Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2015

Kilka słów o niepisaniu


Sama nie wiem, co sprawiło, że przestałam pisać na blogu. To nie była kwestia braku chęci, a tym bardziej – braku czasu. Choć muszę przyznać, że dawno nie miałam tak intensywnego początku roku. W styczniu działo się wszystko, a nawet więcej – i w sferze zawodowej, i prywatnej. Zaczęło się od tego, że dostałam dwa zlecenia, których termin wykonania miał się zazębiać, ale wkrótce po rozpoczęciu prac nad pierwszym dostałam telefon z Wydawnictwa, „czy dałoby radę zrobić trochę szybciej”? Owo „trochę szybciej” to był faktycznie miesiąc – zamiast oddać gotowe teksty na początku marca i pracować nad nimi od początku lutego, poproszono, żeby były gotowe na początek lutego! Była pierwsza połowa stycznia, ja właśnie siadałam do książki, którą też miałam zrobić w krótszym terminie, i skończyć też z początkiem lutego… Dałam radę, ale lekko nie było. Musiałam narzucić sobie megadyscyplinę pracy, utemperować koty, które nie przywykły do takiego ignora, poradzić sobie z objawami ich niezadowolenia (wskakiwanie na regały, na plecy, demonstracyjne zrzucanie przedmiotów z półek) – znosić efekty podlizywania się (masa przysmaków i otwarty balkon w styczniu; zajmowało je to na jakiś czas, ale było ziiiimno!). Jak ślepej kurze ziarno trafiło mi się tylko to, że inny zleceniodawca, do którego chodzę raz w miesiącu, akurat wtedy przełożył prace na luty. Inaczej bym się chyba nie wyrobiła. (Tyle że wynagrodzenie też przeszło na luty…).
Kiedy oddawałam teksty, byłam z siebie dumna, że dałam radę… i w sumie to była jedyna dodatkowa gratyfikacja. Bo wykonanie tych ekspresów nie skutkowało podwójną płatnością (ani nawet szybszą), dawało jedynie nadzieję, że nie zrezygnują ze mnie i nie poszukają kogoś bardziej dyspozycyjnego. To przykre, ale wciąż nie tracę nadziei, że kiedyś los się odwróci i coś w mojej sytuacji zawodowej drgnie.
Ale styczeń był trudny nie tylko z powodu obciążenia pracą. Znienacka poczułam się bardzo samotna. Nawet bardziej niż trochę. To nie tak, oczywiście, że jest wokół mnie totalna pustka, ale jednak brakuje kogoś swojego. Dla siebie. A trudno to zmienić, gdy z mieszkania nie wychodzi się nawet do pracy, a z kolei nie daje ona tyle nadwyżki finansowej, żeby mieć za co „bywać”. Zresztą, sama mam chodzić po klubach, kawiarniach? Jednak samotność wyjątkowo mnie ugryzła i nie pomagała na to nawet praca. (Ani koty). W pierwszej połowie stycznia zarejestrowałam się na portalach randkowych – w sumie dwóch, ale po kolei – najpierw na przeznaczeni.pl, potem na Sympatii (nazwy podaję celowo, gdyż zamierzam uprawiać antyreklamę wobec jednego z nich :D ). No i się zaczęło dziać… przynajmniej od czasu do czasu odrywałam się od ponurych myśli. Kto jednak kiedykolwiek próbował tam szczęścia, wie, że to wcale nie wygląda tak łatwo i prosto, jak może wyglądać na pierwszy rzut oka. Ale przynajmniej kupiłam los. ;)
Teraz jest trochę lepiej. Idzie wiosna, dni są już długie i często słoneczne, a to nastraja bardziej pozytywnie. No i więcej widuję się z ludźmi. Koty oczywiście nie poszły w odstawkę, przeciwnie – więź jest coraz silniejsza, o czym miałam okazję ostatnio się przekonać. Po raz pierwszy bowiem rozstałam się z kotami na prawie trzy doby – musiałam, siła wyższa. Zajęła się nimi moja siostra, za co byłam jej bardzo wdzięczna i miałam pewność, że będą odpowiednio zaopiekowane. Ale kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam, że na mój widok duże koty zmieniły się w małe, pokazujące brzuchy i mruczące kociaki… to poczułam, że naprawdę wróciłam do domu. W którym ktoś na mnie czekał. Zwłaszcza Kocio, który następną dobę praktycznie mnie nie odstępował, a śpiąc, trzymaliśmy się za łapki. ;)

Niemniej fajny człowiek też by się przydał. I może wiosna coś przywieje. A na pewno – więcej tematów na bloga. J Mam nadzieję, że od teraz znów będziemy się częściej tutaj spotykać.




niedziela, 12 października 2014

Imieniny Kocia

Niedawno minęła pierwsza rocznica przybycia Kocia do mojego domu i życia. Tak naprawdę to jedno z ważniejszych, i jednocześnie pozytywnych, wydarzeń ostatnich kilku lat. Uznałam więc, że datę trzeba zapamiętać i odpowiednio ją czcić. Postanowiłam zatem, że tego dnia – obok Jana, Teresy, Augustyny, Cypriana, Częstobrony, Dominika, Gerarda, Gerardy, Eustachego, Ewaldy, Ewalda, Ermegardy, Irmegardy, Kandyda, Maksymiana, Romany, Sierosława, Sulibora – imieniny będzie obchodzić również Kocio. (Biorąc pod uwagę ten w większości oryginalny zestaw imion, Kocio świetnie się komponuje. Jeśli ktoś powątpiewa w ten zestaw, niech zajrzy TU). Bo dlaczego nie? Dotychczas obchodziliśmy wspólnie Nowy Rok i jego urodziny – moim zdaniem świetnie się sprawdziło. Przewidziałam jako danie główne łososia, delikatnie uparowanego, i zdaje się, że trafiłam. ;) Zorganizowałam też wydarzenie na Facebooku, ale niektórzy zaproszeni goście nie bardzo wiedzieli, jakie są ich obowiązki. :P Imieniny zorganizowałam więc już chyba lepiej. Co znaczy doświadczenie! Poza tym, nie da się ukryć, że wydarzenie przebiegało zupełnie inaczej, bo poprzednio celebrowaliśmy we dwójkę (liczę stałych domowników), a teraz do teamu dołączyła Fruzia. Co to zmienia, ktoś spyta? Jeden filet rybny więcej, po prostu.
Imieniny Kocia wypadły w tym roku w piątek. Wydarzenie zaczęłam organizować kilka dni wcześniej. Przede wszystkim zaznaczyłam, że zapraszam do WIRTUALNEGO współświętowania. Oczywiście goście „w realu” byli również zapraszani, ale panowała dowolność. Można było przyjść, można było nie przyjść. Kocio miał do tego jednakie podejście, co starałam się relacjonować na stronie wydarzenia głównie fotami. Jako że jednak wydarzenie było dostępne jedynie dla zaproszonych gości, a poza tym, gdy minął termin, zniknęło ze strony, pomyślałam, że warto przedstawić tu, na blogu, taką fotorelację.

Najpierw od samego rana była zabawa. Oba koty szalały, ale Kocio chyba wiedział, że jest bohaterem dnia, więc dokazywał wyjątkowo i zdecydowanie wiódł prym w mordowaniu piórek. Fruzia tym razem nie miała szans się przebić, chociaż próbowała.



 Kocio uważał się chyba tego dnia za wybitnego rozkoszniaka. ;) Moim zdaniem: słusznie.


 Był prawdziwym władcą i pogromcą piórek...



I nie można było mieć żadnych wątpliwości na ten temat.

 W końcu chyba się zmęczył... Ile można się bawić PRZED zjedzeniem obiecanej rybki?


Zanim jednak obsługa podała przystawkę dnia  filet z pangi, podobnie jak późniejszy łosoś, delikatnie parowany – Kocio zrobił uprzejmość Fruzi i pozwolił i jej poczuć się myśliwym (myśliwą?).

Też chcę zamordować piórka!

Gdzie te piórka, gdzie te piórka?

Po zabawie i zjedzeniu filecika koty odczuły potrzebę regeneracji. Trzeba sił, żeby zjeść zapowiadane danie główne, czyż nie? Więc padły, ale jednak w pobliżu stołu. Nigdy nic nie wiadomo...



Tymczasem przyjechał do nas (do Kocia?) gość. Prawdziwy, realny, człowiek. I przywiózł...

Serio to dla mnie prezent?

I co ja mam z tym zrobić?
 Wreszcie jednak przyszedł kulminacyjny moment. Podano łososia. Obsługa nie fatygowała się z kładzeniem obrusów, paleniem wonności czy układaniem smacznego mięska w kształty typu torcik. Kocio nie wymagał nawet wyrafinowanego blatu. Łosoś smakuje zawsze, wszędzie i tylko żeby było go więcej...


 Fruzia też się załapała, a jakże. Zresztą, Kocio na pewno się z tego cieszył. Porcja była identyczna, choć ta malizna nie powinna móc tyle zmieścić. Ale zmieściła...





 Imieniny Kocia nie skończyły się w piątek. A co tam, rozciągnęłam je na cały weekend. W ten sposób Kocio załapał się wreszcie na prawdziwy prezent dla siebie. J Beatko, Fruzi to wszystko bardzo się podoba! :P



Wiem, że niektórzy mogą się podśmiewać z tego wydarzenia. Imieniny Kocia, wow, no naprawdę, ile ona ma lat. Szczerze przyznam, że nie bardzo mnie to obchodzi. To moja zabawa i przyjemność. I już myślę nad kolejnymi wydarzeniami, ale to pewnie już pod choinkę będzie. J

A już naprawdę na koniec:
3 X 2013
Mam na imię Kocio i właśnie tu zamieszkałem. Dzień dobry.

To idę spać.

Jestem taaki malutki i śpiący...

































TERAZ

Łóżko jest dla mięczaków i maluchów. Prawdziwy twardziel leży na dywanie.

czwartek, 18 września 2014

Moje kotki dwa

Fruzia już się powoli zadomowiła, a my z Kociem przywykamy do jej obecności. W końcu mieszka tu ponad półtora miesiąca! Ale ja mam wrażenie, że znacznie dłużej… ;) Wszystko przez te początkowe kłopoty z kuwetowaniem. Każdy dzień sprowadzał się wtedy do liczenia, ile razy już się załatwiała – i gdzie. Wycieranie podłóg, pranie obsikanych materiałów, przeczesywanie internetu w poszukiwaniu kolejnego pomysłu na rozwiązanie tego problemu, zamęczanie znajomych opowieściami o problemie… to wszystko sprawiało, że doba była długa. Nawet bardzo. A niekiedy nawet odczuwałam ją podwójnie. I w takich momentach zastanawiałam się, po co mi to było. Po co mi drugi kot?

Tak naprawdę pozornie spontaniczna decyzja o przygarnięciu Fruzi wcale nie była aż tak pochopna. Już od jakiegoś czasu – kilku miesięcy może – zaczynałam do tego dojrzewać. Powodem był Kocio. Właściwie jak tylko go wzięłam do siebie, zaczęłam słyszeć, że najkorzystniej jest brać koty w dwupaku. Gdybym słyszała to wcześniej, może i tak bym zrobiła. Do kociarskiego świata dołączyłam jednak później, a dotychczas wydawało mi się, że ludzie miewają po jednym kocie – właśnie dlatego, że koty nic sobie z tej pojedynczości nie robią. I twardo trzymałam się tej koncepcji aż do mniej więcej maja, kiedy Kocio po prostu zgłupiał. Dotychczas zgodny, nagle przeistoczył się w potworny wulkan energii, na dodatek dźwiękowy. Miauczał całymi nocami, łaził po regałach, bałaganił jak nie on – jednym słowem, całym sobą zwracał na siebie uwagę. Dnie jednak przesypiał na balkonie i uniemożliwiał mi wybawienie go wcześniej. A nawet jak nie spał, to nie życzył sobie mojego towarzystwa, natomiast w środku nocy to ja nie dawałam rady spełniać jego oczekiwań… Więc zaczęłam myśleć, że może koci kumpel rozładuje trochę ten niedosyt wrażeń.

Wciąż się jednak wstrzymywałam, bo musiałam przewalczyć w sobie inną rzecz. Zdawałam sobie bowiem sprawę, że ta Kociowa niedotykalskość budzi we mnie pragnienie poszukania drugiego kota, który będzie miziakiem. I głupio mi było się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Bo Kocio taki kochany kotek, taki mój – cóż, że indywidualista? Nie każdy musi lubić głaskanie (nie tylko o kotach myślę). A może on potrzebuje czegoś więcej z mojej strony? Pracy, starań, zachęty? A ja tymczasem chcę iść na łatwiznę i wziąć do domu „lepszy model”. Nie wyrzuciłabym Kocia oczywiście, ale obawiałam się, że zejdzie na dalszy plan. Oczywiście mogło się też zdarzyć, że wzięłabym tego potencjalnego pieszczocha, który by się szybko wyemancypował. Kocio na początku też się nieźle reklamował jako nakolankowiec. Więc się wahałam…

Ale myśl we mnie była i rosła. I kiedy zdecydowałam się wziąć Fruzię, choć w sumie zdecydował o tym przypadek, byłam gotowa. I może ten przypadek sprawił, że było ciut łatwiej, bo gdybym szła świadomie po drugiego kota, pewnie bym tę decyzję celebrowała miesiąc naprzód. Kocio by to natychmiast odczuł, te przygotowania, te nasze „ostatnie chwile razem”. Bo wiedziałam, że po wzięciu drugiego kota nic już nie będzie tak samo. Nawet gdyby się nie dogadały, nawet jeśli drugi by nie został.

Przybycie Fruzi to jak nowa era w dziejach (na pewno – w naszych). Od samego początku wywaliła nasze życie do góry nogami, wskoczyła w nie bez skrępowania czy nieśmiałości – całą sobą. Był moment, że nie dawałam rady. Czasem mówiłam, że już nie wytrzymam, że chyba ją odwiozę do jej mamy (czyli na podwórko mojej siostry). Ale to było tylko takie głupie gadanie, bo nie oddałabym jej za nic. Gdybym ją zabrała Kociowi, tym samym zabrałabym mu kawałek serca. I nie wiem, czy by mi to wybaczył. 


Kocio się we Fruzi zakochał. Nie jak samiec, tylko jak samotna istotka. Czasem wygląda to tak, jakby ją stalkował, ale naprawdę nie ma w tym złych zamiarów, tylko nadgorliwość w okazywaniu uczuć. J Łazi za nią, wylizuje, podgryza, goni – ale pozwala wyjadać ze swojej miseczki i pozwolił wejść do swojej kuwety. Ona beztrosko z tego korzysta, jest również bezbłędna w podkradaniu jego miejscówek. J Jednak i ona szuka jego ciepełka, i ona przychodzi, by się przytulić.







Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam, ale też słusznie postąpiłam, przygarniając najpierw samego Kocia. Nie wiem, czy udałoby mi się nawiązać z nim taki kontakt, jak obecnie mamy. Bo jest między nami więź, która sprawia, że czasem Kocio wydaje mi się kimś więcej niż kot. J
Fruzia jest kochanym tulaskiem, ale gdy patrzę w jej oczka, nie widzę tego porozumienia dusz, jakie łączy mnie z Kociem. ;) Oczywiście, Fruzia jest krócej i może jeszcze będzie między nami „coś więcej”. Fajnie by było.

Dobrym skutkiem przybycia Fruzi jest też to, że Kocio chyba troszkę bardziej zaczyna otwierać się na dotyk. Albo rozluźnia go wspólne wylizywanie, albo widzi, że Fruzia się tuli i nic złego z tego nie wynika… Nie wiem. W każdym razie zaczyna przychodzić częściej i chętniej. Nie dalej jak minioną noc spał obok mnie, pysiem zwrócony w kierunku mojej twarzy. Wygniótł mnie długo i porządnie, wytarł się o mnie, wtulił  w moją dłoń i tak sobie mruczał… aż zasnął. Obok. J

Zaczynam widzieć, że „co dwa koty, to nie jeden”. A już jak widzę coś takiego, jak na tym filmiku, to w ogóle nie mam żadnych wątpliwości co do swojej decyzji. (Zwłaszcza że Fruzia ogarnia kuwetę, co jest niebotyczną ulgą dla nas wszystkich).



piątek, 12 września 2014

Prześladowca


Kocie zabawy nieraz wyglądają jak naprawdę ostra walka. Ale u nas na szczęście wszystko kończy się dobrze. W każdym razie – dotychczas tak się kończyło. Koty się polubiły i nie ma w nich agresji. Często śpią razem, liżą sobie uszka, a nawet całe łebki. Kocio jednak momentami bywa nienasycony. Różnie się to kończy. Nieraz dostanie łapką po pysiu, nieraz tylko się gonią, a czasem Fruzia po prostu go ignoruje. Ale co by się nie działo, nikomu nie dzieje się krzywda, a oglądanie ich gonitw to niesamowita frajda. Którą chętnie się podzielę. J

(Swoją drogą, Kocio ma jednak te skłonności do stalkerstwa… :P).







wtorek, 9 września 2014

Mądre zmiany

Zastanawiam się nad zmianą weterynarza. A właściwie – przychodni weterynaryjnej. Ciocię Anię dalej lubimy, ale ten Wetmedic jest jednak stosunkowo daleko. No dobrze, nie na końcu świata i jednym autobusem da się dojechać. Tyle że nie jest to jakaś specjalistyczna przychodnia, a moje koty też na razie nie potrzebują wyszukanych konsultacji (odpukać). Ot, szczepienia i odrobaczenia. Więc właściwie może sensowniej będzie poszukać sobie jakiejś lecznicy na osiedlu? Po co jeździć? Ani to dla kota wygodne, ani dla mnie przyjemne, zwłaszcza że jeździmy autobusem, co nie jest tak bardzo komfortowe, a jak przyjdzie chłód, to i czekanie na autobus przyjemne nie będzie. A na osiedlu gabinetów weterynaryjnych może mniej niż salonów fryzjerskich, ale jednak sporo.
Bo właściwie to do Wetmedic zaczęłam jeździć ze świnką. Parę lecznic, które zwiedziłam na osiedlu, jakoś mnie do siebie nie zachęciły wizerunkowo, a i Agrafka nie była typowym pacjentem (bo jednak podstawowy „klient” to kot lub pies). Z Kociem nie chciałam też chodzić do lecznicy, z której go wzięłam, żeby mu się źle nie kojarzyło (albo zbyt dobrze :P). I tak jakoś zostałam przy cioci Ani. Ostatnio jednak, przyznam, zaczęły mnie zastanawiać ceny. Rozumiem, że wszystko kosztuje, a poza tym u weterynarza – w przeciwieństwie do lekarza „ludzkiego” – płaci się tylko raz (bo nie ma wymuszonej składki na ubezpieczenie, która bardzo mało daje). Mimo to chyba nikt nie lubi przepłacać. Sprawdziłam więc dzisiaj gabinet, którego reklamę zauważyłam parę tygodni temu. Wreszcie wyszłam wieczorem na spacer i zajrzałam, jak tam jest.
W sumie to mi się spodobało. Porozmawiałam z panią weterynarz, podpytałam trochę o ceny, ale i zabiegi, lekarzy, przy okazji rozglądając się i oceniając warunki. Jak na zwykłą profilaktykę to chyba nam wystarczy. Pójdę chyba z Fruzią niedługo na czipowanie (bezpłatne) – i zobaczymy. A jak nie, to chyba i tak mimo wszystko poszukam innego – bliższego i tańszego gabinetu. (Jak sobie przypomnę, ile się musiałam najść z tym biednym chorym Kociem ostatnio… a ile on musiał się naczekać, zanim wróciliśmy do domu…).
Dlaczego tyle o tym piszę? Nie chcę robić ani reklamy, ani antyreklamy żadnemu gabinetowi. Jeden znam i uważam za dobry, tyle że dalej. Drugi poznam, a na starcie ma dwa plusy: jest blisko i proponuje lepsze ceny. Ale zastanawiam się nad samym procesem zmiany. Nagle zdałam sobie sprawę, że po prostu nie jest mi łatwo zdecydować się na to. Lubię stałość, powtarzalność. Daje mi to poczucie spokoju i bezpieczeństwa, ale też – bycia w porządku. Teraz bowiem wydaje mi się, że zmiana weterynarza to jakaś nielojalność z mojej strony. Że skoro jesteśmy w bazie, że skoro tyle czasu tam chodzę – to powinnam chodzić dalej. A poza tym tak fajnie, że wchodzimy i jesteśmy rozpoznawalni… J
Tyle że możemy być rozpoznawani i w innych gabinetach, wystarczy tam pójść kilka razy. A co do tego, że „nie wypada” zmieniać lekarza i przychodni… cóż, tak czuję, ale to bardzo naiwne uczucie. Wygodne dla drugiej strony, ale nie dla mnie. I w ogóle w tym przypadku powinnam się kierować dobrem kotów, a dla nich bliżej = lepiej. To z pewnością.
Ale zmiany nie są na porządku dziennym mojego życia. Długo w ogóle mi przychodzi uświadomienie sobie, że jeśli coś mi nie odpowiada, to nie muszę w tym trwać. Kiedy zaś już przyjdzie, znów musi minąć okres, kiedy opadnie przerażenie spowodowane tymi zuchwałymi myślami, aż wreszcie uznam, że jestem gotowa TO zrobić. Obciąć włosy. Przefarbować je. Odejść z pracy. Skończyć niekorzystną znajomość. Zmienić weterynarza. Zacząć solić jajka.
I robię TO, pełna przerażenia, a zarazem przekonana, że teraz niebo spadnie mi na głowę. Najczęściej jednak nic się nie dzieje… albo dzieje się dobrze: otrzymuję wyrazy uznania, komplementy czy czuję się wreszcie zdrowsza i wcale nie tak samotna, jak może to wyglądać. A z wcześniejszych obaw chce mi się tylko śmiać.

Zmiany są potrzebne. Przecież nic nie trwa w tym samym kształcie – przeciwnie: rośnie, starzeje się, zmienia miejsce. I trzeba się z tym pogodzić i dopasować swoje „ja” do teraźniejszości. Tyle że trzeba też umieć ocenić, co należy zmienić i kiedy. Często „życzliwi” próbują nam w tym pomóc; czasem naprawdę mają dobre intencje. Ale jeśli sami czegoś nie będziemy chcieli zmienić, wysiłek zda się na nic.

Pierwszym etapem dobrej, mądrej i trwałej zmiany jest uświadomienie sobie tej chęci. Potem – szybciej lub wolniej – przebywa się kolejne etapy, by wreszcie osiągnąć cel. W moim przypadku niestety trwa to raczej dłużej niż krócej. Za to efekty są trwalsze. I to jest dobre.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Coś dla człowieków

Właśnie odkryłam, że BARDZO chcę iść do pracy. Nie zabrakło mi drastycznie pieniędzy. Nie nudzę się. Nie szukam męża czy znajomych. Przyczyna jest zupełnie inna. Mam dość widoku kuwet.

Dzisiaj zauważyłam (bardzo pomogła mi w tym pewna rozmowa), że zachowuję się jak młoda matka, która siedzi w domu z małym dzieckiem. Moje życie kręci się obecnie wokół jednego faktu: gdzie Fruzia załatwi swoje potrzeby. A każde celne „trafienie” powoduje taki przypływ radości, że mam ochotę obdzwonić z dobrą nowiną pół miasta i zamieścić zdjęcia na fejsie. (No, z tym ostatnim może trochę przesadzam. Ale tylko trochę :D).

W zasadzie nic dziwnego. Te problemy z kuwetą to nie tylko chwilowy dyskomfort, ale obawa, czy kocie relacje układają się prawidłowo, czy nie jest to wynik choroby… Przede wszystkim jednak: sprzątanie, wycieranie, zamiatanie, pranie. I kasa na kolejne porady, żwirki, odplamiacze. Trochę wkurz, że starszy, zamiast zachęcać młodszą do kuwety toaletowej, sam przeniósł się do sypialnianej.

Wszystko to absorbuje mnie prawie nieustannie. Na dźwięk chrobotu żwirku mam wrażenie, że zamiera cały dom. Sama zaczynam zmieniać się w stalkera, który śledzi koty w tak intymnej sytuacji. I jeszcze kradnie ich urobek, który nie daje się tak łatwo zutylizować jak przy drewnianym żwirku.

Wbrew pozorom, to wcale nie jest fajne. I z jednej strony mam świadomość, że dla zewnętrza mam „odpieluszkowe (odkuwetowe) zapalenie mózgu” – tak najkulturalniej rzecz ujmując, ale z drugiej, sytuacja jest naprawdę uciążliwa. Jestem bardzo wdzięczna tym nielicznym osobom, będącym ze mną duchem, ale wierzę, że mogą mieć dość. Sama nie wytrzymuję i gdybym jutro nie szła do biura, to chyba uciekłabym na cały dzień choćby do parku. ;)

I teraz myślę, że jednak nie dałabym rady stać się taką totalną kobietą domową. Inaczej pracuje się w domu, kiedy jest się samemu. Natomiast przebywanie dwadzieścia cztery godziny na dobę z niedorosłą istotą typu kotek czy niemowlak to prosta droga do szaleństwa. Nie zdawałam sobie z tego sprawy iks czasu temu, gdy zajmowałam się malutką siostrzenicą. Owszem, byłam na bieżąco w temacie, które pieluchy chłoną najlepiej. Jednak wtedy studiowałam, więc z konieczności przebywałam nie tylko z młodymi mamami. Zatem dziecko nie zaabsorbowało mnie tak bardzo, jak teraz koty.

Ha, nawet Kocio nie sprawił, że uciekałam z domu. Ale to był od samego początku ogarnięty koteczek, z którym jedyną trudnością było nawiązanie kontaktu fizycznego. Fruzia natomiast dała mi nieźle do wiwatu. Poczułam, że mam kota, i naprawdę, muszę odpocząć. Zaczęłam częściowo już dzisiaj, idąc na zakupy dla siebie. Wreszcie nie oglądałam kuwet, drapaków, myszek i karm. Nawet papier toaletowy był wspaniałą odmianą. Bo NIE DLA KOTÓW. J

Z drugiej strony, osoby z zewnątrz, które krytykują takie monotematyczne istoty (młode mamy czy kocie mamy), też powinny zrozumieć, że nie wiąże się z to ograniczeniem intelektu, tylko zwyczajnie wynika z konieczności życiowej. Jak boli ząb, też wciąż o nim myślimy. Jak dziecko czy kot nie ogarnia jakiejś czynności albo zwyczajnie jest za małe i trzeba to zrozumieć, co nie jest przecież równoznaczne z nową pasją. I niech ten mąż wracający z pracy nie dziwi się, że ona nie ma siły rozmawiać o czymś innym niż kupki i kaszki. Zwyczajnie, tym żyje i jutro też będzie musiała to przerabiać. Więc dla niej korpoproblemy są o tyle istotne, o ile przekładają się na kolejne problemy. Jak nie, to szkoda jej sił na rozmowę o tym. Przecież jeszcze trzeba dziecko nakarmić i przewinąć. I to naprawdę są ważniejsze kwestie.

Dla własnego zdrowia psychicznego jednak trzeba czasem to wszystko zostawić. Przy kotach jest łatwiej. J I dlatego uśmiecham się już do jutrzejszego dnia, jaki by nie był. Ale wśród ludzi. I bez kuwety. J

poniedziałek, 7 lipca 2014

Nie matura, lecz chęć szczera

Muszę wreszcie się z tego „wypisać”.

Jak pewnie wiele osób wie, nie mam stałej posady, więc od czasu do czasu budzi się we mnie chęć, by przestać walić głową w mur obojętnych wydawnictw – które ani myślą zapewnić etat zdolnym i już nieco doświadczonym w fachu redaktorom/korektorom, oferując chętniej umowy cywilnoprawne – i zdobyć nowe kwalifikacje. Powstrzymuje mnie jednak przede wszystkim brak wyraźnego pomysłu na „nowe”. Zresztą, zdobycie minimum umiejętności na kursie to za mało, by wejść do nowej branży. Czasu na nowe studia już raczej nie mam (i mówię o studiach pod kątem zmiany zawodu, a nie przyjemności zgłębiania pasjonującego mnie tematu), a gdzie jeszcze lata doświadczenia, o jakie zawsze będę stratna w porównaniu do konkurujących ze mną osób. Dodatkowo z młodymi przegram na starcie właśnie wiekiem – nie, nie ma sensu. Zwłaszcza że tak naprawdę w wielu dziedzinach papier ma mniejsze znaczenie niż konkretne umiejętności. Bo też nie zawsze jego posiadanie jest tożsame z praktyczną znajomością tematu. Czytywałam historie o tym, jak kandydat, w CV chwalący się biegłym angielskim czy sprawną obsługą różnych programów komputerowych, w trakcie rozmowy nagle ujawniał swoją totalną ignorancję. Nie rozumiem takich ludzi, na co oni liczą, zwłaszcza że najczęściej nie są to jakieś kosmiczne kwalifikacje, trudne do zweryfikowania. Niekiedy aż podziwiam taką butę i arogancję, taką bezdyskusyjną pewność siebie. Czasem się nawet to sprzedaje, ale chyba na krótką metę.
Bywa też i odwrotnie. Są osoby, które „papiórka” nie mają, bo twierdzą, że go nie potrzebują. Przecież w każdej chwili mogą wykazać się swoimi umiejętnościami. Też jest w tym jakaś racja. Oczywiście wiele zawodów wymaga formalnych uprawnień, wpisania na listę wykonujących dany zawód itp. Zostaje jednak strefa, trudna do sprawdzenia, czyli internet. W nim każdy może być, kim zechce. Nie tylko Wojtkiem, który też ma dwanaście lat, ale radcą prawnym czy ekspertem do spraw dotacji unijnych. I to jest prawdziwe niebezpieczeństwo.

Parę miesięcy temu trafiłam na warsztaty organizowane przez behawiorystkę z PetBonTon. I jak to często bywa, dotychczas nieznane pojęcie „behawioryzm” zaczęło wyskakiwać nawet z otwartej lodówki. A na pewno przewijać się na Facebooku. W ten sposób trafiłam do grupy Mieszka, potem na jego bloga. Na początku byłam zafascynowana tematem, zwłaszcza po zajęciach Julii. Poza tym kocham Kocia i chcę w ogóle o kotach wiedzieć jak najwięcej. Jednak atmosfera na forum i blogu powoli przestawała mi odpowiadać. Bo rozumiem, że ktoś zakłada swoją grupę, ma swoje założenia i poglądy – ale jeśli zaprasza do dyskusji innych ludzi, powinien liczyć się z tym, że pojawią się inne niż jego zdania. I wcale nie muszą być złe. Są po prostu inne. Tym bardziej że w większości wypowiadali się ludzie, którzy podobnie jak ja chcieli wiedzieć o kotach więcej, a zatem na wiedzę byli otwarci. Z całą ufnością przedstawiali problem, oczekując rady i wsparcia. Z reguły otrzymywali pełne wyższości opinie, często przykre. Okej, nie podoba się, nie musisz należeć do grupy. Nie wypowiadam się tam już, aczkolwiek lubię zajrzeć, bo ciekawią mnie kocio-ludzkie historie.
Ponieważ jednak kocim ekspertem nie jestem, ale znam takich, którzy z kotami żyją dziesiątki lat, i oni bez zastanowienia krytykowali owe forumowe rady, postanowiłam spytać prowadzącego stronę, czy jest behawiorystą. Bo informacji na jego temat w necie nie było za wiele i na pewno nie „wyskakiwał” jako specjalista w tej dziedzinie. A jednak udzielał rad na forum (okej, bezpłatnie, ale jednak to nie były dyskusje między znajomymi – przedstawiał się jako ekspert w końcu) i blogu. Zapytałam więc i właśnie ta odpowiedź skłoniła mnie do niniejszych przemyśleń. Niestety, nie ma jej już na stronie (zajrzałam tam wczoraj, by móc ją dokładnie tu zacytować). Jednak, o ile pamiętam, przeczytałam, iż: prowadzący forum i bloga jest behawiorystą praktykiem. Planuje zrobić kurs i uzyskać dyplom, gdyż w Polsce (swoją drogą, niektórzy chyba strasznie swojego kraju nie lubią...) wszystko musi być potwierdzone papierkiem, bo tylko on się liczy, a nie wiedza i praktyczne doświadczenie. Czego ja i moje pytanie (!) jesteśmy przykładem.
Paradoksalnie i pewnie wbrew intencji piszącego, dopiero ta odpowiedź mnie utwierdziła, że nie warto tu  zaglądać. Być może wiedza tego pana jest duża, nie mam podstaw, by to kwestionować, ale przekazywać jej nie umie. Nie musi też być miły, ale kulturalny – i owszem. A kultura to również szanowanie cudzego, odmiennego zdania.

Nie muszę zaglądać na te strony i już – jak pisałam – nie wchodzę. Jednak temat wciąż mnie męczył. Zwłaszcza kwestia konieczności – bądź nie – posiadania „papierków”. I mimo wszystko uważam, że jednak czemuś one służą. Wierzę, że ktoś może być na tyle zdolny i ambitny, by samodzielnie zgłębić pewną dziedzinę wiedzy, ale… wolałabym jednak, żeby choć w pewnym stopniu zostało to zweryfikowane podczas egzaminu, co następnie potwierdzi dyplom. Daje to nieco większą pewność klientowi takiej osoby, że świadczący daną usługę potrafi ją wykonać. Dotyczy to zwłaszcza umiejętności na pierwszy rzut oka trudno weryfikowalnych oraz niosących – w razie popełnienia błędu w sztuce – przykre konsekwencje. Jeśli pójdę do portrecisty, który nie umie malować, chociaż się tym chwali, to i łatwo będzie to zauważyć po efekcie, i żadnej szkody mi nie uczyni. Ot, stracę trochę czasu, a nie będę miała portretu. Albo zlecę korektę osobie, która podjęła się tego, bo przecież jest Polakiem i zna język polski. Najwyżej zapłacę autorowi rekompensatę za niedopracowanie jego dzieła. (Poza tym rzeczywiście większość zna język ojczysty tak, że może i faktycznie nie byłoby negatywnego oddźwięku…). Ale jeśli pójdę do kosmetyczki, która zastosuje nieprawidłowy kosmetyk, może to skończyć się mniej sympatycznie dla mnie. I cóż, że jej nie zapłacę czy dostanie naganę od szefowej, jak ja będę musiała ratować np. poparzoną skórę? A jeśli pójdę z problemami do osoby, która mieni się psychologiem, a w rzeczywistości naczytała się jedynie poradników – i bardzo wierzy w słuszność i niepodważalność swojego zdania – to konsekwencje mogą być nieprzewidywalne, i to na długo.

czwartek, 3 lipca 2014

„Kiedy bezsilność odbiera wszystko...”

Na stronie Kociej Łapki znalazłam taką informację:

--------------------------------------------------------------------------
Kiedy bezsilność odbiera wszystko...

Kilka dni temu dostaliśmy zgłoszenie o człowieku, który opiekuje się kilkoma kotami, a sam żyje w skrajnej nędzy. Wczoraj odwiedziliśmy Pana Andrzeja i widok, który zastałyśmy na miejscu sprawił, że chciałyśmy wyć z bezsilności i tak ogromnej niesprawiedliwości, że ludzie muszą żyć w takiej nędzy i niedostatku. Pan Andrzej jest chory na raka, ma nadciśnienie i osteoporozę (Pan pokazał nam wszystkie wyniki badań). Lekarz daje mu ok. 2, może 3 lat życia. Dostaje ok. 430 zł renty (również widziałyśmy wyciąg) i to są wszystkie pieniądze, którymi dysponuje. Co miesiąc musi uiszczać opłatę za czynsz, prąd i wykupić leki. Zostaje mu wtedy ok. 80 zł na jedzenie. Pan Andrzej powinien iść do szpitala, ale jak sam mówi, boi się o swoje koty, dlatego odciąga to w nieskończoność. To dla nich żyje i gdyby ich nie było już dawno zakończyłby to wszystko. Pan Andrzej pracował w szkolnictwie, musiał jednak przerwać pracę, bo zaczął podupadać na zdrowiu, jego rodzice zmarli, córka wyjechała za granicę i nie utrzymuje z Nim kontaktu. Pan Andrzej jest dobrym człowiekiem, nie ma problemów z żadnymi używkami, alkoholem, nie jest zbieraczem, wstydzi się warunków w jakich przyszło mu żyć. Jest mu przykro, że ludzie w autobusie odsuwają się od niego, ale nie ma nawet ciepłej wody w mieszkaniu, toalety, proszku by wyprać swoje ubrania, nie wspominając o pralce. Pan Andrzej opiekuje się 4 swoimi kotami i 3 wolno żyjącymi – najstarszy ma 18 lat i jest z nim od zawsze. Dziś wzięliśmy od niego 4 koty (w tym miesięcznego maluszka). Chcemy ogarnąć je pod względem zdrowotnym, zrobić badania krwi, zaszczepić, wykastrować, ogarnąć zęby. Części z nich będziemy szukać nowych domów. Chcemy pomagać Panu Andrzejowi w utrzymaniu tych zwierząt, bo jak sam mówi, koty było w jego życiu od zawsze i co chwilę, ktoś zwraca się do niego o pomoc, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś bezdomniak. Oprócz pomocy dla zwierząt, chcemy zorganizować pomoc Panu Andrzejowi, aby żyło mu się lepiej. Mieszkanie Pana Andrzeja wymaga odmalowania, położenia jakiś najtańszych paneli na podłogę, wywalenia wszystkich mebli, które ledwo stoją. Kierujemy więc również do Was apel o pomoc. Pan Andrzej potrzebuje wszystkiego: farb, paneli, mebli do pokoju, kuchni i łazienki, tapczanu, pościeli, ręczników, misek, garnków, sztućców, kuchenki elektrycznej (w budynku został odcięty gaz), lodówki, firanek, jedzenia, środków czystości i higienicznych, ubrań (Pan Andrzej ma ok. 50-60 lat, ok. 176 cm wzrostu, waży ok. 80-90 kg, nosi rozmiar buta 41).

Jeśli ktoś z Was ma coś z tych rzeczy do oddania, prosimy o kontakt przez wiadomość na naszym profilu lub na adres e-mail: dtkocialapka@gmail.com. Również można z nami skontaktować się w tej sprawie pod nr tel. 505 736 044 lub 505 736 046.

Ta interwencja wstrząsnęła nami bardzo mocno, jesteśmy tym wszystkim strasznie poruszone. Nie chcemy Pana Andrzeja zostawiać samego z tym wszystkim.

Wpłaty na rzecz kotów Pana Andrzeja należy kierować:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa
BGŻ 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
Koniecznie tytułem: Kocia Łapka – koty Pana Andrzeja
Dla przelewów zagranicznych
Swift: GOPZPLPW
IBAN: PL 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
PayPal: dtkocialapka@gmail.com

Aukcja na rzecz kotów Pana Andrzeja:
-----------------------------------------------------------------------------------

Właściwie sama nie wiem, co tu jeszcze o tym napisać. Przeraża, że człowiek może zostać tak całkiem sam, dopóki ktoś przypadkiem się o tym nie dowie. Gdzie jest rodzina? (I teraz niech pomyślą ci, którzy liczą na dzieci, że podadzą im na starość szklankę wody…). Sąsiedzi? Opieka społeczna? Gdzie są LUDZIE? Nie ma. Są tylko koty.

Fundacji, które proszą o wsparcie, jest bardzo wiele. Część z nich niestety nadużyła społecznego zaufania i – niestety  tym samym nadszarpnęła wiarygodność innych tego typu organizacji. Ludzie zresztą pomału obojętnieją na apele o pomoc również z powodu ich nadmiaru. Gdzie człowiek się nie obróci, tam ktoś prosi o pomoc. Pamiętam, jakiego wręcz absurdu sama byłam świadkiem. Była niedziela, druga styczniowa, a więc grała WOŚP. Byłam rano w kościele, na mszy oczywiście zbierana taca. Przy wyjściu czekali już ministranci z koszyczkami na fundusz ministrancki. Za nimi czaił się już Caritas, potem wolontariusze WOŚP. A na samym końcu pan, który zbierał na operację swojego czternastoletniego syna. Przez moment naszło mnie pragnienie, by stanąć za nim…

Nie wspierajcie Fundacji. Wesprzyjcie konkretny przypadek, problem. A jeśli ktoś już was zdążył oszukać, to czemu konsekwencje ma ponieść ten, kto tego naprawdę potrzebuje? Pomyślcie o człowieku, który kocha kota. I jeśli możecie, pomóżcie tej gromadzie.

wtorek, 17 czerwca 2014

Krówka na wypasie

Jakoś tak niedawno dowiedziałam się od sympatycznej Pani w zoologicznym sklepie, że kastrowany kotek może wcześniej przejść na karmę dla dorosłych kotów. Przejęłam się tą uwagą, ale z drugiej strony – nie byłam do końca pewna jej słuszności. Nie, żebym Pani Emilce nie wierzyła, ale „weryfikowanie informacji” to moja naturalna pasja. I jaki świetny temat, by sobie z kimś porozmawiać! No, konsultacja z wetem w tej sprawie była, poza oczywistą przyjemnością (kolejna cudowna pani z Wetmedic), także kosztowna, ale za to miałam pewność, że kot będzie karmiony należycie. Zaraz też zresztą byłam z nim w przychodni na profilaktycznych badaniach, więc został zważony i oceniony pod względem prawidłowości wagi (jest idealny, jakżeby inaczej! :)). Kocio dostał karmę z półki „Adult” i uznałam, że pod tym względem sumienie mogę mieć spokojne.

A nie, nie do końca. Bo oprócz rodzajów karmy dla kota jest też kwestia częstotliwości jej podawania. Na samym początku, kiedy przyszłam z Kociem do domu, postawiłam mu miskę z suchym żarełkiem „na stałe”, a mokrą karmę porcjowałam. Chyba wyczytałam tę radę w internecie. Jeśli czytają to osoby, który uczestniczyły w moim procesie dojrzewania do podjęcia decyzji o przygarnięciu kota, to pewnie pamiętają, że najbardziej panikowałam właśnie pod tym względem, czyli: jak toto karmić? Nie tylko „czym”, ale i „jak”. Nie wiem, czy uzyskałam wtedy wyczerpującą odpowiedź, ale pewnie nie, skoro w momencie nieoczekiwanej wprowadzki nowego lokatora guglowałam te tematy.

Potem już było oczywiście spokojniej. Kot jadł to i tyle, co miał nasypane i nałożone, i jakoś sobie z tym radził. Widać było, że jest ok. Znaczy, że metoda dobra. Skonsultowałam to zresztą w przychodni, z której zabrałam Kocia, był akcept, więc nie widziałam problemu. Pojawił się on – najpierw w mojej głowie – trochę później. Zaczęłam się nagle, z różnych źródeł, dowiadywać, że niektórzy karmią koty kilka razy dziennie. W sensie, że karmę suchą i/lub mokrą wydzielają, a nie ustawiają w trybie całodobowej dostępności. Jeszcze się tym tak bardzo nie przejmowałam, bo Kocio, jako młodziak, miał prawo jeść, ile chcąc (tak uznałam), ale kiedy przeszliśmy na poziom „adult”, pomyślałam, że czas i to zmienić. Z lekkim bólem serca pochowałam miski, bo i dla mnie w sumie był to wygodny sposób obsługiwania kocurka. Skończy się spanie rankami, pomyślałam. Miałam rację, ale stało się tak z innego powodu... ;)

Po rozmowie z miłą panią wet przywróciłam dawne obyczaje. Miska z suchą karmą, dobraną idealnie do jego zaburzonego nieco przewodu pokarmowego, stoi na honorowym, niezmiennym miejscu, natomiast wędruje talerz z pokarmem mokrym. A to się na balkonie pojawi, a to w kuchni, a to obok suchego – wszystko zależnie od mojej (tak!) wygody. Kocio się nie kłóci i grzecznie zjada to, co dostanie (chyba że nie) i w tym miejscu, gdzie akurat się obaj (on i posiłek) znajdują. I to nie podlega dyskusji.

Natomiast niesamowicie kontrowersyjna okazała się sprawa tej całodobowej miski. Ot, w pewnym momencie kot mi zgłupiał i przestał spać w nocy. Bynajmniej nie z głodu, po prostu – przypływ adrenaliny, energii i „gimbusiarstwa”. P Po tygodniu takich bezsennych nocy uznałam, że chyba jest jakiś problem. Naprawdę, wcześniej AŻ TAK nie głupiał. ;) Bawiłam go wieczorami, pewnie, ale on z kolei często lekceważył moje starania o przyzwoitych porach. O tych nieprzyzwoitych (druga, trzecia nad ranem) to z kolei ja nie chciałam. :P Wreszcie, wyzuta z sił, wyżaliłam się na fejsbukowej kociej stronie. Niby pytałam o radę, ale sama i tak już dużo wiedziałam (zresztą byłam już po dwóch spotkaniach warsztatów PetBonTon), ale zawsze jest nadzieja, że ktoś… coś…

I tam dowiedziałam się, że miska z jedzeniem, dostępna na okrągło, jest paśnikiem. Co mnie zaskoczyło i bardzo mi się nie spodobało. Natomiast dzięki tej sytuacji przypomniałam sobie, że do wiedzy z internetu należy podchodzić z dużym dystansem. Bo czemu nie zgadzam się z tym poglądem? Otóż, po rozmowie ze znawcami tematu „w realu”, a do nich zaliczam też poglądy przedstawiane przez kociarzy na zajęciach PetBonTon, myślę, że kot, mający dostęp do miski z żarciem na okrągło, wcale nie będzie szybciej tył. Przeciwnie, ponieważ wie, że jedzenie jest stale dostępne, nie musi najadać się na zapas. Zje tyle, ile mu trzeba. Owszem, zgadzam się, że kot to myśliwy i bardzo podobają mi się koncepcje Julii z PetBonTon, by kotu czasem w jedzeniu „poprzeszkadzać”. A to je rozsypać (i niech szuka), a to rzucić,  a to podać np. w kratce po jajkach. Ale nie zawsze jesteśmy przy kocie. Ja, która spędzam w domu naprawdę dużo czasu ze względu na sytuację zawodową (a raczej jej prawie brak), nie byłabym w stanie tak wydzielać mu jedzenia, by móc kontrolować, ile on zjadł i kiedy. Za to jak nasypię określoną ilość „paszy” do miski  to wiem, co i jak, nawet jeśli mnie dłużej nie ma.

Oczywiście znów pada argument przeciwników „paśnika”: że karma wietrzeje. Cóż. Ustalmy, że w misce znajduje się np. dobowa lub dwunastogodzinna porcja żywności. Rzeczywiście, straty odżywcze będą niezmierzone. (Ironia, jeśli ktoś nie zauważył). A jak podaję uparowane mięso, to też jest bez pewnych elementów (nie tylko tych złych). Mówi się trudno. I tak wiem, że w przypadku Kocia jego karma jest dobrej jakości. Na tyle, że ewentualne straty podczas „wietrzenia” nie pozbawią jej całkiem wartości odżywczej.

A traktować Kocia jak krówki przy paśniku nie mam zamiaru i nie pozwolę nikomu nawet sugerować, że nią jest! O.

wtorek, 3 czerwca 2014

Majowy PetBonTon

Doczekałam się wreszcie trzeciego spotkania, na którym tematem była druga grupa kocich zasobów: drapaki, zabawa i zabawki oraz człowiek. Wieczór przed patrzyłam na Kocia i myślałam: No, łobuzie, jutro już będę zabawiać cię fachowo... :D

Nie ukrywam, że na zajęcia szłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wynikało to z tego, iż po kwietniowym spotkaniu trochę straciłam zapał do uczestnictwa. Wydawało mi się, że udzielane rady bardziej przydadzą się opiekunom kocich stadek. Mój jedynak zaś nie musi walczyć o żadne zasoby, bo wszystko jest dla niego. Nikt nie zajmie mu kuwety, miejsca na drapaku i na pewno nie będzie miał rywala do miski. A o zabawie właściwie mówiło się od pierwszych zajęć. Czego ja tu szukam?

No i dodatkowo przestawał mi się podobać termin „behawiorysta”. Wpływu na to jednakże nie miały zajęcia Julii, co troszkę przeoczyłam, a strona w internecie, gdzie funkcjonują porady zwane właśnie „behawioralnymi”. A internet jak internet, rządzi się swoimi prawami i naprawdę bardzo ostrożnie trzeba podchodzić do znajdujących się tam rad. Bardzo mądrze swego czasu powiedział mi na ten temat pewien weterynarz. Mój Kocio bowiem został dość wcześnie wykastrowany – tak przynajmniej wywnioskowałam z tego, co poczytałam w internecie. Powiedziałam o tym właśnie wetowi z lecznicy, z której wzięłam Kocia i w której przeprowadzono mu ten zabieg. Usłyszawszy „argument”, który – naprawdę!  – wypsnął mi się  w czasie rozmowy („Bo w internecie…”) powiedział mi, co następuje, i co zapamiętałam: „Proszę pani. W internecie można napisać wszystko. A jaką ma pani gwarancję, że pisał to weterynarz, czy chociaż ktoś, kto ma rzetelną wiedzę? Żadnej. Bo podpisać się też można dowolnie. A jak pani to zweryfikuje?”. Nie musiał mnie przekonywać, bo też tak uważam, aczkolwiek też nie ma co wylewać dziecka z kąpielą i całkiem odżegnywać się od netowej wiedzy.

Więc z całym szacunkiem do internetowych grup behawiorystycznych – bo na pewno nie mają złych intencji – powinnam była wcześniej się do nich zdystansować. Ale mniejsza. Na zajęcia PetBonTon zapisałam się zaraz po kwietniowych chyba troszkę siłą rozpędu. Z pewnością ciekawiło mnie, jak zostanie omówiony zasób „człowiek”. Namówiłam jeszcze znajomą, więc w ogóle nie wypadało mi się migać. I poszłam. I było super. :)

To grupa, a z przodu siedzi Julia i nas kształci. Mądrze i fachowo.
Nie sposób opisać, czego się dowiedziałam. Bo i tego, czemu koty mruczą (i nie ma, Kociu, że po nic. Otóż mruczysz, skarbie, żeby się samouspokoić, ale i samouzdrowić. To już teraz wiem, czemu ten motorek uruchamiasz, jak mnie głowa boli – wierzysz, że i mi pomożesz). I jak się bawić laserkiem, żeby nie skończyło się kocią frustracją. Bo tak się może zdarzyć, gdy nasz myśliwy nie jest w stanie złapać „zdobyczy” – a nie złapie… (I od teraz, Kociu, każda zabawa laserkiem będzie kończyła się tak: będę najeżdżać kropką laserową na kawałek przysmaku – tak jak wczoraj, pamiętasz? Zeżarłeś naświetlonego kropką tuńczyka i od razu poczułeś się jak zwycięzca. Albo na zabawkę, którą „rozszarpiesz”, żebyś czuł się najlepszym myśliwym w tym domu). A jak łobuz nie będzie chciał spać, to mu obetnę wibrysy, żeby poczuł się skołowany – od razu przestanie rozrabiać (głupi żart, nie wolno kotu tego robić… Aczkolwiek miło wiedzieć, że JAKIŚ sposób jest. ;P Ale jeśli ktoś to zrobi, to niech się nie dziwi, że kot stracił zwykłą aktywność). Tak naprawdę, żeby kot spał, wystarczy go dobrze wybawić. W ogóle powinno się kotu zapewnić wspólną zabawę.

I na przykład dowiedziałam się jeszcze (wprawdzie trzeci raz to usłyszałam, ale repetitio est mater studiorum*), że dla dobra kota należy doskonalić jego samodzielność i niezależność. Nie oznacza to, że mamy go wypuścić w środku miasta, żeby nauczyć go samodzielnych powrotów do domu. Nie. Bardziej, o ile zrozumiałam przekaz Julii, chodzi o to, by nie być nadopiekuńczym. Jak coś będzie hałasować, to nie lecieć pocieszać kota. On może tego hałasu nawet nie zauważył… Jeśli wychowamy sobie mimozę, która bez naszej ręki na grzbiecie nie zaśnie, to wyobraźmy sobie, co się stanie z kotem, jak znienacka szef nas wyśle na delegację. Z kotem nie pojedziemy, a on się przez to nie wyśpi… Bez sensu, nie?

Dużo Julia mówiła, nie sposób wszystkiego przekazać. Najważniejsze jednak, co wyniosłam, to przekonanie, że najczęstszym błędem jest zajmowanie się kotem przez pryzmat swoich oczekiwań i ludzkich upodobań. „Bo mu będzie smutno”, „bo on mnie nie kocha”, „bo on sika na złość” albo „ile czasu można jeść to samo – ja bym nie mogła”. Kot to kot. I warto go poznawać, ale pamiętać, że to nie człowiek. I że potrzebuje drapaka, zabawy i świętego spokoju. Jeśli mu to zapewnimy (nie: spełnimy marzenia i nasze wyobrażenia na jego temat), to będzie zdrowym i zadowolonym kotem.

A, i ważna uwaga na koniec: różnie mówi się i myśli o behawiorystach. Sama jestem tego dobrym przykładem, nie ukrywam za bardzo, że mam wobec tego tematu mieszane uczucia (o czym pisałam na początku). Warto jednak pamiętać, że zanim podejdziemy do kota „psychologicznie”, należy sprawdzić stan jego zdrowia po prostu u weterynarza. Dopiero gdy ten wykluczy choroby o podłożu fizjologicznym, a problem jest, można próbować psychologii. Bo tak naprawdę to sensowna wiedza, tyle że też nie każdy potrafi ją przekazać. PetBonTon akurat umie! 

---------------------------------------------------------------------

* (łac.)  powtarzanie jest matką wiedzy

poniedziałek, 5 maja 2014

PetBonTon – kwietniowe warsztaty

Od spotkania minął już ponad tydzień, a ja wciąż nie mogłam zabrać się do opisania warsztatów. Jedną z przyczyn było zachowanie Kocia. W skrócie: mało co mogłam pisać, bo kot domagał się maksymalnej uwagi. Prawie że nie mogłam czegokolwiek zrobić, bo jak tylko odwracałam wzrok do komputera, natychmiast rozpoczynał się koncert i demolowanie regału. Kocio nawet nie domagał się zabawiania go – wystarczyło, że na niego patrzyłam. :P
Oczami wyobraźni widzę w tym momencie groźną minę Julii – prowadzącej zajęcia behawiorystki – która karci mnie za nadmierne uleganie kocim zachciankom i wymuszaniu. Tak, wiem, że mogłam wziąć kota za futro – (nie żeby to była sugestia behawiorystki, tylko mój skrót myślowy. Nie zachęcam do łapania za futro i/lub potrząsania jak szczurem :P) – i wyrzucić z pokoju, a następnie zamknąć za nim drzwi. :D Jednak miałam świadomość, że byłoby to wobec Kocia nieuczciwe. Większość dnia przecież daje mi zająć się, czym chcę (łaskawca wtedy balkonuje albo śpi), dzięki czemu w spokoju ducha pracuję zawodowo na nasze utrzymanie. Więc należy mu się moja uwaga i choć kwadrans wspólnej zabawy wieczorem, zwłaszcza że nie zapewniłam mu innego towarzystwa. I ten nasz wspólny czas Julia na pewno by pochwaliła.;)
To, o czym wyżej piszę, było w zasadzie omawiane ogólnie na pierwszym spotkaniu, i pewnie będzie rozwinięte na trzecim (o drugiej grupie zasobów – czyli m.in. relacji z człowiekiem). Minione zajęcia poświęcone były w zasadzie trzem tematom: żywieniu, kuwetom i „miejscówkom”. Temat żywienia – poza typowymi kwestiami, omówionymi pokrótce przez panią weterynarz: jakie karmy warto podawać, w jaki sposób, jak często – dotyczył też sposobu jedzenia przez koty. Koty są drapieżnikami, w naturze polują. Warto więc czasem urozmaicić (Julia nazywa to: utrudnić :P) im tę czynność – podać jedzenie w innym miejscu, w trudniej dostępnym naczyniu, pochować je lub rzucać kotu. (Oczywiście wszystko to dotyczy kotów zdrowych). Ciekawie jest też przyjrzeć się, w jakich pozycjach koty jedzą. Sporo pewnie to powie o ich charakterze i poczuciu bezpieczeństwa. Kto nie był na pierwszych zajęciach, to się dowiedział, a kto był – przypomniał sobie, że warto też porozstawiać kilka misek z jedzeniem i wodą po mieszkaniu niż kumulować wszystko w jednym miejscu. I jeszcze dobrze umieścić w pewnej odległości od siebie (i kuwety) jedzenie i picie.
W zasadzie ta kwestia, jak i następna – dotycząca spraw kuwetowych (np. ich ilości) – mniej mnie zainteresowała, bo dotyczyła bardziej zasad postępowania wobec kociej trzódki, której przecież nie mam – tylko słodziaka jedynaka. Ale to po pierwsze może się zmienić, po drugie – wprawdzie Kocio nie musi walczyć o te zasoby, jak to bywa przy większej ilości kotów, jednak też (odpukać) mogą pojawić się problemy, warto więc wtedy wiedzieć, gdzie szukać przyczyny – w zdrowiu czy w niewłaściwym żwirku? Bo jeśli kot nie trafia z potrzebą do kuwety, to może nie choroba ani „złośliwość” (koty nie są złośliwe, wiem o tym, to tylko jeden z mitów), tylko właśnie źle dobrany, niepasujący z jakiegoś powodu żwirek lub nieodpowiednia kuweta? I co z tego, że zawsze było dobrze? A może dzisiaj nie pasuje, i to nie z powodu kaprysu, tylko zwyczajnie kotek urósł (wzdłuż albo wszerz :P) i przestało być mu wygodnie? A przecież załatwianie „tych” spraw musi odbywać się w komfortowych warunkach. :D
Tak przy okazji, to muszę przyznać, że Kocio jest dzielny, a ja odważna. Zdarzyło mi się bowiem nieco eksperymentować właśnie z karmą albo żwirkiem. Zmieniałam je w całości, od razu, zamiast powoli mieszać, wprowadzać nowy smak czy zapach. Kocio przyjmował to na klatę, za wyjątkiem silikonowego żwirku, ale na szczęście nie wyrzuciłam w całości starego, a następnego dnia w kuwecie z powrotem już był jego ulubiony rodzaj… Naturalnie moja odwaga brała się z niewiedzy. Teraz bym się mocno zastanowiła, zanim zrobiłabym taki numer. :P
Najciekawsza była dla mnie część trzecia zajęć, czyli kwestia miejscówek. Oczywiście mój jedynak nie musi specjalnie szukać schronu (chyba że baaardzo nie chce być przytulony albo zauważalny), ale widzę, że lubi być na wysokościach, gdy ktoś przyjdzie. Natomiast uwierzyłam sama sobie, że faktycznie można zauważyć, że kot idzie spać. Bo po pierwsze, wiem, gdzie ma swoje ulubione legowiska (w ciągu dnia jest to środek przedpokoju lub szafka na balkonie…), po drugie – ten krok jest naprawdę wyraźnie celowy.
Największą nowością była dla mnie sprawa eksploracji terenu. Nie wiedziałam, że kot jako nowe traktuje rzeczy przestawione lub z dołożonym drobiazgiem. Faktycznie jednak, sprawdziłam na Kociu – trzy osobne pudełka szybko się znudziły, ale zestawione razem natychmiast stały się upragnionym do zdobycia miejscem. A jak ostatnio spałam w innym pokoju (tak sobie zaszalałam majówkowo), on oczywiście poszedł ze mną – ale był spięty, jak byśmy poszli do obcego mieszkania. Bywał przecież w tym pokoju, sam i ze mną, ale nie w nocy. I łóżko było złożone, bez pościeli. Nagle szok, totalna zmiana – widać było, że nie ogarnia. :D
Warsztaty są naprawdę ciekawe. Czasem się zastanawiam, co robią tam kociarze zajmujący się kotami „zawodowo” – w fundacjach, domach tymczasowych i po prostu zakoceni od dawna. Przecież oni powinni wiedzieć wszystko, a nawet więcej! Jednak sama widzę, że zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego. Na przykład usłyszałam, jaki krąży mit. Otóż są tacy ludzie, którzy uważają, że koty mniej się przywiązują do ludzi, bo po śmierci właściciela głodują tylko dwa dni, gdy tymczasem psy zaczynają jeść dopiero po tygodniu. :P To bzdura, aczkolwiek te dwa dni są ważne, bo chyba tyle kot może głodować bez większej szkody dla swojego organizmu. Niemniej śmieszne i fajnie wiedzieć, co w mitach piszczy. Poza tym spotyka się ludzi, którzy mają koty, również inne zwierzęta, i można się wymienić swoimi mniej fachowymi doświadczeniami.
Ważną zaletą tych zajęć jest właśnie możliwość zadawania pytań prowadzącym zajęcia paniom. Mając do dyspozycji behawiorystkę i weterynarza można na szybko rozwiać niektóre wątpliwości. Super, że Julia i Agnieszka nie mają nic przeciwko, chociaż dezorganizuje im to trochę zajęcia i niekiedy wydłuża. Ale w końcu to wszystko dla dobra kociastych i ich opiekunów.

Tymczasem wracam do mojego prywatnego futrzaka. Nie wiem, czy on się zorientował, że się dokształcam w jego obsłudze, czy po prostu już są efekty, ale kocha mnie ostatnio mocno i absorbująco (w skrócie: „Nie mogę, kot na mnie leży”). Nie narzekam. :D