Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2015

Czy chcesz kawy, czyli mów do mnie jeszcze



Ponieważ pracuję w domu, to zazwyczaj słucham porannych programów telewizyjnych. Rzeczywiście, to ten komfort pracy w domu – bardzo rzadko się zdarza, bym musiała zacząć pracę o określonej, narzuconej zewnętrznie godzinie. Zazwyczaj sama reguluję sobie grafik pracy (oczywiście koty też muszą zaakceptować). Rano więc wstaję najczęściej niespiesznie – śniadanie, kawa lub herbata, karmienie kotów, jakieś inne poranne zajęcia. To wszystko, żeby było weselej, przy grającym w tle telewizorze, który pełni też funkcję „pilnowacza czasu”. Żeby śniadanko się nie przeciągnęło do obiadu, ale by nerwowo nie patrzeć co chwilę na zegarek. ;)
Od dłuższego czasu ulubionym budzikiem jest „Pytanie na śniadanie” na TVP 2. Miszmasz ciekawostek, a jednocześnie stałe punkty – wiadomości, prognoza pogody – sprawiają, że ranek jest pogodniejszy. Poruszane przez prowadzących i ich gości tematy są z reguły ciekawe, ale lekkie i nieobciążające o tej porze dnia. Czasem zdarzy się usłyszeć coś ciekawszego – jak np. w sylwestra, gdy mówiono o problemie postanowień noworocznych. I dzisiaj też usłyszałam coś, co zainspirowało mnie do dalszych przemyśleń, nawet gdy rozmowa w studiu już się zakończyła.
Tematem tym była kwestia z relacji damsko-męskich, a dokładnie – problem międzypłciowej komunikacji. Skąd się bierze to, że przecież mówimy do siebie, a jednak się nie rozumiemy? Usłyszałam coś bardzo ciekawego. Może to nie Ameryka, ale mi pozwoliło zrozumieć problem kolejny raz – więc jest szansa, że się utrwali. ;)
Komunikacja werbalna jest na pozór łatwą sprawą. Mówimy tym samym językiem, używamy tych samych słów, odnoszących się przecież do tych samych znaczeń, utrwalonych kulturowo i społecznie. A jednak wciąż są problemy. Dlaczego? Ano dlatego, że przekazując komunikat – tekst – jednocześnie posługujemy się metatekstem. Brzmi mądrze, nawet dla mnie (a przecież-em filolog – lub filolożka, jeśli ktoś woli), ale chodzi po prostu o to, że mówiąc jakieś słowo, mamy na myśli dodatkowe znaczenie, którego wprost, werbalnie, tym wypowiedzianym słowem, już nie przekazujemy. Posłużę się przykładem z programu. On i ona jadą samochodem. Ona się pyta, czy on ma ochotę napić się kawy. On mówi, że nie, i jedzie dalej. Po kilkudziesięciu kilometrach (a jeśli wyjątkowy bystrzacha, to nawet już po kilkunastu) on orientuje się, że ona się obraziła. Dlaczego? Okazuje się, że ona miała ochotę na tę kawę. On, zdezorientowany, pyta, czemu nie powiedziała. No przecież pytałam, czy masz ochotę napić się kawy, złości się ona. W jej odczuciu zadane pytanie powinno uruchomić w nim empatię, domysł, że skoro pyta jego, to może on powinien spytać ją. Klasyczne „domyśl się”. ;)
Śmieszne, jak się tak czyta czy słucha o tym. Ale ileż sytuacji w naszym życiu, ileż problemów wynika z tego, że tylko my wiemy, co mamy na myśli, wypowiadając słowo czy ciąg słów. Na gruncie zawodowym człowiek szybko się uczy doprecyzowań i np. słysząc propozycję: „Czy zrobi pani korektę?”, nie uważa, że oczywistym jest, iż propozycja jest płatna. Lub słysząc kwotę, staramy się dowiedzieć, czy to wartość brutto, czy netto. Niedoprecyzowanie, niedopowiedzenie może tu bardzo wiele zmienić. Zdarzyło mi się, ale ponieważ chodzi o pieniądze, chyba już tych błędów nie popełniam. ;)

W prywatnych relacjach, i to już nie tylko damsko-męskich, ale w ogóle międzyludzkich, uczymy się wzajemnie siebie i tego, co mamy na myśli, coś mówiąc. To wcale nie jest takie oczywiste, wymaga też dużo chęci i umiejętności słuchania oraz obserwacji, co naprawdę idzie za wypowiadanym tekstem. Oczywiście, można przyjąć ogólne założenia. Pełno jest informacji, że jak facet mówi „tak”, to ma na myśli „tak”, a kobieta – nie wiadomo. ;) Ale prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy potrafimy skomplikować najprostszy przekaz, bo zapominamy, że tylko my wiemy, co siedzi nam w głowie. 


sobota, 29 listopada 2014

Wujaszek i inni

Zosia miała sąsiada. Taki starszy pan, już na emeryturze, spotykała go zazwyczaj, gdy gdzieś wychodziła, a on spacerował z pieskiem. O zwierzątkach zawsze miło porozmawiać, a i z sąsiadami warto utrzymywać dobre relacje, więc rozmowy były coraz częstsze. Starszy pan komplementował często jej wygląd, dopytywał o narzeczonych, a Zosia, chcąc być uprzejma, uśmiechała się na te słowa i czasem zrewanżowała jakimś zalotnym docinkiem. O tych rozmowach natychmiast potem zapominała. Tymczasem starszy pan stopniowo się ośmielał i zaczął zachowywać jak specyficzny typ „wujaszka”, który pewnie jest obecny w większości rodzin. Czyli taki, który myśli, że młode dziewczyny i kobiety tylko marzą, by je znienacka podszczypał i uściskał albo cmoknął. Jest przy tym pewny swojej bezkarności, „bo przecież nic złego nie robi”. Jasne, tyle że ofiary takiego wujka odbierają to zupełnie inaczej. Jeśli zaczynają mówić o tych zachowaniach albo jakoś się bronić, „wujaszek” natychmiast się wycofuje i zarzeka, że nie miał nic złego na myśli. Ale kiedy wszyscy, zadowoleni, że kwestia jest wyjaśniona i rozstrzygnięta, i nie trzeba podejmować konkretnych działań, rozchodzą się do swoich spraw albo swoje miejsca za stołem, „wujaszek” na odchodnym mruga do biednego dziewczątka.
Wujaszkowaty sąsiad oczywiście naprawdę nie miał złych zamiarów i Zosia  też miała pewność, że jej nie skrzywdzi. Ale zdała sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach przed wyjściem z domu wygląda przez okno… a na widok sąsiada jedną z pierwszych myśli jest: „Znów mnie będzie przytulał i buziaczkował, wrr”. No było w tym trochę i jej winy, że pozwoliła kiedyś na zmniejszenie dystansu – werbalnie. Nie mogła jednak przypomnieć sobie chwili, kiedy pozwoliła na coś więcej. Bo nie pozwoliła. Wiedziała, że otwarte postawienie sprawy nic nie da, musi po prostu być czujna i zwyczajnie nawet stać dalej w jego obecności.
O tym swoim problemie opowiadała Kasi, chyba jedynej prawdziwej przyjaciółce, jaką miała. Obie nieźle się uchachały z tych perypetii, bo Zosia nie żaliła się „na łzawo” – obie więc potraktowały to jako niezłą anegdotkę. Chociaż Kasia trochę kręciła głową z niedowierzaniem. Jej takie sytuacje nie miały szansy się przydarzyć.
Ale… mimo „wujaszka”, mimo że to Zosia była osobą, która miała zaprzyjaźnione panie w sklepikach, a listy polecone od listonosza odbierała nieraz i pół godziny – bo pan Józef akurat musiał się wygadać albo był ciekawy, jaką książkę zamawiała i czy się tym interesuje prywatnie, czy zawodowo – a Kasia była raczej zamknięta i sprawiała wrażenie nieprzystępnej i zamkniętej w swoim świecie, to też miała o czym opowiadać. Zosia była w szoku, słuchając o ostatnich zakupach Kasi. Kiedy ta już płaciła za swoje zakupy i myślała, że zaraz będzie w domu, obsługujący kasę pan nagle się zadumał, zamyślił i… nagle zaczął się zwierzać. Opowiedział Kasi o swoich rozterkach małżeńskich i problemach z najstarszym synem. Całkowicie na bok odłożył towar, a osobie, która stanęła w kolejce, powiedział, że kasa zamknięta. Kasia stała jak zaczarowana i słuchała bez słów, bo całkiem oniemiała. Otrząsnęła się dopiero wtedy, kiedy pan skończył swoją opowieść, dokończył kasowanie towaru i zdjął tabliczkę z napisem „ostatni klient”. Wtedy poszła szybko, bojąc się nawet oglądać za siebie.
Tym razem Zosia pękała ze śmiechu. Obie jednak zgodziły się, że czasem nie panujemy nad sytuacją i spotykanymi ludźmi. I po prostu trzeba to przyjąć z godnością i uśmiechem. J

piątek, 3 października 2014

Ju token tu mi?

Czytałam niedawno na portalu Piekielnych historię dziewczyny, która skarżyła się na taką sytuację. Otóż Autorka poszła do przychodni i jak to czasem bywa, musiała poczekać na swoją kolej. Co było główną piekielnością tej sytuacji? Współczekająca młoda kobieta, określona przez Autorkę jako „moher w młodym ciele”, ponoć zamęczała całą poczekalnię opowieściami o swoich dolegliwościach. Na tym historia się kończy.
Jakoś tak mi się dziwnie zrobiło po przeczytaniu, ale zanim wyrobiłam sobie jakikolwiek pogląd, zajrzałam do komentarzy. Nierzadko można znaleźć tam nieco więcej wyjaśnień na temat opisywanej sytuacji. Ciekawa też byłam opinii innych, bo tak szczerze mówiąc, nie do końca rozumiałam, dlaczego zdaniem Autorki było to niewłaściwe zachowanie. I ucieszyłam się, że nie ja jedna tak myślę. Oczywiście, rozumiem, że może nie każdy ma ochotę wysłuchiwać czyichś zwierzeń. Na ile jednak znam takie poczekalniane sytuacje, jeśli są tam więcej niż dwie osoby, to naprawdę nie trzeba aktywnie uczestniczyć w rozmowie. Jeśli zostanie się bezpośrednio zaczepionym, jest wiele kulturalnych i nieskomplikowanych sposobów, by zniechęcić do kontynuowania rozmowy. Ja osobiście należę to tej drugiej grupy – chętnie rozmawiających. Siedzenie w poczekalni czy stanie w kolejce bez systemu numerkowego naprawdę potrafi się dłużyć. Ja nie potrafię wtedy na przykład czytać czegoś (choćbym miała przy sobie e-czytnik ;)), bo zwyczajnie nie umiem się na tyle wyłączyć, by śledzić treść, a jednocześnie wciąż być czujnym i kontrolować sytuację (a ta bywa niekiedy dynamiczna). Nie zmuszam ludzi do rozmów ze mną, ale chętnie podchwytuję, gdy ktoś mnie zagada, lub zarzucam ogólniki nawet o pogodzie, by wyczuć chęci drugiej strony. W poczekalni u lekarza temat (nie)zdrowia narzuca się sam. Ale nie tylko o dolegliwościach można rozmawiać przecież, równie dobrymi tematami są opinia o właśnie przyjmującym lekarzu („Była już pani u niego? I jak?”), innych, których się dotychczas widziało, sytuacji w NFZ. Czasem zaś rozmówca wskoczy w jakiś swój prywatny temat i też można się czegoś dowiedzieć. I uważam, że naprawdę nic w tym złego nie ma.
Trochę mnie też rozbawił wniosek, jaki pojawił się w historii na Piekielnych, że takie „gadane” to mają zasadniczo moherowe emerytki, a jak już się trafi młoda dziewczyna z taką cechą, to właśnie taka „moherowa maleńka”. Moim zdaniem taki pogląd jest bez sensu. Przecież to, jaki mamy temperament, usposobienie, wreszcie – gadane, nie zależy od metryki, a prędzej od genów. Najpiękniejszą i chyba najdłuższą taką „kolejkową” rozmowę odbyłam chyba właśnie z plus minus moją rówieśniczką (a zapewniam, że do moherowych urodzin jeszcze mam daleko :D). Na moim osiedlu znajduje się filia pocztowa, pod którą podlega mój adres, i która rzeczywiście jest najbliżej. Zazwyczaj tam chodzę nadawać listy polecone, oczywiście też – odbierać awiza (ale to już konieczność, nie wybór). Placówka jest niewielka, godziny pracy ma więc okrojone, a w kolejce stoi się tradycyjnie, na własnych nogach, „za panią”, a nie – trzymając w garści papierowy numerek. I kiedyś tak trafiłam, że poszłam wysłać umowę, a na poczcie stał dziki tłum. Chyba to było w okresie około końca kwietnia, jak ludzie zaczęli wreszcie się spieszyć z wysyłaniem PIT-ów. Zajęłam więc sobie kolejkę i wyszłam na dwór zadzwonić. Rozmówca się nie zgłosił, więc wróciłam stać karnie w rządku. Tymczasem na swoje miejsce wróciła pani, która jak się okazało, stała przede mną (pan, za którym sobie zamawiałam miejsce, uprzedził mnie o tym). A za mną z kolei też już jakaś grupka dobiła. Więc staję, gdzie miałam stać, a pani mi zwraca uwagę, że koniec kolejki dalej. Wyjaśniłam sprawę i na tym mogłoby się skończyć, ale coś jeszcze dodałam. Już nie pamiętam, co, właśnie jakiś frazes, który był ogólnikiem, ale otwierającym możliwość dalszej rozmowy. Potoczyła się ona między nami tak wartko, że pół godziny później, kiedy byłyśmy już naprawdę blisko okienka, pani (i pewnie większość kolejkowiczów) wiedziała już dość dokładnie, w jakim zawodzie pracuję, jak często bywam na poczcie w celu wysłania podpisanych umów i w jakich godzinach jest najlepiej przychodzić. Z kolei ja dowiedziałam się, że awizo, z którym stoi, prawdopodobnie jest wezwaniem z policji, i pani się chyba nawet domyśla, co to jest.
Rozmowa naprawdę była przesympatyczna i nikt do niczego nie zmuszał. Powiem więcej – gdyby po panią nie przyszedł jej mężczyzna, kto wie, czy nie skoczyłybyśmy jeszcze na kawę. :P

Są w ogóle takie miejsca, gdzie moim zdaniem, człowiek wręcz powinien się odezwać do drugiego. Myślę o takich przestrzeniach publicznych, jak poczekalnia w przychodni czy nawet winda, gdzie naprawdę powinno się chociaż to „dzień dobry” i „do widzenia” powiedzieć. A jeszcze jak się przy tym uśmiechnie, to w ogóle miło się robi i reszta dnia może być dużo przyjemniejsza. J

niedziela, 31 sierpnia 2014

Ludzka (nie)obyczajność

Ostatnie dwa dni spędziłam intensywnie między ludźmi. Tylko w dwóch przypadkach  chodziło o spotkanie czysto towarzyskie: z kumplem i pewną miłą kociarą. W pozostałych sytuacjach po prostu musiałam bratać się z tłumem spotykanym w przestrzeni publicznej. Obserwowane zachowania tak masy, jak i jednostek, niezmiennie wprawia mnie w zadziwienie.
W sobotnie południe jechałam autobusem. Kocio rozpoczął bowiem ranek od eksponowania swoich dolegliwości żołądkowych, a kiedy w wydzielinie zobaczyłam krew, bez namysłu zapakowałam go do transporterka i ruszyłam do weterynarza. Nie miałam akurat długookresowego biletu ani żadnego zapasu kartonikowych, więc oczywiście najbliższe kioski były zamknięte.
(Mogłam oczywiście pójść z Kociem bliżej. Mam na osiedlu przychodnię weterynaryjną, do której zabierałam Kocia właśnie w takich „awaryjnych” sytuacjach. Wprawdzie dźwiganie prawie pięciokilowego futra w transporterze mocno daje w kondyncję, ale czego się dla kota nie robi. Szkoda tylko, że czynna od godziny 10 przychodnia nie została o tej porze otwarta, budynek zaś sprawiał wrażenie, jakby nikt się do niego nie spieszył. Okej, może urlop, ale jednak fajnie byłoby wywiesić kartkę czy notkę na stronie internetowej – zwłaszcza w dobie smartfonów).
Mimo braku tego biletu wsiadłam więc do autobusu (bez biletomatu niestety) i wysiadłam przy pierwszym automacie biletowym – obok otwartego kiosku naturalnie. Miałam pełną świadomość, że jadę bez biletu, czego naprawdę nie praktykuję. Chociaż ceny biletów są, według mnie, nieadekwatne do tego, co pasażer otrzymuje w zamian, to nie uważam to za uzasadnienie, by oszukiwać. Jadąc te dwa przystanki na gapę, byłam przygotowana, że jeśli będzie kontrola, to po prostu zapłacę zasłużony mandat. I dziwi mnie, mimo wszystko, postawa ludzi, którzy właśnie jadąc bez biletu, uważają się za megacwaniaków i są szczerze oburzeni tym, że jednak od czasu do czasu w autobusach pojawiają się kontrole. I oczywiście to kanar jest winny, że gapowicz dostał mandat…
Podobnie jest z przechodzeniem przez ulicę w niedozwolonym miejscu czy na czerwonym świetle. Jasne, każdemu pewnie się zdarzy, z różnych powodów. Należy jednak zachować wtedy jeszcze większe niż zwykle środki ostrożności, zasadę ograniczonego zaufania (widać już, czemu jest to tak ważne). A i tak, w razie spotkania z przedstawicielem odpowiednich służb, przyznać, że popełniło się wykroczenie. No bo tak jest.
Osobiście od pewnego czasu wolę podejść nawet kilkadziesiąt metrów czy poczekać dodatkowe kilka minut (nawet przy kiepskich warunkach pogodowych), bo jednak moje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Ciarki mnie jednak przechodzą, gdy widzę niekiedy (ale wcale nie tak rzadko) starszych ludzi (i nie tylko), którzy z siatkami czy wyładowanymi nimi wózeczkami na czerwonym świetle wchodzą na jezdnię. Albo na pasy w miejscu bez sygnalizacji, ale bez rozeznania, czy coś jedzie, czy nie. I potem są takie sytuacje, jakiej doświadczyłam, gdy już z Kociem od tego weta wracałam. Kierowca autobusu musiał prawie w miejscu stanąć przed takimi niefrasobliwymi pieszymi. Oczywiście pasażerowie oburzeni, jak on jedzie, przecież ktoś mógł się przewrócić… A ja podziwiałam kierowcę i jego refleks, tym bardziej że chwilę wcześniej z podporządkowanej ulicy próbował wjechać mu pod koła samochód osobowy. No faktycznie, jak ten kierowca autobusu jeździ…
Dzień wcześniej wybrałam się wieczorem na pocztę, by odebrać przesyłkę. Kolejna sytuacja: stoję przy pasach, światło czerwone. Chwilowo nic nie jedzie, ale światła dla samochodów niedawno się zmieniły, a cykl znam, więc wiem, że w każdej chwili coś się może (i ma prawo) pojawić. Więc stoję. Tymczasem do jezdni podbiega pan biegacz. Sportowiec oczywiście nie przejął się taką drobnostką, przebiegł po pasach i truchtał dalej… No tym razem miał szczęście, ale nie zawsze musi tak być. I wtedy ten sport nie wyjdzie mu na zdrowie.
O rowerzystach, nagminnie przejeżdżających po pasach DLA PIESZYCH, nie dla rowerów, już nie będę pisać, bo tego już nie potrafię całkowicie pojąć. Kiedy jeździłam samochodem, najbardziej bałam się, że na pasach znienacka pojawi mi się taki cyklista. I o ile była ścieżka rowerowa, to można było się na to przygotować. Ale rowerzyści, jak i motocykliści, są wszędzie…
Nie tylko jednak na ulicy widać ludzką bezmyślność. Odkąd jestem na Facebooku, zastanawia mnie fenomen lajkowania postów, które przekazują informację na przykład o smutnym wydarzeniu. Czy osoby, które „lubią” wiadomość o tym, że czyjeś zwierzątko pobiegło za Tęczowy Most, naprawdę przeczytały post? Rozumiem, że nie każdy ma chęć wpisywać komentarze, ale pod takim postem dać „lajka”… Momentami ta bezmyślność jest aż fascynująca.
A Kociowi na szczęście nic poważnego nie jest. J

środa, 25 czerwca 2014

Bez puenty

Czasem wydaje ci się, że masz wpływ na swoje życie. Analizujesz przyczyny swoich dotychczasowych niepowodzeń, mniejszych lub większych porażek, i postanawiasz wreszcie to zmienić. Przecież możesz, bo każdy jest kowalem swojego losu. Trzeba tylko zmienić perspektywę, zrobić pierwszy krok (od którego zaczyna się najdłuższa droga), a wtedy wszechświat nagnie się do twoich pragnień – jak to ma w zwyczaju wobec tych, którzy tak bardzo o czymś marzą.
Najpierw więc uznajesz, że koniec z dotychczasową izolacją i zamykaniem się przed ludźmi. Bo przecież oni chcą się z tobą kontaktować, ale ty dotychczas na to nie pozwalałeś. Wprawdzie nie przypominasz sobie, kiedy ostatnio odrzuciłeś zaproszenie na imprezę… ale na pewno tak było. A jeśli nie, to też z pewnością dlatego, że zniechęciłeś innych do swojego towarzystwa. Czym? No cóż, sam dobrze wiesz. Swoimi dziwnymi poglądami na popularne tematy, optymizmem, niepoddawaniem się, nawet w sytuacjach uznawanych przez innych za porażki. A już asertywność doprowadzała ich do białej gorączki. Tylko że może oni rozumieli to inaczej. Nie oryginalne spojrzenie, ale niezgodne z powszechnie przyjmowanym światopoglądem grupy. Hm, to może niektórym przypomnieć, że może jest więcej niż jedno spojrzenie na dany temat? A trzeba pamiętać, że różnorodność zdań w grupie utrudnia jej kontrolowanie. Zawsze przecież jest jakiś lider. Jeśli zaś masz inne zdanie niż druga osoba, to może ona czuć niepokój, rodzący się z niepewności co do własnej umiejętności oceny sytuacji. Łatwiej więc przerzucić to uczucie na ciebie, ty do tej pory chętnie je przyjmowałeś. I przepraszałeś za swoją opinię – słowami lub zachowaniem. Na drugi, najdalej zaś trzeci raz, czekałeś ze swoją wypowiedzią na odgórne wytyczne… Jednak to też nie było słuszne, bo przestawałeś być interesującym towarzystwem, a jedynie papugą, powtarzającą cudze poglądy, bo nie stać jej na własne.
Optymizm w dzisiejszych czasach bywa bardzo podejrzany. No bo jak wierzyć, że wszystko będzie dobrze, kiedy wiadomo, że wszystko zmierza ku złemu? Potwierdzają to doniesienia mediów, które  w każdych wiadomościach informują o kolejnej aferze, wojnie, wybuchu epidemii czy powodzi. Systematycznie podają liczbę zabitych w wypadkach drogowych, zmarłych na nieuleczalne choroby albo w wyniku błędnej diagnozy lekarskiej. A ty cieszysz się, bo jesteś zdrowy i twoja rodzina blisko ciebie? Lub nie musisz z drżeniem serca czekać na powrót dziecka do domu (bo go nie masz)? Jesteś egoistą. Za każdym razem, kiedy się uśmiechasz, budząc się rano, powinieneś natychmiast przypomnieć sobie o tych wszystkich tragediach i szybko zajrzeć do gazet, by zaktualizować dane. O, wtedy będziesz wreszcie dostosowany do społeczeństwa i pożądanym towarzystwem. – Tyle że nie.


Przyjrzyj się swoim codziennym obowiązkom. Pracujesz jako freelancer, prowadzisz własną działalność i realizujesz zlecenia w domu. Dla wielu osób w naszym społeczeństwie (zwłaszcza dla ludzi starszych, ale nie tylko) oznacza jedno: nic nie robisz. Praca w domu (w sensie: zawodowa) nie jest traktowana jako praca. Kto się jej nie podjął, zazwyczaj myśli, że taki człowiek wysypia się do południa, potem wstaje, żeby zjeść – i ma wolne. Nikt nie myśli, kiedy on wykonuje swoje obowiązki. Zresztą pewnie nie jest ich dużo i są proste. Każdy mógłby to robić. Jeśli nawet nie, bo np. prowadzisz studio fotograficzne (aczkolwiek… większość osób, robiących w życiu zdjęcia najczęściej komórkami lub prostymi aparatami typu małpka), ale mieści się ono w twoim domu, to przecież można ciągle wpadać do ciebie z wizytą lub dzwonić. Przecież jesteś u siebie, w domu – ergo: masz dużo czasu. I nie chcesz go poświęcać innym? Wstydź się. Więc wstydzisz się i zaniedbujesz pracę oraz inne obowiązki zawodowe. (Gdyby ktoś sobie tego nie uświadamiał, to np. robienie zdjęć nie kończy się w momencie przyciśnięcia tego guziczka w aparacie. A korekty nie da się robić ciągiem i po każdej partii tekstu trzeba zrobić przerwę. I nie da się efektywnie pracować o dowolnych porach doby). Po czym jakość wykonywanych przez ciebie usług spada, więc klienci przestają przychodzić, a zleceniodawcy – podpisywać kolejne umowy. I wtedy stajesz się bezrobotnym.
Nie myśl, że teraz będziesz dobrym towarzystwem dla innych. Na początku wydaje ci się, że tak, że chociaż nadrobisz właśnie zaległości towarzyskie. Przecież masz wreszcie czas, by spełnić wszystkie oczekiwania, jakie inni mieli względem ciebie. Możesz zawsze odebrać telefon, jesteś w każdej chwili gotowy, by wyjść na spotkanie. Nie masz żadnych historii do opowiedzenia – więc jesteś świetnym słuchaczem. Poza tym starasz się nie załamywać swoją sytuacją i wierzysz, że prędzej czy później, ale jakaś praca się znajdzie. Nie obarczasz więc innych swoimi troskami, czasem tylko spytasz, czy nie słyszeli o jakimś wakacie. Moment, wróć. Nie zapytasz tak prędko. Twoje życie towarzyskie bowiem wcale nie rozkwita, a nawet jakby się kurczy… Bo pracujący znajomi nie mają czasu nawet na telefoniczne pogaduszki. Ty się wysypiasz do południa (swoją drogą, a po co masz wcześnie wstawać? By dzień bez perspektyw był dłuższy?), a oni skoro świt pędzą do swoich korpo. Generalnie jest ci lepiej. O, gdyby oni mieli tyle czasu, co ty! Ale niestety, nie mają, więc musisz zrozumieć. Albo i nie, w zasadzie to bez znaczenia. No dobrze, zresztą czasem znajdą czas na pogadanie – między powrotem z pracy a zakupami dla domu, które i tak trzeba zrobić, więc ostatecznie w galerii, tak przed osiemnastą. Początkowo się wahasz, w końcu nie bardzo cię stać, by wydawać pieniądze tak lekką ręką w kawiarniach… więc nieśmiało proponujesz, że może jednak spotkacie się u ciebie. Zrobisz pyszną kawę lub herbatę, a od mamy masz jeszcze znakomite ciasto. Ale nie, znajomi nie mają czasu. To w galerii masz czas posiedzieć? – pytasz naiwnie. Jakie posiedzieć, przecież mówię, że muszę zakupy dla rodziny zrobić. Może ty też zrobisz dla siebie, a potem najwyżej usiądziemy sobie na ławeczce przed wejściem, na jakiś kwadrans. Za pierwszym razem nawet jedziesz, przyjmując to za dobrą monetę. Tłumaczysz sobie, że od biletu nie zbiedniejesz (tak, jesteś uczciwy, nie jeździsz na gapę… zresztą, ewentualny mandat kosztowałby więcej), ubierasz się i jedziesz. Potem czekasz jak głupi, nie możesz się dodzwonić, ale wreszcie znajomy wpada. Cóż, w pracy musiał zostać trochę dłużej, a potem jeszcze te korki. I niestety, nie usiądziecie już na ławeczce, żeby pogadać. Ty tego nie rozumiesz, naturalnie, masz mnóstwo czasu i nie pracujesz. Ale następnym razem na pewno się uda. Tyle że nie.
Zaczynasz rozumieć, że jakoś nie możesz dogadać się ze światem. Cóż. Niech świat się martwi. Ty wciąż masz wiarę, że będzie lepiej i że twoje sprawy się ułożą. Nie poddajesz się depresji, aktywnie szukasz pracy, przygarniasz zwierzątko. Jest dobrze. Powoli za to zaczynasz rozumieć, że otaczający cię ludzie nie życzą ci dobrze. Nie, żeby zaraz źle. To przecież też wymagałoby emocji i skupienia uwagi na tobie. Ale nie interesują ich twoje potrzeby tak, jak ciebie interesowały ich. Rozumiesz, że choć starałeś się spełniać ich oczekiwania (zobacz wyżej), to wciąż coś było nie tak. Bo nie chodziło o ciebie, ale o ich pragnienia, które miałeś spełniać. A pragnienia się zmieniają, czyż nie? Poza tym, kiedy spełniałeś te oczekiwania, też irytowałeś, bo tracili powód do narzekań.
Kiedy więc wreszcie zrozumiałeś, że trzeba skupić się na sobie i że to nic złego dbać o siebie, zaczynasz szkolić asertywność. Za pierwszym czy drugim razem masz jeszcze wyrzuty sumienia, odmawiając wyświadczenia przysługi, która naprawdę koliduje z twoimi planami (tak! Też je masz, choć sam – nie szef w biurze – narzucasz sobie grafik) albo po prostu wtedy, kiedy wiesz, że dana osoba cię po prostu wykorzystuje. Może nawet nieświadomie, nie przeczysz. Tyle że później to ty czujesz się jak odrzucony śmieć. Oczywiście, taka postawa znakomicie weryfikuje, kto jest naprawdę ci życzliwy. Nikt? Cóż, chyba lepiej, że już wiesz.
Zamykasz się w domu. Izolujesz od rzeczywistego świata, ograniczając kontakt z nim do niezbędnego minimum. Właściwie jest ci dobrze. Pracujesz nad budowaniem dystansu wobec świata i coraz lepiej ci to wychodzi. Jesteś… spokojny, choć może nie powiesz, że: szczęśliwy. Ale czym jest szczęście i jaka jest jego definicja?


I kiedy już zbudowałeś tę swoją niezależność, a doskwierające poczucie osamotnienia zmieniło się w codzienność, przychodzi ktoś, kto burzy ten świat. Nie, żeby wielka miłość. Po prostu na twojej drodze staje ktoś, kto wyrywa cię z tego marazmu, zmusza do okazania emocji – bo jego są tak wielkie, że przebijają się przez barierę twej obojętności. Wreszcie wierzysz, że tej osobie będziesz potrzebny. Mur, który tak pracowicie budowałeś, rozsypuje się w drobny pył.


I cała zabawa zaczyna się na nowo...