Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przy rowerach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przy rowerach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Żegnaj, Gąsko! (Aneks do historii „Przy rowerach”)

(Wcześniejsze losy Gąski i Daniela możecie poznać, zaglądając TU).

Minęło trochę czasu, od kiedy Gąska zdecydowała się zakończyć znajomość z Danielem. Sama trochę była zaskoczona swoją decyzją i szybkością jej realizacji. Początkowo jednak nie chciała się nad tym zastanawiać. Bała się, że zmieni zdanie, że przestraszy się samotności… Więc rzuciła się głową w życie. Co drugi dzień jakiś wysiłek fizyczny – basen, siłownia czy po prostu spacer w dobrym tempie (rowery na razie omijała!), również mycie podłóg (a jak! Nieźle można się zmęczyć, a jak człowiek zmęczony, to i sił na smętki nie ma). Codzienne zakupy – i to bez kupowania na zapas, by następnego dnia musieć wyjść. Gotowanie małych porcji obiadowych powoli wchodziło jej w nawyk i pilnowała się, by nie myśleć nad sensem gotowania dla jednej osoby. Dość późnymi wieczorami włączała jeszcze film na dvd, ale rzadko miała siłę obejrzeć go do końca, tak była zmęczona. Rano wstawała może nie skoro świt, ale z budzikiem, by po śniadaniu umalować się, wyszykować i… zasiąść przy swoim biurku, przed swoim komputerem, do pracy. Po określonej liczbie godzin robiła krótką przerwę na drugie śniadanie, a potem znów pracowała. Następnie przebierała się i szła na spacer czy basen…
Wreszcie jednak doszła do wniosku, że minęło już trochę czasu i musi to przemyśleć. Wybrała pogodny, słoneczny dzień, spakowała coś do jedzenia i picia, sprawdziła, czy ma bilet i pieniądze, i pojechała do Powsina. Trochę spacerowała, trochę siedziała, potem znów chodziła… Przede wszystkim jednak myślała.
Sytuacja z Danielem rozwinęła się zupełnie inaczej, niż sądziła. Przecież gdy go poznała, wydawało się jej, że przeżyła już wystarczająco dużo niepowodzeń, by pakować się w kolejną znajomość, by dać się nabrać na czułe słówka. A jednak – złapała się. I na dodatek znów wpadła w swój ulubiony schemat – facet z problemami. „Po co dałam się w to wciągnąć?”, myślała. „Zaraz… ale przecież właśnie nie pozwoliłam na to! No tak, ale jednak później, nie od razu, kiedy dowiedziałam się o Mariannie… Ale w końcu chciałam dać sobie szansę, nie można tak od razu przekreślać człowieka”.
Zatrzymała się na ostatnim zdaniu, a raczej jego pierwszej części. „Szansę? Na co? Na miłość czy… brak samotności?”. Cóż, musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Oczywiście, że miłość może się zdarzyć w każdym wieku i w każdej, najbardziej niespodziewanej i nieprawdopodobnej chwili. Ale wtedy, przy tych rowerach, i po pierwszych spotkaniach, wiedziała, że czuje co najwyżej sympatię. Za to wreszcie miała z kim wyjść, ktoś do niej dzwonił, miała o kim opowiadać koleżankom… Tylko jakim koleżankom? Tym, których już praktycznie nie miała, bo poszły swoją drogą? A te wyjścia? Przecież szybko stały się dla niej stresem, a potem – po prostu uciążliwością, podczas której jednak starała zachować się elegancko. Starała – kolejne słowo-klucz. Potem albo bolała ją głowa po wypitym alkoholu (w dawkach przecież minimalnych, no ale jak to, dorosła kobieta i nie ma ochoty na lampkę wina?), albo była zła za opowieści o Mariannie. A często też była niezadowolona, bo traciła czas na darmo, zamiast robić coś z korzyścią dla siebie. Owszem, jego bliskość na początku była czymś ekscytującym – ale szybko poczuła niechęć do jego dotyku. Stało się to dosyć niezauważalnie i początkowo wiązała to ze złym samopoczuciem czy złością na niego za jakieś słowo. Teraz jednak widziała, że i ciało broniło się przed tą relacją.
„Nie potrzebuję faceta, jak widać” – pomyślała zaskoczonona Gąska. Od razu sama się zaśmiała: „To co, szukam kobiety”. Zaśmiała się jeszcze raz. Potem jednak posmutniała. „Czyżbym miała zostać sama? Na to wygląda. Ale przecież… to nie znaczy, że będę samotna. Jaki jednak sens szukać kogoś na siłę, wiązać się z nim tylko po to, by zaspokoić społeczne oczekiwania? Pewnie, że łatwiej byłoby płacić rachunki we dwoje. Ale jakoś sobie dotychczas radziłam. Za to nie przybędzie mi kłopotów”.

Dwa dni później opowiadała te swoje przemyślenia Jackowi na terapii. Wprawdzie nie byli po imieniu, ale idąc na spotkania, tak właśnie o nim myślała. Pomagały jej te spotkania i czasem żałowała, że nie trafiła do niego wcześniej. Może uniknęłaby choćby tej ostatniej sytuacji. A może nie… Ważne, aby nauczyła się wyciągać wnioski.
– Już to pani robi. I to dobrze – powiedział pan Jacek.
– Naprawdę?
– Naprawdę. – Odwzajemnił uśmiech, choć było w nim trochę rozbawienia. Spojrzała szybko w lusterko przy drzwiach. No tak, znów miała twarz jak szczęśliwe pięcioletnie dziecko. Emocje wyłożone na talerzu. Ale co tam, tutaj mogła się odsłonić. Jacek mówił dalej:
– Wydaje mi się, że wreszcie zaakceptowała pani siebie i swoją sytuację, że przestaje pani szukać potwierdzenia swojej wartości u zewnętrznych osób, zwłaszcza przypadkowych.
– Tak… to chyba prawda, choć może za wcześnie, bym mogła być tego pewna.
– No, nad poczuciem pewności musi pani na pewno – zaśmiał się – jeszcze trochę popracować.
Porozmawiali jeszcze chwilę, dostała kilka informacji na temat ciekawej lektury, jaka mogłaby jej ewentualnie pomóc w pracy nad sobą, umówili się na następną sesję, i wreszcie wróciła do domu.

Następne dni upływały znacznie wolniej. Już nie zamęczała ciała, by wyłączyć myślenie, choć zauważyła, że brakuje jej czasem większego wysiłku. Szła wtedy na basen. Ze zdziwieniem odkryła, że lubi pływać, i że nie potrzebuje do tego towarzystwa. Nie izolowała się od znajomych, ale nie uzależniała od nich swojego planu dnia. Zresztą, tych znajomych zrobiło się jeszcze mniej. Nie bez powodu – wreszcie odkryła, że większość z tych relacji była nietrafiona, z prostej przyczyny: ceniono nie ją, lecz jej naiwność. Kiedy przestała brać każde słowo za dobrą monetę, kiedy wreszcie nauczyła się odmawiać – opustoszało. Miała już pewność. To samotności bała się najbardziej w życiu i to ten lęk skazywał ją na ciągłe porażki. Nie wybierała tego, co dla niej dobre, ale to, co się trafiło, co znalazło się akurat pod ręką – albo wyciągnęło rękę po nią.
Kiedy wreszcie to zrozumiała, poczuła się wolna. Teraz już się nie bała. I teraz zaczęli pojawiać się ludzie, których wcześniej nie dostrzegała lub nie dawała się im dostrzec. Nie rzucała się już jednak głową naprzód. Była ostrożniejsza, wolniej otwierała się na innych, choć nie zamykała się przed ludźmi.


I nie była już Gąską.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Przy rowerach (10/10)

Wcześniejsze odcinki znajdziecie pod tymi adresami: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty

Mijał już miesiąc od tamtego spotkania, a Gąska wciąż miała mętlik w głowie. W końcu jednak poczuła, że musi uporządkować ten chaos. Od czasu pamiętnej propozycji Daniela miała wciąż wrażenie, że życie zaczyna wymykać się jej spod kontroli, a tego nie chciała. Nie znosiła bałaganu w swoim życiu. Wolała mieć szufladki, półeczki, stały grunt pod nogami i pewność, co będzie jutro – nawet kosztem wyrzeczenia się chwil ekscytacji. Świetnie jednak zdawała sobie sprawę, że po każdym uniesieniu następuje upadek, a tych miała już dość. Zdecydowanie.

Kiedy Daniel zaproponował, by poznała jego Eksię i córkę, na moment zaniemówiła. Nie wiedziała, czy jest zła na niego – że wymyślił coś takiego, czy na siebie – że znów dała się wmanewrować w tak idiotyczną sytuację. Milczała więc, zdając sobie sprawę, że każde słowo, które teraz wypowie, będzie bardzo ważne dla ich dalszej relacji. Mężczyzna jednak również milczał, tylko patrzył wyczekująco i tak jakoś… ufnie?
– Ale po co mamy się poznawać? – spytała wreszcie.
Daniel się ożywił.
– Wiesz, tak naprawdę to był mój pomysł. Gosia musi przenieść się na trochę do mnie, bo Marianna wyjeżdża na zagraniczny kontrakt i nie może przecież wziąć małej ze sobą. Nie wiedziała, co zrobić z córką, ale przecież Gosia ma ojca! – podkreślił z dumą. – Więc powiedziałem, że wezmę ją do siebie. Marianna nie chciała się zgodzić, bo uważa, że nie dam sobie rady. No, to wtedy powiedziałem, że ty mi pomożesz… bo pomożesz, prawda? – popatrzył na nią ufnie. – I zaproponowałem, żeby przyjechały teraz do Warszawy, to się poznacie. Wtedy będzie pewna, że Gosia zostaje w dobrych rękach. Ja zresztą też – zaśmiał się.
Gąska siedziała oniemiała. Zastanawiała się, czy ten koleś jest naprawdę aż tak naiwny, czy przeciwnie – za taką uważa ją? Między nimi nie padły jeszcze żadne wiążące słowa, żadne wyznania, ustalenia. Ba, przecież miała zamiar powiedzieć mu o swoich wątpliwościach spowodowanych nadmierną obecnością w jego życiu Eksi. A ten z czymś takim teraz wyskakuje… Siedziała zaskoczona, ale wciąż z lekkim uśmiechem, jaki przywołała na twarz na samym początku rozmowy. Tymczasem Daniel odebrał widać ten uśmiech jako pozytywną reakcję na jego słowa, bo mówił dalej:
– Wiesz, nie masz się czego obawiać. Marianna na pewno cię polubi, tak samo jak Gosia…
– Daniel – przerwała mu. – Dlaczego ty się właściwie rozwiodłeś z Marianną?
– O co ci chodzi? – spytał zaskoczony.
– O to, czemu się rozwiedliście. Przecież ty cały czas o niej mówisz, jakbyście wciąż byli razem. Ja wiem, łączy was dziecko, ale na litość! Jesteś dorosły! A musisz jej się tłumaczyć ze swoich znajomości? Pokazywać mnie?! Bo bez tego nie zostawi u ciebie waszego dziecka?!  A jest w ogóle jakaś inna opcja, jeśli się na to nie zgodzi?
Zaskoczony mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale Gąska nie dawała mu dojść do głosu. Niestety, wzburzenie ją poniosło i przestała kontrolować ilość wypowiadanych słów. Na szczęście jakość jeszcze ogarniała… Powiedziała mu, co sądzi o wysłuchiwaniu niemal od samego początku ich znajomości relacji rodzinnych. Dobitnie podkreśliła, że nie przeszkadza jej słuchanie o Gosi, lecz o wciąż obecnej w jego życiu byłej żonie. Dodała, że cierpią na tym ich relacje, a także, że nie wie wciąż, „jaki status związku ma opublikować na Facebooku”. Sądziła, że ironia jest wyraźna, ale myliła się, bo w tym momencie Daniel wreszcie jej przerwał:
– To ty chcesz publikować informacje o naszym związku na Facebooku? Jesteś aż tak dziecinna? – Niedowierzanie i rozczarowanie w jego głosie było aż nadto czytelne.
– No przecież nie o to chodzi!
– To o co? Przecież sama powiedziałaś…
Gąsce opadły ręce. No bo o czym tu jeszcze było rozmawiać. Otworzyła usta, by coś dodać, ale wreszcie powiedziała tylko, że musi iść. Mężczyzna patrzył na nią jakby urażony, jakby to ona zachowała się niestosownie. Cóż, możliwe. Wzruszyła w duchu ramionami i poszła.

* * *
Cały następny tydzień minął jak w złym śnie. Daniel nie dzwonił, czego początkowo nie zauważała, bo była wściekła. Na niego. Była to dla niej nowość, bo zazwyczaj siebie obarczała winą za wszelkie nieporozumienia i niezręczne sytuacje. Tymczasem teraz nawet nie była w stanie przeanalizować tamtego spotkania i rozważyć wszelkich „za” i „przeciw”. Po prostu wciąż była zła. W końcu zadzwoniła do Maćka. Potrzebowała męskiego oglądu tych zdarzeń, no i w końcu to Maciek radził jej po prostu powiedzieć, że coś się jej nie podoba. Tyle że do konfrontacji doszło szybciej i jednak pod przymusem…
Maciek jednak nie mógł się spotkać, wyjechał na tygodniowy urlop, a rozmowa zdecydowanie nie była na telefon. Krótko wspomniała mu tylko, że chyba nie wyszło najlepiej, na co kolega kazał jej się tym nie martwić i spokojnie poczekać na ewentualny rozwój wydarzeń. Tyle że cierpliwość nie była cnotą Gąski. Coraz bardziej miała ochotę zadzwonić do Daniela i powiedzieć, jak bardzo zezłościło ją jego zachowanie. Nie bardzo jednak wiedziała, co chce tą rozmową osiągnąć, więc odkładała telefon z dnia na dzień. W końcu jednak, któregoś ranka, zdecydowanie sięgnęła po słuchawkę i wybrała jego numer.
Nie odebrał. Zastopowana w swoim rozpędzie, po raz drugi w ciągu krótkiego czasu Gąska poczuła się oszukana. Przez Daniela, życie, świat. Chociaż akurat to, że nie odebrał, mogło nie być niczyją winą, ale mieć prozaiczną przyczynę. Samo jednak to, że dzwoniła, że on się o tym dowie, było irytujące. Cóż, trudno, nie cofnie tego. Zerkała jednak nerwowo na telefon i w końcu się doczekała. Oddzwonił.
Zanim odebrała, patrzyła chwilę na ekran telefonu. Ale się na początku cieszyła, gdy widziała, kto się wyświetla! A teraz… trochę się bała. W końcu jednak wcisnęła zieloną słuchawkę i powiedziała „cześć”.
– No cześć, dobrze że dzwonisz. Przepraszam, że nie odebrałem, ale akurat miałem zebranie w pracy.
Gąskę z lekka zamurowało. Te dwa tygodnie milczenia (no dobrze, może dziesięć dni) to nieważne? A gdyby nie zadzwoniła, to dalej by milczał? Nie wiedziała, co powiedzieć. Na szczęście on wciąż był w pracy i nie mógł rozmawiać. Obiecał skontaktować się wieczorem.
Dotrzymał słowa. Rozmawiali jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Ani tamto spotkanie przy stoliku i jego propozycja, ani jej słowa i przerwanie spotkania, ani to długie milczenie. Ale też nie było w jego głosie tej nutki czułości, którą jednak (jednak!) słyszała na początku znajomości. Był taki… koleżeński. Wyjaśniło się to pod koniec rozmowy. Okazało się, że Gosia mieszkała już u niego. Teraz była w kinie, więc mógł swobodnie rozmawiać. Przeprosił w końcu za milczenie, ale nie chciał dzwonić przy Gosi, by ta nie powtórzyła matce. Marianna bowiem, gdy dowiedziała się o przebiegu spotkania („Tak, opowiedziałem jej, że nie byłaś zadowolona, że macie się poznać, a czemu nie?”), uznała, że Gąska jest niepoważna i nieodpowiedzialna. Zostawiła więc córkę w Warszawie pod warunkiem, że Daniel nie będzie spotykał się z Gąską. Teoretycznie tylko podczas bytności Gosi u ojca…
Po tej rozmowie Gąska nie miała już złudzeń. W nocy napisała maila do Daniela, w którym wreszcie wypunktowała całe swoje rozczarowanie jego zachowaniem i sytuacją, do jakiej doszło. Zapisała kopię w roboczych i poszła spać. Uznała bowiem, że nie każdemu należy się wgląd w jej myśli i uczucia, zresztą obawiała się, że przeczyta to Marianna. Wolała więc w dzień przeczytać tekst jeszcze raz i nieco go „urzeczowić” w miejsce emocjonalnych wtrętów.

* * *
Maciek w końcu wrócił z urlopu. Trochę przedłużył wyjazd, ale ponieważ pracował w wolnym zawodzie, mógł sobie na to pozwolić. Od pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już trochę czasu, a Gąska wciąż nie wysłała swojego maila. Daniel próbował raz czy dwa skontaktować się z nią, przysłał też kilka sms-ów z pytaniem o to, czemu milczy, ale nie odpowiadała. Tylko mail się wydłużał. ;)
Siedząc z Maćkiem przy piwie, które piła naprawdę w wyjątkowych okolicznościach, wreszcie wyrzuciła z siebie wszystko. I żal do Daniela, i wkurzenie na niego, i rozgoryczenie, że tak jej się nie układa z facetami. Dobrze jej to zrobiło. Maciek specjalnie nie komentował wydarzeń, bo wiedział, że ona po prostu potrzebuje się wygadać. Kiedy jednak zorientował się, że skończyły się fakty, a zaczyna mantra: „I co ja mam zrobić?”, przerwał jej, mówiąc:
– Słuchaj, daj sobie spokój z tym facetem. Przecież widzisz, że nic z tego nie wyjdzie.
– Maciek, ale mi z żadnym facetem nie wychodzi! Czy ja zawsze muszę trafiać na takich idiotów?
– No widać masz pecha… A słuchaj… myślałaś kiedyś, by znaleźć sobie dziewczynę?
– Dziewczynę?
– No tak. Ja bym chętnie znalazł…
Maciek na moment się rozmarzył, co sprawiło, że Gąska wreszcie się zaśmiała.
– Dzięki, poprawiłeś mi nastrój. A co do dziewczyny dla mnie… wiem, że mówiłeś pół żartem, pół serio, ale obawiam się, że wychodziłoby mi to jeszcze gorzej. Przecież ja nawet żadnej przyjaciółki nie mam!
– Ale masz mnie.
– Ale ty nie jesteś dziewczyną. Czy o czymś nie wiem? – uśmiechnęła się, ocierając wzbierające w kącikach oczu łzy.
– Nie jestem – zaśmiał się i on. – Ale nie przejmuj się, a już na pewno nie tym palantem. Co ci się stało? – zaniepokoił się nagle, widząc, że szklanka wysuwa się jej z ręki. Złapał ją w ostatniej chwili, zanim zdążyła się stłuc.
– Daniel idzie. Chyba z Gosią. Zaraz mnie zobaczy…
Maciek nic nie powiedział. Obejrzał się dyskretnie, by wiedzieć, o kogo chodzi, po czym szybko przysunął krzesło bliżej niej. Objął Gąskę i przytulił tak, że ktoś patrzący z boku mógł pomyśleć, że się całują.
I tak pewnie pomyślał Daniel, ale tego Gąska już nie zobaczyła…

* * *
Fajnie było się do kogoś przytulić. Nawet „tylko” do kumpla. A może nawet lepiej, że do kumpla? Wierzyła w jego serdeczność i bezinteresowność, w końcu znali się już ładnych parę lat. Taka relacja przywraca wiarę w drugiego człowieka. A tej nie miała już zbyt wiele.
Kiedy Daniel z prawdopodobną Gosią poszedł (o czym powiedział Maciek, obserwujący kątem oka ulicę), usiedli z powrotem naprzeciw siebie. Zamówili po jeszcze jednym piwie. Gąsce było już dzisiaj wszystko jedno, mogła nawet się upić. Maciek wrócił do przerwanej rozmowy.
– Zaraz… powiedziałaś, że nie masz żadnej przyjaciółki? Jak to możliwe?
– No właśnie sama nie wiem do końca. Ale tak to wygląda… Jedna po prostu rozpłynęła się we mgle, wcześniej wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jestem nikim ważnym w jej życiu. Kolejna zawiodła bardzo moje zaufanie, ale wybaczyłabym i zapomniała – tyle że jej na tym nie zależało. Nie miała czasu, no. A ja mimo to dalej wierzyłam ludziom. Jeszcze raz się nacięłam w podobny sposób jak z Alą, tyle że relacja trwała krócej – to i mniej bolało. Teraz, owszem, mam koleżanki, bardziej może: znajome…
– Czekaj, czekaj – przerwał Maciek. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że twoje przyjaźnie wyglądały tak jak twoje związki z facetami?
– W sumie chyba tak. Po prostu w pewnym momencie buntowałam się, nie dawałam się wykorzystywać, więc przestawałam być potrzebna.
Gąska zamyśliła się na chwilę, ale drugie piwo nie pozwoliło jej za długo trwać w tym stanie. Maciek, którego niezmiennie bawiła jej nieodporność na ten trunek, przyglądał się jej z uśmiechem. Po chwili sięgnął po telefon i zamówił taksówkę. Wiedział, że dla niej wieczór się skończył, a sama nie da rady wrócić do domu.

Kolejny tydzień mijał spokojniej. Gąska w końcu uznała, że z całej sytuacji wyszła z tarczą. Nie dała się wplątać w relację z kimś, kto chyba sam nie wiedział, czego chce. Nie zdążyła się jeszcze zbyt mocno zaangażować, więc tylko trochę bolała urażona duma. Na takie drobiazgi Gąska jednak nie zwykła zwracać uwagi. Szkoda, że nie wyszło… ale przecież „cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Tego samego. Postanowiła też nie wysyłać maila. Po co? Niczego to już nie zmieni.

„Wreszcie” – uśmiechnęła się do siebie w lustrze. „Wreszcie to zrozumiałam. Jacek będzie ze dumny”. Podśpiewując cichutko starą piosenkę Kasi Sobczyk, jeszcze raz zerknęła w lustro, po czym wzięła torebkę i poszła na spotkanie do swojego psychoteraputy.

piątek, 18 lipca 2014

Propozycja Daniela [Przy rowerach (9/10)]

Następnego dnia nie zadzwonił, ale przysłał wiadomość. „Cześć, może pójdziemy dzisiaj po mojej pracy na lody. Możesz o 18-tej?”. „Mogę. Tam, gdzie ostatnio?”. „OK”.
No dobrze. Trochę się denerwowała, nie da się ukryć. Przede wszystkim stresowała ją wciąż jego wczorajsza zapowiedź, że musi jej coś powiedzieć. „To na pewno będzie o Eksi. Może wracają do siebie? Albo z córką coś poważnego? Może chce wrócić do Częstochowy z tego powodu? Albo gorzej, ona przyjedzie do Warszawy z córką na leczenie. I jeszcze, skoro Gosia chora, to nie będzie wypadało nic krytycznego powiedzieć, bo przecież chodzi o dziecko. Co on chce mi powiedzieć?”.
I biłaby się biedna Gąska z myślami prawie cały dzień. Na szczęście długo nie siedziała w domu. Zadzwoniła Zuzka, z pytaniem, czy nie poszłyby razem do sklepu, a potem na jakąś małą kawę i pogaduchy. Jako że wszystko było lepsze od siedzenia w domu, pięć minut później Gąska szła w kierunku osiedlowego marketu, gdzie miały się spotkać.
Zakupy zrobiły szybko i pół godziny później siedziały już w Zuzinej kuchni. Ponieważ od wizyty mamusi nie minęła jeszcze pełna doba, a Wojtek był w pracy, istniała szansa na spokojne ploty. Głównym tematem była oczywiście wizyta(cja) teściowej. Ponieważ jednak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego (standardowe przycinki, pytania o brak dzieci i zaglądanie w każdy garnek oraz narzekania, jaka to się czuje samotna), szybko się z tym uwinęły i przeszły do tematu Daniela. Na wieść o tym, że widzą się dzisiaj, Zuzce zaświeciły się oczy.
– Wiesz, zazdroszczę ci. Czasem tak myślę, że za mną już wszystko, co najpiękniejsze, a ty masz wszystko przed sobą.
– No tak… Ale sama mówisz, że nie mam na co czekać, że mam tyle lat…
– No bo nie oszukujmy się, masz coraz mniej czasu, żeby urodzić dziecko. A zawsze mówiłaś, że chcesz mieć je po ślubie, nie przed albo bez.
– Tak… Tylko nie wiem… Ja tego Daniela nie znam długo, jeszcze ta jego była. Poza tym Daniel chyba chce mi dzisiaj coś ważnego powiedzieć.
Zuzce oczy zaświeciły się jeszcze mocniej.
– Super! Naprawdę? Jak myślisz, co to może być? Może się oświadczy?
– Zuza! Przecież mówiłam ci o tym wczoraj! Dzwoniłam specjalnie w tej sprawie, nie pamiętasz?
– A… przepraszam, ale miałam takie zamieszanie. Wiesz, mamusia, potem znowu Wojtek był o coś zły, nie wiem, o co mu chodzi. Pamiętam, że dzwoniłaś, ale zapomniałam, że mówiłaś o tym, że Daniel ma ci coś powiedzieć.
Ironia była wyczuwalna. Jasne, nie musiała o tym pamiętać, tylko że…
– … tylko że ja przecież w tej sprawie do ciebie dzwoniłam.
– Aaa… ja myślałam, że po prostu martwisz się, że on będzie o Eksi gadał, ale że tak ogólnie się tym przejmujesz. A jak w ogóle ona ma na imię?
– Marianna.
– Ładna jest? A co robi, gdzie pracuje?
– Zuzka!!! Ja nie chcę o niej rozmawiać!
– Oj dobra, nie unoś się tak.
Zapadła cisza. Głupio było tak siedzieć, zresztą Gąska tak naprawdę nie bardzo wiedziała, czy się pokłóciły, i co teraz zrobić. Zuzka czasem miała takie fochy. Lubiła rządzić, a już w rozmowie to zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Ale przecież nikt nie jest doskonały, poza tym dobrze, że ludzie się różnią. Tylko że czasem Gąska chciałaby mieć pewność, o co właściwie chodzi.
Spojrzała na zegarek. No, powinna się zbierać. Jeszcze musiała umyć i wysuszyć włosy. I zebrać choć trochę myśli. Podniosła się od stołu, przy którym siedziały, i zaczęła żegnać się z Zuzką.
– Ojej, ale chyba się nie obraziłaś?
– Nie no, mówię ci przecież, że mam mało czasu.
– No dobrze, ja też muszę trochę tu ogarnąć. Od przyszłego poniedziałku zaczynam pracę, nie będę wtedy miała tyle czasu.
Gąska aż usiadła.
– Ale jak to… idziesz do pracy?
– No normalnie.
– A… dawno szukasz?
– Od jakiegoś czasu. Wiesz, Wojtek nie zarabia tak dużo… I mamusi będę miała trochę mniej.
– Ale… nic nie mówiłaś wcześniej, że planujesz.
– Oj wiesz, jak to jest. Nie było kiedy.
No tak. Obowiązku nie było. Jednak Gąska, wychodząc wreszcie z mieszkania, czuła się jakoś skołowana. Z tego powodu dopiero przed blokiem uświadomiła sobie, że zostawiła u Zuzki na stole kosmetyczkę, w środku której miała klucze do mieszkania. Na szczęście koleżanka nigdzie już nie wychodziła, ale Gąska miała pół godziny mniej na planowane zabiegi przed wyjściem. Oczywiście nic by się nie stało, gdyby się spóźniła, ale nie czuła się wtedy komfortowo. Dzięki temu małemu zamieszaniu jednak nie miała już czasu ani chęci, by snuć jałowe rozważania, co on jej powie, a czego nie.
Punktualnie o osiemnastej była pod osiedlowymi parasolkami, gdzie umówiła się z Danielem. Już na nią czekał i uśmiechał się z daleka, widząc, jak się zbliża. Ten uśmiech poprawił jej trochę humor, ale starała się nie wpadać w euforię. Przywitali się i usiedli przy stoliku. Zamówili lody. „Niezły pomysł, w razie gdyby zrobiło się za gorąco”, pomyślała Gąska. Mężczyzna jednak uśmiechał się do niej i wreszcie się rozluźniła. Kelnerka przyniosła lody i zostali sami. Przedłużająca się cisza, początkowo przyjazna, zaczęła przeradzać się w nastrój zakłopotania. Gąska gryzła się w język z całych sił, w czym bardzo pomagały jej pyszne lody. Spokojnie potrafiłaby zagaić pięć rozmów, ale chciała, by to on zaczął. Nie wiedziała, o czym chce z nią rozmawiać, więc jego milczenie coraz bardziej ją niepokoiło.
Wreszcie powiedział:
– Cieszę się, że wreszcie się widzimy. Szkoda, że wczoraj nie mogłaś. Stęskniłem się za tobą.
Błogość zalała Gąskowe serce. Daniel natomiast po tym wstępie zamilkł i jadł w skupieniu swoje lody. Po chwili jednak podniósł głowę i znów się odezwał:
– Mogę o coś zapytać? Chciałbym właściwie coś zaproponować, ale nie wiem, co ty na to.
– Pytaj, pewnie. – Starała się mówić opanowanym głosem, ale serce biło mocno. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał powiedzieć…

– Za tydzień przyjedzie do mnie Marianna z Gosią. Chciałbym, żebyście się poznały.

niedziela, 13 lipca 2014

Przyjacielskie rady [Przy rowerach (8/10)]

Następnego dnia rano dostała sms-a od Daniela. Napisał jej, że córka jest chora, o czym zawiadomiła go Eks, więc wziął kilka dni urlopu i jedzie do dziewczyn. Dokładnie tak napisał: „Jadę do swoich dziewczyn”. Cóż. Odpisała kulturalnie, że życzy dziecku zdrowia i że czeka na wieści. Nie dostała odpowiedzi, ale i się jej nie spodziewała. Dziwiło ją bardziej uczucie ulgi, jakie na nią spłynęło. Choć może nie było to aż tak zaskakujące, biorąc pod uwagę całokształt. Nie musi podejmować szybko żadnej decyzji co do tej znajomości.
Wątpliwość była jedna, ale zasadnicza: czy mają szansę zbudować dobrą relację, czy warto temu poświęcać czas, czy też uniemożliwi to jego przeszłość? Lepiej było przemyśleć to porządnie teraz, zanim zaangażuje się zbyt mocno. A skoro już teraz widać, że mogą być problemy, to przyszłość nie rysuje się różowo. Przeciwnie. Na dodatek nie wiadomo, na ile on jest zainteresowany nowym związkiem, czy traktuje ją poważnie. A może szuka takiej przyjaciółeczki, ot, posłucha, łezkę obetrze, przytuli, buzi da, może coś jeszcze, a potem grzecznie pójdzie do domu i nie będzie głowy zawracać.
Kolejne dni upływały spokojnie. Gąska trochę oderwała się od tematu, zwłaszcza że Daniel się nie odzywał. Ona też nie pisała, a tym bardziej nie dzwoniła. Nie wiedziała, co się przecież tam dzieje, na ile Daniel jest zajęty i w czym mu przeszkodzi. Jednak wreszcie któregoś dnia we wtorek (a był to już piąty dzień od wyjazdu do córki) Daniel napisał, że Gosia już czuje się lepiej, on jest już w drodze powrotnej i czy mógłby przyjechać od razu do niej, porozmawiać. Spanikowała. Jakoś nie spodziewała się, że on tak szybko wróci, a jednocześnie wydawało się jej, że jego propozycja spotkania wiąże się z koniecznością podjęcia konkretnych decyzji, na które nie była przygotowana. Odpisała więc, że bardzo jej przykro, ale jest właśnie u rodziców, nocuje u nich i za późno, żeby zmieniać plany. Odpisał, że nie ma problemu, zadzwoni jutro i się zgadają.
„Okłamałam go”, pomyślała przerażona Gąska. „I to po to, żeby się NIE SPOTKAĆ. Co ja robię? I co mam dalej zrobić”? Szybko zadzwoniła do Zuzy, kątem oka patrząc na zegarek. Była siedemnasta, powinna już być w domu. Może będzie trochę zła, pewnie obiad albo co tam kobiety domowe robią, ale trudno. Muszą się jakoś zobaczyć albo chociaż chwilę pogadać, bo po prostu nie wie, co robić.
Zuzka na szczęście odebrała. Gąska szybko nakreśliła sytuację.
– I co mam teraz zrobić? Boję się, że on znowu będzie o tej swojej Eksi opowiadał. Nie wiem, co było jego córce, ale chyba coś poważnego, skoro musiał tam pojechać, i to tak szybko. A jeśli to będzie się powtarzać? A ta kobieta? Może ona wcale nie chciała się z nim rozstać? Zuzka, co ja mam robić?
– Wiesz… ale nie gniewaj się, mogę być szczera? – Spytała Zuzka.
– Jasne…
– Rozumiem, że ta baba może Cię wnerwiać. Ale mieszka daleko. Mówiłaś, że w Częstochowie, tak?
– No tak…
– No właśnie. A wy tutaj. Moim zdaniem powinnaś się za niego wziąć. Z tego, co mówiłaś, nieźle zarabia, alimenty by płacił tylko na jedno dziecko, byście finansowo dali radę. A ty byś wreszcie miała męża i żyła jak człowiek.
– Ale… Zuza! Ale ja nie wiem… może ona go wciąż kocha? Albo on ją? Tyle o niej opowiada? A ja bym chciała…
– Słuchaj – przerwała jej Zuzka. – Jak będzie z tobą, to mu nie pozwolisz, by o tamtej gadał. Kocha, akurat. Jakby kochał, toby się nie rozwiódł. A jak ciebie będzie miał na co dzień, będziesz mu gotować i się nim zajmować, to uwierzy, że kocha ciebie. A nawet jak nie, to myślisz, że inne pary mają inaczej i są zakochane po ślubie? Uwierz mi, powinnaś wyjść za niego za mąż. Postaraj się, dobrze ci radzę. A właśnie, a jego matka gdzie mieszka?
– We Włoszech… wyjechała tam po swoim drugie ślubie.
– No to dziewczyno, jeszcze się zastanawiasz? Lepiej nie mogłaś trafić. Nie dość, że daleko, to jeszcze wam kasy podeśle. Muszę kończyć, bo mamusia Wojtka właśnie idzie do nas, widzę ją z okna! Będzie dobrze, tylko się postaraj, pa!
Oszołomiona Gąska odłożyła słuchawkę. W ogóle nie myślała o Danielu w kategoriach męża do złapania. I w ogóle nie sądziła, że musi to robić. I w ogóle… w ogóle to sama już nie wiedziała. Chciała się z nim spotykać, związać może, ale chodziło jej o uczucie. To wszystko, o czym mówiła Zuzka, było może i słuszne, ale takie… pragmatyczne.
Pogrążona w niewesołej zadumie nad własną niedojrzałością aż drgnęła, gdy zadzwonił telefon. Spojrzała w panice, kto dzwoni. Uff, to Maciek. Kumpel,  z którym utrzymywała od wielu lat luźną, ale serdeczną znajomość, będącą dowodem na to, że istnieje czysta damsko-męska relacja. Czasem spotykali się ot tak, pogadać, a czasem konsultowali się w sprawach zawodowych (pracowali w pokrewnych branżach). I teraz właśnie Maciek dzwonił, by spytać, czy mogłaby mu sprawdzić kilka wątpliwości, jakie miał podczas tłumaczenia. Wysłał jej plik na maila.
– Nie ma sprawy, już siadam – powiedziała z uśmiechem do słuchawki.
– Dzięki. A w ogóle wszystko w porządku? – spytał Maciek. Znał ją na tyle, że jednozdaniowa wypowiedź już była sygnałem, że coś jest nie tak. On sam był raczej małomówny i preferował niespieszne tempo życia, ale nie przeszkadzała mu zbytnio jej wielomówność. Brak słowotoku był za to – jeśli nie niepokojący, to zwracający uwagę.
– W sumie.. to nie wiem. – Zaśmiała się krótko, starając nie dramatyzować.
– Jak chcesz, to powiedz. Może będę mógł coś pomóc…
Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Streściła szybko swój problem z Danielem, koncentrując się głównie na tym, jak drażnią ją jego opowieści o Eks, i jak niepokoi się, że relacje między byłymi małżonkami nie są jeszcze zakończone.
– I co ja mam o tym myśleć? – zakończyła.
– Hmm… A nie możesz tego, co powiedziałaś mi, powiedzieć jemu?
– Jak to? – spytała szczerze zaskoczona Gąska.
– No, możesz krócej, ale pewnie nie dasz rady. – Zaśmiał się. – A poważnie, to po prostu mu powiedz. Skąd on ma wiedzieć, że nie lubisz słuchać tych historii? W sumie ja nie wiem, czy ja bym opowiadał nowej dziewczynie o poprzedniej… ale jakby mi powiedziała, że nie chce o czymś słuchać, tobym jej nie mówił.
– I nie obraziłbyś się na nią? – wpadła z pytaniem Gąska.
– A za co? – spytał szczerze zdumiony Maciek.
– No, że nie chcę słuchać… Może to dla niego ważne.
– Ale po co masz się do czegoś zmuszać? Powiedz mu, że nie chcesz, i już. A jak się obrazi, to będzie znaczyło, że coś w tym jest, albo że z nim jest coś nie tak, skoro się obraża. Tak czy tak, coś zyskasz.
– Maciu… Maciek, jesteś kochany. – Uśmiechnęła się do telefonu. On też się zaśmiał, słysząc, jak stara się pamiętać, że nie lubi, gdy zdrabnia się jego imię.
– Przecież nic nie zrobiłem. To jak możesz, sprawdź mi te zdania, bo to dla mnie dosyć pilne. A jak się spotkasz z tym gościem, to – oczywiście jeśli będziesz chciała – zadzwoń i powiedz, jak się udało.
– Jasne. Już siadam do kompa, zaraz będziesz to miał. Nerka!
– Trzymaj się, nerka.

Ta rozmowa dodała jej otuchy. Podśpiewując, usiadła przy komputerze. Szybko uporała się z plikiem Maćka i wysłała mu sprawdzony tekst. Reszta wieczoru upłynęła jej dużo spokojniej. Nie żałowała jednak, że odwołała spotkanie z Danielem i to nie dawało jej spokoju. Tak samo jak słowa Zuzy, które wciąż brzęczały jej w uszach…

piątek, 20 czerwca 2014

Gąska na zakupach [Przy rowerach (7/10)]

Zakupy bywają częstym kobiecym sposobem odreagowania stresów. Podobno dzieje się tak dlatego, że w trakcie robienia zakupów wydzielają się endorfiny, co znacznie poprawia nastrój. Pewnie z tego też powodu pojawiają się opinie, że szaleństwa zakupowe są domeną kobiet niespełnionych w życiu erotycznym. Gąska uważała takie opinie najczęściej za bezsensowne, choć oczywiście nie ośmieliłaby się ostro skrytykować kogokolwiek za taki pogląd. Nie leżało to przecież w Gąskowej naturze. W głębi ducha zastanawiała się jednak, czy aby na pewno jest wystarczająco kobieca, skoro nie ma takich charakterystycznych babskich upodobań, jak hodowla kwiatków czy właśnie zakupy. Oczywiście mowa o takich wyprawach do galerii, gdzie celem czasem jest, owszem, kupienie konkretnej rzeczy, ale wcześniej trzeba przejść wszystkie możliwe sklepy, nawet z innym towarem, namierzenie się tego, naoglądanie, często też – nakupowanie niepotrzebnych przedmiotów. Albo po prostu: przedmiotów, bo wyjdzie na to, że buty czy torebka to niepotrzebne gadżety – a przecież bez tego ani rusz.;)
Gąska tego nie lubiła. Może wracały jeszcze wspomnienia dzieciństwa, gdzie zakupy kojarzyły się z cało- albo przynajmniej półdniową mordęgą rodzinnych wypraw po buty czy kurtkę. Rzadko było kupowane coś ładnego, częściej – praktycznego. Gąska pamięta zwłaszcza buty, które musiały mieć solidną  podeszwę, mocne wiązania i najlepiej, by wytrzymały wszystko, co życie niesie – również butom. Na szczęście na tym etapie życia noga jeszcze rosła, więc za każdym razem istniała szansa, że podczas następnego zakupu może uda się wytargować coś bardziej odpowiedniego dla młodej dziewczyny. Nic z tych rzeczy. Dopiero za jedne z pierwszych zarobionych pieniędzy kupiła sobie pantofelki, które były najbardziej niepraktyczne, jak to tylko możliwe – ale co z tego. Ważne, że były delikatne, na cieniutkim obcasiku i z cienkimi paseczkami, które służyły jako zapięcie. Potem, stopniowo, nauczyła się łączyć ładne i wygodne. Zresztą i wybór towarów w sklepach był większy niż za jej dzieciństwa. Wciąż jednak nie lubiła takiego łażenia. A już zwłaszcza z koleżankami, które po kilku godzinach buszowania w sklepach i przymierzania nieskończonej ilości ubrań, kupowały wreszcie… apaszkę albo po prostu nic. Gąska świetnie rozumiała facetów, którzy na hasło „zakupy” uciekali, byle dalej.;) Cóż, oni jeszcze obawiali się (często) o zawartość swoich portfeli.
Raz kiedyś Gąska znalazła się w podobnej jak oni sytuacji. Otóż spotykała się z miłym panem, który zapytał kiedyś, czy mogliby pojechać razem po buty dla niego. Nie ma co ukrywać, że skrzywiła się w duchu, ale zdawała sobie sprawę z niestosowności tych odczuć, więc głośno powiedziała, że oczywiście. „Co tam”, pocieszała się, „facet to szybko załatwi”. Umówili się w któryś weekend w Galerii Mokotów. Kiedy przyjechała, już na nią czekał. Gąska była znowu w złym humorze i znów nie wiedziała, dlaczego. Powoli zaczynała sobie zdawać sprawę, że tego związku nie da się uratować, coraz wyraźniej widziała, że problem jest w niej, ale jednak o tę relację jeszcze walczyła. Spytała się więc spokojnie, czy – skoro był wcześniej – może już coś obejrzał, upatrzył? (A w duchu pomyślała: „A może nawet kupił…?”), na co on odpowiedział z miną świętego Mikołaja, który wie, że zaraz wręczy upragniony prezent: „Nie, nic nie oglądałem, czekałem na Ciebie. To co, zaczniemy chodzić od góry? Tu jest dużo sklepów”. Niestety, Gąska nie doceniła jego wspaniałomyślności. Powiedziała, że mają wejść do góra dwóch sklepów, bo ona nie ma siły na obejście całej galerii. Jeszcze nie skończyła mówić, a już czuła się obrzydliwie. Tadek jednak przyjął to dzielnie, jak zawsze udając, że nie widzi nic złego w jej zachowaniu. Może, gdyby wtedy zrobił awanturę…
To było kiedyś. Od pewnego czasu jednak Gąska powoli zmieniała swoje nastawienie do łażenia po sklepach. To znaczy, dalej nie lubiła robienia konkretnych sprawunków. Na pewno każdy zna ten problem, gdy potrzebne są spodnie, koszula czy buty na bliską okazję (wesele, komunia czy coś jeszcze innego), najlepiej jeszcze w konkretnym kolorze i rozmiarze. Bardzo rzadko udaje się znaleźć to, co sobie wymyślimy. I takie zakupy rzeczywiście stają się wtedy udręką. Dlatego też czasem warto, o ile ma się na to środki finansowe, kupować coś, gdy się trafi, nie czekając na konkretną potrzebę. Gąska zaczęła stosować tę zasadę, nauczyła się też korzystać z prawa do zwrotu towaru – tym sposobem budżet jakoś się zamykał. A nie da się ukryć, że był moment, gdy ilość wydanej kasy na zupełnie niepotrzebne – bo nietrafione – fatałaszki dawała się zauważyć. Najpewniej wiązało się to z tym, że po prawie półtora roku totalnego dołka finansowego odbiło się codzienne obracanie złotówki w palcach po pięć razy i wydawanie ich praktycznie tylko na jedzenie i opłaty. Wciąż nie zarabiała kokosów, wciąż nie było ją stać na wiele przyjemności – ale przestała w sklepach tylko oglądać.
A poza tym samopoczucie na zakupach poprawiają zabiegi niektórych sprzedawców, by ów towar sprzedać. Kiedy jako nastolatka Gąska pojechała na pierwsze takie „łażenie” do prototypu współczesnych galerii – czyli pod Pałac Kultury, gdzie mieściły się tzw. szczęki – przytrafiła jej się cudna historia. Otóż Gąska nieśmiało zatrzymała się przy stoisku z butami, by obejrzeć, dotknąć i może nawet przymierzyć (!) pantofelki na niewielkim obcasiku. Właśnie ten głód ładnych butów był w niej chyba najsilniejszy. Uprzejmy sprzedawca znalazł jej rozmiar. Już mierząc but, Gąska czuła coraz większy stres. Nie wiedziała, jak ma się dalej zachować. Wiedziała, że butów nie kupi, bo zwyczajnie nie miała pieniędzy (i to nie tylko przy sobie), a z kolei ogromnie trudne wydawało jej się powiedzenie, że nie kupuje butów – bo nie. Gorączkowo szukała powodów, dla których mogłaby odmówić. Sprzedawca asystował jej cały czas i szybko zaczął domagać się decyzji. Gąska więc powiedziała, że niestety, ale obcas wydaje się jej za wysoki (nota bene, miał chyba maksymalnie 3 cm wysokości). Pan oczywiście zaczął ją przekonywać, że skąd, że to idealna wysokość. Na to Gąska: „Wie pan, ale ja i tak jestem wysoka, a jeszcze w tych obcasach to żaden chłopak do mnie nie podejdzie”. Na to pan sprzedawca, bardzo emocjonalnie: „Proszę pani! Mężczyzna, który nie ma przynajmniej (na tym słowie położył bardzo duży nacisk) 180 cm wzrostu to nie jest prawdziwy mężczyzna”. Po chwili ciszy, głosem już dużo spokojniejszym: „Ja mam wprawdzie 167 cm, ale pani spojrzy na mojego kolegę”. Spojrzała, no wysoki. Jednak pierwszy raz zrozumiała, ile własnej dumy (i godności osobistej) sprzedawca może poświęcić, by coś sprzedać.;)

Więc kiedy Gąska zrozumiała, że złość na Daniela jej nie przechodzi, pojechała na zakupy. Nie miała za dużo pieniędzy, ale jednak zawsze coś. Poza tym uznała, że taniej wyjdzie ją jedna bluzka niż psychoterapia – no, może nawet dwie bluzki. I jakaś torebeczka. Uśmiechnięta, chodziła od sklepu do sklepu. Jej ulubioną galerią było Wola Park, więc tam spędziła około czterech godzin. Przy okazji kupiła sobie rajstopy w butiku obsługiwanym przez miłą panią. Właściwie bardziej z powodu tej pani niż szczególnej jakości rajstop Gąska lubiła tam chodzić. Dziewczyna była miła i uśmiechnięta wobec wszystkich klientów, miło było tam po prostu być. Na sam koniec weszła jeszcze do kiosku kupić chusteczki. Wiecznie jej ich brakowało, nie tyle z powodu nadmiernego zużycia, ile częstej niemożności ich zlokalizowania w torebce. Co okazywało się zawsze, gdy ktoś o nie pytał albo sama ich potrzebowała, ale przy ludziach. Jeśli nawet się znalazły, wyglądały… oględnie mówiąc, mało higienicznie, no. Więc co jakiś czas kupowała nowe i nie otwierała paczki, jak długo się dało. Potem miała je już tylko dla siebie i na osobności. Więc skoro przechodziła obok kiosku i pamiętała o zakupie, to postanowiła po prostu to załatwić. Sprzedawca, młody chłopak, był miły i uśmiechnięty, a gdy, szukając tym razem w czeluściach torby portfela, przeprosiła, uzasadniając, że torba jest zbyt chyba wielka, on odparł: „Ale za to jaka ładna”, patrząc przy tym jej prosto w oczy. Aż się zarumieniła.

Wróciła do domu głodna, nieludzko zmęczona i bardzo, bardzo zadowolona z życia. Pewnie, nie wymyśliła, jak się zachować wobec Daniela, co dalej zrobić w tej sprawie. Ale w przyjemny sposób na jakiś czas o tym zapomniała. „Żeby takie dni można było spędzać częściej...”, zdążyła pomyśleć, zanim zasnęła.

wtorek, 17 czerwca 2014

Przy rowerach (6/10)

Obudził ją ból głowy. No tak, nawet dwie lampki wina to o dwie za dużo jak na jej możliwości. Wiedziała, że później będzie się z tego śmiać, ale chwilowo było jej po prostu niedobrze. „Oby to był tylko kac, który nie przejdzie w migrenę”, pomyślała i zwlekła się z łóżka. Nauczona smutnymi doświadczeniami, nie lekceważyła nawet tak drobnej dolegliwości. Ktoś z boku mógłby uznać, że baba pieści się ze sobą (swoją drogą, skoro nie ma kogoś innego do tej roli… :P), gdy tymczasem to tylko zwykły kac. Migrena zaś, jak wiadomo, jest wymysłem histeryczek i tylko one używają tej eleganckiej nazwy. Normalnego człowieka po prostu „łeb napier….”, i tyle. Poza tym, jak ktoś ma czas na rozważanie swoich stanów zdrowotnych, to znaczy, że ma za mało do roboty. I wszystko w tym temacie.
Gąska, kiedy czuła się dobrze, mogła śmiać się z takich poglądów czy z nimi polemizować. Albo sprawić komuś przyjemność i przytaknąć, że tak, jest arystokratyczną marudą i wymyśla sobie globusy, niczym pani Emilia z Nad Niemnem. Teraz jednak słaniała się na nogach, w głowie się jej kręciło, a żołądek był zaciśnięty. Słabym krokiem skierowała się do łazienki, gdzie przeprowadziła „odważny” eksperyment: umyła zęby. No, tym razem się udało, nie zemdliło jej. Można więc było wziąć leki przeciwbólowe i napić się słabej kawy, licząc, że wróci do formy bez dodatkowych skutków ubocznych.
Gąska naprawdę miała słabą głowę do alkoholu. Nie piła też za dużo, nawet piwa czy właśnie wina, bo późniejsze dolegliwości były zbyt nieprzyjemne. Samo też picie nie było jej potrzebne, by wprawić się w lepszy nastrój. Z tym radziła sobie całkiem nieźle nawet bez wspomagaczy. Ta nieumiejętność przyjmowania nawet niewielkich procentów była również jednym z elementów jej Gąskowej natury. Dlatego też, wbrew własnemu rozsądkowi, nie odmawiała czasem wypicia czegoś mocniejszego na imprezach. Trochę się wstydziła odmawiać, bo niestety w naszej kulturze współbiesiadnikom ciężko to przyjąć do wiadomości. A Gąska nie chciała być uznawana za dzieciaka również pod tym względem. Wystarczyło, że nie umiała ukrywać swych naiwnych oczekiwań i emocji…
Po raz kolejny obiecywała sobie, że spróbuje być bardziej stanowcza w kontaktach z innymi ludźmi. W końcu też ma prawo oczekiwać (słowa „wymagać” jeszcze nie ośmielała się użyć nawet w myślach), że inni będą respektować jej potrzeby. Niestety, wiedzieć to jedno, a robić – drugie. „Ale od dzisiaj naprawdę to się zmieni”, myślała Gąska, powoli się ubierając. „Następnym razem, jak gdzieś wyjdziemy, zamówię sok. Nie będę siliła się na wizerunek damy, popijającej od niechcenia wino, gdy naprawdę wciąż myślę, czy jutro głowa mnie będzie bolała tylko trochę, czy kilka dni”. Stanęła przed lustrem, uśmiechnęła się do siebie… i nagle zdała sobie z czegoś sprawę. „Ojej, ja już nie myślę: Jeśli się spotkamy, tylko: Jak się spotkamy…”.
Poszła do kuchni robić śniadanie, ale wciąż uśmiechała się bezwiednie. Wiedziała, że musi zaraz wziąć się w garść i skupić na sprawach zawodowych, ale czuła się tak dobrze… Nawet ból głowy mijał jakoś szybciej niż zwykle. „Życie jest piękne”, pomyślała po Gąskowemu, i zabrała się do pracy.
Jednak dwa tygodnie później poranek wyglądał zgoła inaczej. Naczynia w zlewie ledwo uszły w całości, z taką wściekłością zmywała je zezłoszczona dziewczyna. w ciągu tych ostatnich dwóch tygodni widziała się z Danielem parę razy. Jeszcze jedno spotkanie było takie oficjalne – spacer „gdzieś na mieście”, ustalanie godziny, wybieranie stroju… Nie da się ukryć, było to męczące. Gąska naprawdę cieszyła się na nie, ale wróciła po prostu zmęczona. I to bynajmniej nie fizycznie. Umordowało ją po prostu „robienie dobrego wrażenia”. Początki znajomości zawsze są wyczerpujące, wie o tym każdy, kto taką sytuację przeżył. Najpierw bowiem jest radość, ekscytacja, że kogoś poznaliśmy. W tych emocjach wszystko jest przyjemnością. Potem jednak, zanim relacja stanie się znów fajna, jest ten okropny moment: poznawanie się. O ile na pierwszych dwóch, trzech spotkaniach jest mnóstwo tematów do rozmowy, to już kolejne zaczynają parę spraw weryfikować. Na przykład właśnie kreatywność chociażby w rozmowie. Albo zadaje się pytanie i słyszy „Przecież już o to pytałeś/aś, mówiłem/am ci o tym”. Czyli – nie słuchałaś/eś uważnie, nie interesuje cię to. (I akurat nie chodzi o daty, panowie). Albo z kolei zaczyna męczyć to uważne słuchanie, bo samemu też by się coś chciało powiedzieć. Nie wiadomo, czy już wypada trzymać się za ręce, kto powinien płacić i czy już czas na zaproszenie do domu. To wszystko szalenie męczy, a im człowiek starszy, tym – nie ukrywajmy – jest trudniej.
A Gąsce doszło jeszcze słuchanie o Pani Eks. No naprawdę, chyba trochę za szybko ten Daniel uznał ją za powiernicę takich tematów. Gąska zresztą nie była pewna, czy w ogóle chce nią być. Ale on nie pytał, po prostu mówił. Zaczynał oczywiście od tego, jak bardzo tęskni do córeczki, ale EKS mu nie ułatwia kontaktów. A w ogóle to ta EKS zawsze była trudna, bo na przykład… I opowiadał historię z ich związku, który przecież oficjalnie się skończył. Tak, dziecko zostało i zawsze będzie ich łączyć, ale relacje między byłymi małżonkami najwyraźniej wciąż były żywe. Gąska na początku próbowała jeszcze jakoś aktywnie słuchać: zadawała pytania o szczegóły sytuacji, by móc umiejętnie doradzić czy pocieszyć. Ale Danielowi najwyraźniej nie było to potrzebne. Owszem, cieszyło go, ale traktował te uwagi jako zachętę do dalszych opowieści.
Potem zaczęli umawiać się po prostu, tak jak dało radę. W dużej mierze było to uzależnione od jego pracy, bo dziewczyna była jeszcze na tym etapie, że dostosowywała swój grafik do jego wolnego czasu. W końcu pracowała w domu… Zauważyła jednak, że coraz mniej wagi przywiązuje do kwestii stroju (aby był czysty i w miarę odprasowany), raz wróciła się już od drzwi, bo dostrzegła plamę na spódnicy. Tak, wychodziła w domowej kiecce, w której zmywała, czytała i robiła całą resztę. I to, że jej nie zmieniła, nie wynikało z pośpiechu. Miała coś przygotowane na przebranie, ale pomyślała, że po drodze wyrzuci śmieci… i chyba zapomniała, dokąd ta droga ma doprowadzić. ;) Na szczęście zauważyła w porę. Chociaż… czy on by dostrzegł? No, ale jednak mogła spotkać kogoś znajomego po drodze i zasadniczo nie chciała być uznana za flejtuszka. ;)
Widać więc wyraźnie, że zaczynała oswajać się z całą sytuacją. Byłoby to dobre i nawet wskazane. Gąska jednak czuła, że nie wynika to z jej dojrzałości (:P), lecz zgrzyta jej temat Eks. A nawet i to nie. Zastanawiała się nad tym po ostatnim spotkaniu, z którego wróciła po prostu wkurzona. „Co mnie tak irytuje?”, myślała, szukając książki do czytania, bo wiedziała, że tylko w ten sposób uda jej się wyciszyć wzburzenie. W innym przypadku przewracałaby się tylko w łóżku, coraz bardziej zdenerwowana. Lektura przed snem była dobrym, sprawdzonym patentem. Jednak po kilku stronach odłożyła książkę. Uznała, że musi dotrzeć do źródła swojej złości.
„Co mnie tak denerwuje?”, pytała się nie wiadomo który raz. Wróciła myślami do wspólnego wieczoru i nagle – tak! Już wiedziała! Mimo nienagannych manier, mimo traktowania jej jak damy – nie czuła się na tych spotkaniach kobietą. Kobietą dla niego. Pełniła jedynie funkcję kogoś, komu można się zwierzyć ze swoich trosk z byłą żoną. Taki darmowy psycholog (no, może niezupełnie, ale za kawę i ciasteczko, a nie konkretną kwotę).
„Czy on w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że dla mnie jest to przykre? Jak on może mnie tak wykorzystywać? I to na dodatek TAK, a nie INACZEJ! Nie, żeby było coś złego w byciu psychologiem, ale przecież umawiając się ze mną, proponując spotkania, dawał do zrozumienia, że widzi mnie w innej roli! Ja to mam szczęście: albo kumpel, albo sponiewierany przez los. Bo ja to jestem świeżynka, która niczego nie doświadczyła w życiu. Jak on mnie traktuje, jakbym jakąś głupią gęsią była”.
Tu Gąska zatrzymała się w swoich rozmyślaniach. Rozbawiło ją własne oburzenie na określenie, którym sama się uraczyła. Ten śmiech pozwolił jej wreszcie skupić się na książce, co pozwoliło jej zasnąć.
Od rana ją jednak nosiło. Wreszcie nie wytrzymała i postanowiła gdzieś pójść, żeby poprawić sobie nastrój. Czyli na zakupy. Bardzo duże zakupy. Pomalowała się (żeby lepiej wyglądać w przymierzanych ciuszkach), założyła ukochane kolczyki z kotkami (a jakże!), sprawdziła, ile ma na koncie – i wreszcie wyszła do galerii (handlowej, żeby nie było :P).

To był jeden z jej lepszych pomysłów – jak sama uznała wieczorem. :)

sobota, 14 czerwca 2014

Przy rowerach (5/10)

„Cześć, wreszcie się ogarnąłem. To co, masz chęć się spotkać?”. „Hej, fajnie, że się odzywasz. Kiedy i gdzie? :)”. „Jutro, pojutrze?”. „Pojutrze, piątek będzie chyba lepszy. O dwudziestej przy Feminie?”. „OK”.

Po ponad dwóch tygodniach milczenia wreszcie się odezwał. Przez ten czas Gąska zdążyła się wyciszyć. Trochę straciła nadzieję, że się jeszcze zobaczą, ale trochę też była zadowolona z jego milczenia. Bo właściwie trochę obawiała się tego spotkania. Sama do końca nie umiała ustalić przyczyny tego niepokoju. Wreszcie jednak postanowiła machnąć ręką i pójść na żywioł. Zaszaleć i… nie myśleć, co będzie.

W tym nastawieniu udało jej się wytrwać do piątku. Właściwie nawet, ku jej zdumieniu, nie kosztowało to specjalnie dużo wysiłku. Z pewnością również dlatego, że miała dużo zajęć, zgromadziła też wyjątkowo dużo prac domowych z obrzydliwym (dla niej) prasowaniem na czele. Więc kiedy zadzwoniła Zuzia (wtajemniczona, a jakże!) i spytała o nastrój, Gąska ze zdumieniem odkryła, że randka już dzisiaj! O rety, rety! ;)

Dopiero w autobusie pozwoliła sobie na emocje. Na szczęście były to tylko same pozytywne uczucia. Cieszyła się na spotkanie, pogoda dopisywała – czego chcieć więcej? Zastanowiła się przez moment, o czym będą rozmawiać, gdzie pójdą… „Eee tam. Niech on się tym zajmie. Co to, ja zawsze wszystko muszę?”. Wysiadała spokojna i zrelaksowana. Na zegarku dochodziła dwudziesta, ale Daniela jeszcze nie było. Mimo to wyjęła już słuchawki z uszu i zaczęła szukać w torebce lusterka. W tym momencie poczuła, że ktoś objął ją z tyłu w pasie i jednocześnie cmoknął w policzek. Daniel! :))))

Okazało się, że chłopak przyszedł wcześniej, ale poszedł do pobliskiej kwiaciarni po kwiatki. Dlatego nie było go w umówionym miejscu, gdy przyszła. Podał jej bukiecik z uśmiechem i patrzył w oczy, czekając na jej reakcję. Uśmiechnęła się więc oczywiście, choć małodusznie przemknęło jej przez myśl, że świetnie, teraz będzie musiała całe spotkanie z tym wiechciem chodzić. Dobrze chociaż, że bukiecik był mały… I dobrze, że Daniel nie mógł czytać jej w myślach. „Ależ ja się paskuda robię”, pomyślała. Odłożyła jednak refleksje na później, kiedy już będzie po spotkaniu. A ono przecież dopiero się zaczęło. ;)

Daniel chyba naprawdę był w dobrym humorze. Ożywiony, uśmiechnięty i te kwiaty… Zaproponował, żeby poszli w kierunku Starego Miasta, a potem może gdzieś usiądą przy lampce wina czy na co  będą mieli ochotę. Zadowolona, że przejął inicjatywę, zgodziła się i poszli przed siebie. Początkowo w milczeniu, bo jednak ruch na chodniku był spory, ale gdy tylko przeszli ruchliwe skrzyżowanie i oddalili się nieco od głośnej ulicy, Daniel zaczął rozmowę. Spytał, co porabiała przez ostatnie dni, ale Gąska pilnowała, by się nie rozgadać za bardzo. Po pierwsze, nie wiedziała, o czym mówić. O pracy, o domu, o kocie? Nawet za bardzo nie czuła potrzeby zwierzeń, ale wiedziała, że łatwo ulega swojemu gadulstwu. Tym razem wolała się powściągnąć. Odpowiedziała więc uprzejmie, ale zdawkowo i banalnie, i odbiła piłeczkę.

Daniel nie kazał się prosić. Chętnie opowiadał o sobie i swoich pasjach, ale szybko przeszedł na inny temat. Okazało się bowiem, że ostatni weekend spędził w Częstochowie, ze swoją córeczką. „U swojej byłej”, przemknęło Gąsce przez głowę i wyostrzyła uwagę. Nie zauważył tego i dalej opowiadał o Gosi. A jaka mądra, ładna i w ogóle, jak bardzo ją kocha i za nią tęskni. A w ogóle to ma jej zdjęcie, może by chciała zobaczyć? Jasne, że znała prawidłową odpowiedź, więc natychmiast wyjął telefon (ach, gdzie czasy, gdy wyjmowało się albumy…) i zaczął jej pokazywać fotki. Gosia na szczęście rzeczywiście była ładnym dzieckiem, więc Gąska mogła szczerze ją chwalić, czym sprawiała Danielowi niewątpliwą przyjemność.

Na kilku zdjęciach Gosia była z mamą – tak w każdym razie uznała Gąska, ale wolała się nie pytać. Nie była gotowa na rozmowę o Tamtej.  Nie chciała psuć sobie wieczoru. Mimo to nie udało się od tego uciec. W naturalny sposób rozmowa zeszła na relacje Daniela z jego eks. To znaczy, naturalnie było to dla Daniela, ale Gąska postanowiła na razie tylko słuchać. Na takim zachowaniu jeszcze nie straciła…

Więc słuchała o rozterkach mężczyzny. Chociaż, czy mężczyzna się tak zachowuje wobec kobiety, z którą jest na randce? Bo chyba to była randka…. Chociaż kiedy ma się więcej niż naście lat, to już nie używa się takich określeń. Nieistotne. Ważniejszą kwestią było zorientowanie się w jego układach rodzinnych i rozważenie, czy jej to odpowiada. Jeśli bowiem już teraz ją to zastanawiało, to później może być tylko gorzej. Chyba że on naprawdę chce mieć kontakty tylko z córką, ale pytanie, co na to Tamta.

Daniel w pewnym momencie zorientował się, że dziewczyna się nie odzywa. Przerwał swoje opowieści i zapytał, czy ma ochotę na drugą lampkę wina. Przez ten czas bowiem zdążyli usiąść w jednej z staromiejskich knajpek. Kwiaty miła kelnerka wstawiła do wody, choć Gąsce zależało na nich coraz mniej.

– Przepraszam, zanudzam cię… Pewnie za dużo mówię o Gosi. Ale wiesz, bardzo ją kocham i teraz widziałem ją po długiej nieobecności. I bardzo chciałem podzielić się z tobą swoją radością. Mam nadzieję, że cię nie uraziłem, ale wiedziałaś, że mam dziecko…
– Wszystko w porządku, bardzo miło słuchać o Gosi i jak o niej opowiadasz. To piękne. – Uśmiechnęła się. Mówiła prawdę. Temat Gosi jej nie przeszkadzał… – Po prostu nie chciałam ci przerywać. Chętnie napiję się jeszcze wina.

Koło północy była w domu. Daniel zamówił jej taksówkę, za którą zresztą z góry zapłacił. Pożegnali się po koleżeńsku. Nie powiedział nic na temat kolejnego spotkania, ale miała wrażenie, że teraz to już do niej należy decyzja. „I co z tym fantem zrobić…?”, myślała, zmywając makijaż, zdejmując biżuterię, potem ubranie i wchodząc do wanny. Miała ochotę poleżeć w ciepłej wodzie i po prostu nie myśleć. Szybko jednak przekonała się, że to nie był dobry pomysł, bo po prostu zaczęła zasypiać. Bezpieczniej było iść do łóżka.

Kładąc się spać, zerknęła jeszcze na telefon. Wiadomość! Uśmiechnęła się i otworzyła smsa od Daniela. „Dzięki za cudowne spotkanie! Jesteś wyjątkową kobietą, dawno nie rozmawiałem z kimś takim jak ty. Mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy. Śpij dobrze :*”. Uśmiechnęła się jeszcze raz i odpisała tylko „Dobranoc :)”. I poszła spać.