Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 czerwca 2017

Opowiadanie z suspensem

Zosia postanowiła zmienić pracę. Jako że rynek był już nieźle nasycony, zdecydowała, że przebije się dodatkowymi umiejętnościami. W związku z tym zapisała się na studia i niedługo potem wrzuciła na popularny portal ogłoszenie, że studentka szuka pracy. Liczyła na to, że uda jej się podjąć jakiś staż, by zweryfikować nabytą wiedzę i podeprzeć to mocnym punktem w CV. Słowo „studentka” miało zmylić potencjalnych pracodawców na etapie czytania ogłoszenia – studentka, a więc tańsza, może uda się na niej nawet zaoszczędzić podatku – a potem, jeśli któryś się zainteresuje i złoży konkretną propozycję, nie będzie to już miało znaczenia. Bo studia jednak podyplomowe, bo wiek Zosi już raczej niekwalifikujący jej do stażu (tak przynajmniej wynikało z informacji w urzędach pracy) – a więc i do profitów z tego tytułu.
Słowo „studentka” przyciągnęło jednak innych amatorów. Do Zosi pisali panowie, mniej lub bardziej bezpośrednio proponujący „układ” albo po prostu sponsoring, czy jeszcze bardziej wprost – seks za pieniądze. Zosia była nieco zdziwiona, jakoś nie wpadła na to, że ogłoszenie ze słowem „studentka” może mieć takie konotacje. Pewnego wieczoru, na jakiejś babskiej posiadówce, opowiedziała to swojej koleżance.
- A gdzie umieściłaś to ogłoszenie, na jakiej stronie? – spytała Basia.
- No wiesz, na tym portalu z drzewkiem…
- To co się dziwisz? Przecież to darmowy portal.
- Nie no, rozumiem, aż tak naiwna nie jestem, wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Nie podałam na szczęście numeru telefonu, a maile łatwo zignorować czy zablokować. Ale że na słowo „studentka” takie reakcje…
- Dziewczyno – powiedziała Basia – jak ktoś chce, kto wszędzie znajdzie podtekst i zaproszenie. Posłuchaj, co kiedyś opowiadała mi moja mama. Jej znajoma dorabia sobie sprzątaniem, więc poprosiła córkę, by pomogła jej szukać klientów przez internet. Zamieściły więc ogłoszenie na tym samym portalu, co wspominałaś, i jeszcze na jakichś lokalnych serwisach. I pomału ludzie dzwonili, ta znajoma mojej mamy poznajdowała też klientów po prostu w okolicy, i tak jakoś szło. Ale wiesz, jest na emeryturze, chciała zarobić więcej, więc ogłoszenie wisiało i co jakiś czas ta córka jej odświeżała. I kiedyś ta dziewczyna pomyślała, że może wyróżni jakoś to ogłoszenie. No bo wiesz, wszędzie „Pani posprząta”, „Posprzątam” itepe itede. I wyróżniła…
- Co się stało? – zapytała przejęta Zosia, bo Basia zamilkła i przez chwilę nie mogła opanować śmiechu.
- No wiesz, przyjeżdża ta córka do rodziców na obiad. A rodzice coś się podśmiewają po kątach, to patrzą na nią i na siebie. Pyta, co się stało. Oni, czy może odświeżała ogłoszenie mamy niedawno. „No tak, tak jak się umawialiśmy, a coś się stało?”. W końcu ta mama zaczyna opowiadać:
„Wyobraź sobie, córciu, dzwoni telefon, numeru nie znam, więc myślę, może ktoś szuka pani do sprzątania. I rzeczywiście, męski głos pyta, czy dobrze się dodzwonił, czy pani sprząta. Tak, mówię, zgadza się. Na to pan, że super, że potrzebuje właśnie. Ja pytam, na kiedy potrzeba, co konkretnie, w głowie już się zastanawiam, ile powiedzieć za godzinę, a on nagle: Bo mam jeszcze pytanie – czy pani się przebiera do sprzątania? Ja mówię, że tak, że zawsze mam strój ze sobą. On na to: Ale jaki? A gdybym ja coś pani przyniósł… to założy pani? Zdębiałam. A on jeszcze pyta: A posprząta pani w tym stroju za sofą? Odpowiedziałam, że wszędzie posprzątam, ale że jednak przypomniało mi się, że nie mogę w najbliższym miesiącu i się rozłączyłam. Dzwonił jeszcze kilka razy, ale już nie odbierałam od niego. I tak siedzimy z tatą i myślimy, coś ty, córciu, napisała w tym ogłoszeniu… I powiem Ci jeszcze, że tak myślałam, że może trzeba było pojechać do niego i zobaczyć, co to za strój proponuje. Pewnie by się strasznie zdziwił, jakby taką emerytkę jak ja zobaczył… :D”
Córka tej pani podobno zamarła, a potem, gdy odzyskała głos powiedziała rodzicom, jaką modyfikację wprowadziła do tego ogłoszenia o sprzątaniu.
- Jaką, powiedz? – spytała Zosia, bo Basia wreszcie złapała szklankę, by się napić, i przez chwilę nic nie mówiła.

- Ano taką. W tytule ogłoszenia wpisała: „Pani posprząta z uśmiechem”.

niedziela, 1 lutego 2015

Nie mamy już bohaterów

Opowiadanie Magdaleny Białek


Ojciec Legrave był odważnym mężczyzną. Zresztą, będąc kapitanem Cesarskiej Inkwizycji, nie mógł być tchórzem, a jednak – jak ze zgrozą stwierdził – trzęsły mu się kolana, a po kręgosłupie przebiegał co chwilę zimny dreszcz. Ostatni raz czuł się tak mały i bezbronny, gdy rozbił dzbanek z mlekiem w wieku czterech lat. Całe jego późniejsze życie było pasmem mężnych wyczynów: spychaniem dzieciaków ze szkolnej ławki, zabieraniem głosu w imieniu kolegów karanych za niecne uczynki, skakaniem do wody z wysokich klifów, wykłócaniem się z najsurowszym z nauczycieli fechtunku, wyśmiewaniem mrożących krew w żyłach zaklęć Czarnej Księgi, paleniem najbardziej zajadłych wiedźm, ściganiem wilkołaków podczas pełni księżyca i wreszcie oświadczeniem się kobiecie. Podczas żadnej z tych szokująco odważnych decyzji nawet nie zadrżała mu powieka. Teraz jednak czuł, że śmiertelne niebezpieczeństwo obserwuje go z ukrycia i tylko czyha na wydarcie mu duszy. Obraz straszliwie zmasakrowanych zwłok wciąż tkwił mu przed oczami...
… to był okropny widok, dobrze, że tego nie oglądałeś, Sette opowiadał z przejęciem Harvey. On był dosłownie rozszarpany. Pomimo czerwonego kostiumu widać było krew... wszędzie krew.
Teraz nasze miasto jest bezbronne... westchnął z żalem Sette. Legrave współczuł młodemu inkwizytorowi – Sette od dziecka podziwiał zamordowanego bohatera. Był on jego autorytetem, powodem, dla którego wstąpił do Inkwizycji i zaczął zwalczać zło. Sette też chciał być herosem, choć wiedział, że nigdy nie będzie tak popularny jak jego idol – nie miał pieniędzy ani pomysłu na uszycie sobie szałowego kostiumu. Poza tym, nawet w przebraniu każdy rozpoznałby Sette'a – nikt inny nie biegał w tak śmieszny sposób. Tak więc podwójne życie nie wchodziłoby w grę.
Jest jeszcze jeden bohater powiedział Legrave, klepiąc podwładnego po ramieniu. Panowie, skupcie się teraz na śledztwie. Ten morderca, ten straszliwy psychol mieszka tutaj, na tej ulicy.
W tym momencie (jak można się było tego spodziewać) powiał zimny wiatr i załopotał szkarłatnymi pelerynami inkwizytorów. U wylotu ulicy, tam, gdzie krzyżowała się ona z cienistą aleją, przetoczył się fikołekrzaczek*, pogłębiając uczucie melancholii i grozy.
Ale przesłuchaliśmy już wszystkich mieszkańców. Nikt nie wydawał się szczególnie podejrzany. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie wracał do domu nad ranem i nikt nie widział, jak te zwłoki znalazły się na ulicy. Chyba do niczego nie dojdziemy pesymizował Harvey. Wracajmy, szefie. Zimno się robi. I zbliża się pora obiadu.
Został nam jeszcze ostatni dom w tej okolicy. I czuję swoim szóstym zmysłem, że to tam znajdziemy najgorszą z możliwych patologii. Psychozę skrywaną w głębi świadomości. Potwora, zwyrodnialca, mordercę, który czai się właśnie za tymi ostatnimi drzwiami, który obserwuje nas, śmieje się obłąkańczo i który zostanie nowym antagonistą Marvela. Legrave poprawił pelerynę, gdy wskutek wiatru przestała romantycznie spływać po ramieniu. Czas zmierzyć się z nim. Pukamy.
Przez chwilę stali w ciszy, wpatrując się w drzwi niewielkiego domku otoczonego krzewami dzikiej róży.
Pukamy powtórzył Legrave bardziej stanowczo.
Harvey nagle pojął, że to było polecenie, a nie informacja. Wszedł po pomalowanych na biało schodkach i niepewnie podniósł dłoń zaciśniętą w pięść.
Bądź dzielny. Może znajdziesz się w komiksie! zagrzewał go Sette.
Inkwizytor opuścił dłoń i zapukał. W tym momencie pokłady jego męstwa wyczerpały się i mężczyzna wrócił do swoich towarzyszy czekających na dole.
Czekali dwie minuty i podczas tych stu dwudziestu sekund wyobrazili sobie dwanaście różnych scenariuszy swojej śmierci.
Nagle drzwi zaczęły otwierać się z upiornym skrzypieniem. W progu ukazała się młoda kobieta o miłej powierzchowności i uśmiechnęła się do nich pytająco.
Dzień dobry, my do psychola... zaczął Sette, ale nagłe uderzenie w żebra zatrzymało potok słów szykujących się do wyskoku z jego gardła.
Cesarska Inkwizycja, kapitan Legrave, młodsi inkwizytorzy Harvey i Sette. Chcielibyśmy z panią porozmawiać rzekł Legrave wzbudzającym respekt tonem.
Cesarska Inkwizycja? – zdumiała się kobieta i zamilkła, jakby przez chwilę się wahała. Ależ... proszę, proszę wejść dodała, zapraszając ich gestem do środka.
Harvey i Sette przez sekundę rywalizowali o przywilej zamykania pochodu. Wola tego pierwszego zwyciężyła.
Wkroczyli w słabo oświetlony przedsionek, a stamtąd do jeszcze słabiej oświetlonego korytarza. Legrave szedł na przedzie, tuż za nim podążała gospodyni.
Tylko proszę mi wybaczyć... – zaczęła, ale w tym samym momencie Legrave krzyknął ze zgrozy.
Podłoga korytarza zalana była krwią. Ciemnoczerwone smugi rozbryzgane były na ścianach, pojedyncze krople zdobiły meble. W czerwonej, lepkiej cieczy tkwiły kawałki szkła i dziwne, obłe... narządy?! GAŁKI OCZNE?!
Legrave zrobił szybki zwrot i sięgnął do długiego sztyletu ukrytego w wewnętrznej kieszeni peleryny. Spojrzał w oczy kobiety i napotkał przepraszający uśmiech.
To spadło przed kwadransem, nie zdążyłam wszystkiego posprzątać. Robiłam konfitury, poukładałam słoiki na szafce, Fruzia skakała po półkach... No i stało się. Wszystko do wyrzucenia. Godziny spędzone w kuchni na marne, a winowajczyni uciekła do ogrodu. Proszę spróbować jakoś to przeskoczyć. Dlaczego pan tak na mnie patrzy? zapytała Legrave’a. Ten odwrócił wzrok zmieszany i zrobił duży krok nad krwawymi konfiturami.
Dotarli do przytulnego salonu, gdzie gospodyni kazała im czuć się jak u siebie, usiąść na kanapie i zastanowić się, czy wolą filiżankę kawy, czy herbaty.
– Nie, dziękujemy. Nie chcemy zająć pani zbyt wiele czasu. – Legrave wyciągnął ze skórzanej torby pergamin, pióro i podróżny kałamarz. – Proszę podać nazwisko, datę urodzenia i złożyć podpis pod oświadczeniem, że powie pani to, co pani powie, a my usłyszymy to, co usłyszymy.
– Czyli co? – zapytała kobieta, bo pierwszy raz miała styczność z niedorzecznymi formalnościami Cesarskiej Inkwizycji.
– Prawdę – odparł wymijająco Legrave.
Gospodyni podpisała się jako Safida Kaevame.
– Pani Safido – rozpoczął poufale Legrave. – Czy słyszała pani o tragedii, która wydarzyła się wczoraj na tej ulicy?
– Tak, co nieco.
– Gdzie pani była wczoraj wieczorem?
– W domu.
– Nie wychodziła pani nigdzie?
– Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nikt nie może tego potwierdzić.
Legrave pokiwał z uznaniem głową.
– Widzę, że wie pani, do czego zmierzam.
– Owszem. Bardzo chcecie oskarżyć mnie o morderstwo, bo jestem kobietą mieszkającą z dwoma kotami w małym domku na uboczu, a wy jesteście Inkwizycją.
– Nie, to nie jest do końca tak, że wierzymy w stereotypy... – zaczął Legrave, lecz w tym momencie rozległ się głuchy łoskot dochodzący jakby z podziemi.
– To tylko koty – wyjaśniła szybko Safida.
Ale spojrzenie Legrave’a przestało być urzędnicze. Schował przybory do pisania i podniósł się.
– Proszę pokazać nam piwnicę – oświadczył.
– Ale to tylko koty! – zawołała gospodyni. – Nigdy pan nie miał kotów? Przecież wiadomo, że jak wskoczą do piwnicy, to zaczynają łowić mieszkające tam gryzonie i przy okazji demolują wszystko, co się tam przechowuje. Naprawdę, nie ma potrzeby schodzić do piwnicy. Tam jest ciemno, brudno, zimno i nieprzyjemnie.
– Idealne miejsce dla praktykowania czarnej magii. – oświadczył chłodno Legrave. Minął wciąż siedzącą Safidę i udał się na korytarz. Kobieta natychmiast wstała i podbiegła za nim. Sette stanął w progu salonu, a Harvey zastawił sobą frontowe wyjście, by nikt ani nic nie mogło uciec niepostrzeżenie.
– No dobrze, jeśli pan się tak upiera... – westchnęła Safida i przekręciła klucz w niskich drzwiach znajdujących się w głębi korytarza. Otworzyła je lekko i natychmiast ze środka buchnęła ciemność i wilgotny chłód.
– Pani przodem – powiedział Legrave, wyciągając dłoń w zapraszającym geście.
– Oczywiście, że tak. Pan by się zgubił. – Piwnica miała jedno, duże pomieszczenie, o czym Legrave jeszcze nie wiedział, więc nie zrozumiał ironii.
Schodził powoli, uważnie obserwując wyłaniające się z ciemności kontury. Co kilka kroków gospodyni zapalała lampy zawieszone u sufitu, dotykając małych dźwigni umieszczonych w jej tylko wiadomych miejscach w ścianie.
Wreszcie zeszli z ostatniego schodka i Legrave mógł zobaczyć rzędy półek, stare fotele, słoiki z konfiturami, zardzewiały rower, pudło z kasetami VHS i worki ze znoszonymi ubraniami.
– Oto moje laboratorium zbrodni – obwieściła Safida. Tę ironię inkwizytor był już w stanie wyczuć. – Jak pan widzi, same graty. Możemy już wracać na górę.
Istotnie, Legrave nie widział tu nic fascynującego. A jednak, jak uporczywie krzyczał jego szósty zmysł, w tej piwnicy było coś, co wymagało zbadania. Coś absolutnie wstrząsającego, klucz do zagadki...
Nagle pod jednym z foteli błysnęły ogromne złote oczy. Trwały tak chwilę w ciemności, po czym zaczęły zmieniać rozmiar, gdy ich właściciel powoli wyszedł z ukrycia.
Słabe światło jednej z lamp wiszących u sufitu niewyraźnie oświetliło kształt zwierzęcia, jednak litościwie ukazało tylko tyle, by inkwizytor zachłysnął się powietrzem, równocześnie nie wpadając w śmiertelną grozę i obłąkańczy zachwyt.
Zwierzę przypominało kota, jednak cała kocia gracja zdawała się być pomnożona w nim przez dziewięć. Uszy skierowane były na Legrave’a i uważnie łowiły rytm jego tętnic. Nastroszone, długie wąsy i wibrysy otaczały pyszczek jak pióra weneckiej maski. Łapy miękko stąpały po podłożu, jakby poruszał się w jakimś obcym wymiarze, tylko przypadkowo stykającym się z rzeczywistością. Elegancki łuk grzbietu musiałby być dziełem antycznego rzeźbiarza, gdyby zamiast falującego, ciemnego futra pokrywała je zimna skorupa marmuru. Ale w tym zwierzęciu nie było nic twardego ani zimnego – nawet oczy promieniowały dziwnym ciepłem, jak słońca nieznanych ludziom galaktyk. I byłby naprawdę, naprawdę piękny i poetycki, gdyby nie to, że był wielkości mastifa i budził w inkwizytorze dziki, pierwotny strach.
– Szkoda, że pani nie wspomniała, że hoduje pani kotołaka – powiedział Legrave, siląc się na spokój.
Safida westchnęła i podeszła do zwierzęcia, łagodnie zaganiając je z powrotem pod fotel.
– Kociu, naprawdę, mogłeś tam siedzieć. Przestraszyłeś pana inkwizytora.
Kocio spojrzał na właścicielkę z urażoną godnością i powoli poszedł we wskazanym kierunku. Zanurzył połowę ciała pod fotel, po czym wrócił do Safidy i wypluł coś pod jej stopy.
Kobieta zesztywniała.
– Kociu, pobawimy się później, zabierz to... – wyszeptała nerwowo, ale Legrave zebrał wszystkie pokłady heroicznej odwagi i podniósł wyplute przez kotołaka „coś”. Podbiegł do lampy i dokładnie obejrzał trzymaną w ręku kocią zdobycz: kawałek czerwonego, przetykanego wzorem pajęczej sieci kostiumu.
Nastała cisza. Legrave pokiwał głową. Safida spuściła wzrok i zaproponowała inkwizytorowi, by udali się na górę.
Gdy wyszli na korytarz, gospodyni zostawiła drzwi do piwnicy otwarte. Sette i Harvey spojrzeli na Legrave’a, następnie na przedmiot w jego dłoni. Sette odwrócił głowę, starając się ukryć emocje.
– To straszliwe nieporozumienie... – wyznała Safida, opierając się z westchnieniem o ścianę. – Panie inkwizytorze... To wszystko przez moją nieostrożność i przez posłuszeństwo tego kotołaka. Zaraz wszystko panom opowiem.
Legrave patrzył na nią potępiającym wzrokiem, ale słuchał dalej.
– Bo widzi pan, nikt nie lubi pająków. Ja ich wręcz nie znoszę! – zawołała Safida. – Pewnego razu siedziałam w salonie i czytałam, a tu nagle przez sam środek pokoju przebiegł taki wielki, włochaty...
– Fuj! – wstrząsnął się Harvey, ale Legrave posłał mu karcące spojrzenie.
– Kocio leżał obok mnie. Gdy zobaczył pająka, zeskoczył z kanapy i podbiegł do niego. Coś się ruszało, więc było to idealnym obiektem zainteresowania dla znudzonego jesienią kotołaka. Oczywiście poradził sobie z tym paskudztwem bez problemu. Byłam mu taka wdzięczna! Ileż się go nagłaskałam, jakie przysmaki dostał tego dnia! Mówiłam mu: „Kociu, jesteś najcudowniejszym stworzeniem na świecie, zabiłeś dla mnie pająka, uwielbiam cię!”. Wiedzą panowie, Kocio nie jest wcale przylepą, to taki typ faceta jak wy, udaje poważnego kocura. Ale wtedy widać było, jak bardzo się cieszy z mojej aprobaty.
Więc następnego dnia przyniósł mi w pysku tarantulę. Nie mam pojęcia, skąd to coś wziął, mam tylko nadzieję, że nie z mojej piwnicy. Pająk był równie duży, jak wstrętny. Naturalnie, nie byłam szczęśliwa, że przyniósł to obrzydliwe truchło do domu – ale, aby utwierdzić go w dobrych nawykach, chwaliłam go jeszcze serdeczniej.
Przez tydzień nic się nie działo. W sobotę odnalazłam pod schodami coś... Nie mam słów, żeby opisać to wstrętne, parszywe pajęczysko wielkości yorkshire terriera. Tego dnia Kocio otrzymał własną doniczkę z kocimiętką.
A wczoraj w nocy... No cóż, przywlókł kolejnego pająka. Był za duży, żeby go wnieść, podobnie jak poprzedni, więc też zostawił go pod schodami, przed domem. Gdy to zobaczyłam... No tak, to też był pająk. Ale panowie, przecież nigdy bym nie przewidziała, że to wszystko doprowadzi do morderstwa! Kocio był taki szczęśliwy, że udało mu się wyeliminować kolejnego insekta... Niech pan tak na mnie nie patrzy, dla Kocia to był właśnie insekt. Kto mu kazał malować pająka na klacie?!
Wiedziałam, że do tego dojdzie, że panowie tu przyjdą i będą chcieli znaleźć sprawcę. Zawlokłam więc ciało na drugi koniec ulicy, tam gdzie nad ranem je znaleziono. Ślady krwi? Przysypałam. Przysypywałam te cholerne ślady przez dwie godziny, dobrze, że nikt tego nie widział ani nie słyszał, sąsiedzi spali jak susły. Chciałam uchronić Kocia, bo przecież on nie wiedział, że robi źle! Ja też nie jestem zbrodniarzem tylko dlatego, że chciałam chronić swojego kotołaka, prawda?! – zakończyła ze łzami w oczach.
– To doprawdy trudna sprawa... – przyznał Legrave.
– Dobrze, że są w tym mieście jeszcze inni, którzy wymierzają sprawiedliwość – syknął z wściekłością i żalem Sette. – Pani kotołak zabija protagonistę, wie pani, jak to wygląda?! Jak to będzie wyglądało w gazecie?! Ludzie przeżyją prawdziwy szok!!!
– Tak, wiem, ale... – Safida chciała się wytłumaczyć, lecz w tym momencie na zewnątrz domu rozległo się miauczenie. Z piwnicy wyszedł Kocio, minął wstrząśniętych młodszych inkwizytorów i zaczął obwąchiwać drzwi frontowe.
Harvey chwilę obserwował kotołaka, odsunął się na bezpieczną odległość i, wyciągając daleko ramię, otworzył drzwi.
Za progiem stał drugi kotołak, nieco mniejszy i budzący nieco mniej grozy.
– Fruzia! – zawołała z przerażeniem Safida, gdy drugie zwierzę otarło się policzkiem o Kocia, spojrzało z ukosa na Harveya i podbiegło do niej, po czym wypuściło pod jej nogi kawałek czarnej szaty. – Och nie... Och nie...
– … O co chodzi? – zapytał Legrave.
– Nie... nie... – kobieta złapała się za głowę, uzmysławiając sobie beznadziejność sytuacji. – Ja...
– Co się stało?! – zawołał kapitan inkwizycji. – Co to jest?! Niech pani wykrztusi to z siebie!!!
– Tydzień temu pochwaliłam Fruzię, gdy wygoniła z piwnicy... nietoperza...
Gdy wypowiedziała ostatnie słowo, z ust Sette’a wyrwał się pełen zgrozy jęk. Harvey wytrzeszczył oczy i osunął się na próg, ponosząc klęskę w opanowaniu drżenia nóg.
– Pani Safido... – zaczął drżącym tonem Legrave. – Pierwszy raz nie wiem, co powiedzieć...
– W naszym mieście nie ma już bohaterów... – wyszeptał Sette. – Nie ma. Pani kotołaki unicestwiły jedyną siłę, która mogła wyrwać ten podły padół ze szponów mroku. Co teraz?! Co z nami będzie?! Musimy pogrążyć się w otchłani chaosu... Biada, biada... To miasto zginie...
Fruzia obwąchała pozostałości po konfiturach, po czym usiadła obok nich i zaczęła lizać przednią łapę. Kocio nonszalanckim krokiem podszedł do niej, usiadł naprzeciwko i począł metodycznie wylizywać jej futerko.
Po chwili korytarz wypełnił się spokojnym i radosnym mruczeniem.








*Autorskie tłumaczenie „tumbleweed”, które niestety nie ma polskiego odpowiednika – chodzi o krzaczki, które przetaczają się po pustych ulicach  w westernach

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Światełko

Alinka zapatrzyła się na kolorowe lampki. Wiele balkonów było ładnie oświetlonych od świąt, w niektórych oknach migała choinka. Po ulicach chodziło dużo mniej ludzi niż zazwyczaj. Raczej ci, którzy musieli gdzieś się przemieścić, zrobić szybkie zakupy po pracy czy wyjść z psem. Chociaż jednak było już po świętach, wciąż czuło się w powietrzu, że to jeszcze nie koniec uroczystości. Zbliżał się przecież sylwester, zaczynały już latać petardy, z których cieszyły się małolaty, a ogromnie stresowały zwierzaki. Mimo wielu akcji, choćby: „Nie strzelam w sylwestra”, amatorów tej rozrywki było bardzo wielu. A i sama Alinka lubiła przecież popatrzeć na ładne światełka na niebie… chociaż sama bała się wziąć do ręki nawet zimnych ogni. ;)
Niedawno spadł śnieg i świat na moment zrobił się trochę piękniejszy. Ośnieżone i oblodzone gałązki drzew przypominały bajkowe krainy, a i ciemne grudniowe dni jakby trochę pojaśniały. Alinka zastanowiła się, czy to właśnie ta zimowa aura nie dodaje magii bożonarodzeniowym świętom. Chyba łatwiej poddać się ich atmosferze, gdy wokół jest czysto i jasno, chociaż mroźno – a nie szaroburo, jakby zima nie zdążyła posprzątać przed świętami. Nawet niewiele śniegu inaczej współgra z świątecznymi lampkami, myślała dalej Alinka. Poza tym odbijający światło gwiazd śnieg trochę rozprasza ciemności, tak bardzo dołujące wiele osób. Zdarzyło jej się kiedyś napisać tekst na temat zwalczania depresji. Sama wzięła sobie do serca własne zalecenia, a jednym z nich było właśnie dostarczanie sobie światła. Machnęła ręką na rachunki (no, w granicach rozsądku, ale jednak) i zmieniła żarówki w pokoju na trochę mocniejsze, po czym pilnowała, by nie siedzieć w ciemnym pokoju, jedynie przy małej lampce. To dobre, gdy siedzi się z kimś, myślała, dalej idąc przed siebie. Jednak pojedynczy człowiek może poczuć się w takiej atmosferze gorzej, a nawet zupełnie źle.

Teraz jednak, chociaż wyszła z pustego mieszkania w ciemną noc – była wszak siedemnasta – uśmiechała się do siebie i cieszyła otoczeniem. Z daleka mignął jej sąsiad, o którym opowiadała Zosia. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i szybko poszła dalej. Zaczynała już dostrzegać po przeciwnej stronie ulicy zarys ciemnej postaci. Postać zbliżyła się szybko i złapała Alinę za ręce, a wtedy wokół zrobiło się jasno i ciepło, niczym w środku wiosennego dnia…

wtorek, 2 grudnia 2014

Trwaj, piękna chwilo (czyli co z Gąski wyrosło)

Przed wyjściem z domu jeszcze raz spojrzała w lusterko. Wszystko było w porządku. Fryzura się trzymała, rajstopy całe, spódnica odkłaczona. Może być, uznała i spojrzała na zegarek. No, trochę czasu jeszcze ma, nie musi biec. Ale też nie ma co przesadzać. Walczyła wciąż z tendencją do przychodzenia przed czasem, ale w drugą stronę też nie chciała przeginać. Nie lubiła się spóźniać po prostu, czuła się niezręcznie. Chociaż wielu osobom to zazwyczaj nie przeszkadza, ale przecież nie musi naśladować akurat tych, akurat w tym.
Uff, zdążyła. Wsiadła do autobusu dosłownie w ostatniej chwili. Upewniła się jeszcze, że schowała pieniądze, skasowała bilet i wreszcie usiadła. Kiedy autobus, skręcając, minął stację rowerów miejskich Veturilo, uśmiechnęła się do swoich myśli. Jak to było niedawno, a ile się zmieniło…

Wtedy jeszcze nie czuła się Aliną, tylko po prostu Gąską. Do naiwnej i prostolinijnej kobiety pasowało to określenie niestety aż za dobrze. Kiedy wiosną poznała Daniela, sądziła, że ten etap życia ma już wreszcie za sobą i przy rowerach Veturilo spotkało się dwoje dorosłych ludzi. Niestety, wniosła do tej relacji całą swoją Gąskową naturę, a i on nie okazał się dojrzalszy. Oboje nie umieli wydobyć się z przeszłości. Dodatkowo przeszłość Daniela – córka i była żona – nie potrafiła lub nie chciała zostawić go w spokoju, a on najwyraźniej emocjonalnie wciąż był związany ze swoją rodziną. Alina nie chciała, by zerwał kontakt z córką, ale obecność byłej żony bardzo ją drażniła. Tym bardziej że kobieta wcale nie chciała zostawić go w spokoju. Jednak dusiła to w sobie i nic nie mówiła do czasu, gdy Daniel postawił ją w bardzo niezręcznej sytuacji. Tłumione emocje doszły do głosu i zniszczyły to, co zaledwie się zaczynało.
Teraz, po paru miesiącach, Alina musiała przyznać, że i ona nie walczyła o tę relację, choć właśnie o to długi czas miała pretensje do Daniela. Owszem, on szukał kontaktu, chciał coś wyjaśniać, choć dosyć niemrawo i chyba bez większego przekonania. Dziewczyna jednak wiedziała, że nie dała mu szansy. Skreśliła go z dnia na dzień. Dopiero gdy poznała Wojtka, zrozumiała, że wciąż nie była gotowa na związek i podświadomie szukała czegoś, co zniszczy tworzącą się relację. Skorzystała z argumentu, że w Warszawie pojawiła się Marianna, by umieścić Daniela w jednym szeregu z Misiem i innymi, którzy ją zawiedli. Ale jednocześnie siebie ustawiła w tym samym miejscu, w którym znajdowała się kiedyś: dziewczynki, która oczekiwała nieustannego potwierdzenia, że komuś na niej zależy, bo sama nie umiała znaleźć tej pewności w sobie.

Wojtka spotkała na zakupach w sklepie. Stał za nią w kolejce do działu mięsnego. Zauważyła go dopiero wtedy, gdy usłyszała za sobą parsknięcie śmiechu. No tak, właśnie próbowała dowiedzieć się od pani, który kawałek mięsa będzie lepszy dla kotów. Pani patrzyła z ogromnym dystansem, więc dziewczyna mruknęła pod nosem – ale najwyraźniej nie dość cicho – że w takim razie spyta się kotów, co wolą. Śmiech wcale jej nie speszył. Zdawała sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć dziwnie, zresztą nie pierwszy raz przy „kociej” okazji rzucała takimi bon motami. W jednym zoologu powiedziała kiedyś, że się okociła, zamiast – dokociła. Obecna wypowiedź to w zasadzie drobiazg. Uśmiechnęła się do pana i odeszła.
Dogonił ją przy wyjściu. Okazało się, że mieszka niedaleko i ma psa. Zapytał, czy lubi psy, czy tylko koty. Zaproponował spacer we trójkę. Najpierw nie chciała się zgodzić, ale… w sumie… to tylko spacer. Obiecał, że nie będzie wyciągał jej rankiem, tylko zgłosi się w bardziej przyjaznej porze. Wymienili się numerami i pożegnali. Dopiero w domu dziewczyna zorientowała się, że pod brodą zrobił jej się placek z fluidu. Niewielki, ale zawsze… Poza tym „dość fantazyjnie” zawinęła jej się grzywka. Pomyślała, że pewnie już nie zadzwoni… Ale znów, z drugiej strony, on też wyglądał tak… zwyczajnie. Przecież byli na zakupach! Poza tym, chociaż rozmowa była miła, to nie było w niej typowych flirciarskich tekstów i podtekstów. Może dlatego, że rozmawiali głównie o swoich czworonożnych pupilach. A, zobaczy się.

No i zobaczyła. Zaprosił ją na spacer z psem kilka dni później. Rzeczywiście, mieszkał niedaleko. Potem odprowadził pod blok, pożegnał się… i poszedł. A potem znowu zadzwonił i wyciągnął na spacer, potem jeszcze raz… potem ona zadzwoniła, a on się zgodził na towarzystwo. Czasem wychodzili bez psa – śmiali się, że wyprowadzają się wzajemnie. Nieraz myślała, że mogliby pójść do jakiejś kawiarni albo mogłaby zaprosić go do siebie… w końcu robiło się coraz chłodniej. Z drugiej strony, nie chciała niczego przyspieszać. Nie chciała myśleć, nie chciała planować, ani nawet marzyć. Chciała się cieszyć chwilą.

A dzisiaj mieli pierwszy raz od półtora miesiąca wybrać się gdzieś razem. Jakaś wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej, coś związane z jego pasją… Od razu powiedziała, że nie jest bywalczynią i nie zna się na sztuce. Sama w swoim głosie czuła nutkę agresji, jakby wyzywała go, by zareagował na tę niewiedzę i bezczelne przyznanie się do niej. Ale Wojtek chyba nie usłyszał, a Alina nagle zapomniała, po co tak robi. Umówili się na przystanku niedaleko CSW i autobus właśnie dojeżdżał na miejsce. Zobaczyła przez okno, że już jest i czeka na nią. Uśmiechnęła się, wysiadając z autobusu, a ten uśmiech odbił się w jego pięknym, skierowanym tylko do niej uśmiechu…

sobota, 29 listopada 2014

Wujaszek i inni

Zosia miała sąsiada. Taki starszy pan, już na emeryturze, spotykała go zazwyczaj, gdy gdzieś wychodziła, a on spacerował z pieskiem. O zwierzątkach zawsze miło porozmawiać, a i z sąsiadami warto utrzymywać dobre relacje, więc rozmowy były coraz częstsze. Starszy pan komplementował często jej wygląd, dopytywał o narzeczonych, a Zosia, chcąc być uprzejma, uśmiechała się na te słowa i czasem zrewanżowała jakimś zalotnym docinkiem. O tych rozmowach natychmiast potem zapominała. Tymczasem starszy pan stopniowo się ośmielał i zaczął zachowywać jak specyficzny typ „wujaszka”, który pewnie jest obecny w większości rodzin. Czyli taki, który myśli, że młode dziewczyny i kobiety tylko marzą, by je znienacka podszczypał i uściskał albo cmoknął. Jest przy tym pewny swojej bezkarności, „bo przecież nic złego nie robi”. Jasne, tyle że ofiary takiego wujka odbierają to zupełnie inaczej. Jeśli zaczynają mówić o tych zachowaniach albo jakoś się bronić, „wujaszek” natychmiast się wycofuje i zarzeka, że nie miał nic złego na myśli. Ale kiedy wszyscy, zadowoleni, że kwestia jest wyjaśniona i rozstrzygnięta, i nie trzeba podejmować konkretnych działań, rozchodzą się do swoich spraw albo swoje miejsca za stołem, „wujaszek” na odchodnym mruga do biednego dziewczątka.
Wujaszkowaty sąsiad oczywiście naprawdę nie miał złych zamiarów i Zosia  też miała pewność, że jej nie skrzywdzi. Ale zdała sobie sprawę, że w ostatnich miesiącach przed wyjściem z domu wygląda przez okno… a na widok sąsiada jedną z pierwszych myśli jest: „Znów mnie będzie przytulał i buziaczkował, wrr”. No było w tym trochę i jej winy, że pozwoliła kiedyś na zmniejszenie dystansu – werbalnie. Nie mogła jednak przypomnieć sobie chwili, kiedy pozwoliła na coś więcej. Bo nie pozwoliła. Wiedziała, że otwarte postawienie sprawy nic nie da, musi po prostu być czujna i zwyczajnie nawet stać dalej w jego obecności.
O tym swoim problemie opowiadała Kasi, chyba jedynej prawdziwej przyjaciółce, jaką miała. Obie nieźle się uchachały z tych perypetii, bo Zosia nie żaliła się „na łzawo” – obie więc potraktowały to jako niezłą anegdotkę. Chociaż Kasia trochę kręciła głową z niedowierzaniem. Jej takie sytuacje nie miały szansy się przydarzyć.
Ale… mimo „wujaszka”, mimo że to Zosia była osobą, która miała zaprzyjaźnione panie w sklepikach, a listy polecone od listonosza odbierała nieraz i pół godziny – bo pan Józef akurat musiał się wygadać albo był ciekawy, jaką książkę zamawiała i czy się tym interesuje prywatnie, czy zawodowo – a Kasia była raczej zamknięta i sprawiała wrażenie nieprzystępnej i zamkniętej w swoim świecie, to też miała o czym opowiadać. Zosia była w szoku, słuchając o ostatnich zakupach Kasi. Kiedy ta już płaciła za swoje zakupy i myślała, że zaraz będzie w domu, obsługujący kasę pan nagle się zadumał, zamyślił i… nagle zaczął się zwierzać. Opowiedział Kasi o swoich rozterkach małżeńskich i problemach z najstarszym synem. Całkowicie na bok odłożył towar, a osobie, która stanęła w kolejce, powiedział, że kasa zamknięta. Kasia stała jak zaczarowana i słuchała bez słów, bo całkiem oniemiała. Otrząsnęła się dopiero wtedy, kiedy pan skończył swoją opowieść, dokończył kasowanie towaru i zdjął tabliczkę z napisem „ostatni klient”. Wtedy poszła szybko, bojąc się nawet oglądać za siebie.
Tym razem Zosia pękała ze śmiechu. Obie jednak zgodziły się, że czasem nie panujemy nad sytuacją i spotykanymi ludźmi. I po prostu trzeba to przyjąć z godnością i uśmiechem. J

środa, 26 listopada 2014

Plan Zosi

Zosia postanowiła, że od jutra zacznie częściej wychodzić z domu. Nawet jeśli tylko na spacery. Nawet jeśli sama. Poza tym nie żyje na pustyni, a przeciwnie – w dużym mieście, więc powinna móc znaleźć jakieś fajne oferty spędzenia wolnego czasu. I nawet za darmo. W końcu nawet na jej osiedlu powinny być jakieś klubiki. Czemu tam nie pójść? Nie musi od razu zapisywać się na zajęcia taneczne czy wyplatania koszyków, przecież czasem są organizowane wieczorki muzyczne czy spotkania z poezją. Trzeba tylko chcieć, zorientować się – i wreszcie pójść.
Cichuteńki głosik w jej głowie próbował zasugerować jeszcze, że warto wybrać odpowiednie zajęcia. Takie z właściwym targetem. A więc niekoniecznie przedstawienie dla rodzin z dziećmi. ;) No i może nie iść tam tak z ulicy, w stroju roboczo-spacerowym, tylko się troszkę chociaż wyszykować. Dla samej siebie, tłumaczyła sobie, w końcu tak często nie wychodzę do ludzi, więc wreszcie, jak mam okazję, trzeba skorzystać – ale i tak wiadomo było, że nie tylko dla siebie. I co w tym złego, Zosiu, pytał znowu głosik. Sama też chętniej podchodzisz do czystych, zadbanych, uśmiechniętych ludzi niż stłamszonych ponuraków. A wiadomo, że takie spotkania w klubikach to nie terapia grupowa, gdzie tłumek osób będzie cierpliwie odkrywał twoje prawdzie, piękniejsze oczywiście, „ja”. Jeśli chce się przyciągnąć pozytywną uwagę, trzeba się o to postarać.

Wracając do domu z niedzielnego, popołudniowego spaceru, podczas którego snuła te przemyślenia (ubrana oczywiście w wyżej wspomnianym roboczo-spacerowym stylu), postanowiła nie zwlekać i zacząć zmiany natychmiast. Skręciła do klubiku, o którym wiedziała, gdzie jest, ale zawsze odkładała pójście tam na kiedy indziej, tłumacząc samej sobie, że nie wie dokładnie, gdzie to jest. Ale znała dokładny adres, więc nie było wymówki. Naturalnie nie zamierzała dzisiaj wchodzić (wszak pierwsze wrażenie należało przygotować), ale chociaż zobaczyć program oferowanych zajęć i spotkań. O, proszę! Następnego dnia wieczorem miało być spotkanie z wojskową piosenką! Godzina 19, bardzo dobra, akurat wróci z pracy. Może po drodze jeszcze zdąży zanieść buty do szewca. A ubierze się elegancko, ale nie wyzywająco. Miała taką ulubioną sukienkę. Pod spód niestety bielizna korygująca, ale cóż. (Zresztą to przejściowe). Z pewnością będą osoby w jej wieku i starsze, bo kto przychodzi na takie spotkania, i to jeszcze w poniedziałek? Na pewno z kimś się porozmawia, a ponieważ klubik jest na osiedlu, to może wrócą razem...? Oj, nie, nie o to chodzi, po prostu, żeby mieć znajomych.

Zadowolona ze swoich planów Zosia resztę niedzieli spędziła na snuciu planów. Trochę przeszkadzał jej w tym nasilający się ból głowy, który niestety w poniedziałek rano nie przeszedł. Może się i nie zwiększył, ale i tak był uciążliwy. Dobrze, że nie szła do pracy skoro świt, było trochę czasu, by się ogarnąć i jakoś zmobilizować. Tyle że życie tego nie ułatwiało. Cały dzień za biurkiem i przy komputerze tylko potęgował dolegliwości. Na dodatek musiała zostać dłużej. Kiedy wreszcie wsiadała do autobusu, który miał ją zawieźć do domu, tylko przez moment pomyślała: „A może jednak pójść...? Zdążę...”. Ale już wiedziała, że nie pójdzie. Znowu nic się nie zmieni. Znowu będzie sobie obiecywać, że następnym razem już się zmobilizuje, że będzie inaczej... A wtedy rozboli ją dla odmiany brzuch, zadzwoni siostra z prośbą o pilną pomoc czy wreszcie kot dostanie czkawki. No cóż, pomyślała Zosia, zawsze zostają spacery. Może czas zacząć ubierać się na nie inaczej...? ;)



Zmiany w życiu bywają trudne, ale często konieczne. Ważne jest jednak, dlaczego chcemy coś zmienić. Czy ktoś nas do tego zmusza, czy sami mamy dość? Łatwo się tego dowiedzieć, obserwując sposób, w jaki wprowadzamy je w życie. W przypadku Zosi widać, że chce się przełamać i wyjść do ludzi. Masa pretekstów, które ją od tego odwodzą, pokazuje, że Zosia ma z tym problem. Owszem, przyjemność z udziału w wieczorku muzycznym boląca głowa może skutecznie stłumić. Ale niebezpieczne są wnioski, jakie Zosia wysnuwa z faktu, że nie zrealizowała swojego planu. Zresztą, ból głowy sprawił, że zrezygnowała z pójścia do klubiku. Ale książkę czytać wieczorem to już mogła. Priorytety są aż nadto jasne. Drobna dolegliwość w wieku, kiedy nie musi rano nic boleć, by człowiek wiedział, że żyje, to najczęściej świetna wymówka, by czegoś nie robić. Warto czasem sobie to uświadomić…

piątek, 19 września 2014

Żegnaj, Gąsko! (Aneks do historii „Przy rowerach”)

(Wcześniejsze losy Gąski i Daniela możecie poznać, zaglądając TU).

Minęło trochę czasu, od kiedy Gąska zdecydowała się zakończyć znajomość z Danielem. Sama trochę była zaskoczona swoją decyzją i szybkością jej realizacji. Początkowo jednak nie chciała się nad tym zastanawiać. Bała się, że zmieni zdanie, że przestraszy się samotności… Więc rzuciła się głową w życie. Co drugi dzień jakiś wysiłek fizyczny – basen, siłownia czy po prostu spacer w dobrym tempie (rowery na razie omijała!), również mycie podłóg (a jak! Nieźle można się zmęczyć, a jak człowiek zmęczony, to i sił na smętki nie ma). Codzienne zakupy – i to bez kupowania na zapas, by następnego dnia musieć wyjść. Gotowanie małych porcji obiadowych powoli wchodziło jej w nawyk i pilnowała się, by nie myśleć nad sensem gotowania dla jednej osoby. Dość późnymi wieczorami włączała jeszcze film na dvd, ale rzadko miała siłę obejrzeć go do końca, tak była zmęczona. Rano wstawała może nie skoro świt, ale z budzikiem, by po śniadaniu umalować się, wyszykować i… zasiąść przy swoim biurku, przed swoim komputerem, do pracy. Po określonej liczbie godzin robiła krótką przerwę na drugie śniadanie, a potem znów pracowała. Następnie przebierała się i szła na spacer czy basen…
Wreszcie jednak doszła do wniosku, że minęło już trochę czasu i musi to przemyśleć. Wybrała pogodny, słoneczny dzień, spakowała coś do jedzenia i picia, sprawdziła, czy ma bilet i pieniądze, i pojechała do Powsina. Trochę spacerowała, trochę siedziała, potem znów chodziła… Przede wszystkim jednak myślała.
Sytuacja z Danielem rozwinęła się zupełnie inaczej, niż sądziła. Przecież gdy go poznała, wydawało się jej, że przeżyła już wystarczająco dużo niepowodzeń, by pakować się w kolejną znajomość, by dać się nabrać na czułe słówka. A jednak – złapała się. I na dodatek znów wpadła w swój ulubiony schemat – facet z problemami. „Po co dałam się w to wciągnąć?”, myślała. „Zaraz… ale przecież właśnie nie pozwoliłam na to! No tak, ale jednak później, nie od razu, kiedy dowiedziałam się o Mariannie… Ale w końcu chciałam dać sobie szansę, nie można tak od razu przekreślać człowieka”.
Zatrzymała się na ostatnim zdaniu, a raczej jego pierwszej części. „Szansę? Na co? Na miłość czy… brak samotności?”. Cóż, musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Oczywiście, że miłość może się zdarzyć w każdym wieku i w każdej, najbardziej niespodziewanej i nieprawdopodobnej chwili. Ale wtedy, przy tych rowerach, i po pierwszych spotkaniach, wiedziała, że czuje co najwyżej sympatię. Za to wreszcie miała z kim wyjść, ktoś do niej dzwonił, miała o kim opowiadać koleżankom… Tylko jakim koleżankom? Tym, których już praktycznie nie miała, bo poszły swoją drogą? A te wyjścia? Przecież szybko stały się dla niej stresem, a potem – po prostu uciążliwością, podczas której jednak starała zachować się elegancko. Starała – kolejne słowo-klucz. Potem albo bolała ją głowa po wypitym alkoholu (w dawkach przecież minimalnych, no ale jak to, dorosła kobieta i nie ma ochoty na lampkę wina?), albo była zła za opowieści o Mariannie. A często też była niezadowolona, bo traciła czas na darmo, zamiast robić coś z korzyścią dla siebie. Owszem, jego bliskość na początku była czymś ekscytującym – ale szybko poczuła niechęć do jego dotyku. Stało się to dosyć niezauważalnie i początkowo wiązała to ze złym samopoczuciem czy złością na niego za jakieś słowo. Teraz jednak widziała, że i ciało broniło się przed tą relacją.
„Nie potrzebuję faceta, jak widać” – pomyślała zaskoczonona Gąska. Od razu sama się zaśmiała: „To co, szukam kobiety”. Zaśmiała się jeszcze raz. Potem jednak posmutniała. „Czyżbym miała zostać sama? Na to wygląda. Ale przecież… to nie znaczy, że będę samotna. Jaki jednak sens szukać kogoś na siłę, wiązać się z nim tylko po to, by zaspokoić społeczne oczekiwania? Pewnie, że łatwiej byłoby płacić rachunki we dwoje. Ale jakoś sobie dotychczas radziłam. Za to nie przybędzie mi kłopotów”.

Dwa dni później opowiadała te swoje przemyślenia Jackowi na terapii. Wprawdzie nie byli po imieniu, ale idąc na spotkania, tak właśnie o nim myślała. Pomagały jej te spotkania i czasem żałowała, że nie trafiła do niego wcześniej. Może uniknęłaby choćby tej ostatniej sytuacji. A może nie… Ważne, aby nauczyła się wyciągać wnioski.
– Już to pani robi. I to dobrze – powiedział pan Jacek.
– Naprawdę?
– Naprawdę. – Odwzajemnił uśmiech, choć było w nim trochę rozbawienia. Spojrzała szybko w lusterko przy drzwiach. No tak, znów miała twarz jak szczęśliwe pięcioletnie dziecko. Emocje wyłożone na talerzu. Ale co tam, tutaj mogła się odsłonić. Jacek mówił dalej:
– Wydaje mi się, że wreszcie zaakceptowała pani siebie i swoją sytuację, że przestaje pani szukać potwierdzenia swojej wartości u zewnętrznych osób, zwłaszcza przypadkowych.
– Tak… to chyba prawda, choć może za wcześnie, bym mogła być tego pewna.
– No, nad poczuciem pewności musi pani na pewno – zaśmiał się – jeszcze trochę popracować.
Porozmawiali jeszcze chwilę, dostała kilka informacji na temat ciekawej lektury, jaka mogłaby jej ewentualnie pomóc w pracy nad sobą, umówili się na następną sesję, i wreszcie wróciła do domu.

Następne dni upływały znacznie wolniej. Już nie zamęczała ciała, by wyłączyć myślenie, choć zauważyła, że brakuje jej czasem większego wysiłku. Szła wtedy na basen. Ze zdziwieniem odkryła, że lubi pływać, i że nie potrzebuje do tego towarzystwa. Nie izolowała się od znajomych, ale nie uzależniała od nich swojego planu dnia. Zresztą, tych znajomych zrobiło się jeszcze mniej. Nie bez powodu – wreszcie odkryła, że większość z tych relacji była nietrafiona, z prostej przyczyny: ceniono nie ją, lecz jej naiwność. Kiedy przestała brać każde słowo za dobrą monetę, kiedy wreszcie nauczyła się odmawiać – opustoszało. Miała już pewność. To samotności bała się najbardziej w życiu i to ten lęk skazywał ją na ciągłe porażki. Nie wybierała tego, co dla niej dobre, ale to, co się trafiło, co znalazło się akurat pod ręką – albo wyciągnęło rękę po nią.
Kiedy wreszcie to zrozumiała, poczuła się wolna. Teraz już się nie bała. I teraz zaczęli pojawiać się ludzie, których wcześniej nie dostrzegała lub nie dawała się im dostrzec. Nie rzucała się już jednak głową naprzód. Była ostrożniejsza, wolniej otwierała się na innych, choć nie zamykała się przed ludźmi.


I nie była już Gąską.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Przy rowerach (10/10)

Wcześniejsze odcinki znajdziecie pod tymi adresami: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty

Mijał już miesiąc od tamtego spotkania, a Gąska wciąż miała mętlik w głowie. W końcu jednak poczuła, że musi uporządkować ten chaos. Od czasu pamiętnej propozycji Daniela miała wciąż wrażenie, że życie zaczyna wymykać się jej spod kontroli, a tego nie chciała. Nie znosiła bałaganu w swoim życiu. Wolała mieć szufladki, półeczki, stały grunt pod nogami i pewność, co będzie jutro – nawet kosztem wyrzeczenia się chwil ekscytacji. Świetnie jednak zdawała sobie sprawę, że po każdym uniesieniu następuje upadek, a tych miała już dość. Zdecydowanie.

Kiedy Daniel zaproponował, by poznała jego Eksię i córkę, na moment zaniemówiła. Nie wiedziała, czy jest zła na niego – że wymyślił coś takiego, czy na siebie – że znów dała się wmanewrować w tak idiotyczną sytuację. Milczała więc, zdając sobie sprawę, że każde słowo, które teraz wypowie, będzie bardzo ważne dla ich dalszej relacji. Mężczyzna jednak również milczał, tylko patrzył wyczekująco i tak jakoś… ufnie?
– Ale po co mamy się poznawać? – spytała wreszcie.
Daniel się ożywił.
– Wiesz, tak naprawdę to był mój pomysł. Gosia musi przenieść się na trochę do mnie, bo Marianna wyjeżdża na zagraniczny kontrakt i nie może przecież wziąć małej ze sobą. Nie wiedziała, co zrobić z córką, ale przecież Gosia ma ojca! – podkreślił z dumą. – Więc powiedziałem, że wezmę ją do siebie. Marianna nie chciała się zgodzić, bo uważa, że nie dam sobie rady. No, to wtedy powiedziałem, że ty mi pomożesz… bo pomożesz, prawda? – popatrzył na nią ufnie. – I zaproponowałem, żeby przyjechały teraz do Warszawy, to się poznacie. Wtedy będzie pewna, że Gosia zostaje w dobrych rękach. Ja zresztą też – zaśmiał się.
Gąska siedziała oniemiała. Zastanawiała się, czy ten koleś jest naprawdę aż tak naiwny, czy przeciwnie – za taką uważa ją? Między nimi nie padły jeszcze żadne wiążące słowa, żadne wyznania, ustalenia. Ba, przecież miała zamiar powiedzieć mu o swoich wątpliwościach spowodowanych nadmierną obecnością w jego życiu Eksi. A ten z czymś takim teraz wyskakuje… Siedziała zaskoczona, ale wciąż z lekkim uśmiechem, jaki przywołała na twarz na samym początku rozmowy. Tymczasem Daniel odebrał widać ten uśmiech jako pozytywną reakcję na jego słowa, bo mówił dalej:
– Wiesz, nie masz się czego obawiać. Marianna na pewno cię polubi, tak samo jak Gosia…
– Daniel – przerwała mu. – Dlaczego ty się właściwie rozwiodłeś z Marianną?
– O co ci chodzi? – spytał zaskoczony.
– O to, czemu się rozwiedliście. Przecież ty cały czas o niej mówisz, jakbyście wciąż byli razem. Ja wiem, łączy was dziecko, ale na litość! Jesteś dorosły! A musisz jej się tłumaczyć ze swoich znajomości? Pokazywać mnie?! Bo bez tego nie zostawi u ciebie waszego dziecka?!  A jest w ogóle jakaś inna opcja, jeśli się na to nie zgodzi?
Zaskoczony mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale Gąska nie dawała mu dojść do głosu. Niestety, wzburzenie ją poniosło i przestała kontrolować ilość wypowiadanych słów. Na szczęście jakość jeszcze ogarniała… Powiedziała mu, co sądzi o wysłuchiwaniu niemal od samego początku ich znajomości relacji rodzinnych. Dobitnie podkreśliła, że nie przeszkadza jej słuchanie o Gosi, lecz o wciąż obecnej w jego życiu byłej żonie. Dodała, że cierpią na tym ich relacje, a także, że nie wie wciąż, „jaki status związku ma opublikować na Facebooku”. Sądziła, że ironia jest wyraźna, ale myliła się, bo w tym momencie Daniel wreszcie jej przerwał:
– To ty chcesz publikować informacje o naszym związku na Facebooku? Jesteś aż tak dziecinna? – Niedowierzanie i rozczarowanie w jego głosie było aż nadto czytelne.
– No przecież nie o to chodzi!
– To o co? Przecież sama powiedziałaś…
Gąsce opadły ręce. No bo o czym tu jeszcze było rozmawiać. Otworzyła usta, by coś dodać, ale wreszcie powiedziała tylko, że musi iść. Mężczyzna patrzył na nią jakby urażony, jakby to ona zachowała się niestosownie. Cóż, możliwe. Wzruszyła w duchu ramionami i poszła.

* * *
Cały następny tydzień minął jak w złym śnie. Daniel nie dzwonił, czego początkowo nie zauważała, bo była wściekła. Na niego. Była to dla niej nowość, bo zazwyczaj siebie obarczała winą za wszelkie nieporozumienia i niezręczne sytuacje. Tymczasem teraz nawet nie była w stanie przeanalizować tamtego spotkania i rozważyć wszelkich „za” i „przeciw”. Po prostu wciąż była zła. W końcu zadzwoniła do Maćka. Potrzebowała męskiego oglądu tych zdarzeń, no i w końcu to Maciek radził jej po prostu powiedzieć, że coś się jej nie podoba. Tyle że do konfrontacji doszło szybciej i jednak pod przymusem…
Maciek jednak nie mógł się spotkać, wyjechał na tygodniowy urlop, a rozmowa zdecydowanie nie była na telefon. Krótko wspomniała mu tylko, że chyba nie wyszło najlepiej, na co kolega kazał jej się tym nie martwić i spokojnie poczekać na ewentualny rozwój wydarzeń. Tyle że cierpliwość nie była cnotą Gąski. Coraz bardziej miała ochotę zadzwonić do Daniela i powiedzieć, jak bardzo zezłościło ją jego zachowanie. Nie bardzo jednak wiedziała, co chce tą rozmową osiągnąć, więc odkładała telefon z dnia na dzień. W końcu jednak, któregoś ranka, zdecydowanie sięgnęła po słuchawkę i wybrała jego numer.
Nie odebrał. Zastopowana w swoim rozpędzie, po raz drugi w ciągu krótkiego czasu Gąska poczuła się oszukana. Przez Daniela, życie, świat. Chociaż akurat to, że nie odebrał, mogło nie być niczyją winą, ale mieć prozaiczną przyczynę. Samo jednak to, że dzwoniła, że on się o tym dowie, było irytujące. Cóż, trudno, nie cofnie tego. Zerkała jednak nerwowo na telefon i w końcu się doczekała. Oddzwonił.
Zanim odebrała, patrzyła chwilę na ekran telefonu. Ale się na początku cieszyła, gdy widziała, kto się wyświetla! A teraz… trochę się bała. W końcu jednak wcisnęła zieloną słuchawkę i powiedziała „cześć”.
– No cześć, dobrze że dzwonisz. Przepraszam, że nie odebrałem, ale akurat miałem zebranie w pracy.
Gąskę z lekka zamurowało. Te dwa tygodnie milczenia (no dobrze, może dziesięć dni) to nieważne? A gdyby nie zadzwoniła, to dalej by milczał? Nie wiedziała, co powiedzieć. Na szczęście on wciąż był w pracy i nie mógł rozmawiać. Obiecał skontaktować się wieczorem.
Dotrzymał słowa. Rozmawiali jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Ani tamto spotkanie przy stoliku i jego propozycja, ani jej słowa i przerwanie spotkania, ani to długie milczenie. Ale też nie było w jego głosie tej nutki czułości, którą jednak (jednak!) słyszała na początku znajomości. Był taki… koleżeński. Wyjaśniło się to pod koniec rozmowy. Okazało się, że Gosia mieszkała już u niego. Teraz była w kinie, więc mógł swobodnie rozmawiać. Przeprosił w końcu za milczenie, ale nie chciał dzwonić przy Gosi, by ta nie powtórzyła matce. Marianna bowiem, gdy dowiedziała się o przebiegu spotkania („Tak, opowiedziałem jej, że nie byłaś zadowolona, że macie się poznać, a czemu nie?”), uznała, że Gąska jest niepoważna i nieodpowiedzialna. Zostawiła więc córkę w Warszawie pod warunkiem, że Daniel nie będzie spotykał się z Gąską. Teoretycznie tylko podczas bytności Gosi u ojca…
Po tej rozmowie Gąska nie miała już złudzeń. W nocy napisała maila do Daniela, w którym wreszcie wypunktowała całe swoje rozczarowanie jego zachowaniem i sytuacją, do jakiej doszło. Zapisała kopię w roboczych i poszła spać. Uznała bowiem, że nie każdemu należy się wgląd w jej myśli i uczucia, zresztą obawiała się, że przeczyta to Marianna. Wolała więc w dzień przeczytać tekst jeszcze raz i nieco go „urzeczowić” w miejsce emocjonalnych wtrętów.

* * *
Maciek w końcu wrócił z urlopu. Trochę przedłużył wyjazd, ale ponieważ pracował w wolnym zawodzie, mógł sobie na to pozwolić. Od pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już trochę czasu, a Gąska wciąż nie wysłała swojego maila. Daniel próbował raz czy dwa skontaktować się z nią, przysłał też kilka sms-ów z pytaniem o to, czemu milczy, ale nie odpowiadała. Tylko mail się wydłużał. ;)
Siedząc z Maćkiem przy piwie, które piła naprawdę w wyjątkowych okolicznościach, wreszcie wyrzuciła z siebie wszystko. I żal do Daniela, i wkurzenie na niego, i rozgoryczenie, że tak jej się nie układa z facetami. Dobrze jej to zrobiło. Maciek specjalnie nie komentował wydarzeń, bo wiedział, że ona po prostu potrzebuje się wygadać. Kiedy jednak zorientował się, że skończyły się fakty, a zaczyna mantra: „I co ja mam zrobić?”, przerwał jej, mówiąc:
– Słuchaj, daj sobie spokój z tym facetem. Przecież widzisz, że nic z tego nie wyjdzie.
– Maciek, ale mi z żadnym facetem nie wychodzi! Czy ja zawsze muszę trafiać na takich idiotów?
– No widać masz pecha… A słuchaj… myślałaś kiedyś, by znaleźć sobie dziewczynę?
– Dziewczynę?
– No tak. Ja bym chętnie znalazł…
Maciek na moment się rozmarzył, co sprawiło, że Gąska wreszcie się zaśmiała.
– Dzięki, poprawiłeś mi nastrój. A co do dziewczyny dla mnie… wiem, że mówiłeś pół żartem, pół serio, ale obawiam się, że wychodziłoby mi to jeszcze gorzej. Przecież ja nawet żadnej przyjaciółki nie mam!
– Ale masz mnie.
– Ale ty nie jesteś dziewczyną. Czy o czymś nie wiem? – uśmiechnęła się, ocierając wzbierające w kącikach oczu łzy.
– Nie jestem – zaśmiał się i on. – Ale nie przejmuj się, a już na pewno nie tym palantem. Co ci się stało? – zaniepokoił się nagle, widząc, że szklanka wysuwa się jej z ręki. Złapał ją w ostatniej chwili, zanim zdążyła się stłuc.
– Daniel idzie. Chyba z Gosią. Zaraz mnie zobaczy…
Maciek nic nie powiedział. Obejrzał się dyskretnie, by wiedzieć, o kogo chodzi, po czym szybko przysunął krzesło bliżej niej. Objął Gąskę i przytulił tak, że ktoś patrzący z boku mógł pomyśleć, że się całują.
I tak pewnie pomyślał Daniel, ale tego Gąska już nie zobaczyła…

* * *
Fajnie było się do kogoś przytulić. Nawet „tylko” do kumpla. A może nawet lepiej, że do kumpla? Wierzyła w jego serdeczność i bezinteresowność, w końcu znali się już ładnych parę lat. Taka relacja przywraca wiarę w drugiego człowieka. A tej nie miała już zbyt wiele.
Kiedy Daniel z prawdopodobną Gosią poszedł (o czym powiedział Maciek, obserwujący kątem oka ulicę), usiedli z powrotem naprzeciw siebie. Zamówili po jeszcze jednym piwie. Gąsce było już dzisiaj wszystko jedno, mogła nawet się upić. Maciek wrócił do przerwanej rozmowy.
– Zaraz… powiedziałaś, że nie masz żadnej przyjaciółki? Jak to możliwe?
– No właśnie sama nie wiem do końca. Ale tak to wygląda… Jedna po prostu rozpłynęła się we mgle, wcześniej wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jestem nikim ważnym w jej życiu. Kolejna zawiodła bardzo moje zaufanie, ale wybaczyłabym i zapomniała – tyle że jej na tym nie zależało. Nie miała czasu, no. A ja mimo to dalej wierzyłam ludziom. Jeszcze raz się nacięłam w podobny sposób jak z Alą, tyle że relacja trwała krócej – to i mniej bolało. Teraz, owszem, mam koleżanki, bardziej może: znajome…
– Czekaj, czekaj – przerwał Maciek. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że twoje przyjaźnie wyglądały tak jak twoje związki z facetami?
– W sumie chyba tak. Po prostu w pewnym momencie buntowałam się, nie dawałam się wykorzystywać, więc przestawałam być potrzebna.
Gąska zamyśliła się na chwilę, ale drugie piwo nie pozwoliło jej za długo trwać w tym stanie. Maciek, którego niezmiennie bawiła jej nieodporność na ten trunek, przyglądał się jej z uśmiechem. Po chwili sięgnął po telefon i zamówił taksówkę. Wiedział, że dla niej wieczór się skończył, a sama nie da rady wrócić do domu.

Kolejny tydzień mijał spokojniej. Gąska w końcu uznała, że z całej sytuacji wyszła z tarczą. Nie dała się wplątać w relację z kimś, kto chyba sam nie wiedział, czego chce. Nie zdążyła się jeszcze zbyt mocno zaangażować, więc tylko trochę bolała urażona duma. Na takie drobiazgi Gąska jednak nie zwykła zwracać uwagi. Szkoda, że nie wyszło… ale przecież „cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Tego samego. Postanowiła też nie wysyłać maila. Po co? Niczego to już nie zmieni.

„Wreszcie” – uśmiechnęła się do siebie w lustrze. „Wreszcie to zrozumiałam. Jacek będzie ze dumny”. Podśpiewując cichutko starą piosenkę Kasi Sobczyk, jeszcze raz zerknęła w lustro, po czym wzięła torebkę i poszła na spotkanie do swojego psychoteraputy.

piątek, 18 lipca 2014

Propozycja Daniela [Przy rowerach (9/10)]

Następnego dnia nie zadzwonił, ale przysłał wiadomość. „Cześć, może pójdziemy dzisiaj po mojej pracy na lody. Możesz o 18-tej?”. „Mogę. Tam, gdzie ostatnio?”. „OK”.
No dobrze. Trochę się denerwowała, nie da się ukryć. Przede wszystkim stresowała ją wciąż jego wczorajsza zapowiedź, że musi jej coś powiedzieć. „To na pewno będzie o Eksi. Może wracają do siebie? Albo z córką coś poważnego? Może chce wrócić do Częstochowy z tego powodu? Albo gorzej, ona przyjedzie do Warszawy z córką na leczenie. I jeszcze, skoro Gosia chora, to nie będzie wypadało nic krytycznego powiedzieć, bo przecież chodzi o dziecko. Co on chce mi powiedzieć?”.
I biłaby się biedna Gąska z myślami prawie cały dzień. Na szczęście długo nie siedziała w domu. Zadzwoniła Zuzka, z pytaniem, czy nie poszłyby razem do sklepu, a potem na jakąś małą kawę i pogaduchy. Jako że wszystko było lepsze od siedzenia w domu, pięć minut później Gąska szła w kierunku osiedlowego marketu, gdzie miały się spotkać.
Zakupy zrobiły szybko i pół godziny później siedziały już w Zuzinej kuchni. Ponieważ od wizyty mamusi nie minęła jeszcze pełna doba, a Wojtek był w pracy, istniała szansa na spokojne ploty. Głównym tematem była oczywiście wizyta(cja) teściowej. Ponieważ jednak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego (standardowe przycinki, pytania o brak dzieci i zaglądanie w każdy garnek oraz narzekania, jaka to się czuje samotna), szybko się z tym uwinęły i przeszły do tematu Daniela. Na wieść o tym, że widzą się dzisiaj, Zuzce zaświeciły się oczy.
– Wiesz, zazdroszczę ci. Czasem tak myślę, że za mną już wszystko, co najpiękniejsze, a ty masz wszystko przed sobą.
– No tak… Ale sama mówisz, że nie mam na co czekać, że mam tyle lat…
– No bo nie oszukujmy się, masz coraz mniej czasu, żeby urodzić dziecko. A zawsze mówiłaś, że chcesz mieć je po ślubie, nie przed albo bez.
– Tak… Tylko nie wiem… Ja tego Daniela nie znam długo, jeszcze ta jego była. Poza tym Daniel chyba chce mi dzisiaj coś ważnego powiedzieć.
Zuzce oczy zaświeciły się jeszcze mocniej.
– Super! Naprawdę? Jak myślisz, co to może być? Może się oświadczy?
– Zuza! Przecież mówiłam ci o tym wczoraj! Dzwoniłam specjalnie w tej sprawie, nie pamiętasz?
– A… przepraszam, ale miałam takie zamieszanie. Wiesz, mamusia, potem znowu Wojtek był o coś zły, nie wiem, o co mu chodzi. Pamiętam, że dzwoniłaś, ale zapomniałam, że mówiłaś o tym, że Daniel ma ci coś powiedzieć.
Ironia była wyczuwalna. Jasne, nie musiała o tym pamiętać, tylko że…
– … tylko że ja przecież w tej sprawie do ciebie dzwoniłam.
– Aaa… ja myślałam, że po prostu martwisz się, że on będzie o Eksi gadał, ale że tak ogólnie się tym przejmujesz. A jak w ogóle ona ma na imię?
– Marianna.
– Ładna jest? A co robi, gdzie pracuje?
– Zuzka!!! Ja nie chcę o niej rozmawiać!
– Oj dobra, nie unoś się tak.
Zapadła cisza. Głupio było tak siedzieć, zresztą Gąska tak naprawdę nie bardzo wiedziała, czy się pokłóciły, i co teraz zrobić. Zuzka czasem miała takie fochy. Lubiła rządzić, a już w rozmowie to zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Ale przecież nikt nie jest doskonały, poza tym dobrze, że ludzie się różnią. Tylko że czasem Gąska chciałaby mieć pewność, o co właściwie chodzi.
Spojrzała na zegarek. No, powinna się zbierać. Jeszcze musiała umyć i wysuszyć włosy. I zebrać choć trochę myśli. Podniosła się od stołu, przy którym siedziały, i zaczęła żegnać się z Zuzką.
– Ojej, ale chyba się nie obraziłaś?
– Nie no, mówię ci przecież, że mam mało czasu.
– No dobrze, ja też muszę trochę tu ogarnąć. Od przyszłego poniedziałku zaczynam pracę, nie będę wtedy miała tyle czasu.
Gąska aż usiadła.
– Ale jak to… idziesz do pracy?
– No normalnie.
– A… dawno szukasz?
– Od jakiegoś czasu. Wiesz, Wojtek nie zarabia tak dużo… I mamusi będę miała trochę mniej.
– Ale… nic nie mówiłaś wcześniej, że planujesz.
– Oj wiesz, jak to jest. Nie było kiedy.
No tak. Obowiązku nie było. Jednak Gąska, wychodząc wreszcie z mieszkania, czuła się jakoś skołowana. Z tego powodu dopiero przed blokiem uświadomiła sobie, że zostawiła u Zuzki na stole kosmetyczkę, w środku której miała klucze do mieszkania. Na szczęście koleżanka nigdzie już nie wychodziła, ale Gąska miała pół godziny mniej na planowane zabiegi przed wyjściem. Oczywiście nic by się nie stało, gdyby się spóźniła, ale nie czuła się wtedy komfortowo. Dzięki temu małemu zamieszaniu jednak nie miała już czasu ani chęci, by snuć jałowe rozważania, co on jej powie, a czego nie.
Punktualnie o osiemnastej była pod osiedlowymi parasolkami, gdzie umówiła się z Danielem. Już na nią czekał i uśmiechał się z daleka, widząc, jak się zbliża. Ten uśmiech poprawił jej trochę humor, ale starała się nie wpadać w euforię. Przywitali się i usiedli przy stoliku. Zamówili lody. „Niezły pomysł, w razie gdyby zrobiło się za gorąco”, pomyślała Gąska. Mężczyzna jednak uśmiechał się do niej i wreszcie się rozluźniła. Kelnerka przyniosła lody i zostali sami. Przedłużająca się cisza, początkowo przyjazna, zaczęła przeradzać się w nastrój zakłopotania. Gąska gryzła się w język z całych sił, w czym bardzo pomagały jej pyszne lody. Spokojnie potrafiłaby zagaić pięć rozmów, ale chciała, by to on zaczął. Nie wiedziała, o czym chce z nią rozmawiać, więc jego milczenie coraz bardziej ją niepokoiło.
Wreszcie powiedział:
– Cieszę się, że wreszcie się widzimy. Szkoda, że wczoraj nie mogłaś. Stęskniłem się za tobą.
Błogość zalała Gąskowe serce. Daniel natomiast po tym wstępie zamilkł i jadł w skupieniu swoje lody. Po chwili jednak podniósł głowę i znów się odezwał:
– Mogę o coś zapytać? Chciałbym właściwie coś zaproponować, ale nie wiem, co ty na to.
– Pytaj, pewnie. – Starała się mówić opanowanym głosem, ale serce biło mocno. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał powiedzieć…

– Za tydzień przyjedzie do mnie Marianna z Gosią. Chciałbym, żebyście się poznały.