Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie opowieści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Kocie porządki

Kotki sprzątają przed świętami.

A w zasadzie pilnują, bym ja dobrze wywiązała się z obowiązków. Ale ponieważ pilnowanie bywa nuuudne… i czaaas tak się dłuuuży… to i oko się zamknie. Nie Kociowe oczywiście. On jest jak cerber. :P

Mam do posprzątania kuchnię, łazienkę i dwa pokoje, z czego jeden pełni funkcję salonu i nie wymaga wielu zabiegów. Niemniej raz na jakiś czas odsuwam meble – kiedyś, by umyć podłogę, dzisiaj – by umyć podłogę i znaleźć zaginione kocie skarby. Najnowsze plony to orzechy włoskie i kasztany (tak świetnie się turlają, więc kotki dostają do zabawy) oraz plastikowe nakrętki, na punkcie których Kocio szaleje. W związku z tym od przedwczoraj już zdążyły się ponownie poukrywać… :D

Drugi pokój, choć metrażowo mniejszy, jest większym wyzwaniem, bo to pokój wspólny – mój i kotków. Odsuwanie mebli może przynieść dużo większe efekty. (Już robię w głowie inwentaryzację zaginionych zabawek… Byłabym zadowolona, gdyby np. znalazła się biała plastikowa kulka, docelowo przeznaczona do zabawkowego toru. Idea polegała na tym, że kot turla, ale nie wydłubuje, bo kula jest ściśle wpasowana. Kocio jednak nie przeczytał instrukcji i którejś nocy udało mu się ją wyjąć i skutecznie zgubić. Szukam jej od pół roku, ale wciąż nie tracę nadziei… :D). Jednak poza tym, co konieczne, nie zamierzam się męczyć. Po prostu nie ma się co łudzić, że kotki przestaną gubić futro i drapać dywan. Ale może wygospodaruję jakiś kącik na choinkę – i zastanowię się, czy to na pewno mądra decyzja. ;) Poza tym obie z Fruzią czekamy na nowe firanki. Nie zawieszę ich jednak wcześniej niż na początku przyszłego tygodnia – wtedy upiorę też pozostałe i zawieszę w oknach. Uwielbiam zapach upranych firanek… J

Co do łazienki, to ponieważ stoją tam kuwety, nie mam co marzyć o dywanikach przed wanną i błyszczącej wannie. Pilnuję tylko, by nie chodzić po żwirowisku i płukać wannę przed używaniem i po niej, i nie dziwić się śladom małych łapek, obecnym prawie wszędzie… :D

Dzisiaj za to, ponieważ miałam znienacka wolne, poszłam sprzątać kuchnię. Wiadomo, że to nie ostatni raz w tym roku, ale jednak okapu codziennie szorować nie zamierzam, a dzisiaj był na to dobry dzień. Kotki nie zostawiły mnie samej z tym ciężkim obowiązkiem. Mimo że otworzyłam na czas porządków balkon (przy plus czternastu stopniach na zewnątrz można było zaszaleć), to i tak siedziały wciąż ze mną. Plątały się pod nogami, łapały upuszczane papierowe ręczniki (a nienasycona Fruzia próbowała je również zjadać) i generalnie przeszkadzały asystowały. Dzięki nim wiedziałam, że na pewno wszystko zostanie doprowadzone do dawno niewidzianej świetności. :D Naturalnie nie dały się wyprosić z pomieszczenia, a zamykanie drzwi lub na balkonie skutkowało miaukaniem, skakaniem na drzwi i świeżo wymyte szyby… Poza tym, wychodząc z balkonu, nie wycierały łap! Ale w końcu, ignorowane, zacichły i chyba sobie poszły. Wolałam nie odwracać się i nie sprawdzać, by nie usłyszały podejrzanych ruchów i nie przybiegły sprawdzić. :D Wreszcie jednak po coś się odwróciłam i zobaczyłam taki rozczulający widok:

Kocio uczy się pozować (nasłuchał się, że do zdjęcia trzeba ładnie i szeroko otwierać oczy)...

... a Fruzia paczy, czy szafka nie skrywa czegoś jadalnego.  I pilnuje drugiego krzesła, żeby nie uciekło.

I chociaż miałam mokre ręce i po uszy siedziałam w robocie, to pobiegłam na palcach po telefon, by uwiecznić te moje pociechy. Kotki po prostu czuwały i były duchem ze mną. Jednak kuchnia okazała się dla nich większym wyzwaniem niż wcześniejszy pokój skarbów i nie podołały. Zmęczenie wzięło górę i gdy tylko umyłam podłogę, ciężkim krokiem wyszły z kuchni i udały się na pokoje, by tam zasłużenie odpocząć.


Ale przynajmniej kuchnia na błysk! Przynajmniej dopóki nie wstaną. J

niedziela, 14 grudnia 2014

Kocio pierwotny

Jest taka opowieść Kiplinga o kocie, który chadzał własnymi drogami. Świat dopiero się kształtuje, ludzie organizują sobie życie domowe i oswajają dzikie zwierzęta, które zmieniają w posłusznych pomocników. Nie udaje się to jedynie z kotem.
I Kocio chyba poczuł w sobie ten zew dzikiej natury, zagrała krew dzikiego praprzodka… Kocio, któremu dałam takie pieszczotliwe imię w nadziei, że wpłynie to na jego charakter i uczyni go nakolankowcem i domowym mruczkiem, jakiego ze świecą szukać. Niestety, on woli chadzać własnymi drogami. Owszem, zgadza się na wspólne mieszkanie, ale niekiedy wręcz widzę, że w niektórych miejscach czy pomieszczeniach nie jestem mile widziana, bo wkroczyłam na jego terytorium. Nie, nie warczy ani nie drapie, ale ostentacyjnie przenosi się w inny kąt, by stamtąd obserwować, jak długo jeszcze będę się tam kręcić. Tak jest na przykład z balkonem. To jest zdecydowanie teren, na którym jestem gościem. Wolno mi coś tam zostawić – np. garnek z zupą, żeby ostygł, mogę pozamiatać, zanieść mu tam jedzenie… Najlepiej jednak, żebym robiła to sprawnie, bez zbytniego ociągania, i szybko wracała na wspólną, ogólnie dostępną powierzchnię. A jakie kiedyś było oburzenie, gdy uznałam, że jest już za zimno i zlikwidowałam stojący na balkonie w cieplejszych porach roku stoliczek! Gdy następnego dnia wyszłam tam na chwilę, żeby coś odstawić, Kocio wbiegł za mną, stanął w miejscu postoliczkowym, po czym wbił we mnie spojrzenie pełne wyrzutu, ale i niesmaku, że się tak rządzę na kocim terenie. Przemyślałam sprawę i uznałam, że co mi szkodzi wystawić stoliczek z powrotem… J Zresztą, odkąd przybyła Fruzia, kocie dominium znacznie się powiększyło. I, jak wiadomo z Fruzinej opowieści, całe – nie tylko kocie – terytorium zaczęło się zmieniać i dostosowywać do kocich potrzeb. Cóż, dobrze, że wiedzą, czego chcą…
Ale o ile Fruzia czeka na nowe firanki i sumiennie korzysta z wywalczonych dwóch kuwet, to Kociowi widać czegoś było mało. A może uznał, że został zdominowany przez baby i musi znowu zaistnieć? Albo powód był jeszcze inny? W każdym razie znienacka zrewolucjonizował menu oraz sposób wydawania posiłków. To znaczy – postanowił skończyć z jedzeniem w miseczce. To był przełom w naszym życiu.:P
Zaczęło się niewinnie. Któregoś dnia Kocio po prostu nie zjadł swojej porcji mokrego z miseczki. Jak wiadomo, u mnie niezjedzone jedzenie się nie marnuje (Fruzia czuwa), poza tym, jak raz nie zje, nic mu nie będzie. Jednak nie widziałam go zbyt często również przy wystawionej misce z chrupami, a ponieważ dotychczas była ona na bieżąco uzupełniana (pasłam moje krówki), zaczęłam tracić kontrolę nad tym, ile który kot zjadł – a dokładnie, czy Kocio w ogóle się dopchał do „paśnika”. Następny posiłek postarałam się więc wydać kotom osobno, co kompletnie mi nie wyszło. A Kocio na widok stawianej dla niego miseczki odwrócił się i majestatycznie odszedł. Był jednak głodny i w nocy słyszałam tylko chrupanie… rosnącego w doniczce owsa. (Nie dosypałam bowiem na noc suchego do miski).
Kolejnego dnia obudziłam się z jedną myślą w głowie: on musi już dzisiaj zjeść! Rano, podczas śniadania, złapałam kota za futro, a drugą ręką podawałam mu karmę. Czasem to działało – powąchał i nabrał smaku. Tym  razem jednak też się nie udało. Kocio wierzgał i widać było, że zaparł się ambicjonalnie. Nie i nie. Fruzia tymczasem, oblizując się, szła już w moim kierunku. Zniechęcona, wrzuciłam karmę z dłoni do miseczki. Nie trafiłam i spadło na podłogę. A Kocio… rzucił się i pożarł. Podobnie jak resztę, którą szybko wyrzuciłam. Podłodze nic nie będzie, a on chociaż zje. W taki sposób Kocio dostał również kolację. Udało mi się przy tym podać jedzenie tak, by Fruzia nie zdążyła skubnąć z drugiej strony.
Rano jednak Kocio uznał, że dziki, pierwotny kocur nie będzie jadł – nawet z podłogi. Tym razem jednak miałam już przemyślany temat. Szybko zgarnęłam wyłożone dla Kocia mięsko z puszki, a w zamian podałam kawałek piersi z kurczaka. I to był strzał w dziesiątkę. Mój dzikus pożarł wszystko, co dostał, warcząc z głębi gardzieli na Fruzię, gdy ta – tradycyjnie – śmiało poszła się poczęstować. Trwało to dwa dni. Stopniowo wróciliśmy do podawania jedzenia na talerzyku, a tuńczyk z puszki wrócił do łask. Niemniej w zamrażalniku jest już spory, awaryjny zapas surowizny: kurczaka, wołowinki, rybki. Szkoda, że już za późno, by poprosić świętego Mikołaja o dodatkowy zamrażalnik… :D Nie wiem, co będzie dalej, muszę spróbować innych puszek (niestety, najpierw musi coś wpłynąć na konto). Obecny zapas po prostu zje Fruzia. :D A dalej, może po Nowym Roku, znajdę w Warszawie kogoś, kto zna się na kocim barfie i nawiążemy współpracę. Gdyż dzikie, pierwotne koty muszą jeść mięso.
…Chyba że na stole w kuchni leżą akurat naleśniki, których Kocio jest wielkim smakoszem. Albo gdy cokolwiek jadalnego znajduje się blisko Fruzi, która – jak wiadomo – ma żołądek bez dna. A nawet jeszcze głębszy. ;) 

sobota, 6 grudnia 2014

Fruzia urządza mieszkanie

Cześć! Jestem Fruzia. Przeglądałam bloga i zauważyłam, że Kocio kiedyś tu pisał. To ja też coś opowiem, bo ostatnio trochę się dzieje. Zwłaszcza w moim mieszkaniu (dzielonym z Kociem i pańcią).

Kiedy się wprowadziłam, miałam zaledwie kilka tygodni, ale szybko zrozumiałam, że do tej pory nikt nie potrafił odpowiednio przystosować mieszkania, by stało się ono wygodną siedzibą kotów. Chociaż niby mieszkał już tam jeden kocurek, ale facetowi wystarcza do szczęścia tak niewiele…
Przede wszystkim, jak tylko się trochę oswoiłam z nowym miejscem, postanowiłam, że muszą być minimum dwie kuwety. Na początku owszem, byłam zadowolona, że w ogóle jest wydzielone miejsce do załatwiania tych potrzeb. Kocio korzystał z dużej, zakrywanej kuwety, która była wypełniona drewnianymi bryłeczkami. Nie miał nic przeciwko, żebym ja również tam chodziła. Zresztą, jeśli chodzi o Kocia, to owinęłam go sobie wokół ogonka. Od razu zauważyłam, że jest mną zachwycony. (I dalej jest). Normalka. Wtedy jeszcze byłam malutka, dużo mniejsza od niego, więc ten zachwyt był mi bardzo na łapę. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby mnie nie polubił i atakował. Teraz bym sobie poradziła, ale wtedy byłby problem. Ale, jak mówiłam, zachwycił się mną i od samego początku robił, co chciałam. Mogłam wszystko: zabrać mu każdą zabawkę, położyć się w jego ulubionych miejscach (trzeba było sprawdzić, czy serio są tak dobre) – no, jednego nie sprawdziłam, ale nie chce mi się wskakiwać na ten regalik… zresztą nie widziałam tam żadnego kocyka. 
Kocio leży i paczy. Jak zwykle.

Tam musi być okropnie twardo i w ogóle nie rozumiem, jak on tam wytrzymuje. Fakt, że widzi wtedy więcej… ale niech tam ma sobie tę jedną miejscówkę. Niech się cieszy. Ja wolę mięciuśko, ale tego też nie brakuje.
O, albo wyleguje się  tutaj. Ja tam bym nie mogła.




Wolę na kocyczku (w razie potrzeby świetnie służył jako kuweta... i nie rozumiem, czemu nie mogę go znaleźć!).



Może być i na parapecie, ale obowiązkowo musi być kocyk!


Najlepiej mi jednak tutaj...





...w moim ulubionym łóżeczku.


Idealnie, prawda?

Teraz niestety urosłam i wyglądam prawie jak Kocio - a tak się z niego nabijałam, jak próbował zrewanżować się i podebrać mi miejsce. Wiedziałam, że długo nie wytrzyma i wróci na podłogę.
Właśnie tak. ;)

Jak tu przyjechałam mieszkać, to znalazłam sporo dobrych legowisk, niezależnie od Kocia. Pańcia widać przeczuwała, że przyda się da mnie. Tylko skąd ona wiedziała, że zdecyduję się tu zostać?

Poza tym Kocio bardzo chętnie dzieli się swoim jedzeniem. Cha, cha, wiem, wiem – nie zawsze to jego dobra wola. Prawdę mówiąc, nawet rzadko… Ale on tak grymasi przy jedzeniu, tak wolno przeżuwa każdy kęs, czasem wącha i wącha, jakby myślał, że od jego wąchania ta paćka w misce zmieni się w mysz. A ja przecież rosnę, więc muszę dużo jeść. Poza tym, skoro on nie chce, to co się będzie zmuszał… Zresztą, ja tylko kontrolnie podchodzę do jego miseczki i patrzę, czy coś zostało. (Oj, czasem on jeszcze nie zjadł, wiem, ale tak stoi nad tą miską i nie może się zdecydować, to tak, jakby już zostawił niezjedzone, prawda…?). Nieraz mnie pańcia odgania, to idę, przecież się nie kłócę. Albo miska pusta – ale to rzadko, najczęściej, jak nam pańcia rybę daje, i też wtedy pilnuje, czy jemy swoje porcje. A czasem… ale to obciach dla kota, a ja Kocia w sumie lubię, choć taka ciapa, więc tylko tak w sekrecie powiem… czasem pańcia Kocia karmi! Z ręki jej je, no jak tak można! Ja też, owszem, nieraz z jej ręki dostanę, ale to sobie złapię i zaniosę gdzieś dalej. No, ale oni mają takie swoje dziwne relacje. Kocio to w ogóle chyba uważa, że to jego mamusia. Moją nie jest na pewno, moja mieszka daleko ode mnie, ale mamy kontakt (przez pańcię) i nawet mam najnowszą focię mojej mamusi:
To Monti, moja mama.
Więc tak jak mówiłam, Kocio jest fajny i dzieli się wszystkim. Tylko że trochę nie rozumiem, jak on mógł dotychczas żyć w takim niekocim mieszkaniu. No dobra, może dlatego, że był jeden, no i facet. Co on wie o tym, jak mieszkanie urządzić? Więc wzięłam sprawy w swoje łapki, a pańcia okazała się kumata i wprowadza zmiany po kolei. J
Bardzo podobało mi się, że mieszkanie, do którego przyszłam, miało osiatkowany balkon. I okna. Wcale nie czułam się jak w więzieniu. Miasto mnie przeraża i nie chciałabym znaleźć się nagle po tamtej stronie balkonu. Najgorsze, że mogłabym znaleźć się tam znienacka. Niektórzy sądzą, że koty są głupie i dlatego wypadają z okien i balkonów. Nic podobnego! Ostatnio biegłam za takim czerwonym, ruszającym się punkcikiem (swoją drogą, strasznie trudno wtedy Kocia wyprzedzić!), i wpadłam do łazienki! A wcale nie chciałam, tylko światełko skręciło, a ja już nie zdążyłam… Nic się na szczęście nie stało, ale na balkonie byłoby dużo gorzej!
A do tej łazienki wpadłam dolnym wejściem! Bo tak, teraz nie musimy (ja i Kocio) czekać, aż drzwi się otworzą, by tam wejść! Zarządziłam bowiem przede wszystkim, że będą dwie odkryte kuwety. Nie wiem, jak Kocio mógł siedzieć w tej zamkniętej budce. Przecież w takich momentach po pierwsze, musimy wciąż kontrolować otoczenie, po drugie – móc swobodnie się umościć, więc żadne ograniczenia nie są wskazane. A poza tym ten zapach w środku! No człowieki, nie bądźcie takie! Nie róbcie tego kotom! U nas już tego nie ma na szczęście. Załatwiłam, że mamy z Kociem dwie odkryte kuwety. Wprawdzie bym nie narzekała, jakby była i trzecia… ale pańcia już przy tej drugiej się krzywiła, więc na razie ustąpię. Nie mamy już też z Kociem tego okropnego drewna w kuwetach. Uważam, że kotu przystoi tylko żwirek z prawdziwego zdarzenia. Nie obraziłabym się za prawdziwy piaseczek, ale i ten bentonit nie jest zły. Fajnie się do niego załatwia, a jak super kopie! I Kocio też lubi, nawet bardziej niż ja. I właściwie dzięki niemu pod kuwetami szybko pojawiły się dywaniki. Różne, widzę, że pańcia kombinuje i nie może się zdecydować. Teraz mamy takie czarne gumowe płachty, lekko rowkowane. Pańcia uważa, że dzięki temu nie będzie deptać po żwirku. Nie rozumiem, czemu tego nie lubi, przecież to super! Kocio też tak uważa i widzę, że próbuje ją przyzwyczaić do faktu, że żwirek jest wszędzie, ale chyba jeszcze trochę czasu to potrwa…
A, miałam o tych otworach w drzwiach mówić. Bo jak była jedna kuweta, to drzwi do pomieszczenia, gdzie stała, były cały czas uchylone. Ale czasem nam się zamknęły, jak się goniliśmy z Kociem, a czasem przychodziły inne człowieki i oni zamykali… I jak stanęła druga kuweta, to pańcia powiedziała, że nie ogarnie. Najpierw myślałam, że kuwety, i się zdziwiłam, bo to przecież łatwizna, ale potem się okazało, że miała na myśli otwieranie i zamykanie drzwi. Pomyślała, jak nam ułatwić dostęp, i proszę: mamy specjalne wejścia w drzwiach. Zdjęła jakieś kratki na dole, potem coś skrobała, potem śmierdziało (podobno to się nazywa: malowanie farbą), ale wreszcie mamy swoje wejście. (Widziałam jeszcze, jak pańcia się martwi, czy Kocio się zmieści. Wtedy się śmiałam, ale teraz rozumiem wagę problemu… Trzeba się pilnować po prostu, i już).
A na koniec najlepsza zmiana: dzięki mnie będziemy mieć nowe firanki! Podobno nawet już mamy, ale jeszcze nie wiszą. Słyszałam, jak pańcia komuś opowiada, że są ładne i nie wie, czy przy kotkach powinny wisieć. No a przy kim, jak nie przy kotkach, ja się pytam? Już się nie mogę doczekać, kiedy je zobaczę… Ale właśnie, dlaczego dzięki mnie. Nie, nic nie porwałam ani nie poszarpałam! Nawet na nich nie wisiałam ani razu (w przeciwieństwie do Kocia, który podobno kilka kilogramów temu wskoczył na nie – i ponoć od razu spadł). 
Jestem za firanką!
Ale one są za długie, jak chodzę przy podłodze albo wspinam się po swoim ukochanym słupeczku, który stoi obok okna, to się jakoś w nich plączę… O, i nie mogę przez nie mieć hamaczka na grzejniku! A przecież zimą bliskość grzejnika to podstawa! 
Może faktycznie przeszkadza, ale to sobie odsunę!
Ale mam nadzieję, że niedługo pojawią się nowe firanki (naprawdę, nie będę się ich czepiała… w każdym razie nie tak strasznie. A poza tym to co: kotu firanki żałować?!), a wraz z nimi hamaczek.


Bo teraz byłoby ok.


Ja tak w ogóle dobrze się z Kociem dogaduję i świetnie razem wychodzimy na zdjęciach. Na przykład tak:


Kocio i ja. Wciąż ten sam wyraz pysia...

... o ile mnie akurat nie wylizuje. Ta pasja mu nie przeszła... Czasem myślę, że to rewanż za wyjadanie mu z miseczki...

Zawsze jesteśmy blisko... i muszę z tym żyć. :P


A podobno niedługo będzie jakaś choinka! Jestem strasznie ciekawa, co to takiego i jak smakuje… J




Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć moich i Kocia, zajrzyj na fanpage bloga – https://www.facebook.com/sajrinka. Możesz oglądać foty (powinny się pokazywać), nawet jeśli nie masz konta na Facebooku. A naszych zdjęć być może w ogóle niedługo będzie więcej, bo marzy nam się sesja w studiu Happy Time Photography – no co, przecież dzieci i zwierzątka są równie kochane… J

wtorek, 28 października 2014

Kocia potrawka

Kocham bardzo moje kociaki, ale są chwile, że bym je… wiadomo co. Zjadła. :P Zaczęło się już w weekend. Czy zmiana pogody tak mnie uwrażliwiła, czy ostatnie dni, w czasie których stężenie ludzi na metr kwadratowy niebezpiecznie wzrosło – nie wiem. A może jednocześnie i kotkom palemka odbiła? Tak czy owak, dwa aniołki w kociej skórze postanowiły wyprowadzić mnie z równowagi.
Już w sobotę była mała przygrywka. Zdecydowałam się ponownie przeprać wszystkie koce, bo ostatnio po wyjęciu z pralki rzeczy nie pachną tym fiołkowym płynem do płukania, tylko… gorzej. Liczyłam, że może woń zejdzie, koce przeleżały na balkonie, potem w pokojach, na grzejniku po dodatkowym płukaniu – nic. Ale może jeszcze raz spróbuję, pomyślałam zniechęcona, i zdjęłam koc z wersalki. A pod nią odkryłam starą (ale nie aż tak) plamę moczu. Kociego. Fruźki. Ten Strażak Sam niby ogarnął kuwetę, ale po sterylce, chodząc w fartuszku, zgłupiał widać, bo nie zawsze trafiał tam, gdzie powinien. Jedną wpadkę odkryłam natychmiast, ale dlatego, że plama znalazła się w takim miejscu, że można by było i mnie o sprawstwo podejrzewać.;) Sprytna Fruzia z drugim siuśkiem poszła więc troszkę dalej. A ja koce i pralkę obwiniałam… Na szczęście mam w domu zapas Urine Off, dobry środek do wywabiania takich plam – również starych. I jak skomentowała moja koleżanka (która mi ten środek kiedyś poleciła): Off = Uff. J
Kocom jednak tym bardziej kolejne płukanko by nie zaszkodziło. Ponieważ jednak od niedawna mam kłopot z pralką, pomyślałam więc, że najpierw sprawdzę jednak filtr, bo może coś się przytkało… (Tak naprawdę najbardziej chodziło mi o to, żeby coś zrobić, a nie patrzeć na pralkę i myśleć: a może zacznie działać?). Z wzywaniem fachowca wolałam się nie spieszyć, bo może to drobiazg, więc po co płacić? Zresztą z tym fachowcem to też nie taka prosta sprawa… na razie nieważne. Więc dobrałam się do filtra, niestety zbyt radośnie, woda poleciała – i nie pachniało różami… ale jakoś ogarnęłam. Niestety, założyłam filtr niedokładnie, o czym bardzo szybko się przekonałam, puszczając eksperymentalnie małe płukanie. Ileż wody z tej pralki poleciało! Ani się obejrzałam, a w łazience chlupało. Zaczęłam w popłochu zatrzymywać wodę szmatami, jednocześnie odsuwając kosze, miski, kuwetę i… Tak, koty. Ich zainteresowanie było zrozumiałe, ale wybitnie mi nie na rękę. I tak się troszkę przepychaliśmy – ja je przeganiałam, machając rękami i mówiąc, by poszły, a one miały świetną gonitwę. Wreszcie się troszkę zdenerwowałam i pogoniłam koty ostrzej i konkretnej (nie napiszę dokładnie, jak, ale krzywda im się nie stała – nawet się nie obraziły. Fruzia potem nawet się pchała na kolana, jak już opanowałam żywioł). Kiedy ogarnęłam wreszcie temat i uznałam, że dawno nie miałam tak wymytej łazienki, kiedy poustawiałam wszystko na miejscu, kiedy rozwiesiłam mokre szmaty i wypłukałam mopa, kiedy wreszcie umyłam siebie i usiadłam z herbatą – futra podrzemywały grzecznie i przyjaźnie.
Niedziela była sielanką. Niestety, w poniedziałek poszłam do biura zarabiać na życie (mam tak dwa, trzy razy w miesiącu, reszta czasu to praca w domu), a koty zostały same. Na długo, tak wyszło. Oczywiście miski pełne, kuwety czyste, legowiska świeżo strzepane… Po powrocie do domu jednak nie było mi dane zająć się nimi tak, jak nawykły, bo miałam gości. Rodzice przyjechali zobaczyć, jak sobie radzę i czy mogą w czymś pomóc (np. pralkę obejrzeć i ustalić przyczynę usterki w działaniu). Koty latały jak nakręcone, w międzyczasie zjadły, zostały dopieszczone, nikt im złego słowa nie powiedział, chociaż drapały meble na oczach gości (a ja je prosiłam: nie róbcie tego przy ludziach!). Zostaliśmy wreszcie sami. I zapadła noc.
Położyłam się wcześnie, bo po całym dniu w biurze (znów wysokie stężenie człowieków na metr kwadratowy pomieszczenia, a potem jeszcze ludzcy goście) byłam po prostu bardzo zmęczona i zaczynała boleć mnie głowa. Napełniłam miski, zamiotłam koło kuwet i poszłam spać. Nieraz już się tak zdarzało i zawsze koty czuły mój ból. Nie tym razem.
W Koci(zm)a około 3 nad ranem wstąpił jakiś demon, którego pamiętam z majowych czasów (Futro nie daje spać). Łaził po regałach i zrzucał z nich, co się tylko dało. Najgorsze jednak, że ciągle przy tym ni to miauczał, ni to jęczał – jakby ogromnie cierpiał albo potwornie się męczył. Uniesienie powiek i ruch mojej głowy w jego stronę „wyłączały” kota – na moment. Po chwili podejmował działanie ze zdwojoną energią. I nawet to, że wstałam, że rzuciłam mu zabaweczkę, że obudziłam mu Fruzię (:P) – nie zmieniło sytuacji. Po godzinie 5 podjęłam decyzję: wyrzucam futra z pokoju (tak, grzeczną Fruzię też musiałam eksmitować – nie było w pokoju awaryjnej kuwety). Jak pomyślałam, tak zrobiłam, i wreszcie odważyłam się zasnąć. Do 7. Bo wtedy Kociowi udało się wreszcie skutecznie nacisnąć klamkę… ;)
Kiedy wstałam, najpierw nakarmiłam i obsprzątałam towarzystwo, a potem usiadłam sama z poranną kawką i patrząc, jak one spokojnie kładą się do pojedzeniowej drzemki, zaczęłam szukać przepisu na potrawkę z kota.. :D
A na zakończenie Fruzia, która udaje niewiniątko (i trzeba przyznać, że dobrze jej to wychodzi J ):







(Na koniec uwaga, którą zamieszczam z powodu wypowiedzi, jaka pojawiła się pod jednym z wpisów na pewnym kocim forum. Chciałabym, żeby wszystko było jasne, bo oczywiście, że różne ludzie mają poczucie humoru. Wiem, że nie każdy widzi przenośnię w zdaniu: „Obdarłabym go ze skóry”, „Udusiłabym go”, „Zrobiłabym z niego potrawkę”. Możliwe, że niektórzy traktują takie wypowiedzi serio, inni zaś oceniają je jako niesmaczne. Dla mnie jednak to tylko pretekst, by nieco się wyżalić i pozbyć tych nerwików, do których ogony na pewno jakoś tam się przyczyniły, ale bardziej jednak – cały świat).

sobota, 18 października 2014

Opowieść (sfrustrowanego) Kocia

Fruzia jest już po zabiegu. Nie było to łatwe przeżycie dla nas wszystkich, choć każdy odczuł to inaczej. Fruzia, wiadomo, była główną bohaterką: to ją usypiali (podobno standardowa dawka narkozy nie zadziałała i trzeba jej było tego towaru dorzucić), to ona musi się wygoić, to ona w związku z tym biega w fartuszku. Wróć: jakie biega. W fartuszku się nie biega, w fartuszku się leży lub idzie tak, by wzbudzić współczucie i wyrzuty sumienia: kroczy się nieco chwiejnie, a tylne łapy należy podnosić niczym bocian na łące. Tak, żeby dać do zrozumienia, jak kotu w tym niedobrze… Większość dnia w fartuszku mija na leżeniu i obserwacji otoczenia. Tyle że bez niej mało co się dzieje. Kocio jest smętny, nie rozumie, czemu nie mogą się pogonić, dlaczego nie pozwalam jej przewracać i kopać tylnymi łapami, gdzie się da…
Tak naprawdę  to największy stres miałam z powodu Kocia. Fruzia znosi wszystko dzielnie i z godnością (a raczej resztkami; bo zachować pełną godność w fartuszku ochronnym to duża sztuka!). Tymczasem Kocio, odkąd wróciłyśmy z lecznicy, jest mniej lub bardziej nieszczęśliwy. Pewnie opowiedziałby o tym tak:
Zaczęło się niewinnie: najpierw późnym wieczorem zostały schowane miski z jedzeniem. Pewnie znowu chce nas karmić według jakichś książkowych zaleceń… ale chwilowo nic mnie to nie obchodzi. Brzuszek na razie pełny, ciepło, można spać. Ale rano okazało się, że misek wciąż nie ma na swoim miejscu. Jeszcze się nie martwiłem, bo AŻ TAK głodny nie byłem. Zresztą nikt nie jadł, nawet Ona (w myślach nazywam ją swoją ukochaną mamusią – wiem, że to nie kot, ale dba o mnie i dogadza. Widzę, że się stara, i tak naprawdę to doceniam… ale nie mogę przecież tak po prostu tego powiedzieć. Muszę zachować kocią godność). Potem jednak spakowała Fruzię i gdzieś obie poszły. Zostawiła mi miseczkę z chrupkami, więc zacząłem się niepokoić dopiero wtedy, gdy wróciła bez Fruzi. No jak to tak? Fruzia jest taka fajna! Uwielbiam się z nią bawić, a już najbardziej – wylizywać. No i jest kotem, to najważniejsze. Wprawdzie czasem nie daje mi spokojnie zapolować na piórka albo pcha się do mojej miseczki, no i rzadko sprząta po sobie w kuwecie (zgroza… ale ja jej pokazuję, jak się to robi; może się nauczy), ale i tak z nią jest fajnie. A tu nagle miałoby jej nie być? Postanowiłem jednak poczekać na rozwój sytuacji. My, koty, nie panikujemy na wyrost. Wylizałem więc swoje futerko i poszedłem spać. Obok Niej, żeby mieć ją na oku, gdyby się okazało, że gdzieś schowała Fruzię. Albo gdyby coś jadła.
Dobrze, że spałem obok, bo parę godzin później znów coś zaczęło się dziać. Wyszła z domu, beze mnie – dobrze, bo zacząłem się trochę bać, że mnie też gdzieś zaniesie. Wróciła jednak szybko, ale z Fruzią! Fruzia! Fruzia! Fruzia…? To ty??? Co się dzieje, czemu wychodzisz z tej klatki tak dziwnie? I tak ci się nogi plączą? Ojej, jaki dziwny zapach… Już, już lecę cię wylizać!
…Dlaczego mi nie wolno???
Dzieje się coś dziwnego. Odkąd Fruzia wróciła, nie mogę ogarnąć. (Tematu, tematu – z kuwetą sobie radzę). Ma na sobie coś – słyszałem, że „to” nazywa się fartuszkiem. Dlaczego KOT ma chodzić w ubraniu? To okropnie przeszkadza przy myciu. Fruzi to nie przeszkadza? Jakaś dziwna jest, odkąd ją ubrali. Prawie nie skacze, o zabawach ze mną nie ma mowy – Ona też nie pozwala, ale i Fruzia nie reaguje na zaczepki. God, spraw, żeby mnie nie ubrali w coś takiego, bo przestanę być kotem… Chciałem parę razy pomóc Fruzi pozbyć się tego fartuszka. Gdzie tam! Jak tylko podchodzę, to już mnie odganiają. To chociaż bym wylizał Fruzię, żeby zaczęła pachnieć kotem. Też nie wolno. Chyba focha strzelę.
[Wtrącę się na moment. Jeśli Kocio okazuje fochy przez mizianie, to go chyba zacznę prowokować… :D]
Fruzia całe dni leży albo leży i śpi. Najczęściej na podłodze lub łóżku, albo tam, gdzie Ona ją położy. Sama Fruzia nie skacze. Co jej zrobili? Zachodzę w głowę, a jednocześnie kombinuję, kiedy to się skończy. I czy kiedykolwiek? A może F. zostanie na zawsze w fartuchu? Masakra normalnie. Ale jest światełko w tunelu, bo widzę, że czasem to ubranie jest zdejmowane. I już raz mogłem i ja pomóc F. w myciu! Może będzie lepiej…
Rzeczywiście, światełko w tunelu jest. Fruzia już zaczyna się po kryjomu wydłubywać z ubranka. Skoro czuje taką potrzebę, to pewnie czuje się coraz lepiej.
A ja? Ja wolę zapomnieć o pierwszej godzinie po przyniesieniu jej do domu, kiedy przerażona patrzyłam, jak Fruzia, jeszcze otumaniona tą narkozą, wychodzi z transporterka, próbuje biegać, wskakiwać na parapety, lizać się… Kiedy do pomocy w tej ostatniej czynności ruszył Kocio, zrozumiałam, że kotę trzeba jak najszybciej ubrać w fartuszek. Tyle że po zawiązaniu ostatniego troczka Fruzia mi się wyrwała, zrobiła salto w powietrzu… i zwymiotowała. Poleciałam z nią z powrotem do weterynarz (na szczęście bliziutko), gdzie koteczka została ubrana i zasnęła. Wróciłam i dopiero mogłam sama się wykąpać, przebrać i zjeść duuuużo lodów. Na ostudzenie emocji. Później już było tylko lepiej. Fruzia w ubranku to taki kot-automat. Słabo reaguje na bodźce, słabo skacze, słabo się bawi. Jedzenie w normie. :D I jeszcze się przylepą zrobiła: leży najchętniej na mnie, śpi na mnie albo na mojej ręce… może ją w tym fartuchu zostawię na dłużej….? :D

Nie, proszę, nie!!!!

 I parę fotek:


Pierwsza doba. Fruzia jeszcze rozpędem wdrapywała się na swoje ulubione miejsca...

...ale bardzo nie chciała zdjęć. A to przecież pamiątka na całe życie. J



Mała Fruzia czy przerośnięty stary krasnal?

Pogodziłam się z losem...
 Potem zmieniłyśmy kolory:


Trzeba dbać o siebie w każdej sytuacji.



To ja. Fruzia.


Dziewczyny lubią fiolet.




Kolory jesieni. 


Teraz mogę się pokazać.


piątek, 29 sierpnia 2014

Kocia mama

Odkąd wzięłam Fruzię – a minął już miesiąc – bardzo trudno skupić mi się na innym niż kot temacie. Wiem, że wygląda to dosyć niezdrowo, ale to niestety siła wyższa. J Fruzia jest tak absorbującą koteczką, że wybija się na plan pierwszy, niezależnie od mojej chęci. ;)
Pamiętam, że jak Kocio przybył do domu, również byłam nim bardzo zaabsorbowana. Wynikało to jednak – jak widzę to teraz – z oszołomienia nowością. Wtedy wreszcie spełniło się jedno z moich życiowych marzeń, czyli kot w domu. Ten początkowy okres zatarł mi się jednak w pamięci. Zostały nieliczne zdjęcia i wspomnienia. Najwyraźniejszym jest – uczucie zawodu, że kot jest niedotykalski. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie kocie zachowanie. No nie mówię, że chciałam się miziać dwadzieścia cztery na dobę, ale nie spodziewałam się, że Kocio – początkowo mruczek i przytulak nocny – zacznie się tak dystansować. Czasem myślałam, że to efekt mojego błędu, innym razem po prostu się z tym godziłam. Wydawało mi się wtedy, że jest mi trudno. ;)
Fruzia wywróciła do góry nogami te przekonania. Okazuje się, że biorąc Kocia, trafiłam na super ułożonego i wychowanego kotka. Po prostu jest to „sir” Kocio, który zawsze wie, jak się zachować. Wygląda też na to, że szanuje wpajane mu przeze mnie zasady – oczywiście wskakuje na szafki i stoły, choć niektóre miejsca są mu zabraniane, ale napomniany – często schodzi. Naprawdę. Nigdy nie było między nami takiej wymiany zdań:


Dżentelmenem jest Kocio w prawie każdej sytuacji. Nawet w momentach bardzo osobistych, typu czynności kuwetowe. Naturalnie, przychodził do mnie i paczył, ale w pewnym momencie chyba uznał, że sobie radzę i zaprzestał kontroli. J Co jednak ciekawe, sam też wymusił osobność w tych szczególnych chwilach. Nie żałowałam mu tego. J


Skoro już o kuwecie mowa… Na szczególne podkreślenie zasługuje Kociowa zgodność na wszelkie eksperymenty. Niedoświadczona kociara, jaką byłam niespełna rok temu, fundowała mu nieoczekiwane zmiany. A to zakrytą kuwetę, z którą dość szybko się pogodził (wystarczyło wyjąć drzwiczki), a to innowacje żwirkowe… Brał na klatę wszystko, co proponowałam, aczkolwiek przy silikonie zdecydował, że nie. Dał jednak to do zrozumienia szybko i wyraźnie. Można? Można. J
Największą próbę charakteru przechodzi jednak Kocio teraz. Fruzia zresztą oboje nas ćwiczy, ale Kocio chyba radzi sobie lepiej. Początkowo ustępował małej w wielu sprawach, co ona perfidnie wykorzystywała. Przykładowo – wyżerając mu mokre jedzenie (Kocio je niespiesznie, delektując się każdym kęsem. Czasem mam wrażenie, że brakuje mu tej serwetki pod szyją i sztućców… J ). Odsuwał się wtedy i tylko tak na mnie paczył… Teraz jakoś temat się unormował.
A ja dopiero teraz widzę, że Kocio jest idealny, choć powściągliwy w okazywaniu uczuć. J Fruzia mi pokazała, jak wiele kłopotów można mieć z kotem. J
Jej bezsprzeczną zaletą jest niesamowita przylepność. Pod tym względem śmiało może zaspokoić wszelkie oczekiwania. Sama potrafi władować się na człowieka, mruczy prawie przy każdym dotknięciu, ugniata, wylizuje nosy i palce. Słodziak. I dlatego pewnie tak wiele jej się wybacza. J
Bo poza tym osobistym urokiem ma do zaoferowania ogromną niefrasobliwość. Nie przejmuje się kwestiami typu „czy można?” – tylko zajmuje Kociowe miejscówki, pcha się do jego miski i „zaklepała” sobie do spania mój biurkowy fotel. Zabawki, drapaki – wszystko jest Fruzi! Nie, nie tak, że nie użyczy. Ale po prostu jest szybsza. Kocio, z prawdziwie angielską flegmą (są podejrzenia, że mu się w rodzinie jakiś brytyjczyk plącze – albo mamusia się zapaczyła, albo sama była brytyjką, tyle że poszła na ląfry :P), zanim podbiegnie do „ofiary”, musi się skupić, zastanowić, czy warto, przyjąć pozycję – i wtedy ewentualnie próbuje zdobyć. Niestety, Fruzia w tym czasie zdążyła skoczyć trzy razy. Co z tego, że niecelnie? Ale Kocio został rozproszony i cała procedura rusza ponownie… ;) (Przestaje dotyczyć rzucanych smakołyków :P).
Poza tym Fruzia jest gadułą. Miauczy (pierwsze sugerowane imię było „Piszczałka”), mruczy, syczy, warczy, szczeka – full pakiet. Kocio musi być pod dużym ciśnieniem, żeby dźwięk z siebie wydobyć. J
Tematu kuwety już nie będę obszernie omawiać. Krótko streszczę: ile ja się nasprzątałam, zanim się okazało, że po prostu kuweta musi być odkryta, a żwirek – bentonitowy. Nie mogła powiedzieć od razu, tak jak Kocio przy silikonie? Co gorsza, temat nawraca. Ostatnio znów była „wpadka” – cudzysłów dlatego, że tak naprawdę to było działanie zamierzone (widziałam, jak wyszła z kuwety, by nasikać obok). I teraz zgaduj, człowieku, co było nie tak.
Tłumaczę jednak sobie (a mam wsparcie w tej tezie), że Fruzia po prostu jest jeszcze mała. Co z tego, że Kocio był w podobnych „miesiącach”, kiedy go wzięłam? Kocio był prawdopodobnie od małego „mieszkaniowy”, a na pewno kuwetował. Tymczasem Fruzia została wzięta z podwórka, gdzie nawet górki piaseczku dla kotów nie było. Poza tym trafiła do mnie tydzień po rozłące z mamą i rodzeństwem (tamta dwójka poszła w dwupaku do ludzi). I nagle z podwórka, bez bliskich (nawet swoich człowieków), trafiła do mieszkania, w obce miejsce, z nową pańcią i wielkim kocurem. Sporo dla takiego malucha. Przez ten miesiąc widzę, że sporo zmian na lepsze zaszło. Pewnie z kuwetą też tak będzie i nauczy się jej tak, że stanie się to oczywiste i naturalne – jak dla Kocia. J A cała ta żywiołowość i roztrzepanie – albo miną, albo po prostu taki jej urok. Nie przeszkadza mi to, oby tylko ta przylepność jej nie przeszła. J
Tak naprawdę oba te koty są kochane. Różnią się od siebie charakterem, temperamentem – ale to przecież piękne. Inaczej byłoby nudno. Przylepność Fruzi zaspokaja moje pragnienie kontaktu z kotem, dzięki czemu nie molestuję już tak Kocia. ;) On z kolei zaczął troszkę więcej do mnie przychodzić. Na krótko, ale miźnie się wieczorem, pomruczy, ugniecie… i pójdzie. Może patrzy na Fruzię i widzi, że to jednak nic strasznego? ;) Może walczy o swój zasób? :P Ciekawe też, że kiedy Fruzia przyjdzie wieczorem na mizianki, gdy już gaszę światło, jak spod ziemi wyrasta Kocio – i niby jej nie wygania, ale jednak sprawia, że ona sobie idzie. Jej z kolei nie przeszkadza, gdy Kocio kładzie się obok mnie. Paczy na to obojętnie i z daleka. J


Następny wpis będzie o człowiekach, obiecuję. J

wtorek, 19 sierpnia 2014

Szkodliwe paczenie

Poszłam dzisiaj z Fruzią do wet. Sama nie wiem, na co liczyłam, w końcu „na oko” lekarz nie oceni, czy problem pozakuwetowania ma przyczynę w zapaleniu pęcherza, a nie miałam w domu głupiej strzykawki, by zebrać ostatnie siuśki z podłogi i zawieźć do analizy. Czekanie na następne było jednak trochę ponad moje siły… Pani doktor, po obejrzeniu małej i zrobieniu porządnego wywiadu, stwierdziła, że jednak przyczyna jest behawioralna. Po opowiedzeniu jej niektórych szczegółów z zachowania Kocia tylko się w tym upewniła. Zaleciła feromony, ewentualnie jakieś KalmAidy czy inne bajery (kto miał problem, wie, o co chodzi). No i mimo wszystko, gdyby się udało, powiedziała, by jednak zebrać siuśki do analizy, aczkolwiek zapalenie pęcherza jest praktycznie niemożliwe u kici.
Wracałam przygnębiona. Głównie tym, że upewniłam się, gdzie leży przyczyna stresu Fruzi. Niby sama mówiłam (i pisałam), że Kocio jest stalkerem, ale tak naprawdę rozważałam to w kategoriach żartu. No jak taki Kocio słodki, kastracik, pierdołka – i agresor? A jednak.


Kocio nie robi niby nic takiego strasznego. On „tylko” paczy na Fruzię. Dowiedziałam się jednak, że to trzeci – przedostatni – poziom kociej agresji. Pierwszą informacją dla intruza jest znaczenie terenu. Drugim – wokalizacja swojego niezadowolenia, połączona ze stroszeniem futra, taką wizualną demonstracją. Ostatnim aktem agresji są łapoczyny, mające na celu przepędzenie intruza. Chyba że ten wcześniej nie wytrzyma presji kociego wzroku.
Raz wyraźnie dostrzegłam te Kociowe paczałki. Naprawdę, gdybym była kotem, udałabym, że szłam akurat gdzie indziej. Od tamtego czasu (kilka dni) coraz bardziej widziałam, jak Kocio łazi za małą, niemal dyszy jej w kark, cokolwiek by ona nie robiła. Myślałam wciąż jednak, że to po prostu takie zainteresowanie drugim kotem… Tymczasem to agresja. Może obronna? Bo Fruzia na zastraszoną nie wygląda, a to siusianie poza (i nie tylko siusianie…) to może właśnie też jakaś forma zagarniania terytorium? I Kocio na ten pierwszy etap odpowiada trzecim?
Jak by jednak Fruzia nie była dzielna, rozumiem jej stres. Pani wet też mi to w rozmowie dosadnie dosyć przybliżyła. Słuchając bowiem jej wywodów, ogromnie ciężko było mi przyznać, że mam w domu takiego agresora. Nie Kocio! I jakoś niemrawo próbując go tłumaczyć, mówię, że przecież on nie zawsze na nią tak paczy. To czemu ona ma się denerwować…? A pani wet na to: „A jakby pani mieszkała z mężem, który bije tylko czasem, a pani nie wie nigdy, kiedy?”. Przemówiło do mnie.


Bo w sumie nie trzeba bić… Wyobraźmy sobie, że jest w naszym życiu osoba, która nas nieustannie obserwuje. Nie krytykuje. Nie chwali. Po prostu patrzy. I teraz taki dzień (dla uproszczenia wersja relacji damsko-męskiej): Wstaję rano i idę do kuchni robić śniadanie. On idzie za mną i siada przy stole. Nie czyta gazety, nie włącza radia, nie wyciąga talerzy. Patrzy na mnie, jak ja kroję chleb, gotuję wodę, nalewam herbatę czy kawę do szklanek. Stawiam to na stół. To wszystko w milczeniu, wciąż obserwowana. Cud, że tym razem nic nie upuściłam ani nie wylałam. Innym razem przyszywam guzik. On siedzi obok i patrzy. Myję podłogę. On patrzy (i wcale nie ma zakusów erotycznych, po prostu ocenia płynność ruchów). Wieszam pranie, a on patrzy. Nic nie mówi, ale sama nerwowo sprawdzam, czy nie ma załamań i czy wszystko się doprało. Rozpakowuję zakupy, a on patrzy. Z przykładów pozadomowych natomiast. Jadę samochodem (w sensie: kieruję), a on siedzi obok. Oczywiście mało który facet by tylko patrzył krytycznie, ale kiedy wreszcie zamilknie, większość kobiet czuje się chyba gorzej.
Szczerze? Też bym chyba zaczęła sikać po kątach, gdyby to leżało w ludzkiej naturze. Taka ciągła obserwacja, kontrola bez słów sprawia, że ręce zaczynają się trząść, a w środku wszystko dygocze jeszcze mocniej. Im teren mniejszy, im osoby bliższe – tym jest to bardziej odczuwane. W końcu nie przypadkiem pojawiają się w założeniu dowcipne karteczki z cenami usług, gdzie za obserwowanie fachowca podczas pracy klient dopłaca procent od całej sumy. ;) A on przecież tylko paczy… ;)




poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Stalker i Strażak Sam

Od trzech tygodni ustalamy w domu nowe porządki. I wciąż nie mam błogiej rutyny (jak jej kiedyś nie doceniałam!).
Przede wszystkim: spadłam na sam dół hierarchii stada. Jestem zdecydowanie od sprzątania i karmienia – w nagrodę ewentualnie mogę czasem pomiziać. Niemniej brak futra i ogona oraz poruszanie się na dwóch nogach dyskwalifikuje mnie w oczach grupy. ;)

Na samym jej szczycie stoi Fruzia. Ona zamieszała naszym – moim i Kocia – poukładanym życiem i ona wciąż dyktuje zasady oraz nakłada na nas kolejne obowiązki. Nie weszła do nowego miejsca zahukana i przepraszająca. Przeciwnie. Na nic się nie oglądając, ładuje się na szczyt drapaka, pierwsza biegnie do zabawki, a także do miski – choć czasem jeszcze siedzi przy niej Kocio. Ten zaś ma charakter zdecydowanie powolniejszy i „usposobienie przyjemne”. Pierwsze dni były dla niego ciężką próbą. Potem wcale nie było lepiej, gdyż się we Fruzi zakochał. A potem to chyba zgłupiał. ;)

Zanim jednak o Kociu, parę informacji o Fruzi. Otóż oprócz bojowego charakteru koteczka cechuje się jeszcze dość niefrasobliwym usposobieniem. Kładę to karb jej małolęctwa, ale jest dość uciążliwe… Chodzi o sprawy dość delikatnej natury, czyli kuwetowe. Przede wszystkim trzeci tydzień toczę bój o przyuczenie jej do korzystania z kuwety. Początkowo wydawało mi się, że sukces przyjdzie szybko. Niestety, pod koniec pierwszego tygodnia pozbyłam się tej nadziei i od tamtej pory trwa orka na ugorze, by nauczyć Fruzię porządku. Owszem, początkowo wchodziła do kociej toalety (osobnej, specjalnie dla niej), ale potem zaczęła załatwiać się w przypadkowych miejscach. Po namysłach i rozważaniach oraz zgłębieniu problemu również na kocim forum zmieniłam żwirek z drewnianego na bentonit. Znawcy tematu wiedzą, w czym rzecz. Niefachowcom krótko wyjaśnię, że ten drugi bardziej przypomina piasek, ze wszystkimi niestety konsekwencjami: maże się i zmienia w błocko, poza tym trzeba go usuwać do specjalnych woreczków, a nie – jak np. Cat’s Best Eko – spłukiwać w toalecie. Dla kota czasem jednak bywa lepszy, właśnie dlatego, że kojarzy mu się z naturalnym podłożem. Fruzia natychmiast zaakceptowała zmianę, a razem z nią – kuwetę. Zaczęła chodzić również do Kociowej, a ten jej nie bronił niczego. Tylko że jedno mu się nie podobało… Fruzia bowiem nie zaprzątała sobie główki takimi drobiazgami, jak zakopywanie po sobie. Po prostu wchodziła do kuwety, robiła, co do niej należało, po czym, nie oglądając się za siebie, wychodziła. Byłam świadkiem, jak trzeciego czy czwartego dnia Kocio nie zdzierżył. Ten maniak porządku wszedł i zakopał po niej, po czym jeszcze swoim zwyczajem omiótł łapą okolicę (robiąc naturalnie więcej bałaganu, ale doceniam intencję). Miałam nadzieję, że Fruzia raz czy drugi to zobaczy i sama się nauczy, naśladując dobry Kociowy przykład. Niestety. Uznała, że widać taka jest procedura. I tak oto jesteśmy obecnie na takim etapie: Fruzia czyni swą powinność. Kiedy tylko słychać szuranie żwirku, Kocio już leci i czeka, aż mała wyjdzie. Wtedy natychmiast wchodzi i zakopuje oraz omiata okolice. Dumny z siebie, wychodzi. I wtedy wkraczam ja: z łopatką oraz szufelką i zmiotką. Czy można wyraźniej pokazać hierarchię…? ;)


W tym wszystkim nie marudziłabym, licząc, że skoro nikt nie narzeka, to jest dobrze. Są ponoć takie koty – babcie klozetowe. ;) Fragment z wątku na forum, na którym się radziłam i dzieliłam tą sytuacją: „Hihi, masz Kocia babcię klozetową J U nas robi tak Aramis i Chester, często nawet ten kuwetujący nie skończy a tu zaraz ekipa sprzątająca się zjawia”. Rzecz w tym, że chyba ta nadmierna opieka Kocia przeszła w kontrolę, której Fruzia nie wytrzymała. I znów zaczęła omijać kuwetę. Koniec poprzedniego tygodnia to było nieustanne łapanie małej i wsadzanie do kuwety bądź (częściej) sprzątanie po niej oraz pranie zasikanych materacyków i kocyków. A Kocio snuł się za nią jak cień…

Już decydowałam się na powrót do bentonitu i wydanie kolejnej kwoty pieniędzy na obróżki feromonowe dla Kocia, który zatracił się chyba w tym stalkowaniu małej – ale zdecydowałam się wcześniej na jeszcze jeden patent. Wyciągnęłam ponownie drugą kuwetę, wysypałam Cat’s Bestem i wstawiłam do pokoju, w którym śpimy. Broniłam się przed tą możliwością, bo po prostu nie chciałam więcej żwirku w tym pokoju. Od czasu, kiedy opłakałam Agrafkę, zaczęłam doceniać chodzenie boso po pokoju (żwirek nieźle potrafi kłuć w stopy), a także klasyczny aromat powietrza. Teraz też nie uśmiechał mi się zapach zasikanego przez koty żwirku (nie łudziłam się, że Kocio nie skorzysta z takiej okazji – i nie myliłam się: pierwszy tam wlazł), ale… wolę jednak zasikany żwirek. Patent sprawdzał się – do dzisiejszego ranka. Fruzia ugasiła pożar (jak Dzielny Strażak Sam) na leżącym na balkonie materacyku. Wydawało mi się, że dobrze upranym i pozbawionym zapachu dawnej „zbrodni”…

Tak więc mam w domu Strażaka Sama, stalkowanego co jakiś czas przez Kocia. Jak to się skończy? ;)

piątek, 8 sierpnia 2014

Mój kochany Kocio

Mój kochany Kocio

Obecność drugiego kota w domu sprawiła, że inaczej widzę tego pierwszego. Obserwacje i wnioski są bardzo fajne. J

Przede wszystkim Kocio bardzo w moich oczach wydoroślał. Ma zaledwie roczek, ale w porównaniu z prawie trzymiesięczną Fruzią zdaje się po prostu poważnym kocurem. No… trochę tej powagi traci wieczorem, gdy rusza gonitwa. Ach, ile jest wtedy zapału, emocji i niespożytej, wydawałoby się, energii. J Ale tak w ciągu dnia to zachowuje dużo więcej godności. Fakt, jest to typ kota-filozofa, który się nie spieszy, nie miauczy na widok wyciąganej z szafy puszki (po prostu wskakuje na stół, gdzie czeka naszykowana już miseczka ;)). Niemniej udawało mi się go często wybić z tego marazmu w ciągu dnia: a to piórkiem mu pomachałam przed nosem, a to laserek zaświeciłam… Teraz jednak jest inaczej. Kocio przyjął rolę obserwatora. Trochę jest to jego wybór, a trochę konieczność – Fruzia po prostu szybciej reaguje na bodźce. I zanim się Kocio zdecyduje łapą machnąć, to piórko zostało już kilka razy „zabite”. Chyba więc uznał, że lepiej okazać brak zainteresowania niż rywalizować w takiej prostackiej zabawie. ;) Albo po prostu jest dżentelmenem. ;)

Upewniam się też co do Kociowej aspołeczności. Nie w stosunku do Fruzi, skąd! Stworzą z pewnością przemiłe stadko (tak, wiem, że koty nie tworzą stada sensu stricte, ale nie o definicje teraz chodzi), bo już teraz widać, że się lubią. Ale Fruzia od samego początku naszej znajomości ;) jest równie chętna do innych kotów, jak i ludzi. Szybko nabrała do mnie zaufania, ale równie smacznie posapywała w kolejnych objęciach. Kocio zaś był dzikuskiem. Teraz się nieco zsocjalizował, ale dalej woli być „obok”. Dotyk jest rzadko mile widziany i zazwyczaj musi być to jego inicjatywa. Dawno przestałam z tym walczyć, ale co jakiś czas było mi po prostu przykro, że mam takiego niedotykalskiego kota. Martwiłam się, że jakoś go do siebie zraziłam, że nie czuje się przy mnie bezpieczny…

A teraz, jak pojawiła się Fruzia, zobaczyłam, że jednak więź między nami jest całkiem konkretna. Cóż, że mało fizyczna. J Czasem mam wrażenie, że patrzymy na siebie ze zrozumieniem, jak Fruźka szaleje, albo jak nie mogłam poradzić sobie z jej kuwetowaniem – a wtedy Kocio wziął sprawę w swoje „łapy”. ;) Ostatnio wręcz zareagował na konkretne zdanie. Wycisnęłam mu bowiem na futerko trochę pasty odkłaczającej, którą zresztą bardzo lubi. Na talerzyku jednak z reguły coś zostawia, więc wolę dawać na futerko. A gapulek nie zauważył chyba i wyskoczył w tej paście na balkon. Usiadł na stoliku i zapatrzył się smętnie w dal. Więc wołam: „Kociu! Futerko sobie wyliż!”. Odwrócił się, spojrzał na mnie rozumnie, po czym zaczął się wylizywać z pasty…

Cudna jest w ogóle ta jego reakcja na imię. Oczywiście, jak na prawdziwego – więc dumnego i niezależnego kota przystało – zdarza się, że wołam, a on nie reaguje.


Jest jednak na to sposób i przyznam, że nieraz nadużywam Kociowej dobrej woli... ;) Otóż, odkąd zrobiło się ciepło, balkon w mieszkaniu (a często i okna) jest otwarty bez przerwy. W związku z tym zaczęła się inwazja różnego rodzaju owadów. Nie lubię ich. Nie życzę sobie, by wlatywały do pokoju, gryzły czy nawet tylko brzęczały. Za to Kocio uwielbia na nie polować. Najpierw musiał je usłyszeć czy zobaczyć, by ruszyć do ataku. Teraz jednak wystarczy, że zawołam: „Kociu, mucha!” (czy ćma, wszystko jedno), a on pędzi z drugiego końca mieszkania. Naprawdę. Sama czasem nie wierzę. Oczywiście nie wołam go słodkim głosikiem, a tonem, w którym ewidentnie czuć panikę.

I na tym się właśnie zasadza moje oszustwo… Czasem właśnie takim spanikowanym tonem wołam go, bo po prostu chcę go zobaczyć. I on przychodzi. Rozgląda się czujnie, po czym, widząc, że alarm był fałszywy, dostojnie wraca na miejsce, z którego przybiegł. Czasu jednak wystarczy, by go pogłaskać. J

Nie nadużywam tego patentu, bo jednak często wołam go do prawdziwej zwierzyny, lepiej więc, by nie przestał reagować. A on wiernie przybiega i broni przed tymi paskudami. Nawet teraz potrafi przerwać gonitwę z Fruzią, by spełnić swój koci obowiązek. Jaki sam na siebie włożył, żeby nie było. U mnie koty nie muszą zarabiać na jedzenie. J

O Fruzi będzie innym razem, a tymczasem parę jej zdjęć:


Mała królewna J

Pełne skupienie...

Fruzia akrobatka

A to już po prostu baletnica J

Tygrysia łapeczka