Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mikołaj. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2014

Mikołajowe zamieszanie





Kupiliście już wszystkie prezenty? Bo ja tak. J
W tym roku zajęłam się tym wyjątkowo wcześnie z jednego powodu. Mianowicie, mniej więcej od paru miesięcy (od lipca? sierpnia?) mam powtarzający się sen. Śni mi się, że jest wieczór 23 grudnia, albo już nawet poranek 24, zaraz Wigilia – a ja nagle sobie uświadamiam, że nic dla nikogo nie kupiłam! Lecę więc w panice do sklepów, ale wtedy okazuje się, że większość działających to spożywczaki, natomiast pozostałe już zamykają. A ja w tym wszystkim nie wiem, co kupić. Łapię jakieś kosmetyki, ale przecież to dla dziewczyn, a szwagrom co? A tu już zaraz zamykają! I w tym momencie z reguły się budziłam... Potem patrzyłam w okno, za którym jeszcze było lato, i pukałam się w czoło na myśl o tym, co mi się śniło. Ale sen powracał. Stopniowo ewoluował i doszłam do etapu, w którym nie miałam prezentu tylko dla jednej siostry – tej, z którą kontakt mam trudniejszy, a więc i zakup prezentu rysował się jako kłopotliwszy.
Bo pewnie większość z nas staje w obliczu takiego dylematu: co kupić? Jak przeniknąć potrzeby tej drugiej osoby? Czy pójść na łatwiznę (jak uważają niektórzy) i ograniczyć się do kosmetyków, skarpetek, piżam? Czy wysilać się na coś snobistycznego, drogiego? Na przykład wykupić komuś „przeżycie” – skok na bungee? Albo kupon podarunkowy? I jak się dowiedzieć, o czym ktoś może marzyć? Robić podchody i w ten sposób zdobywać informację o tajnych pragnieniach naszych bliskich – czy nie robić ceregieli i  zapytać wprost? Swego czasu miałam z tym kłopot. Oczywiście mam na myśli najbliższą rodzinę, czyli osoby, które powinniśmy znać najlepiej. Nie zawsze tak jednak jest. Często więc dajemy takim osobom prezenty, o których my sądzimy, że im się przydadzą. Czasem inspirujemy się naszymi pasjami – no bo skoro ja uważam coś za fajne, to się tym podzielę. (Na tej zasadzie, ale nie pod choinkę, dostałam kiedyś od mamy słupek pod paprotkę. Mama chciała nauczyć mnie miłości do kwiatów doniczkowych, a przy okazji zainstalować w moim pokoju paproć, która w żadnym innym miejscu mieszkania nie chciała rosnąć. Nic do paprotki nie miałam, ale na szczęście wspomnienie o niej zginęło już dawno, a słupek nieraz wystawiam kotom na balkon).
Swego czasu próbowałam kultywować tradycję, żywą w naszej rodzinie, kiedy byłyśmy z siostrami małe. Chodzi mi o pisanie listów do św. Mikołaja. J Uważam do dzisiaj, że to coś szalenie fajnego, a zarazem praktycznego. Niestety, ostatnimi laty nie udaje mi się przebić z tym postulatem. Starałam się więc ze wszystkich sił za każdym razem prezentować bliskim coś, czego na co dzień by sobie nie kupili. Książkę, album, jakąś biżuterię, książki… :D No właśnie, widać, że szukałam pomysłu w rzeczach, na których się znałam. To nic złego. Gorzej, że wiele razy ja też marzyłam o tym, by otrzymać pod choinkę książkę – zamiast tego cieszyłam się kolejną piżamką i dezodorantem… ;)
Dzisiaj rano w „Pytaniu na śniadanie” na TVP2 była właśnie mowa o tym, jak kupić prezent. Zwróciłam uwagę na motyw prezentów praktycznych.  Moim zdaniem to nic złego, zwłaszcza w rodzinie. A że to pomysł może bez większego polotu? Przyznam szczerze: otrzymałam raz pod choinkę coś, co zaspokoiło wszelkie moje oczekiwania dotyczące fantazyjności upominków:


Okazało się, że jest to... sekretny dziennik!


Dodam, że miałam wtedy dwadzieścia parę lat. I do dzisiaj nie wiem, co darczyńca myślał, kiedy mi to kupował. :D
No i właśnie: co zrobić, kiedy dostaniemy coś, z czym nie wiadomo, co zrobić? Przyznam, że ja nie umiałam za bardzo ukryć zaskoczenia i niedowierzania… ale to był szczególny przypadek. :D W innych, mniej drastycznych przypadkach – trochę nie rozumiem problemu. Po prostu się dziękuje i odkłada… Jeśli to durnostojka, i w dodatku brzydka, stawia się ją na trasie przelotowej kotów. :P Jeśli ubranie – nosi jako strój domowy. Albo oddaje do Caritasu. Można ewentualnie puścić dalej w obieg, ale jednak lepiej dyskretnie lub wcale nie, by nie urazić osoby, która nas tym obdarzyła. A może okaże się, że ta rzecz okaże się przydatna? A jeśli skok na bungee naprawdę nas przerasta, można zaproponować komuś znajomemu, kogo to interesuje, ten karnet odpłatnie, a za otrzymane pieniądze kupić sobie właściwy prezent. J
Jeśli natomiast dostaniemy piąty z rzędu kalendarz (nawiasem mówiąc, moim zdaniem to fajny pomysł), zawsze możemy wybrać ten, który nam podoba się najbardziej, a resztę puścić w obieg. Ja czasem wieszam na ścianie dwa – mogę mówić, że każdy dzień liczy się podwójnie. J W tym roku dostałam już jeden, bardzo stylowy:



Dużo zamieszania z tymi prezentami. J Ale tak naprawdę lubię je kupować– i oczywiście dostawać. Poza tym, przecież tak naprawdę powinno chodzić o to, by prezentem wyrazić drugiej osobie, że jest nam bliska. I sprawić jej odrobinę frajdy. (A nie, by smętnym wzrokiem oglądać swoje konto bankowe... :P).
I bardzo lubię ten moment oczekiwania na Mikołaja. Różnie jest w różnych domach – niektórzy kładą prezenty pod choinkę ukradkiem, inni po prostu wręczają je sobie nawzajem. W mojej rodzinie staramy się jednak trzymać tego pierwszego wzoru. Cała zabawa polega na tym, by Mikołaja wpuścić do domu. Gdy byłam mała, któreś z rodziców zatem szło otworzyć balkon lub okno (zależy, co było w pokoju z choinką) – „żeby wywietrzyć mieszkanie”. W grudniu :D. Dzieci szły do cieplejszego pomieszczenia, a potem, gdy wracały do „wywietrzonego” pokoju, Mikołaja już nie było, ale pod choinką już czekało coś od niego.
Do dzisiaj się w to bawimy, choć oczywiście chyba już nie ma osoby, która by nie wiedziała, o co chodzi. (Ba, prawie wszyscy biorą udział w „wietrzeniu” :D). Ale bez tej świątecznej zabawy nie byłoby tego uroku choinki… przynajmniej dla mnie. J

A jak jest u was? Podzielicie się swoimi zwyczajami Mikołajowo-choinkowymi? I zapraszam po świętach do chwalenia się, co kto otrzymał. J

 
Wystawiłam Mikołaja na okno... żeby czuł się oczekiwany. J



PS A sen się skończył… razem z ostatnim nabytym pakunkiem. J

sobota, 27 września 2014

Był sobie Mikołaj

Uważam się za osobę uporządkowaną, która nie działa pod wpływem impulsu. Jestem mistrzynią ogarniania kalendarza – wszelkich ważnych dat, rocznic, dedlajnów itp. Niedawno odkryłam w swojej szufladzie kalendarzyk z piątej klasy szkoły podstawowej. Odłożyłam, bo miałam tam zapisane jakieś adresy koleżanek, pewnie zamierzałam je przepisać do następnego, może nie zdążyłam albo nie byłam zdecydowana co do selekcji, więc na wszelki wypadek zostawiłam. Nie, nie mam manii zbierania, ale pilnuję danych kontaktowych i nawet pod wpływem silnych emocji ich nie wyrzucam (chyba że mam sto procent pewności, że w razie potrzeby uda mi się je odtworzyć).
Trochę się to zmieniło, odkąd pojawiły się telefony komórkowe. Wiadomo, jak jest. Czasem nawet swojego numeru się nie pamięta – żeby go komuś podać, wręcza się wizytówkę albo puszcza sygnał. Numery dzwoniących wyświetlają się z kolei w formie opisów, żeby było wygodniej, więc czasem nie wiemy nawet, do jakiej sieci należy nasz rozmówca. (Albo pierwotnie należał, bo teraz wszyscy migrują w poszukiwaniu korzystniejszej oferty). Jeśli więc niebacznie wykasujemy taki kontakt, a on po pewnym czasie do nas zadzwoni, odbieramy połączenie jak od nieznajomego. I czasem można się na tym przejechać, jak i mi się właśnie udało.
Zasadniczo bardzo długo nie kasowałam nawet niemiłych mi kontaktów. Ba, miałam telefony do rejestracji okulistycznych, z jednorazowych randek w internecie, wszystko. Skrupulatnie pilnowałam wszystkich danych podczas zmiany telefonów, by nie zginęły – bo co ja wtedy zrobię. Jednak któregoś razu zrozumiałam że lista pełna jest bezużytecznych numerów. Kasowałam więc po kolei numery znajomych z dawnych lat, którzy tymi znajomymi być już nie chcieli, żeby w chwili słabości do nich nie dzwonić, stawiając w kłopotliwej sytuacji. Skasowałam również numer Mikołaja. I to był błąd.
Nigdy nie sądziłam, że Mikołaj stanie się tematem na bloga, ale dobrych parę lat naszej dziwnej znajomości chyba na to zasługuje. W każdym razie boję się, że nie zasnę, jeśli nie opowiem tego od początku do końca. Dzisiejszy sms od niego uświadomił mi, że mogę się od niego długo nie uwolnić, więc być może stanie się częstszym bohaterem moich wpisów? (Tfu, tfu).

Mikołaja poznałam, gdy zaczynałam studia doktoranckie na polonistyce. Ja byłam na I roku, on też, tyle że zwykłych, magisterskich. Podrzuciła mi to – jak się szybko okazało – kukułcze jajo znajoma doktorantka z innego wydziału, z którą poznałam się na zajęciach z filozofii. Mikołaj podobno miał problemy z pracą semestralną z poetyki i Renata spytała, czy jako bardziej siedząca w temacie nie rzuciłabym okiem. Zgodziłam się i to był mój błąd. Drugim błędem było przejście z Mikołajem na „ty”. Nie widziałam w tym nic złego, na korepetycjach również prosiłam o to moich uczniów, wydawało mi się, że łatwiej będzie im się ze mną komunikować. Nie wiem, czy oficjalna forma zmieniłaby coś w relacjach z Mikołajem. Możliwe, ale nie ma co gdybać. Stało się…
Jak się szybko okazało, Mikołaj nie miał problemu tylko z pracą semestralną z poetyki. On miał problem z każdym przedmiotem, każdym prowadzącym, a przede wszystkim – ze światem. Nie rozumiał go. Świat. Mikołaja. Poza tym Mikołaj nie chciał studiować polonistyki, ale musiał iść na jakieś studia, żeby uciec przed wojskiem (wtedy był obowiązkowy pobór). Podobno dostał kategorię „A”. Zasadniczo czuł się nieszczęśliwy, nierozumiany i nie miał dziewczyny. Na polonistyce.
Początkowo naiwnie myślałam, że to młody chłopiec, zagubiony, któremu trzeba trochę pomóc i dalej pójdzie. Kiedy zrozumiałam, że jest inaczej, było za późno. Mikołaj przylgnął na dobre. Za każdym razem, gdy mnie spotykał, angstował. Takie małe emo, tylko bez zewnętrznego imidżu. W narzekaniach powtarzał się motyw nierozumiejącego go świata i wykładowców oraz braku dziewczyny. Na polonistyce, przypominam. Zapytałam go, czemu którejś nie poderwie. Odparł z powagą, że nie znalazł żadnej godnej uwagi. A poza tym te studia go dobijają. No to mówię, żeby wytrwał do przyszłego roku, przyjdzie „świeże mięsko”, wtedy na pewno coś wybierze. Poza tym z braku innej to fajna motywacja, by zdać sesję. Mikołaj nie miał złudzeń, że coś się w jego życiu zmieni.
Kiedyś się na mnie obraził, ponieważ – jak mi napisał w smsie ok. drugiej w nocy (takie pory były specjalnością Mikołaja) – obiecałam mu znaleźć dziewczynę na sylwestra, a nie zrobiłam tego, i teraz przeze mnie siedzi sam. (Rzeczywiście, słuchając jego jojczenia o tym, jaki jest samotny, powiedziałam ze śmiechem, że w takim razie ja się tym zajmę. Nikt normalny, moim zdaniem, nie potraktowałby tego serio). Niestety, po paru miesiącach napisał, że mi wybacza…
Znalazł wreszcie dziewczynę na polonistyce, miałam z nią zajęcia. Podeszła kiedyś do mnie i ze spuszczoną głową powiedziała, że ona już z nim nie jest i chciała, żebym o tym wiedziała. Jak gdyby chciała, żebym nie miała o niej złego zdania. Rozumiałam ją, bo przecież sama wcześniej (choć w innym sensie) nacięłam się na niego. Nawet jej ciut zazdrościłam, bo z nią zerwał, a mnie wciąż męczył…
W tym wszystkim dobre było to, że nie szukał we mnie partnerki. Owszem, czasem niezobowiązująco pytał, jak moje życie seksualne, ale nigdy nie oferował siebie jako współpartnera. Za to byłam mu bardzo zobowiązana, a pytania po prostu olewałam. Nie zwykłam bowiem z kimkolwiek dyskutować na ten temat. :P
Mikołaj pisał. Nie tylko prace roczne, które oczywiście niesprawiedliwie mu oceniano, ale swoją twórczość, którą w konkursie „Polityki” mu wreszcie wyróżniono czy nagrodzono. Nie pamiętam, chociaż nosił wiele miesięcy w plecaku coraz bardziej zniszczony egzemplarz gazety, gdzie wydrukowano jego nazwisko, i pokazywał tę informację każdemu, kogo udało mu się zdybać. Cieszyłam się razem z nim, bo miałam nadzieję, że pchnie go to do przodu, że nabierze wiary we własne siły. Byłam naiwną gąską, nie da się ukryć. ;) Nie pamiętam, czy czytałam to opowiadanie, możliwe, że je przyniósł, ale jakoś się z tej niepamięci cieszę.
I wreszcie musiał nadejść ten moment. Mikołaj na piątym, ostatnim roku, zapisał się do mnie na obowiązkowe zajęcia, które kończyły się egzaminem. O jak ja bardzo tego nie chciałam! Do tego stopnia, że rozmawiałam z nim o tym, żeby zmienił grupę. Jako powód podawałam naszą znajomość, która na zajęciach nie musiała być czymś właściwym. Była to częściowo prawda, jest to – moim zdaniem – średnio komfortowa sytuacja dla obu stron. Najbardziej chodzi mi o kwestię obiektywizmu. Mikołaj się jednak uparł, dalszych argumentów nie miałam, zrobić nic nie mogłam. I przyszła sesja.
Warunkiem dopuszczenia do egzaminu było zaliczenie końcowego kolokwium. Oczywiście Mikołaj nie zaliczył, choć uwierzcie mi – bardzo chciałam, by stało się wręcz przeciwnie. Cóż jednak mogłam zrobić wobec prawie pustej kartki? Zaprosiłam więc Mikołaja na poprawę ustną, której nie zaliczył. Kazałam mu więc pójść do koleżanki z grupy, która napisała kolokwium na pięć i poprosić ją, by pożyczyła mu test (wcześniej to z nią uzgodniłam). Powiedziałam mu też, na jakie pytania ma zwrócić szczególną uwagę… Wiem, że to średnio uczciwie, ale naprawdę: bardzo chciałam, by zaliczył. Powtórna poprawka poszła na szczęście dobrze, choć Mikołaj wyszedł obrażony, bo po pierwsze dostał jedno nieuzgodnione pytanie, po drugie – chciał powalczyć o wyższy stopień (uznałam, że za prawidłowe odpowiedzi na drugiej poprawce maksymalnie można dostać trzy). Już mnie to jednak nie obchodziło, już byłam szczęśliwa, bo oboje mieliśmy zniknąć z wydziału. A egzaminował profesor… J
Skończyły się studia, Mikołaj został. Na szczęście przestałam go widywać (chyba że w sennych koszmarach), ale pisał do mnie smsy. O tym, jak jest nieszczęśliwy i nikt go nie rozumie. Zdziwieni? :D Któregoś razu jednak, w nocy z 31 października na 1 listopada, napisał mi, że to będzie jego ostatnie Wszystkich Świętych. Za rok już będą jego odwiedzać… Nie chciałam odpisywać w środku nocy, bo obawiałam się, że na jednym smsie się nie skończy. Dopiero więc rano napisałam do niego. Zadałam tylko jedno pytanie: czy jest na coś chory? Odpisał, że nie, ale ma dość życia. Nie odpisywałam mu już. Nie chciałam, by obarczał mnie winą za wszystko, co uważa za nieudane. Sądzę też, tak przynajmniej słyszałam, że jeżeli ktoś naprawdę chce ze sobą skończyć – to robi to. Takie pisanie, owszem, to próba zwrócenia na siebie uwagi, krzyk rozpaczy – ale ja nie byłam dla niego osobą, która ma go z tego wyciągać. Zwyczajnie, bałam się naprawdę mieć go na sumieniu. Chyba zresztą próbowałam jeszcze do niego zadzwonić. Wydawało mi się, że rozmowa powinna być łatwiejsza. Nie odebrał, i dobrze. Uznałam, że musi sobie poradzić – albo nie, ale to naprawdę nie moja sprawa.
Po dwóch latach uznałam, że Mikołaj już więcej nie napisze. Nie analizowałam powodu, przyjęłam jego milczenie za fakt bez dociekań. I wykasowałam jego numer. Przyznaję, irracjonalne, ale bałam się nawet na liście kontaktów czytać: „Mikołaj”. I dzisiaj Mikołaj znowu napisał. Nic mu nie wychodzi.

Zastanawiam się, kim byłam (jestem) dla niego. Na pewno nie widział we mnie kobiety w sensie fizycznym, erotycznym – w każdym razie nie dał tego nigdy po sobie poznać, czyli wychodzi na moje. ;) Raczej traktował mnie jak telefon zaufania, który powinien być czynny całą dobę, być wyrozumiały i troskliwy, rozwiązywać Mikołajowe problemy i uchronić go przed wszelkim złem tego świata. Niestety, nie spełniałam tych oczekiwań w stu procentach. Być może jednak byłam jedyną osobą, która w ogóle jakiekolwiek wymagania spełniała, i dlatego tak się przykleił…
Bardzo trudno oddać osobowość Mikołaja. Może ten wpis tego tak dobrze nie ukazuje, ale Mikołaj naprawdę budzi we mnie niepokój. Na szczęście nie spotykam go już i tylko pech mógłby sprawić, że mnie odnajdzie. Dzisiejsze smsy były, poza standardowym użalaniem się, również nietaktowne. Oceniam to jako pewną niesprawność społeczną, ale nie zamierzam mu odpisywać. Chyba znudzi mu się kiedyś pisanie do mnie, prawda…? Tylko tym razem muszę porządnie zapisać jego numer. Ktoś ma pomysł, pod jakim określeniem, żeby się zbytnio nie stresować?



Na sam koniec maleńki smaczek: Mikołaj w smsach wspomniał, że nikt nie chce wydawać jego twórczości. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś mu się uda, nie dostanę tego do korekty… J