu, gdzie gospodyni kazała im czuć się jak u siebie, usiąść na kanapie i zastanowić się, czy wolą filiżankę kawy, czy herbaty.
– Nie, dziękujemy. Nie chcemy zająć pani zbyt wiele czasu. – Legrave wyciągnął ze skórzanej torby pergamin, pióro i podróżny kałamarz. – Proszę podać nazwisko, datę urodzenia i złożyć podpis pod oświadczeniem, że powie pani to, co pani powie, a my usłyszymy to, co usłyszymy.
– Czyli co? – zapytała kobieta, bo pierwszy raz miała styczność z niedorzecznymi formalnościami Cesarskiej Inkwizycji.
– Prawdę – odparł wymijająco Legrave.
Gospodyni podpisała się jako Safida Kaevame.
– Pani Safido – rozpoczął poufale Legrave. – Czy słyszała pani o tragedii, która wydarzyła się wczoraj na tej ulicy?
– Tak, co nieco.
– Gdzie pani była wczoraj wieczorem?
– W domu.
– Nie wychodziła pani nigdzie?
– Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nikt nie może tego potwierdzić.
Legrave pokiwał z uznaniem głową.
– Widzę, że wie pani, do czego zmierzam.
– Owszem. Bardzo chcecie oskarżyć mnie o morderstwo, bo jestem kobietą mieszkającą z dwoma kotami w małym domku na uboczu, a wy jesteście Inkwizycją.
– Nie, to nie jest do końca tak, że wierzymy w stereotypy... – zaczął Legrave, lecz w tym momencie rozległ się głuchy łoskot dochodzący jakby z podziemi.
– To tylko koty – wyjaśniła szybko Safida.
Ale spojrzenie Legrave’a przestało być urzędnicze. Schował przybory do pisania i podniósł się.
– Proszę pokazać nam piwnicę – oświadczył.
– Ale to tylko koty! – zawołała gospodyni. – Nigdy pan nie miał kotów? Przecież wiadomo, że jak wskoczą do piwnicy, to zaczynają łowić mieszkające tam gryzonie i przy okazji demolują wszystko, co się tam przechowuje. Naprawdę, nie ma potrzeby schodzić do piwnicy. Tam jest ciemno, brudno, zimno i nieprzyjemnie.
– Idealne miejsce dla praktykowania czarnej magii. – oświadczył chłodno Legrave. Minął wciąż siedzącą Safidę i udał się na korytarz. Kobieta natychmiast wstała i podbiegła za nim. Sette stanął w progu salonu, a Harvey zastawił sobą frontowe wyjście, by nikt ani nic nie mogło uciec niepostrzeżenie.
– No dobrze, jeśli pan się tak upiera... – westchnęła Safida i przekręciła klucz w niskich drzwiach znajdujących się w głębi korytarza. Otworzyła je lekko i natychmiast ze środka buchnęła ciemność i wilgotny chłód.
– Pani przodem – powiedział Legrave, wyciągając dłoń w zapraszającym geście.
– Oczywiście, że tak. Pan by się zgubił. – Piwnica miała jedno, duże pomieszczenie, o czym Legrave jeszcze nie wiedział, więc nie zrozumiał ironii.
Schodził powoli, uważnie obserwując wyłaniające się z ciemności kontury. Co kilka kroków gospodyni zapalała lampy zawieszone u sufitu, dotykając małych dźwigni umieszczonych w jej tylko wiadomych miejscach w ścianie.
Wreszcie zeszli z ostatniego schodka i Legrave mógł zobaczyć rzędy półek, stare fotele, słoiki z konfiturami, zardzewiały rower, pudło z kasetami VHS i worki ze znoszonymi ubraniami.
– Oto moje laboratorium zbrodni – obwieściła Safida. Tę ironię inkwizytor był już w stanie wyczuć. – Jak pan widzi, same graty. Możemy już wracać na górę.
Istotnie, Legrave nie widział tu nic fascynującego. A jednak, jak uporczywie krzyczał jego szósty zmysł, w tej piwnicy było coś, co wymagało zbadania. Coś absolutnie wstrząsającego, klucz do zagadki...
Nagle pod jednym z foteli błysnęły ogromne złote oczy. Trwały tak chwilę w ciemności, po czym zaczęły zmieniać rozmiar, gdy ich właściciel powoli wyszedł z ukrycia.
Słabe światło jednej z lamp wiszących u sufitu niewyraźnie oświetliło kształt zwierzęcia, jednak litościwie ukazało tylko tyle, by inkwizytor zachłysnął się powietrzem, równocześnie nie wpadając w śmiertelną grozę i obłąkańczy zachwyt.
Zwierzę przypominało kota, jednak cała kocia gracja zdawała się być pomnożona w nim przez dziewięć. Uszy skierowane były na Legrave’a i uważnie łowiły rytm jego tętnic. Nastroszone, długie wąsy i wibrysy otaczały pyszczek jak pióra weneckiej maski. Łapy miękko stąpały po podłożu, jakby poruszał się w jakimś obcym wymiarze, tylko przypadkowo stykającym się z rzeczywistością. Elegancki łuk grzbietu musiałby być dziełem antycznego rzeźbiarza, gdyby zamiast falującego, ciemnego futra pokrywała je zimna skorupa marmuru. Ale w tym zwierzęciu nie było nic twardego ani zimnego – nawet oczy promieniowały dziwnym ciepłem, jak słońca nieznanych ludziom galaktyk. I byłby naprawdę, naprawdę piękny i poetycki, gdyby nie to, że był wielkości mastifa i budził w inkwizytorze dziki, pierwotny strach.
– Szkoda, że pani nie wspomniała, że hoduje pani kotołaka – powiedział Legrave, siląc się na spokój.
Safida westchnęła i podeszła do zwierzęcia, łagodnie zaganiając je z powrotem pod fotel.
– Kociu, naprawdę, mogłeś tam siedzieć. Przestraszyłeś pana inkwizytora.
Kocio spojrzał na właścicielkę z urażoną godnością i powoli poszedł we wskazanym kierunku. Zanurzył połowę ciała pod fotel, po czym wrócił do Safidy i wypluł coś pod jej stopy.
Kobieta zesztywniała.
– Kociu, pobawimy się później, zabierz to... – wyszeptała nerwowo, ale Legrave zebrał wszystkie pokłady heroicznej odwagi i podniósł wyplute przez kotołaka „coś”. Podbiegł do lampy i dokładnie obejrzał trzymaną w ręku kocią zdobycz: kawałek czerwonego, przetykanego wzorem pajęczej sieci kostiumu.
Nastała cisza. Legrave pokiwał głową. Safida spuściła wzrok i zaproponowała inkwizytorowi, by udali się na górę.
Gdy wyszli na korytarz, gospodyni zostawiła drzwi do piwnicy otwarte. Sette i Harvey spojrzeli na Legrave’a, następnie na przedmiot w jego dłoni. Sette odwrócił głowę, starając się ukryć emocje.
– To straszliwe nieporozumienie... – wyznała Safida, opierając się z westchnieniem o ścianę. – Panie inkwizytorze... To wszystko przez moją nieostrożność i przez posłuszeństwo tego kotołaka. Zaraz wszystko panom opowiem.
Legrave patrzył na nią potępiającym wzrokiem, ale słuchał dalej.
– Bo widzi pan, nikt nie lubi pająków. Ja ich wręcz nie znoszę! – zawołała Safida. – Pewnego razu siedziałam w salonie i czytałam, a tu nagle przez sam środek pokoju przebiegł taki wielki, włochaty...
– Fuj! – wstrząsnął się Harvey, ale Legrave posłał mu karcące spojrzenie.
– Kocio leżał obok mnie. Gdy zobaczył pająka, zeskoczył z kanapy i podbiegł do niego. Coś się ruszało, więc było to idealnym obiektem zainteresowania dla znudzonego jesienią kotołaka. Oczywiście poradził sobie z tym paskudztwem bez problemu. Byłam mu taka wdzięczna! Ileż się go nagłaskałam, jakie przysmaki dostał tego dnia! Mówiłam mu: „Kociu, jesteś najcudowniejszym stworzeniem na świecie, zabiłeś dla mnie pająka, uwielbiam cię!”. Wiedzą panowie, Kocio nie jest wcale przylepą, to taki typ faceta jak wy, udaje poważnego kocura. Ale wtedy widać było, jak bardzo się cieszy z mojej aprobaty.
Więc następnego dnia przyniósł mi w pysku tarantulę. Nie mam pojęcia, skąd to coś wziął, mam tylko nadzieję, że nie z mojej piwnicy. Pająk był równie duży, jak wstrętny. Naturalnie, nie byłam szczęśliwa, że przyniósł to obrzydliwe truchło do domu – ale, aby utwierdzić go w dobrych nawykach, chwaliłam go jeszcze serdeczniej.
Przez tydzień nic się nie działo. W sobotę odnalazłam pod schodami coś... Nie mam słów, żeby opisać to wstrętne, parszywe pajęczysko wielkości yorkshire terriera. Tego dnia Kocio otrzymał własną doniczkę z kocimiętką.
A wczoraj w nocy... No cóż, przywlókł kolejnego pająka. Był za duży, żeby go wnieść, podobnie jak poprzedni, więc też zostawił go pod schodami, przed domem. Gdy to zobaczyłam... No tak, to też był pająk. Ale panowie, przecież nigdy bym nie przewidziała, że to wszystko doprowadzi do morderstwa! Kocio był taki szczęśliwy, że udało mu się wyeliminować kolejnego insekta... Niech pan tak na mnie nie patrzy, dla Kocia to był właśnie insekt. Kto mu kazał malować pająka na klacie?!
Wiedziałam, że do tego dojdzie, że panowie tu przyjdą i będą chcieli znaleźć sprawcę. Zawlokłam więc ciało na drugi koniec ulicy, tam gdzie nad ranem je znaleziono. Ślady krwi? Przysypałam. Przysypywałam te cholerne ślady przez dwie godziny, dobrze, że nikt tego nie widział ani nie słyszał, sąsiedzi spali jak susły. Chciałam uchronić Kocia, bo przecież on nie wiedział, że robi źle! Ja też nie jestem zbrodniarzem tylko dlatego, że chciałam chronić swojego kotołaka, prawda?! – zakończyła ze łzami w oczach.
– To doprawdy trudna sprawa... – przyznał Legrave.
– Dobrze, że są w tym mieście jeszcze inni, którzy wymierzają sprawiedliwość – syknął z wściekłością i żalem Sette. – Pani kotołak zabija protagonistę, wie pani, jak to wygląda?! Jak to będzie wyglądało w gazecie?! Ludzie przeżyją prawdziwy szok!!!
– Tak, wiem, ale... – Safida chciała się wytłumaczyć, lecz w tym momencie na zewnątrz domu rozległo się miauczenie. Z piwnicy wyszedł Kocio, minął wstrząśniętych młodszych inkwizytorów i zaczął obwąchiwać drzwi frontowe.
Harvey chwilę obserwował kotołaka, odsunął się na bezpieczną odległość i, wyciągając daleko ramię, otworzył drzwi.
Za progiem stał drugi kotołak, nieco mniejszy i budzący nieco mniej grozy.
– Fruzia! – zawołała z przerażeniem Safida, gdy drugie zwierzę otarło się policzkiem o Kocia, spojrzało z ukosa na Harveya i podbiegło do niej, po czym wypuściło pod jej nogi kawałek czarnej szaty. – Och nie... Och nie...
– … O co chodzi? – zapytał Legrave.
– Nie... nie... – kobieta złapała się za głowę, uzmysławiając sobie beznadziejność sytuacji. – Ja...
– Co się stało?! – zawołał kapitan inkwizycji. – Co to jest?! Niech pani wykrztusi to z siebie!!!
– Tydzień temu pochwaliłam Fruzię, gdy wygoniła z piwnicy... nietoperza...
Gdy wypowiedziała ostatnie słowo, z ust Sette’a wyrwał się pełen zgrozy jęk. Harvey wytrzeszczył oczy i osunął się na próg, ponosząc klęskę w opanowaniu drżenia nóg.
– Pani Safido... – zaczął drżącym tonem Legrave. – Pierwszy raz nie wiem, co powiedzieć...
– W naszym mieście nie ma już bohaterów... – wyszeptał Sette. – Nie ma. Pani kotołaki unicestwiły jedyną siłę, która mogła wyrwać ten podły padół ze szponów mroku. Co teraz?! Co z nami będzie?! Musimy pogrążyć się w otchłani chaosu... Biada, biada... To miasto zginie...
Fruzia obwąchała pozostałości po konfiturach, po czym usiadła obok nich i zaczęła lizać przednią łapę. Kocio nonszalanckim krokiem podszedł do niej, usiadł naprzeciwko i począł metodycznie wylizywać jej futerko.
Po chwili korytarz wypełnił się spokojnym i radosnym mruczeniem.








*Autorskie tłumaczenie „tumbleweed”, które niestety nie ma polskiego odpowiednika – chodzi o krzaczki, które przetaczają się po pustych ulicach  w westernach

sobota, 6 grudnia 2014

Fruzia urządza mieszkanie

Cześć! Jestem Fruzia. Przeglądałam bloga i zauważyłam, że Kocio kiedyś tu pisał. To ja też coś opowiem, bo ostatnio trochę się dzieje. Zwłaszcza w moim mieszkaniu (dzielonym z Kociem i pańcią).

Kiedy się wprowadziłam, miałam zaledwie kilka tygodni, ale szybko zrozumiałam, że do tej pory nikt nie potrafił odpowiednio przystosować mieszkania, by stało się ono wygodną siedzibą kotów. Chociaż niby mieszkał już tam jeden kocurek, ale facetowi wystarcza do szczęścia tak niewiele…
Przede wszystkim, jak tylko się trochę oswoiłam z nowym miejscem, postanowiłam, że muszą być minimum dwie kuwety. Na początku owszem, byłam zadowolona, że w ogóle jest wydzielone miejsce do załatwiania tych potrzeb. Kocio korzystał z dużej, zakrywanej kuwety, która była wypełniona drewnianymi bryłeczkami. Nie miał nic przeciwko, żebym ja również tam chodziła. Zresztą, jeśli chodzi o Kocia, to owinęłam go sobie wokół ogonka. Od razu zauważyłam, że jest mną zachwycony. (I dalej jest). Normalka. Wtedy jeszcze byłam malutka, dużo mniejsza od niego, więc ten zachwyt był mi bardzo na łapę. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby mnie nie polubił i atakował. Teraz bym sobie poradziła, ale wtedy byłby problem. Ale, jak mówiłam, zachwycił się mną i od samego początku robił, co chciałam. Mogłam wszystko: zabrać mu każdą zabawkę, położyć się w jego ulubionych miejscach (trzeba było sprawdzić, czy serio są tak dobre) – no, jednego nie sprawdziłam, ale nie chce mi się wskakiwać na ten regalik… zresztą nie widziałam tam żadnego kocyka. 
Kocio leży i paczy. Jak zwykle.

Tam musi być okropnie twardo i w ogóle nie rozumiem, jak on tam wytrzymuje. Fakt, że widzi wtedy więcej… ale niech tam ma sobie tę jedną miejscówkę. Niech się cieszy. Ja wolę mięciuśko, ale tego też nie brakuje.
O, albo wyleguje się  tutaj. Ja tam bym nie mogła.




Wolę na kocyczku (w razie potrzeby świetnie służył jako kuweta... i nie rozumiem, czemu nie mogę go znaleźć!).



Może być i na parapecie, ale obowiązkowo musi być kocyk!


Najlepiej mi jednak tutaj...





...w moim ulubionym łóżeczku.


Idealnie, prawda?

Teraz niestety urosłam i wyglądam prawie jak Kocio - a tak się z niego nabijałam, jak próbował zrewanżować się i podebrać mi miejsce. Wiedziałam, że długo nie wytrzyma i wróci na podłogę.
Właśnie tak. ;)

Jak tu przyjechałam mieszkać, to znalazłam sporo dobrych legowisk, niezależnie od Kocia. Pańcia widać przeczuwała, że przyda się da mnie. Tylko skąd ona wiedziała, że zdecyduję się tu zostać?

Poza tym Kocio bardzo chętnie dzieli się swoim jedzeniem. Cha, cha, wiem, wiem – nie zawsze to jego dobra wola. Prawdę mówiąc, nawet rzadko… Ale on tak grymasi przy jedzeniu, tak wolno przeżuwa każdy kęs, czasem wącha i wącha, jakby myślał, że od jego wąchania ta paćka w misce zmieni się w mysz. A ja przecież rosnę, więc muszę dużo jeść. Poza tym, skoro on nie chce, to co się będzie zmuszał… Zresztą, ja tylko kontrolnie podchodzę do jego miseczki i patrzę, czy coś zostało. (Oj, czasem on jeszcze nie zjadł, wiem, ale tak stoi nad tą miską i nie może się zdecydować, to tak, jakby już zostawił niezjedzone, prawda…?). Nieraz mnie pańcia odgania, to idę, przecież się nie kłócę. Albo miska pusta – ale to rzadko, najczęściej, jak nam pańcia rybę daje, i też wtedy pilnuje, czy jemy swoje porcje. A czasem… ale to obciach dla kota, a ja Kocia w sumie lubię, choć taka ciapa, więc tylko tak w sekrecie powiem… czasem pańcia Kocia karmi! Z ręki jej je, no jak tak można! Ja też, owszem, nieraz z jej ręki dostanę, ale to sobie złapię i zaniosę gdzieś dalej. No, ale oni mają takie swoje dziwne relacje. Kocio to w ogóle chyba uważa, że to jego mamusia. Moją nie jest na pewno, moja mieszka daleko ode mnie, ale mamy kontakt (przez pańcię) i nawet mam najnowszą focię mojej mamusi:
To Monti, moja mama.
Więc tak jak mówiłam, Kocio jest fajny i dzieli się wszystkim. Tylko że trochę nie rozumiem, jak on mógł dotychczas żyć w takim niekocim mieszkaniu. No dobra, może dlatego, że był jeden, no i facet. Co on wie o tym, jak mieszkanie urządzić? Więc wzięłam sprawy w swoje łapki, a pańcia okazała się kumata i wprowadza zmiany po kolei. J
Bardzo podobało mi się, że mieszkanie, do którego przyszłam, miało osiatkowany balkon. I okna. Wcale nie czułam się jak w więzieniu. Miasto mnie przeraża i nie chciałabym znaleźć się nagle po tamtej stronie balkonu. Najgorsze, że mogłabym znaleźć się tam znienacka. Niektórzy sądzą, że koty są głupie i dlatego wypadają z okien i balkonów. Nic podobnego! Ostatnio biegłam za takim czerwonym, ruszającym się punkcikiem (swoją drogą, strasznie trudno wtedy Kocia wyprzedzić!), i wpadłam do łazienki! A wcale nie chciałam, tylko światełko skręciło, a ja już nie zdążyłam… Nic się na szczęście nie stało, ale na balkonie byłoby dużo gorzej!
A do tej łazienki wpadłam dolnym wejściem! Bo tak, teraz nie musimy (ja i Kocio) czekać, aż drzwi się otworzą, by tam wejść! Zarządziłam bowiem przede wszystkim, że będą dwie odkryte kuwety. Nie wiem, jak Kocio mógł siedzieć w tej zamkniętej budce. Przecież w takich momentach po pierwsze, musimy wciąż kontrolować otoczenie, po drugie – móc swobodnie się umościć, więc żadne ograniczenia nie są wskazane. A poza tym ten zapach w środku! No człowieki, nie bądźcie takie! Nie róbcie tego kotom! U nas już tego nie ma na szczęście. Załatwiłam, że mamy z Kociem dwie odkryte kuwety. Wprawdzie bym nie narzekała, jakby była i trzecia… ale pańcia już przy tej drugiej się krzywiła, więc na razie ustąpię. Nie mamy już też z Kociem tego okropnego drewna w kuwetach. Uważam, że kotu przystoi tylko żwirek z prawdziwego zdarzenia. Nie obraziłabym się za prawdziwy piaseczek, ale i ten bentonit nie jest zły. Fajnie się do niego załatwia, a jak super kopie! I Kocio też lubi, nawet bardziej niż ja. I właściwie dzięki niemu pod kuwetami szybko pojawiły się dywaniki. Różne, widzę, że pańcia kombinuje i nie może się zdecydować. Teraz mamy takie czarne gumowe płachty, lekko rowkowane. Pańcia uważa, że dzięki temu nie będzie deptać po żwirku. Nie rozumiem, czemu tego nie lubi, przecież to super! Kocio też tak uważa i widzę, że próbuje ją przyzwyczaić do faktu, że żwirek jest wszędzie, ale chyba jeszcze trochę czasu to potrwa…
A, miałam o tych otworach w drzwiach mówić. Bo jak była jedna kuweta, to drzwi do pomieszczenia, gdzie stała, były cały czas uchylone. Ale czasem nam się zamknęły, jak się goniliśmy z Kociem, a czasem przychodziły inne człowieki i oni zamykali… I jak stanęła druga kuweta, to pańcia powiedziała, że nie ogarnie. Najpierw myślałam, że kuwety, i się zdziwiłam, bo to przecież łatwizna, ale potem się okazało, że miała na myśli otwieranie i zamykanie drzwi. Pomyślała, jak nam ułatwić dostęp, i proszę: mamy specjalne wejścia w drzwiach. Zdjęła jakieś kratki na dole, potem coś skrobała, potem śmierdziało (podobno to się nazywa: malowanie farbą), ale wreszcie mamy swoje wejście. (Widziałam jeszcze, jak pańcia się martwi, czy Kocio się zmieści. Wtedy się śmiałam, ale teraz rozumiem wagę problemu… Trzeba się pilnować po prostu, i już).
A na koniec najlepsza zmiana: dzięki mnie będziemy mieć nowe firanki! Podobno nawet już mamy, ale jeszcze nie wiszą. Słyszałam, jak pańcia komuś opowiada, że są ładne i nie wie, czy przy kotkach powinny wisieć. No a przy kim, jak nie przy kotkach, ja się pytam? Już się nie mogę doczekać, kiedy je zobaczę… Ale właśnie, dlaczego dzięki mnie. Nie, nic nie porwałam ani nie poszarpałam! Nawet na nich nie wisiałam ani razu (w przeciwieństwie do Kocia, który podobno kilka kilogramów temu wskoczył na nie – i ponoć od razu spadł). 
Jestem za firanką!
Ale one są za długie, jak chodzę przy podłodze albo wspinam się po swoim ukochanym słupeczku, który stoi obok okna, to się jakoś w nich plączę… O, i nie mogę przez nie mieć hamaczka na grzejniku! A przecież zimą bliskość grzejnika to podstawa! 
Może faktycznie przeszkadza, ale to sobie odsunę!
Ale mam nadzieję, że niedługo pojawią się nowe firanki (naprawdę, nie będę się ich czepiała… w każdym razie nie tak strasznie. A poza tym to co: kotu firanki żałować?!), a wraz z nimi hamaczek.


Bo teraz byłoby ok.


Ja tak w ogóle dobrze się z Kociem dogaduję i świetnie razem wychodzimy na zdjęciach. Na przykład tak:


Kocio i ja. Wciąż ten sam wyraz pysia...

... o ile mnie akurat nie wylizuje. Ta pasja mu nie przeszła... Czasem myślę, że to rewanż za wyjadanie mu z miseczki...

Zawsze jesteśmy blisko... i muszę z tym żyć. :P


A podobno niedługo będzie jakaś choinka! Jestem strasznie ciekawa, co to takiego i jak smakuje… J




Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć moich i Kocia, zajrzyj na fanpage bloga – https://www.facebook.com/sajrinka. Możesz oglądać foty (powinny się pokazywać), nawet jeśli nie masz konta na Facebooku. A naszych zdjęć być może w ogóle niedługo będzie więcej, bo marzy nam się sesja w studiu Happy Time Photography – no co, przecież dzieci i zwierzątka są równie kochane… J

wtorek, 28 października 2014

Kocia potrawka

Kocham bardzo moje kociaki, ale są chwile, że bym je… wiadomo co. Zjadła. :P Zaczęło się już w weekend. Czy zmiana pogody tak mnie uwrażliwiła, czy ostatnie dni, w czasie których stężenie ludzi na metr kwadratowy niebezpiecznie wzrosło – nie wiem. A może jednocześnie i kotkom palemka odbiła? Tak czy owak, dwa aniołki w kociej skórze postanowiły wyprowadzić mnie z równowagi.
Już w sobotę była mała przygrywka. Zdecydowałam się ponownie przeprać wszystkie koce, bo ostatnio po wyjęciu z pralki rzeczy nie pachną tym fiołkowym płynem do płukania, tylko… gorzej. Liczyłam, że może woń zejdzie, koce przeleżały na balkonie, potem w pokojach, na grzejniku po dodatkowym płukaniu – nic. Ale może jeszcze raz spróbuję, pomyślałam zniechęcona, i zdjęłam koc z wersalki. A pod nią odkryłam starą (ale nie aż tak) plamę moczu. Kociego. Fruźki. Ten Strażak Sam niby ogarnął kuwetę, ale po sterylce, chodząc w fartuszku, zgłupiał widać, bo nie zawsze trafiał tam, gdzie powinien. Jedną wpadkę odkryłam natychmiast, ale dlatego, że plama znalazła się w takim miejscu, że można by było i mnie o sprawstwo podejrzewać.;) Sprytna Fruzia z drugim siuśkiem poszła więc troszkę dalej. A ja koce i pralkę obwiniałam… Na szczęście mam w domu zapas Urine Off, dobry środek do wywabiania takich plam – również starych. I jak skomentowała moja koleżanka (która mi ten środek kiedyś poleciła): Off = Uff. J
Kocom jednak tym bardziej kolejne płukanko by nie zaszkodziło. Ponieważ jednak od niedawna mam kłopot z pralką, pomyślałam więc, że najpierw sprawdzę jednak filtr, bo może coś się przytkało… (Tak naprawdę najbardziej chodziło mi o to, żeby coś zrobić, a nie patrzeć na pralkę i myśleć: a może zacznie działać?). Z wzywaniem fachowca wolałam się nie spieszyć, bo może to drobiazg, więc po co płacić? Zresztą z tym fachowcem to też nie taka prosta sprawa… na razie nieważne. Więc dobrałam się do filtra, niestety zbyt radośnie, woda poleciała – i nie pachniało różami… ale jakoś ogarnęłam. Niestety, założyłam filtr niedokładnie, o czym bardzo szybko się przekonałam, puszczając eksperymentalnie małe płukanie. Ileż wody z tej pralki poleciało! Ani się obejrzałam, a w łazience chlupało. Zaczęłam w popłochu zatrzymywać wodę szmatami, jednocześnie odsuwając kosze, miski, kuwetę i… Tak, koty. Ich zainteresowanie było zrozumiałe, ale wybitnie mi nie na rękę. I tak się troszkę przepychaliśmy – ja je przeganiałam, machając rękami i mówiąc, by poszły, a one miały świetną gonitwę. Wreszcie się troszkę zdenerwowałam i pogoniłam koty ostrzej i konkretnej (nie napiszę dokładnie, jak, ale krzywda im się nie stała – nawet się nie obraziły. Fruzia potem nawet się pchała na kolana, jak już opanowałam żywioł). Kiedy ogarnęłam wreszcie temat i uznałam, że dawno nie miałam tak wymytej łazienki, kiedy poustawiałam wszystko na miejscu, kiedy rozwiesiłam mokre szmaty i wypłukałam mopa, kiedy wreszcie umyłam siebie i usiadłam z herbatą – futra podrzemywały grzecznie i przyjaźnie.
Niedziela była sielanką. Niestety, w poniedziałek poszłam do biura zarabiać na życie (mam tak dwa, trzy razy w miesiącu, reszta czasu to praca w domu), a koty zostały same. Na długo, tak wyszło. Oczywiście miski pełne, kuwety czyste, legowiska świeżo strzepane… Po powrocie do domu jednak nie było mi dane zająć się nimi tak, jak nawykły, bo miałam gości. Rodzice przyjechali zobaczyć, jak sobie radzę i czy mogą w czymś pomóc (np. pralkę obejrzeć i ustalić przyczynę usterki w działaniu). Koty latały jak nakręcone, w międzyczasie zjadły, zostały dopieszczone, nikt im złego słowa nie powiedział, chociaż drapały meble na oczach gości (a ja je prosiłam: nie róbcie tego przy ludziach!). Zostaliśmy wreszcie sami. I zapadła noc.
Położyłam się wcześnie, bo po całym dniu w biurze (znów wysokie stężenie człowieków na metr kwadratowy pomieszczenia, a potem jeszcze ludzcy goście) byłam po prostu bardzo zmęczona i zaczynała boleć mnie głowa. Napełniłam miski, zamiotłam koło kuwet i poszłam spać. Nieraz już się tak zdarzało i zawsze koty czuły mój ból. Nie tym razem.
W Koci(zm)a około 3 nad ranem wstąpił jakiś demon, którego pamiętam z majowych czasów (Futro nie daje spać). Łaził po regałach i zrzucał z nich, co się tylko dało. Najgorsze jednak, że ciągle przy tym ni to miauczał, ni to jęczał – jakby ogromnie cierpiał albo potwornie się męczył. Uniesienie powiek i ruch mojej głowy w jego stronę „wyłączały” kota – na moment. Po chwili podejmował działanie ze zdwojoną energią. I nawet to, że wstałam, że rzuciłam mu zabaweczkę, że obudziłam mu Fruzię (:P) – nie zmieniło sytuacji. Po godzinie 5 podjęłam decyzję: wyrzucam futra z pokoju (tak, grzeczną Fruzię też musiałam eksmitować – nie było w pokoju awaryjnej kuwety). Jak pomyślałam, tak zrobiłam, i wreszcie odważyłam się zasnąć. Do 7. Bo wtedy Kociowi udało się wreszcie skutecznie nacisnąć klamkę… ;)
Kiedy wstałam, najpierw nakarmiłam i obsprzątałam towarzystwo, a potem usiadłam sama z poranną kawką i patrząc, jak one spokojnie kładą się do pojedzeniowej drzemki, zaczęłam szukać przepisu na potrawkę z kota.. :D
A na zakończenie Fruzia, która udaje niewiniątko (i trzeba przyznać, że dobrze jej to wychodzi J ):







(Na koniec uwaga, którą zamieszczam z powodu wypowiedzi, jaka pojawiła się pod jednym z wpisów na pewnym kocim forum. Chciałabym, żeby wszystko było jasne, bo oczywiście, że różne ludzie mają poczucie humoru. Wiem, że nie każdy widzi przenośnię w zdaniu: „Obdarłabym go ze skóry”, „Udusiłabym go”, „Zrobiłabym z niego potrawkę”. Możliwe, że niektórzy traktują takie wypowiedzi serio, inni zaś oceniają je jako niesmaczne. Dla mnie jednak to tylko pretekst, by nieco się wyżalić i pozbyć tych nerwików, do których ogony na pewno jakoś tam się przyczyniły, ale bardziej jednak – cały świat).

sobota, 18 października 2014

Opowieść (sfrustrowanego) Kocia

Fruzia jest już po zabiegu. Nie było to łatwe przeżycie dla nas wszystkich, choć każdy odczuł to inaczej. Fruzia, wiadomo, była główną bohaterką: to ją usypiali (podobno standardowa dawka narkozy nie zadziałała i trzeba jej było tego towaru dorzucić), to ona musi się wygoić, to ona w związku z tym biega w fartuszku. Wróć: jakie biega. W fartuszku się nie biega, w fartuszku się leży lub idzie tak, by wzbudzić współczucie i wyrzuty sumienia: kroczy się nieco chwiejnie, a tylne łapy należy podnosić niczym bocian na łące. Tak, żeby dać do zrozumienia, jak kotu w tym niedobrze… Większość dnia w fartuszku mija na leżeniu i obserwacji otoczenia. Tyle że bez niej mało co się dzieje. Kocio jest smętny, nie rozumie, czemu nie mogą się pogonić, dlaczego nie pozwalam jej przewracać i kopać tylnymi łapami, gdzie się da…
Tak naprawdę  to największy stres miałam z powodu Kocia. Fruzia znosi wszystko dzielnie i z godnością (a raczej resztkami; bo zachować pełną godność w fartuszku ochronnym to duża sztuka!). Tymczasem Kocio, odkąd wróciłyśmy z lecznicy, jest mniej lub bardziej nieszczęśliwy. Pewnie opowiedziałby o tym tak:
Zaczęło się niewinnie: najpierw późnym wieczorem zostały schowane miski z jedzeniem. Pewnie znowu chce nas karmić według jakichś książkowych zaleceń… ale chwilowo nic mnie to nie obchodzi. Brzuszek na razie pełny, ciepło, można spać. Ale rano okazało się, że misek wciąż nie ma na swoim miejscu. Jeszcze się nie martwiłem, bo AŻ TAK głodny nie byłem. Zresztą nikt nie jadł, nawet Ona (w myślach nazywam ją swoją ukochaną mamusią – wiem, że to nie kot, ale dba o mnie i dogadza. Widzę, że się stara, i tak naprawdę to doceniam… ale nie mogę przecież tak po prostu tego powiedzieć. Muszę zachować kocią godność). Potem jednak spakowała Fruzię i gdzieś obie poszły. Zostawiła mi miseczkę z chrupkami, więc zacząłem się niepokoić dopiero wtedy, gdy wróciła bez Fruzi. No jak to tak? Fruzia jest taka fajna! Uwielbiam się z nią bawić, a już najbardziej – wylizywać. No i jest kotem, to najważniejsze. Wprawdzie czasem nie daje mi spokojnie zapolować na piórka albo pcha się do mojej miseczki, no i rzadko sprząta po sobie w kuwecie (zgroza… ale ja jej pokazuję, jak się to robi; może się nauczy), ale i tak z nią jest fajnie. A tu nagle miałoby jej nie być? Postanowiłem jednak poczekać na rozwój sytuacji. My, koty, nie panikujemy na wyrost. Wylizałem więc swoje futerko i poszedłem spać. Obok Niej, żeby mieć ją na oku, gdyby się okazało, że gdzieś schowała Fruzię. Albo gdyby coś jadła.
Dobrze, że spałem obok, bo parę godzin później znów coś zaczęło się dziać. Wyszła z domu, beze mnie – dobrze, bo zacząłem się trochę bać, że mnie też gdzieś zaniesie. Wróciła jednak szybko, ale z Fruzią! Fruzia! Fruzia! Fruzia…? To ty??? Co się dzieje, czemu wychodzisz z tej klatki tak dziwnie? I tak ci się nogi plączą? Ojej, jaki dziwny zapach… Już, już lecę cię wylizać!
…Dlaczego mi nie wolno???
Dzieje się coś dziwnego. Odkąd Fruzia wróciła, nie mogę ogarnąć. (Tematu, tematu – z kuwetą sobie radzę). Ma na sobie coś – słyszałem, że „to” nazywa się fartuszkiem. Dlaczego KOT ma chodzić w ubraniu? To okropnie przeszkadza przy myciu. Fruzi to nie przeszkadza? Jakaś dziwna jest, odkąd ją ubrali. Prawie nie skacze, o zabawach ze mną nie ma mowy – Ona też nie pozwala, ale i Fruzia nie reaguje na zaczepki. God, spraw, żeby mnie nie ubrali w coś takiego, bo przestanę być kotem… Chciałem parę razy pomóc Fruzi pozbyć się tego fartuszka. Gdzie tam! Jak tylko podchodzę, to już mnie odganiają. To chociaż bym wylizał Fruzię, żeby zaczęła pachnieć kotem. Też nie wolno. Chyba focha strzelę.
[Wtrącę się na moment. Jeśli Kocio okazuje fochy przez mizianie, to go chyba zacznę prowokować… :D]
Fruzia całe dni leży albo leży i śpi. Najczęściej na podłodze lub łóżku, albo tam, gdzie Ona ją położy. Sama Fruzia nie skacze. Co jej zrobili? Zachodzę w głowę, a jednocześnie kombinuję, kiedy to się skończy. I czy kiedykolwiek? A może F. zostanie na zawsze w fartuchu? Masakra normalnie. Ale jest światełko w tunelu, bo widzę, że czasem to ubranie jest zdejmowane. I już raz mogłem i ja pomóc F. w myciu! Może będzie lepiej…
Rzeczywiście, światełko w tunelu jest. Fruzia już zaczyna się po kryjomu wydłubywać z ubranka. Skoro czuje taką potrzebę, to pewnie czuje się coraz lepiej.
A ja? Ja wolę zapomnieć o pierwszej godzinie po przyniesieniu jej do domu, kiedy przerażona patrzyłam, jak Fruzia, jeszcze otumaniona tą narkozą, wychodzi z transporterka, próbuje biegać, wskakiwać na parapety, lizać się… Kiedy do pomocy w tej ostatniej czynności ruszył Kocio, zrozumiałam, że kotę trzeba jak najszybciej ubrać w fartuszek. Tyle że po zawiązaniu ostatniego troczka Fruzia mi się wyrwała, zrobiła salto w powietrzu… i zwymiotowała. Poleciałam z nią z powrotem do weterynarz (na szczęście bliziutko), gdzie koteczka została ubrana i zasnęła. Wróciłam i dopiero mogłam sama się wykąpać, przebrać i zjeść duuuużo lodów. Na ostudzenie emocji. Później już było tylko lepiej. Fruzia w ubranku to taki kot-automat. Słabo reaguje na bodźce, słabo skacze, słabo się bawi. Jedzenie w normie. :D I jeszcze się przylepą zrobiła: leży najchętniej na mnie, śpi na mnie albo na mojej ręce… może ją w tym fartuchu zostawię na dłużej….? :D

Nie, proszę, nie!!!!

 I parę fotek:


Pierwsza doba. Fruzia jeszcze rozpędem wdrapywała się na swoje ulubione miejsca...

...ale bardzo nie chciała zdjęć. A to przecież pamiątka na całe życie. J



Mała Fruzia czy przerośnięty stary krasnal?

Pogodziłam się z losem...
 Potem zmieniłyśmy kolory:


Trzeba dbać o siebie w każdej sytuacji.



To ja. Fruzia.


Dziewczyny lubią fiolet.




Kolory jesieni. 


Teraz mogę się pokazać.


niedziela, 12 października 2014

Imieniny Kocia

Niedawno minęła pierwsza rocznica przybycia Kocia do mojego domu i życia. Tak naprawdę to jedno z ważniejszych, i jednocześnie pozytywnych, wydarzeń ostatnich kilku lat. Uznałam więc, że datę trzeba zapamiętać i odpowiednio ją czcić. Postanowiłam zatem, że tego dnia – obok Jana, Teresy, Augustyny, Cypriana, Częstobrony, Dominika, Gerarda, Gerardy, Eustachego, Ewaldy, Ewalda, Ermegardy, Irmegardy, Kandyda, Maksymiana, Romany, Sierosława, Sulibora – imieniny będzie obchodzić również Kocio. (Biorąc pod uwagę ten w większości oryginalny zestaw imion, Kocio świetnie się komponuje. Jeśli ktoś powątpiewa w ten zestaw, niech zajrzy TU). Bo dlaczego nie? Dotychczas obchodziliśmy wspólnie Nowy Rok i jego urodziny – moim zdaniem świetnie się sprawdziło. Przewidziałam jako danie główne łososia, delikatnie uparowanego, i zdaje się, że trafiłam. ;) Zorganizowałam też wydarzenie na Facebooku, ale niektórzy zaproszeni goście nie bardzo wiedzieli, jakie są ich obowiązki. :P Imieniny zorganizowałam więc już chyba lepiej. Co znaczy doświadczenie! Poza tym, nie da się ukryć, że wydarzenie przebiegało zupełnie inaczej, bo poprzednio celebrowaliśmy we dwójkę (liczę stałych domowników), a teraz do teamu dołączyła Fruzia. Co to zmienia, ktoś spyta? Jeden filet rybny więcej, po prostu.
Imieniny Kocia wypadły w tym roku w piątek. Wydarzenie zaczęłam organizować kilka dni wcześniej. Przede wszystkim zaznaczyłam, że zapraszam do WIRTUALNEGO współświętowania. Oczywiście goście „w realu” byli również zapraszani, ale panowała dowolność. Można było przyjść, można było nie przyjść. Kocio miał do tego jednakie podejście, co starałam się relacjonować na stronie wydarzenia głównie fotami. Jako że jednak wydarzenie było dostępne jedynie dla zaproszonych gości, a poza tym, gdy minął termin, zniknęło ze strony, pomyślałam, że warto przedstawić tu, na blogu, taką fotorelację.

Najpierw od samego rana była zabawa. Oba koty szalały, ale Kocio chyba wiedział, że jest bohaterem dnia, więc dokazywał wyjątkowo i zdecydowanie wiódł prym w mordowaniu piórek. Fruzia tym razem nie miała szans się przebić, chociaż próbowała.



 Kocio uważał się chyba tego dnia za wybitnego rozkoszniaka. ;) Moim zdaniem: słusznie.


 Był prawdziwym władcą i pogromcą piórek...



I nie można było mieć żadnych wątpliwości na ten temat.

 W końcu chyba się zmęczył... Ile można się bawić PRZED zjedzeniem obiecanej rybki?


Zanim jednak obsługa podała przystawkę dnia  filet z pangi, podobnie jak późniejszy łosoś, delikatnie parowany – Kocio zrobił uprzejmość Fruzi i pozwolił i jej poczuć się myśliwym (myśliwą?).

Też chcę zamordować piórka!

Gdzie te piórka, gdzie te piórka?

Po zabawie i zjedzeniu filecika koty odczuły potrzebę regeneracji. Trzeba sił, żeby zjeść zapowiadane danie główne, czyż nie? Więc padły, ale jednak w pobliżu stołu. Nigdy nic nie wiadomo...



Tymczasem przyjechał do nas (do Kocia?) gość. Prawdziwy, realny, człowiek. I przywiózł...

Serio to dla mnie prezent?

I co ja mam z tym zrobić?
 Wreszcie jednak przyszedł kulminacyjny moment. Podano łososia. Obsługa nie fatygowała się z kładzeniem obrusów, paleniem wonności czy układaniem smacznego mięska w kształty typu torcik. Kocio nie wymagał nawet wyrafinowanego blatu. Łosoś smakuje zawsze, wszędzie i tylko żeby było go więcej...


 Fruzia też się załapała, a jakże. Zresztą, Kocio na pewno się z tego cieszył. Porcja była identyczna, choć ta malizna nie powinna móc tyle zmieścić. Ale zmieściła...





 Imieniny Kocia nie skończyły się w piątek. A co tam, rozciągnęłam je na cały weekend. W ten sposób Kocio załapał się wreszcie na prawdziwy prezent dla siebie. J Beatko, Fruzi to wszystko bardzo się podoba! :P



Wiem, że niektórzy mogą się podśmiewać z tego wydarzenia. Imieniny Kocia, wow, no naprawdę, ile ona ma lat. Szczerze przyznam, że nie bardzo mnie to obchodzi. To moja zabawa i przyjemność. I już myślę nad kolejnymi wydarzeniami, ale to pewnie już pod choinkę będzie. J

A już naprawdę na koniec:
3 X 2013
Mam na imię Kocio i właśnie tu zamieszkałem. Dzień dobry.

To idę spać.

Jestem taaki malutki i śpiący...

































TERAZ

Łóżko jest dla mięczaków i maluchów. Prawdziwy twardziel leży na dywanie.