Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 listopada 2014

Pierwsze wrażenie

Jakiś czas temu koleżanka zachęciła mnie do przeczytania książki Hugha Laurie (czyli Doktora Hause’a J ) Sprzedawca broni. Akurat zdążyłam napisać o swoim zachwycie nad książką Śnieżka musi umrzeć, Beata od kotów też mnie zainspirowała nowymi tytułami, Sprzedawcę broni potraktowałam więc jako jeszcze jedną perełkę, sypiącą się na mnie, odkąd wróciłam do rytuału czytania książek.
A zarzuciłam go, bo nie wiedziałam, co czytać. Miałam swoich stałych, ulubionych autorów, ale albo już wyczytałam całą ich twórczość, albo pisali wolniej, niż ja czytałam. Owszem, biblioteki i księgarnie pełne są lektury, tylko która ciekawa? Nieraz decydowałam się na coś, ale potem w domu leżało to nieotwierane długo. I albo wreszcie trzeba było oddać, albo… leży nadal. Jakoś bałam się zacząć czytać coś nowego. Gdybym się nad tym zastanowiła, uznałabym to za śmiechu warte, ale nie myślałam. J Ponieważ jednak coraz więcej czytałam zawodowo, doszłam do wniosku, że czas wolny mogę spędzać np. przed telewizorem/dvd. Tylko się nie sprawdziło, bo książka dawała mi dużo więcej.
I niedawno, chyba właśnie od Śnieżki, znów zaczęłam jeździć do biblioteki, pożyczać książki od znajomych, kupować nowości (ostatnio nabytą jest Wnuczka do orzechów Musierowicz – sentyment do książek Autorki mam jeszcze z krecikowych czasów). Losowo pożyczone od Beaty kryminały pochłonęłam na raz – chociaż z tego wyboru został mi tylko Mankell. Samodzielnie wypożyczyłam sobie inny skandynawski kryminał – Mężczyzna w oknie (autor: Kjell Ola Dahl). I… jakoś mi nie szło. Całe szczęście, tylko pierwsza część. Od drugiej, kiedy tytułowy mężczyzna został już zamordowany, poszło lepiej. Pomyślałam więc, że warto było przemęczyć te parę początkowych rozdziałów.
Bo w zasadzie początek – tak jak pierwsze wrażenie – nie zawsze musi zachęcać. Owszem, gdy jest dobry, daje większą szansę na kontynuację. Czasem jednak zniechęcamy się zbyt szybko. Może słaby pierwszy rozdział to nie znak, że cała książka jest niskiej jakości, tylko po prostu autor nie ma jeszcze dostatecznych umiejętności? A jeśli ktoś nie zrobił na nas dobrego wrażenia na pierwszym spotkaniu (ale też nie zrobił nic, co jednoznacznie można by uznać za złe wrażenie), to warto dać sobie i temu komuś szansę? Bo może on po prostu nie umie odpowiednio się wypromować?

Z tą myślą i nadzieją czytałam Sprzedawcę broni. Dawałam książce szansę do ostatniej strony, ale kiedy po trzech tygodniach ją skończyłam i sięgnęłam po Mankella, na którego wystarczyło mi trzy dni, zrozumiałam, że nie wszystkie teorie zawsze się sprawdzają. I po prostu czasem coś jest lepsze. ;) 

środa, 29 października 2014

Miłość do...

Prawie połowę życia temu zakochałam się w pewnym chłopaku. Był starszy ode mnie o całe pięć lat i wcale nie zwracał na mnie uwagi. Mieliśmy wspólnych znajomych, z jego młodszym bratem chodziłam do jednej klasy, więc widzieliśmy się przy wielu okazjach, które starałam się wykorzystać, by zainteresować go sobą. Byłam jednak zielona w te klocki – nawet jeszcze nie Gąska, ale pisklaczek. W pewnym momencie musiałam więc zrezygnować. Wszystko skończyło się ładnie, a właściwie rozmyło wraz z upływem czasu. Towarzystwo wymarzonego (i on też) pokończyło studia, zaczęło dobierać sobie drugie połówki, żenić się i wychodzić za mąż – a ja zdawałam maturę i szłam na studia. I wciąż byłam emocjonalnym pisklątkiem. Po jakimś czasie przestałam widywać na osiedlu większość osób z jego dawnej paczki
Nie pamiętałabym może o tej historii, bo i nie ma czego wspominać. Ale została ona we mnie z powodu książek. W jakimś tam momencie naszej znajomości Darek pożyczał mi książki do czytania. Skwapliwie z tego korzystałam, bo to dawało mi gwarancję następnego spotkania. Darek zaczytywał się fantastyką, której wcześniej nie znałam. Miał naprawdę sporo książek tego gatunku i niezłą kolekcję Nowej Fantastyki”. Początkowo wybierał dla mnie baśnie o jednorożcach i księżniczkach na zamku, dostałam też trochę Tolkiena – i właśnie Carda. I Card ze mną został.
Na początku przeczytałam Grę Endera (wspominałam już o tym). Było to dla mnie odkrycie nowego świata, w którym do dzisiaj przebywam, gdy tylko mogę. Kolejne tomy – Mówca Umarłych, Ksenocyd, Dzieci Umysłu – tylko to uczucie umacniało. Gra Endera wyróżnia się jednak na tle pozostałych części faktem, że główny bohater jest małym dzieckiem i dzieci go otaczają, gdy w pozostałych częściach mamy do czynienia już ze światem dorosłych. Wszystkie części spaja jednak postać Endera i bliskich mu osób. Akcja rozpoczyna się na Ziemi, ale szybko przenosi się na odległe planety Galaktyki.
Mały, sześcioletni Ender, został wybrany na głównego przywódcę w kolejnym etapie wojen z Robalami (w kolejnych tomach zwanych już Formidami). Wojna rozgrywa się za pomocą komputerów, a chłopiec nie wie, że gra, którą toczy na terminalu, jest decydującą walką ludzkości. W kolejnych częściach Ender wędruje przez Galaktykę, przelotnie zatrzymując się na różnych planetach, by wreszcie osiąść na Lusitanii i tam przeżyć resztę życia u boku Novinhy i jej dzieci.
Jeśli jednak ktoś chciałby zostać na Ziemi, może sięgnąć po cykl Sagi Cienia, czyli: Cień Endera, Cień Hegemona, Teatr cieni, Cień olbrzyma. Pierwsza część zawiera w sobie treści Gry Endera, ale z innego punktu widzenia. Bohaterem tej sagi jest mały chłopiec, Groszek, ulicznik z Rotterdamu, którego niezwykła inteligencja zwraca na niego uwagę wielu ludzi – niestety, nie zawsze to są przyjaciele. Autor dokonał karkołomnej, moim zdaniem, sztuki, opisując losy Groszka w Szkole Bojowej tak, by były one spójne z wydarzeniami Gry Endera. Moim zdaniem udało się to całkiem nieźle, ale chyba znać trochę wysiłku. (Przepraszam za to zestawienie, ale kojarzy mi się to z Sagą o Ludziach Lodu. J Pokolenie czekało na Wybrańca, który miał uwolnić ród od przekleństwa, tymczasem pojawił się syn Lucyfera, Marco, przerastający magicznymi umiejętnościami przeznaczonego do walki ze złem Nataniela. Autorka musiała w końcu uciec się do jedynego możliwego uzasadnienia, by wytłumaczyć, dlaczego jednak Nataniel podjął ostateczną walkę. Jego największą siłą była bowiem miłość, a z tym nie mówgł się mierzyć nawet Marco. J ). Podobnie Card szukał wytłumaczenia, dlaczego to nie genialny Groszek poprowadził walkę. Mimo niezwykłej inteligencji nie potrafił bowiem – w przeciwieństwie do Endera – zbudować zespołu, teamu, który bez oporów wykonywałby jego polecenia. Naciągane jest to moim zdaniem dlatego, że już w kolejnych częściach cyklu Groszek nie ma z tym problemu. Może nie jest spontanicznie uwielbiany, ale jednak ma bliskich, przyjaciół, a Petra zakochuje się w nim na śmierć i życie. Niemniej rozumiem, że pisząc Grę Endera, Card nie przewidział, że seria kiedyś tak się rozrośnie.
Dodatkowo w Sadze Cienia ponownie spotykamy rodziców Endera – państwa Wiggin, oraz starszego brata Endera – Petera (siostra, Valentine, podróżuje z Enderem po Galaktyce). Zapowiadany jest tom Shadows Alive, mający łączyć serię o Enderze z Sagą Cienia. Nie ukrywam, że jestem bardzo ciekawa.
Seria o Enderze poszła więc dwukierunkowo. Powstały też części łączące się z pierwszym omawianym cyklem. Są to: zbiór opowiadań Pierwsze spotkania w świecie Endera (moje ulubione to Doradca podatkowy – również dlatego, że po raz pierwszy spotykamy tam Jane), Ender na wygnaniu (akcja toczy się chronologicznie pomiędzy Cieniem Hegemona a Cieniem olbrzyma, a jednocześnie – między dwoma ostatnimi rozdziałami Gry Endera). Powstaje też prequel do całej serii, pisany razem z Aaronem Johnstonem: ukazały się dotychczas dwie z planowanych trzech części: W przededniu i Pożoga. Przeczytałam pierwszą część, druga na razie leży i czeka na swoją kolej. Nie jestem jednak rozczarowana, choć oczywiście pojawili się całkiem nowi bohaterowie. Ale tak szczerze: gdyby to nie był Card, to trochę by mnie złościło takie eksploatowanie tematu. A samego Carda prosiłabym, żeby skończył cykl o Alvinie (będzie o nim w kolejnym wpisie), a nie zarabiał na moim uczuciu. ;)

Gra Endera trafiła do moich rąk przez całkowity, ale szczęśliwy przypadek. Wtedy oczywiście bardziej koncentrowałam się na tym, który mi tę książkę pożyczył, i martwiłam się, że nie zwraca na mnie uwagi. Dzisiaj jednak przypomina mi się ta banalna prawda, że z każdej sytuacji możemy wydobyć coś dobrego. Nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby Darek odwzajemnił moje zainteresowanie. Za to Card zmienił je na ciekawsze. Dzięki temu trafiłam do fantastycznego świata. I za to chciałabym mu w tym miejscu serdecznie podziękować. Może kiedyś, przypadkiem, przeczyta… J

czwartek, 9 października 2014

Śnieżka musi umrzeć

Jak całkiem niedawno pisałam, nie czytam książek w autobusach czy tramwajach, choć czasem nawet bym chciała. Za to niekiedy przyglądam się tym, którzy nie mają z tym problemu. Ciekawi mnie, co teraz się czyta, jakie są zainteresowania wśród ludzi, czy znam tę książkę. Staram się robić to dyskretnie i nie zaglądać komuś bezczelnie przez ramię (choć z reguły czytający są w zupełnie innym świecie i trzeba by było jakoś wybitnie naruszyć ich przestrzeń osobistą, by to zauważyli). Mój podziw budzi też fakt, że w mało sprzyjających warunkach ludzie potrafią się skupić na fabule. Ja bym się bała, że przejadę przystanek, zresztą nieustannie coś się dzieje – przystanek, ludzie wysiadają i wsiadają, potem tasowanie miejsc (jak w Dniu świra). Szkoda by mi było marnować przyjemność z lektury i czytać w takich warunkach, ale zdaję sobie sprawę, że czasem to jedyna chwila, jaka pozostaje w ciągu dnia na książkę.
Co ludzie czytają? Naturalnie nie podejrzę plików na e-czytnikach, a tych zaczyna być coraz więcej. Dominują jednak wśród ludzi stosunkowo młodych, czasem w średnim wieku. Osoby w wieku średnim średnim ;) i dalej preferują tradycyjne nośniki, choć czasem podziwiam, że chce im się dodatkowo dźwigać niekiedy opasły tom (przy okazji zajmujący sporo miejsca w torbie). Rzadko zauważam gazety, a jeśli już, to są to albo darmowe, niewielkie objętościowo egzemplarze, rozdawane przy wejściach do metra i w pobliżu przystanków autobusowych, albo prasa typu tabloid. Czyli coś, co zajmie na moment czas, a nie zmęczy i po odłożeniu nie będzie budzić niedosytu związanego z oczekiwaniem „co wydarzy się dalej”. Sama takie gazety nieraz brałam i przeglądałam, by następnie wyrzucić je do śmietnika przed wejściem do pracy.
Niekiedy w autobusie widzę młodzież, która gorączkowo próbuje doczytać lekturę lub nerwowo wertuje podręcznik. W tym przypadku z pewnością można mówić o racjonalnym wykorzystaniu czasu, ale już nie bardzo o czerpaniu z tego przyjemności. Determinacja, by zdążyć doczytać (i na przykład nie zawalić kartkówki, sprawdzianu lub po prostu nie zarobić minusa za nieznajomość lektury) sprawia, że warunki zewnętrzne przestają się liczyć i człowiek czyta, będąc wciśniętym między podążający do pracy i szkoły tłum, niekoniecznie przy tym mając stabilne oparcie. Ale ten pęd do wiedzy… ;)
Chętnie podglądałam, co czytają w autobusach kobiety. Przyznam, że obstawiałam romanse. Ku swojemu zdziwieniu jednak kiedyś zauważyłam panią, czytającą biografie kobiet z lat międzywojnia, które zaistniały w polityce. Innym razem inna pani czytała biografię Danuty Wałęsy. To na pewno nie są lekkie i łatwe książeczki, o których treści zapomina się już podczas czytania ostatniego zdania. Raz ze zdumieniem z kolei zauważyłam pana, z zacięciem czytającego W co grają ludzie Berna. Byłam pod ogromnym wrażeniem, bo nawet siedząc w ulubionym fotelu, mając zapewniony pełen komfort otoczenia i pamiętając sporo z zajęć na uczelni, miałam chwilami kłopot, by w pełni zrozumieć tekst. A pan tak w autobusie…
Nie pamiętam większości innych tytułów; te akurat zapadły mi w pamięć, gdyż jakoś zbiegały się z moimi zainteresowaniami i planami czytelniczymi. Jednak nie stawiałam już znaku równości między literaturą łatwą a  autobusową. Z czasem, przyglądając się książkom i ich tytułom, zaczęłam niektóre zapamiętywać albo nawet szybko zapisywać. Po niektóre nawet sięgnęłam.

Jedną z takich „autobusowych” podpowiedzi była książka Śnieżka musi umrzeć Nele Neuhaus. Nazwiska autorki w danym momencie chyba nie byłam w stanie nawet dobrze rozszyfrować, za to tytuł po prostu wypalił się w mojej głowie. Moim pierwszym skojarzeniem było, że książka stanowi wariację – pewnie współczesną – losów baśniowej królewny. Serce zabiło mi szybciej, bo kocham baśnie i wcale nie uważam, że czas z nich wyrosnąć. Przeciwnie, czasem wydaje mi się, że trzeba być dużo mądrzejszym, niż jestem w tej chwili, by je naprawdę zrozumieć. O napisaniu nie wspominając. Więc widząc ten tytuł, po raz pierwszy od dawna zrozumiałam, że nie ograniczę się tylko do zapisania tytułu. Książka była z biblioteki, wyglądała na nowość (jak jest się bywalcem bibliotek, to się takie rzeczy wie J), więc następnego dnia stawiłam się w wypożyczalni i poprosiłam o Śnieżkę. Okazało się, że jest wypożyczona, więc mogę zgłosić chęć rezerwacji, ale i tak w kolejce byłam druga. Ponad miesiąc oczekiwania. Świadczyło to, że książka jest naprawdę popularna i dobrze trafiłam. Półtora miesiąca później wreszcie kolejka doszła do mnie i zaczęłam czytać. Ze zdumieniem odkryłam, że to kryminał. Jakoś wcześniej nie myślałam na temat gatunku, nie szukałam żadnych informacji. W głębi duszy hodowałam nadzieję, że jednak to baśń… ;)
Moje kontakty z kryminałami były dotychczas skąpe. Nie dlatego, że ten typ książki mi się nie podobał. Przeciwnie. Jednak długo ograniczałam się do kilku nazwisk, które znałam, i wyczytywałam dzieła tych autorów do bólu, by po jakimś czasie wracać do ulubionych pozycji lub czekać na nowość, o ile autor jeszcze pisał. Bałam się sięgnąć po coś nowego. Bałam się, że wybór będzie zły. Nie było to jednak świadome myślenie, bo przecież szybko uświadomiłabym sobie absurd. Bo co by się stało, gdyby wybór okazał się zły? Nic. J
Dzięki Śnieżce… wyrwałam się z tego zaklętego kręgu. Kryminał sam w sobie godny polecenia, bo dawno nie czytałam tak wielowątkowej intrygi, gdzie pod koniec wszystko jednak wskoczyło na swoje miejsce. Spajająca cykl – bo później się dowiedziałam, że Śnieżka... jest częścią serii – para policjantów budziła ogromną sympatię, a przedstawieni bohaterowie byli naprawdę wiarygodni. Na ogromne uznanie zasługuje również praca tłumacza. Interesuję się tym od jakiegoś czasu, tzn. kwestiami przekładu (tak ogólnie w tej chwili o tym piszę), zresztą zmusza mnie do tego niekiedy praca redaktora. I o ile z angielskojęzycznymi książkami problem w lekturze sprawia oszczędność na korekcie, to po tłumaczeniach niemieckojęzycznych zazwyczaj potrzebny jest dobry redaktor. W książce Nelehaus wszystkie te elementy zagrały, co sprawia, że książkę czyta się z zapałem i nic nie odrywa nas od śledzenia wątku kryminalnego. (Tak, ja wiem, zaraz ktoś powie, że książkę czyta się tylko po to; kto by zwracał uwagę na błędy. Niestety, najlepszą fabułę zabije niechlujne przygotowanie. I mówię to ja, która czytając niezawodowo, a dla własnej przyjemności, wyłączam tryb śledzenia przecinków i innych usterek. Jestem na takim etapie zawodu, że jeszcze daję radę).
Dzięki Śnieżce…, dzięki przypadkowej pani z autobusu, która to czytała, dzięki mojej niemożności czytania w autobusie, znowu większość wieczorów spędzam z książką w ręku. Nie tylko z kryminałami, choć chwilowo nadrabiam braki w tej dziedzinie. Kolejne części książek Neuahus (właśnie skończyłam Głębokie rany, a niedawno – Kto sieje wiatr), Mankella, Stiega Larssona… Czeka też Akunin, a za chwilę, gdy tylko ukaże się kolejna część prequela, wrócę do świata mojego ukochanego Carda.

Niestraszne mi teraz długie jesienne wieczory. J

wtorek, 22 lipca 2014

Mąż z ogłoszenia

Biblioteka jest instytucją, która samym swoim istnieniem świadczy o rozwoju kultury. Jest ona bowiem skarbnicą piśmiennictwa, przez które człowiek wyraża swój zamysł twórczy, inteligencję, znajomość świata i ludzi, a także umiejętność panowania nad sobą, osobistego poświęcenia, solidarności i prawa do rozwoju dobra wspólnego.
Jan Paweł II

Przeczytałam książkę. Wypożyczoną z biblioteki.
Te dwa fakty zasługują na podkreślenie. Ale nie dlatego, że to jakieś novum w moim życiu. Przeciwnie. Dużo czytam, za to długo nie było mnie stać na własne książki. Moi rodzice zaś, owszem, kupowali nam czasem książki, zwłaszcza widząc, jaka to dla mnie radość. Nie było jednak u nas tradycją, by wzbogacać księgozbiór (niczym w Borejkowskim kołchozie). Długo mi to nie przeszkadzało. Ot, drobna uciążliwość, gdy chciało się coś przeczytać i nie można było po prostu tego pragnienia zaspokoić. (Przypominam, że te dwadzieścia lat temu nie było np. Chomika). Nie rozpatrywałam tego w kategoriach bycia bądź nie „domem inteligenckim”, czyli lepszości bądź gorszości dla niektórych. Pierwszy raz zwróciło to moją uwagę (a w zasadzie ktoś życzliwy się postarał, żebym zauważyła) w liceum, nie dotknęło mnie jednak specjalnie. Wciąż uważałam, że skoro tak u nas jest, to widocznie musi. Zresztą nie byłam zbytnio zintegrowana ze społecznością klasową, a osoby, które sporadycznie mnie odwiedzały, nie były rozczarowane niedoborem książek.

Na studiach polonistycznych było już inaczej. Odczuwałam brak pochodzenia z rodziny inteligenckiej, ale wciąż nie zależało mi na pozorach. A szybko zauważyłam, że wiele osób dba właśnie o to: by poszczycić się domową biblioteczką (co nie oznacza zaglądania do niej systematycznie – wiem, często z braku czasu), bytnością na wystawach czy innych koncertach. Początkowo bardzo mi to imponowało i, wbrew twierdzeniu jednego z moich znajomych, starałam się nadgonić te luki. Brakowało mi jednak dobrego tutora, ale przede wszystkim – zwyczajnie pieniędzy. Trudno. Zostałam przy moich ukochanych książkach, z pozostałej oferty kulturalnej wybierając to, na co w danej chwili mogłam sobie pozwolić, przy jednoczesnej chęci poznania tego. Bez oglądania się na większy lub mniejszy „prestiż”.
Wyszło mi to na dobre, bo nie przetrwałam w środowisku akademickim. Czasem mi żal, zwłaszcza że stamtąd „nikt nie woła”. Za to wreszcie mogę wypożyczać to, co aktualnie mam ochotę przeczytać, bez oglądania się na to, czy ktoś zauważy, że znów sięgam na półkę nie tej wysokości, co trzeba.

Jednak nie zawsze jest tak łatwo przeczytać to, na co aktualnie ma się ochotę. Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora skutkuje m.in. tym, że często czytam to, co muszę, a nie – co chcę. I nieważne, czy to fabuła, książka kucharska czy poradnik młodego nurka – trzeba czytać od deski do deski. Po takiej pracy wprawdzie nieraz tym bardziej mam ochotę na „coś normalnego” – ale nie mam siły. Zwyczajnie moje oczy mówią „nie”, a gdy zlekceważę pierwsze objawy zmęczenia, to z reguły skutkuje to migreną.

Teraz jednak mamy lipiec, w wielu branżach panuje przestój, a zatem mam trochę czasu na własne przyjemności. Jedną z nich jest właśnie „czytanie dla siebie”. Któregoś dnia więc poszłam do biblioteki. Od lat szkolnych wprawdzie moja prywatna biblioteczka znacznie się powiększyła, ale wciąż nie mam wszystkich książek świata, ani nawet skromnej ich części. Biblioteka osiedlowa to zatem, moim zdaniem, świetne rozwiązanie. Szkoda, że coraz mniej osób je docenia. Zazwyczaj pojawiają się w niej uczniowie, którzy we własnych szkolnych wypożyczalniach nie znaleźli obowiązującej lektury, lub potrzebujący skorzystać z dodatkowych materiałów, jakich nie ma w internecie. Drugą grupą są starsi ludzie, mający wreszcie trochę czasu na emeryturze. Naturalnie, to moje niefachowe spostrzeżenia, nie przeprowadzałam żadnych badań, nie jestem też bibliotekarką, jedynie stałą bywalczynią, a i ja coraz rzadziej bywam.

Nie mogłam zrozumieć, skąd taka mała popularność bibliotek. Szkoda, bo przecież to wspaniały pomysł. Bardziej dziwiły mnie niż śmieszyły takie obrazki:


Niedawno jednak pewna miła i wykształcona pani, usłyszawszy, że coś ostatnio wypożyczałam, zapytała z autentycznym zdziwieniem: „To tam są dostępne obecnie wydawane książki?”. Zdziwienie moją twierdzącą odpowiedzią było wielkie…

Więc propaguję ideę czytania książek i odwiedzania bibliotek. Im więcej czytelników, tym lepszy argument, by takie miejsca dotować, co umożliwi następnie bibliotekom zakup większej ilości książek. Korzyści z tego są dla wszystkich, a ludzie przecież – wbrew negatywnym opiniom – czytają książki.

A przetrzymanie książki  choć niezalecane  na pewno nie kończy się tak:


Na zakończenie powiem, że ostatnia wypożyczona przeze mnie książka była klasycznym romansidłem pt. Mąż z ogłoszenia. Po jej przeczytaniu wiem, że zajawka na okładce została źle napisana, choć zakończenia można się było domyślić po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Miałabym też trochę uwag do korekty i składu. ;) Ale… sama intryga była rewelacyjna. Być może dlatego, że perypetie Alison, głównej bohaterki, ubawiły mnie do łez z prostego powodu: chyba tylko cudem nie przydarzyły mi się jej wpadki na randkach. W jej specyficznym talencie do przyciągania niewłaściwych facetów widziałam siebie jak żywą. W moim osobistym rankingu pierwsze miejsce zajął mężczyzna, który tak zachwycił się Alison, że... ostatecznie zdecydował się zmienić płeć. Po to, by razem, już jako dwie kobiety, mogli (mogły?) stworzyć szczęśliwy związek... :)

Polecam tę książkę jako świetne czytadło wakacyjne, naturalnie zwłaszcza dla pań. Ale przede wszystkim polecam zorientować się, gdzie w okolicy jest najbliższa biblioteka, i korzystać z niej.

Autor: Jane Graves
Tłumacz: Paulina Makles
Tytuł: Mąż z ogłoszenia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 350