Pokazywanie postów oznaczonych etykietą randka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą randka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2014

Trwaj, piękna chwilo (czyli co z Gąski wyrosło)

Przed wyjściem z domu jeszcze raz spojrzała w lusterko. Wszystko było w porządku. Fryzura się trzymała, rajstopy całe, spódnica odkłaczona. Może być, uznała i spojrzała na zegarek. No, trochę czasu jeszcze ma, nie musi biec. Ale też nie ma co przesadzać. Walczyła wciąż z tendencją do przychodzenia przed czasem, ale w drugą stronę też nie chciała przeginać. Nie lubiła się spóźniać po prostu, czuła się niezręcznie. Chociaż wielu osobom to zazwyczaj nie przeszkadza, ale przecież nie musi naśladować akurat tych, akurat w tym.
Uff, zdążyła. Wsiadła do autobusu dosłownie w ostatniej chwili. Upewniła się jeszcze, że schowała pieniądze, skasowała bilet i wreszcie usiadła. Kiedy autobus, skręcając, minął stację rowerów miejskich Veturilo, uśmiechnęła się do swoich myśli. Jak to było niedawno, a ile się zmieniło…

Wtedy jeszcze nie czuła się Aliną, tylko po prostu Gąską. Do naiwnej i prostolinijnej kobiety pasowało to określenie niestety aż za dobrze. Kiedy wiosną poznała Daniela, sądziła, że ten etap życia ma już wreszcie za sobą i przy rowerach Veturilo spotkało się dwoje dorosłych ludzi. Niestety, wniosła do tej relacji całą swoją Gąskową naturę, a i on nie okazał się dojrzalszy. Oboje nie umieli wydobyć się z przeszłości. Dodatkowo przeszłość Daniela – córka i była żona – nie potrafiła lub nie chciała zostawić go w spokoju, a on najwyraźniej emocjonalnie wciąż był związany ze swoją rodziną. Alina nie chciała, by zerwał kontakt z córką, ale obecność byłej żony bardzo ją drażniła. Tym bardziej że kobieta wcale nie chciała zostawić go w spokoju. Jednak dusiła to w sobie i nic nie mówiła do czasu, gdy Daniel postawił ją w bardzo niezręcznej sytuacji. Tłumione emocje doszły do głosu i zniszczyły to, co zaledwie się zaczynało.
Teraz, po paru miesiącach, Alina musiała przyznać, że i ona nie walczyła o tę relację, choć właśnie o to długi czas miała pretensje do Daniela. Owszem, on szukał kontaktu, chciał coś wyjaśniać, choć dosyć niemrawo i chyba bez większego przekonania. Dziewczyna jednak wiedziała, że nie dała mu szansy. Skreśliła go z dnia na dzień. Dopiero gdy poznała Wojtka, zrozumiała, że wciąż nie była gotowa na związek i podświadomie szukała czegoś, co zniszczy tworzącą się relację. Skorzystała z argumentu, że w Warszawie pojawiła się Marianna, by umieścić Daniela w jednym szeregu z Misiem i innymi, którzy ją zawiedli. Ale jednocześnie siebie ustawiła w tym samym miejscu, w którym znajdowała się kiedyś: dziewczynki, która oczekiwała nieustannego potwierdzenia, że komuś na niej zależy, bo sama nie umiała znaleźć tej pewności w sobie.

Wojtka spotkała na zakupach w sklepie. Stał za nią w kolejce do działu mięsnego. Zauważyła go dopiero wtedy, gdy usłyszała za sobą parsknięcie śmiechu. No tak, właśnie próbowała dowiedzieć się od pani, który kawałek mięsa będzie lepszy dla kotów. Pani patrzyła z ogromnym dystansem, więc dziewczyna mruknęła pod nosem – ale najwyraźniej nie dość cicho – że w takim razie spyta się kotów, co wolą. Śmiech wcale jej nie speszył. Zdawała sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć dziwnie, zresztą nie pierwszy raz przy „kociej” okazji rzucała takimi bon motami. W jednym zoologu powiedziała kiedyś, że się okociła, zamiast – dokociła. Obecna wypowiedź to w zasadzie drobiazg. Uśmiechnęła się do pana i odeszła.
Dogonił ją przy wyjściu. Okazało się, że mieszka niedaleko i ma psa. Zapytał, czy lubi psy, czy tylko koty. Zaproponował spacer we trójkę. Najpierw nie chciała się zgodzić, ale… w sumie… to tylko spacer. Obiecał, że nie będzie wyciągał jej rankiem, tylko zgłosi się w bardziej przyjaznej porze. Wymienili się numerami i pożegnali. Dopiero w domu dziewczyna zorientowała się, że pod brodą zrobił jej się placek z fluidu. Niewielki, ale zawsze… Poza tym „dość fantazyjnie” zawinęła jej się grzywka. Pomyślała, że pewnie już nie zadzwoni… Ale znów, z drugiej strony, on też wyglądał tak… zwyczajnie. Przecież byli na zakupach! Poza tym, chociaż rozmowa była miła, to nie było w niej typowych flirciarskich tekstów i podtekstów. Może dlatego, że rozmawiali głównie o swoich czworonożnych pupilach. A, zobaczy się.

No i zobaczyła. Zaprosił ją na spacer z psem kilka dni później. Rzeczywiście, mieszkał niedaleko. Potem odprowadził pod blok, pożegnał się… i poszedł. A potem znowu zadzwonił i wyciągnął na spacer, potem jeszcze raz… potem ona zadzwoniła, a on się zgodził na towarzystwo. Czasem wychodzili bez psa – śmiali się, że wyprowadzają się wzajemnie. Nieraz myślała, że mogliby pójść do jakiejś kawiarni albo mogłaby zaprosić go do siebie… w końcu robiło się coraz chłodniej. Z drugiej strony, nie chciała niczego przyspieszać. Nie chciała myśleć, nie chciała planować, ani nawet marzyć. Chciała się cieszyć chwilą.

A dzisiaj mieli pierwszy raz od półtora miesiąca wybrać się gdzieś razem. Jakaś wystawa w Centrum Sztuki Współczesnej, coś związane z jego pasją… Od razu powiedziała, że nie jest bywalczynią i nie zna się na sztuce. Sama w swoim głosie czuła nutkę agresji, jakby wyzywała go, by zareagował na tę niewiedzę i bezczelne przyznanie się do niej. Ale Wojtek chyba nie usłyszał, a Alina nagle zapomniała, po co tak robi. Umówili się na przystanku niedaleko CSW i autobus właśnie dojeżdżał na miejsce. Zobaczyła przez okno, że już jest i czeka na nią. Uśmiechnęła się, wysiadając z autobusu, a ten uśmiech odbił się w jego pięknym, skierowanym tylko do niej uśmiechu…

czwartek, 22 maja 2014

Przy rowerach (1/10)

Gąska stała przed szafą i mierzyła się z typowo kobiecym dylematem: w co się ubrać? Jak zwykle, w szafie pełno ubrań, ale ona nie ma co na siebie założyć. Chyba trzeba będzie iść na zakupy… Tylko jasne, że wtedy, gdy czegoś potrzeba, to w sklepach nic nie ma. Nawet za pieniądze, których zwykle by nie wydała na byle ciuszek, nic się nie podoba. Zamknęła więc oczy, policzyła do pięciu… potem do dziesięciu. A potem otworzyła oczy i zamknęła szafę. Usiadła na krześle przy biurku i dopiła resztę herbaty. Dokładniej, to zamierzała ją dopić, ale ręce nie chciały jej słuchać i wylała większość płynu na blat. „Kurrrr…. czę!” – skończyła elegancko, bo nawet będąc sama, nie lubiła bluzgać. A teraz tym bardziej musiała się kontrolować i być nieskazitelną damą.
Gąska szykowała się na randkę. Sama nie wierzyła, że się zdecydowała na nią pójść. Po tylu nieudanych próbach znów spotkała kogoś, komu postanowiła spróbować zaufać.
Jak zazwyczaj w takich sytuacjach, największą rolę odegrał przypadek. Chyba szczęśliwy… Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Postanowiła wreszcie odważyć się i spróbować wypożyczyć rower z miejskiego systemu Veturilo. Obczaiła w internecie, co i jak, założyła konto, zapłaciła kaucję. To była ta łatwiejsza część. Ale postanowiła nie zwlekać z praktyką i któregoś wczesnego wieczoru stała przy automacie i powoli, z namysłem wstukiwała kolejne cyferki. Coś oczywiście poszło nie tak, system buczał, że kod nieprawidłowy, że nie ma takiego roweru, że nie ten pin… Miała już łzy w oczach. Jak można być takim głupim, żeby nie móc roweru wypożyczyć, bo co? Pinu zapomniałam? Ja, która pamiętam do dzisiaj wszystkie cyfrowe dane Misia (pesel, numer telefonu, ba! login cyfrowy do konta bankowego…), ja czegoś zapomniałam? Najwyraźniej jednak nie pamiętała. Zrezygnowana już odchodziła od stanowisk rowerowych, gdy podszedł on. W pierwszej chwili nawet nie usłyszała, że ktoś ją woła. Zatopiona w niewesołych myślach na swój temat, odchodziła, jednocześnie szukając w przepastnej torbie empetrójki, pilnując zarazem, żeby nie rozsypać na chodnik całej zawartości. Tak była skupiona, że dopiero kolejne głośne: „Proszę pani” (potem się dowiedziała, że czwarte), wyrwało ją z zadumy. Obejrzała się i zobaczyła, że przy rowerach stoi jakiś starszy mężczyzna. Na oko czterdziestoletni, ale ona już swoim oczom nie ufała. ;) Wrodzona kultura jednak kazała przeprosić za swoją nieuwagę. Automatycznie się uśmiechnęła, choć czuła się bardzo niezręcznie. Wiedziała, że nie wygląda za ciekawie. Pomijając wrodzone niedoskonałości, strój był przystosowany do jazdy na rowerze, a nie do nawiązywania znajomości.
„Ale zaraz, jakich znajomości. Pewnie zauważył, jak się szarpię z tymi rowerami”. Istotnie, nieznajomy chciał jej pomóc. Szybko okazało się, że Gąska prawidłowo pamięta wszystkie dane, tyle że… źle je wprowadzała. Ot, czeskie błędy, w tym wypadku jednak miały zasadnicze znaczenie. Podziękowała i wsiadła na rower, a on poszedł w swoją stronę. Nawet się nie przedstawili.
I byłaby o tym zapomniała, gdyby nie to, że jazda na rowerze jej się spodobała,  a on najwyraźniej mieszkał gdzieś blisko, bo zaczęli się widywać w tej okolicy. Gąska jednak w ogóle o tym nie myślała. Nie miała złudzeń, że mężczyzna w tym wieku (tzn. szacowanym przez nią) musi mieć jakieś zobowiązania. A jeśli nie, to jeszcze gorzej. Tak czy siak, nie jest dla niej ani ona dla niego. Wprawdzie ze dwa razy przed wyjściem na rower, gdy już skojarzyła, że i on się tam pojawia, uczesała się wymyślniej, a na usta nawet nałożyła błyszczyk (na rower się nie malowała, po co?), ale wtedy akurat go nie spotkała. Poza tym, rzeczywiście ten błyszczyk by coś zmienił…
Wreszcie jednak nadszedł dzień, gdy do niej podszedł. Tak po prostu. Po skończonej jeździe, gdy oddała już rower i sprawdzała rozkład jazdy (niestety, żadna stacja rowerowa nie była blisko jej osiedla) i zastanawiała się, czy czekać, czy jednak podejść choć kawałek piechotą, zauważyła, że ktoś się jej przygląda. Kiedy tylko zauważył, że go dostrzegła, podszedł do niej.
– Cześć, jestem Daniel.
Okazało się, że już od dłuższego czasu chciał ją poznać. Niedawno przeprowadził się do Warszawy, w której od pewnego czasu pracował. Posada była na tyle dobra, że zdecydował się na wynajem mieszkania, w perspektywie – może i na kupno. Jednak wszystko ma swoją cenę, a dobra praca oznaczała mało czasu na życie prywatne. Nie chciał mieszać relacji zawodowych z prywatnymi, więc poza pracą nie spotykał się z kolegami z biura (ani koleżankami, dla ścisłości). Wychodził więc wieczorami sam, czasem na rowerze, czasem – z perspektywy pieszego zwiedzać okolicę. Trochę biegał, ale nie znał jeszcze dobrych miejsc, by uprawiać ten sport. Gąskę zauważył z powodu jej nieporadności, ale nie zwrócił na nią większej uwagi. Dopiero gdy pewnego wieczoru obserwował, jak kolejny raz wypożycza rower, dostrzegł niesforny kosmyk włosów wymykający się z niedbałego upięcia – i jakoś go to wzruszyło. Rozczuliło. Szybko się z tego wzruszenia otrząsnął, ale pamięć o tym, jakie to zrobiło na nim wrażenie – została. Pomyślał, że może jest to kobieta z duszą dziewczyny – a takiej szukał już długo. Nie miał pewności, więc postanowił ją zdobyć. Sposób był tylko jeden. Trzeba było podejść i zagadać, a następnie – umówić się na jakieś spotkanie. I tak zrobił.
Z tego powodu Gąska stała przed szafą i dylematem: w co się ubrać. Daniel zaproponował spotkanie, które miało być pojutrze. To strasznie mało czasu, myślała, żeby się przygotować. I zdecydować, w czym pójdzie. Rozmyślania przerwał dźwięk sms-a. „Cześć, za godzinę będę wolny, dzisiaj kończę wcześniej. A może byśmy się wcześniej spotkali? Powiedzmy, za dwie godziny. Przy rowerach?”. „Tak”, odpisała od razu. Nagle wszystko zrobiło się prostsze. „To już zaraz”, myślała. „Spotkamy się i będzie wiadomo, czy to ma sens”. Nie precyzowała, co.

Godzinę i dwie lampki wina później była już gotowa do wyjścia. Pięć godzin później kładła się spać  spokojna i uśmiechnięta. „To chyba wreszcie ten”, pomyślała i zasnęła…


Ciąg dalszy nastąpi...