Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 listopada 2014

Sprawa Romana P. u Lisa

Program: Tomasz Lis na żywo. Dyskusja na temat sytuacji Romana Polańskiego i kwestii, czy wydać go Amerykanom. Znowu jestem zdziwiona. Jeden z gości podważał w ogóle fakt gwałtu. A przepraszam, czym innym jest wykorzystanie trzynastolatki? Przede wszystkim jednak dziwi mnie w ogóle roztrząsanie tego tematu. Według mnie sprawa jest oczywista. Dokonał czynu zabronionego, uciekł w czasie zwolnienia za kaucją, co według prawa amerykańskiego skutkuje dożywotnim ściganiem i brakiem przedawnienia. Nad czym tu debatować?
A jednak rozmowa trwała. Zaproszeni goście przedstawili różne aspekty i wyciągali różne oblicza tego tematu. Ewa Wanat mówiła o tym, jak ważną informacją społeczną jest wyciąganie konsekwencji wobec sprawcy gwałtu. Nieukaranie sprawcy jest wyraźnym sygnałem dla przyszłych ofiar, że ich krzywdziciele nie poniosę za to żadnej kary. Na uwagę innego gościa, że ten konkretny Polański poniósł już karę., bo jest napiętnowany, bo cierpiał, bo przeszedł piekło, zripostowała bardzo celnie: sam był tego przyczyną.
Aleksander Pociej i Janusz Głowacki prezentowali natomiast poglądy, rzekłabym, niepokojące. Pierwszy z wymienionych panów, chociaż mecenas, bardzo chętnie przychylał się do poglądu, by jednak nie robić z tego wielkiej sprawy. Podpierał się oczywiście przepisami prawa, ale widać było, jak blisko mu do zdania, by zostawić Polańskiego w spokoju, a już na pewno nie wydawać go Amerykanom. Zdecydowanie wypowiadał się w ten sposób Janusz Głowacki. Nie podobało mi się u obu panów to, że w swoich wypowiedziach nawiązywali do chrześcijańskiej (to słowo padło) wartości – wybaczania. Świetnie, ale co z ofiarą? Skoro sprawcy sumienie pozwoliło na czyn łamiący przecież Dekalog, to ona powinna i tak wybaczyć? Może jeszcze przeprosić? (Niestety, są kultury, gdzie tak się dzieje…). Ale przede wszystkim: nie mieszajmy prawa z poglądami religijnymi, bo to się dobrze nie skończy.
W tej dyskusji najbardziej odpowiadało mi stanowisko Romana Giertycha. Przedstawił on po prostu sytuację prawną zdarzenia, odnosząc się również do porozumień polsko-amerykańskich (w końcu do gwałtu doszło w Ameryce). Nic więcej, niż mniej. I tak, moim zdaniem, ta sprawa winna być oceniana. Bo gdyby to nie był znany człowiek, światowej sławy reżyser, milioner? To co wtedy? Prawo powinno być równe wobec wszystkich. Giertych wypowiadał się spokojnie, choć nieco się uniósł, gdy Głowacki zakwestionował termin „gwałt”. Jego zdaniem to za mocne określenie dla tego zdarzenia. Nie wiem, czy rzeczywiście ten pan ma takie poglądy, ale wyglądało mi to na chwyt retoryczny, bo oburzenie mecenasa natychmiast próbował wyeksponować. Spięcie między panami było krótkie i za chwilę nie pozostał po nim ślad.
Ogólnie dyskusja była niemrawa i – moim zdaniem – trochę bezprzedmiotowa. Bo i co z tego gadania? Zresztą, większość tego typu programów (nie tylko ten konkretny) prezentują ten sam poziom. Czasem, dla podkręcenia atmosfery, zestawia się sprawdzonych oponentów (jak Kazimiera Szczuka i Tomasz Terlikowski czy Beata Kempa i jakikolwiek mężczyzna), ale to też się powoli opatrzyło. Tematy ledwo muskają meritum problemu. Kilka tygodni temu w studiu Lisa była rozmowa o wielodzietności. Dlaczego Polki nie chcą rodzić dzieci. Zaproszone do studia mamy, mające dwoje lub więcej dzieci, były pytane, jak sobie radzą. „To przecież ogromne logistyczne wyzwanie”, unosił się z zachwytu Lis, kierując te słowa do Małgorzaty Terlikowskiej, mamy piątki dzieci. Czekałam na pytanie: czy panie dają radę finansowo? Nie padło. Jedna Ania Mucha wspomniała o pieniądzach, ale nie zostało to podjęte. A przecież, jak się ma pieniądze, to i przedszkole się ogarnie.
Innym razem słuchałam dyskusji czterech prawników. Po dwudziestu minutach zrozumiałam, że nie dowiem się niczego na temat mającej właśnie wejść nowelizacji danej ustawy (czy czegoś tam), a to mnie właśnie ciekawiło, bo chciałam wiedzieć, o co w zasadzie chodzi. Nic z tego. Panowie rozkoszowali się własnymi głosami i kunsztownie budowanymi zdaniami… pardon. Prawniczym bełkotem. Wtedy wyłączyłam telewizor i pogrążyłam się w zadumie. Efektem było odkrycie na miarę Kolumba: z takich programów niczego człowiek się nie dowie. Szkoda czasu na ich oglądanie.

Więc nie oglądam. Słucham wieczorami, jednocześnie bawiąc koty, ogarniając wieczorem mieszkanie, odpisując na smsy czy po prostu relaksując się przy kompie. A w tle leci dyskusja, za którą gościom i – przede wszystkim – prowadzącemu płaci się z pewnością niemałe pieniądze. I niczemu innemu to nie służy.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Niedzielny sprzedawca

Podobno nauczyciele mają podpisywać deklarację wiary (więcej pod TYM ADRESEM). Na początku, gdy usłyszałam o tym po raz pierwszy, pomyślałam, że to jakiś żart. Bo przecież wiele ich się pojawiło po słynnej przecież aferze związanej z decyzją prof. Chazana. Jednak, jako że wszystko jest możliwe (kto się spodziewał przy ostatnich wyborach do naszego parlamentu takiego poparcia dla Janusza Palikota albo niedawno – przy okazji eurowyborów – dla Janusza Korwin-Mikkego?), to chyba troszkę to pośledzę. Akurat deklaracja nauczycielska mnie specjalnie nie dotyczy – nie uczę już w szkole, a dzieci też nie mam, by je tam posyłać. Mimo to zastanawiam się, jak daleko pójdziemy w tym absurdzie.
To nie jest tak, że chciałabym, aby ludzie wyrzekali się swoich zasad. Ale żyjemy w państwie świeckim, nie obowiązuje żadna konkretna religia. Każdy ma prawo do wyznania, jakie uważa za słuszne. Jak więc teraz – w miejscu publicznym – pogodzić zasady katolika, świadka Jehowy czy też żyda? Już przy debatach nad klauzulą sumienia lekarzy zwróciło moją uwagę, że praktycznie sprawa dotyczy podejmowania przez lekarzy decyzji w związku z antykoncepcją i aborcją. Przynajmniej te dwie kwestie zostały medialnie nagłośnione. Oczywiste, gdyż są to sprawy, w których Kościół katolicki głosi zasady, często stojące w sprzeczności z zachowaniami powszechnymi w dzisiejszym świecie. Rozumiem i szanuję ludzi, którzy chcą żyć w zgodzie z tymi naukami. Tylko… jeśli słyszę w telewizji wywiad z panią doktor (nie był to przebrany profesor Chazan), która twierdzi, że prawo boskie jest ponad przepisami prawa, to zaczynam się bać. Niezależnie od swoich prywatnych poglądów. Bo co, jeśli ja lub ktoś z moich bliskich podczas operacji będzie potrzebować transfuzji, a operujący lekarz powie, że nie zgadza się na to jako świadek Jehowy? Jakim prawem ktoś ma decydować o moim życiu?
No dobrze, powie obrońca tych deklaracji wiary, ale to są zasady, których ten człowiek pragnie przestrzegać. Proszę uprzejmie. Tylko niech zmieni zawód. A jeśli nie, to czemu w takim razie deklaracji wiary nie zaczną podpisywać sprzedawcy w sklepie, którzy muszą pracować również w niedzielę? Przecież to również łamanie zasad Kościoła. Czy ktoś wyobraża sobie taką rozmowę z pracodawcą? Jego reakcja wydaje mi się aż nazbyt oczywista.
Nauczyciele, którzy chcą uczyć zgodnie ze swoim światopoglądem, mają jeszcze łatwiej. Otóż zawsze mogą iść uczyć do szkół wyznaniowych, a już najlepiej – jako katecheci/katechetki. Tylko cichutko przypomnę, że jeśli pozostaną przedmiotowcami, to nawet w przyzakonnej szkole obowiązuje podstawa programowa (jeśli się mylę, proszę mnie poprawić).

Tak w ogóle, to sądzę, że wszystko, co powyżej napisałam, dla zwykłych ludzi jest oczywiste. Problemy z „klauzulą sumienia” (spotkałam się kiedyś z zapisem: „klauzura sumienia” :P) tworzą chyba ci, którzy mają na to czas. I nie wiedzą, co z tym zrobić, bo nie muszą łamać sobie głowy, z czego zapłacą rachunki za miesiąc. Naprawdę, nie wracajmy znowu do dyskusji, czy na Wiejskiej powinien wisieć krzyż. 

niedziela, 20 lipca 2014

Krótkie słowo w niedzielę

„Dziwny jest ten świat, gdzie... człowiekiem gardzi człowiek”.

Z tym się zgadzam. To był punkt wyjścia niedzielnego kazania.

Nie podobało mi się jednak zestawienie ostatniej tragedii – zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych nad Ukrainą – z katastrofą Tu-154 w 2010 roku. Oczywiście, oba zdarzenia były tragiczne w skutkach, ale jednak przywoływanie ich obok siebie może sugerować – być może niezamierzenie w opinii osoby, która o tym w taki sposób mówiła – że katastrofa smoleńska była w rzeczywistości zamachem. Na ile udało mi się być na bieżąco z kolejnymi ustaleniami w tej sprawie, teza taka nie została potwierdzona. Oba zdarzenia łączy miejsce – tereny należące do Ukrainy, ale nic więcej. A przecież katastrof samolotów pasażerskich było w historii więcej, z pewnością również w tamtej przestrzeni powietrznej.

Zirytowało mnie również ukazywanie profesora Chazana jako wręcz męczennika, który ponosi konsekwencje (odwołanie ze stanowiska dyrektora warszawskiego szpitala) z powodu swojej heroicznej, moralnej postawy. Chyba nie ma kogoś, kto nie wie, o co chodzi. Absolutnie nie podejmuję się oceniać, czy miał rację, a już na pewno nie napiszę, co sądzę o aborcji. Jestem szczęśliwa, że udało mi się do tej pory nigdy nie stanąć wobec takiej decyzji. Tyle że rzucanie gromów na prezydent Warszawy, która go tego stanowiska pozbawiła, wydaje mi się co najmniej niestosowne. Gromy rzucają oczywiście ci, którzy uważają, że sumienie jest ponad prawem, a pani Gronkiewicz-Waltz, jako katoliczka, powinna za swoją decyzję być ekskomunikowana. Usłyszałam to w mediach.


Szkoda, że właśnie to, a nie ewangeliczne przypowieści, było tematem kazania.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Komentarz do wpisu „Powrót Króla lub upadek Rzeczypospolitej”

Z zainteresowaniem przeczytałam tekst Powrót Króla lub upadek RzeczypospolitejAutor bardzo celnie odwołuje się do konkretnych faktów historycznych z dziejów Polski i świata. Z nich wynikają nie dla wszystkich oczywiste tezy:

1) Polska była najsilniejsza, gdy głową państwa nie był człowiek wywodzący się z Warszawy lub Poznania czy Gniezna. Polska swoje najpiękniejsze lata miała wtedy, gdy rządzili synowie Giedymina.
2) Rzeczpospolita zawsze największe zwycięstwa odnosiła razem z Litwą i Ukrainą. Przez Litwę rozumiem tutaj nie Żmudź, która dzisiaj przypisuje sobie wyłączne prawa do dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego – lecz przede wszystkim Białoruś.
3) Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy.
4) Im silniejsza była władza magnaterii i szlachty – tym słabsza była Rzeczypospolita. Dzisiejsze partie polityczne, w których rodzinne klany przesiadając się z jednej partii do drugiej nadal pełnymi garściami grabią majątek narodowy – to właśnie dzisiejsza szlachta i magnateria.
5) Konflikty zawsze wybuchały na początku wieku.

Powyższe punkty są cytatem z tekstu Autora, ja zaś wyróżniłam dla mnie najistotniejsze z istotnych wnioski. Moim zdaniem najtrafniejsze jest przesłanie punktu czwartego, niestety. Pamiętając bowiem konsekwencje, jakie z tego faktu poniosła Polska, trudno nie patrzeć z obawą w przyszłość. Radą na to byłaby – moim zdaniem – jedynie silna władza centralna. A może wystarczyłby sprawniejszy aparat państwowy? Ten, który już mamy, ale działający bez opóźnień, niepodlegający naciskom mediów i innych instytucji, reprezentujących interesy inne niż dobro państwa, po prostu – skuteczny? Być może wtedy pochodzenie głowy państwa nie byłoby czynnikiem kluczowym (to swoją drogą ciekawa teza).
Opinię, iż te konkretne alianse były dla Rzeczpospolitej wyznacznikiem jej sukcesu, a zatem powinna je kontynuować, chyba bym jednak przemyślała i podchodziła do tej tezy ostrożnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o Ukrainę. Polska, moim zdaniem, powinna bardziej się skupić na zadbaniu o swoje relacje z mocarstwami sąsiednimi, które już nieraz potrafiły nam udowodnić, jak bardzo się z nami nie liczą. Nie chodzi mi przy tym wcale o zaskarbianie ich łask, ale wypracowanie takiej niezależności ekonomicznej, która pozwoliłaby na zmniejszenie obaw w rodzaju: „Co będzie w razie konfliktu”. Jednocześnie, po raz kolejny historia powinna przypomnieć, że ład i silna władza w państwie zniechęcają potencjalnych agresorów do podjęcia działań przeciwko nam. Tymczasem mam wrażenie, że wciąż bardziej popularne jest myślenie: „Nierządem Polska stoi”. Przeszłość wykazała już fałszywość takiego rozumowania. Obecna tzw. afera taśmowa to kolejny kamyczek do tego ogródka. Jeśli więc politycy i media nie wyjaśnią do końca tej sprawy, może to stanowić dla państw sąsiednich ważną wskazówkę na temat chaosu w naszym kraju. Cóż z tego, że premier otrzymał wotum zaufania? Albo to politycy innych państw nie wiedzą, ile to znaczy?

Dzisiaj nie możemy mieć złudzeń, że XXI wiek będzie inny, ponieważ właśnie zamykamy stary cykl i wkraczamy w nowy, który tym razem zaczyna się od agresji Rosji na Ukrainę” – czytamy na blogu J.N. Rożyńskiego. To jest bardzo prawdopodobny scenariusz i zamknięcie na to oczu nie sprawi, że problem zniknie. Warto się nad tym zastanowić.


Cały tekst znajduje się na stronie JAROSŁAWA N.ROŻYŃSKIEGO Czas na głos nowego pokolenia Polaków w XXI wieku!

poniedziałek, 23 czerwca 2014

(Nie)politycznym okiem

Chyba już wszyscy wiedzą, co się dzieje obecnie w naszej polityce. Nawet ci, którzy zazwyczaj się tym nie interesują, ew. siedzą w Bieszczadach. A jeśli ktoś sobie nie zadał trudu, by przeczytać opublikowane zapisy nagrań, to cytaty wylewają się z mediów, a nowe memy na ten temat powstają w internecie w mgnieniu oka.
Oczywiście trudno się dziwić, że temat budzi emocje. Bo chociaż niby wszyscy zdajemy sobie sprawę, że politycy nas… jak to elegancko powiedzieć…? – cyckają (może być? Mój kolega z liceum tak mówił. Kiedy znów okazywało się, że jakieś obietnice nie zostaną dotrzymane, kolega mówił: „Znowu nas wycyckali”), to jednak przykro tak się o tym dowiedzieć wprost.
Należę do tego grona osób, które nie przeczytały pełnego zapisu podsłuchanej rozmowy – chociaż czytać zasadniczo lubię. I nie z powodu niechęci do wulgaryzmów, których tam podobno cała masa. Skąd niby miałam o tym wiedzieć, skoro nie czytałam? Ale myślę, że streszczenie całej sprawy przez media w pełni zaspokaja moje potrzeby. Nie muszę wiedzieć nic więcej. To, czego się dowiedziałam, wystarczy mi aż nadto.

Jestem przeciętną Kowalską, ale z podgrupy idealistów. Nie, nie mam złudzeń, że politycy są nadludźmi, którzy działają z pobudek czysto bezinteresownych. Mimo wszystko ogromną przykrość sprawia pozbawienie złudzeń, że są choć ludźmi przyzwoitymi. Od teraz nie mam już wątpliwości, że rządzą nami – Polakami – ludzie prymitywni, którzy nawet nie ukrywają swojej pazerności i zachłanności na pieniądze i władzę (a jedno wiąże się z drugim). Jednocześnie są tak głupi, że nie potrafią czy nie chcą tego ukryć, wierząc w swoją bezkarność. (No chyba wiedzą o czymś takim, jak podsłuch? Mało już było tego rodzaju afer, w Polsce i na świecie?). I chyba najgorsze, w mojej ocenie, jest to, że mają rację. Bo jaka jest alternatywa…? Że będą musieli podać się do dymisji? Przecież następni, których wybierzemy my – społeczeństwo demokratyczne – nie będą przecież lepsi. A jeśli nawet znajdą się tacy, to też nie na długo. Albo będą musieli odejść, albo się dostosować, taka jest prawda.

Temat jest ważny i trudny. Sprawa ma w ogóle dwa aspekty, bo jedna rzecz to sama sprawa podsłuchu – kto, dla kogo, jak? (O etyce w tym przypadku chyba nie ma sensu przypominać). Ale z drugiej, może i dobrze się stało (i to nie tylko moje zdanie), że te nagrania ktoś zrobił, bo się czegoś dowiedzieliśmy o tym, co naprawdę myślą ludzie, na co dzień wygłaszający okrągłe, poprawne polityczne i nadające się do cytowania słówka. I wciąż nie to jest najgorsze. W końcu żadne wielkie zaskoczenie: afera w polityce, też mi nowina. Nawet nie podpisałabym się w żadnym referendum za wcześniejszymi wyborami, myślę też, że chyba po raz pierwszy od dawna świadomie je zbojkotuję – nie idąc albo oddając nieważny głos. Bo nie ma sensu.
Niestety, według mnie najgorsze jest to, że ta sprawa przyschnie jak wiele innych. I nie wyciągniemy – my, obywatele, i oni, rządzący – konstruktywnych wniosków na przyszłość. Niewiarę tę opieram niestety na znajomości historii. Tak, większość z nas uważa, że ją zna, i pławi się w poczuciu krzywd, jakich Polska i Polacy doznali, a zarazem bohaterstwa, jakie wielokrotnie i na różnych frontach musieliśmy okazywać. Tyle że nie chodzi mi o tylko historię minionego wieku, a dużo wcześniejszą – mianowicie, historię Polski szlacheckiej. Ktoś powie: a co to ma do rzeczy? Czasy się zmieniły, jest inaczej. Otóż nie. Czasy może i są inne, ale ludzie – wciąż mają tę samą mentalność. Ludzie, a konkretnie my, Polacy. Jest w nas wiele cech, które niestety nie służą ogólnemu dobru. Gorzej – przyczyniają się do kolejnych klęsk. Cytat z Kochanowskiego: „Nową przypowieść Polak sobie kupi / Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”(księgi wtóre, pieśń V), wciąż jest aktualny. A przecież poeta pisał to w szesnastym wieku! Nie umiemy wyciągać wniosków z porażek, niestety. Przy tym nie lubimy słuchać cudzych rad, za to łatwo nas ogłupić pochlebstwem i pustymi zaszczytami. Tak było i jest. Zamiast wzmocnić władzę centralną, uczynić ją silną i sprawną, koncentrujemy się na zdobywaniu przywilejów i niestety – źle rozumianej wolności.

Zwłaszcza ten ostatni problem jest ważny i widoczny w naprawdę przeróżnych dziedzinach życia. Być może, jest to konsekwencją tego, że tak naprawdę wolni we własnym kraju jesteśmy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Nie pamiętam komuny na tyle, by mówić o swoich doświadczeniach z reżimem, ale wierzę, że brak cenzury, otwarcie granic, coraz większa swoboda życia – to wszystko uderzyło ludziom do głowy. I stopniowo zapomnieli, że wolność to nie tylko prawa, przywileje – ale i obowiązki. Co jednak mówić o przeciętnych ludziach, skoro politycy najwyraźniej zapomnieli, że władza to nie zaszczyty, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność wobec siebie i narodu. Brzmi górnolotnie i patetycznie, wiem. Ale czy to coś złego? Wolałabym słyszeć więcej takich fraz, a nie frazesów, którymi jesteśmy na co dzień częstowani. I zdecydowanie chętniej przeczytałabym nawet opinię ministra Sikorskiego na temat naszego sojuszu ze Stanami (swoją drogą, sądzę, że tu akurat wiele osób myśli podobnie…), gdyby zawierała klasyczną polszczyznę, taką, jaką kiedyś zwaną ogólną. Szkoda, że to już nie te czasy…
Jeśli tak dalej pójdzie, to nie skończy się to dobrze dla nas. Nie wiem, czy wojną, czy rozbiorem, czy sami się wykończymy – podatkami i aferami. Mam za to granitową pewność, że moje słowa nic tu nie zmienią. Mogę tylko słuchać, co mówią w mediach – ale tego też mam pomału dość. Pewnie nie ja jedna. Przecież to nie pierwsza sprawa z podsłuchem, jaka zdarzyła się w naszym rządowym światku. I co wynikło z poprzednich? Co się zmieniło na lepsze? Pytam retorycznie. Z jednej strony, oczywiście dobrze, że tego typu sprawy są nagłaśniane przez media. Tak samo jak inne trudne, bolesne kwestie, związane z ludzkimi cierpieniami. Tyle że z drugiej – nic specjalnie z tego nie wynika (poza tym, że media mają temat i poczucie zrealizowanej misji). Pogadają, pogadają, tego zdymisjonują, tamtego awansują – a ja dalej cieszę się, że moja wegetacja przebiega bez zakłóceń, bo niektórych nawet na to nie stać. Chciałabym się mylić, chciałabym, żeby to był jakiś punkt zwrotny. Tyle że w to nie wierzę.

Można by podsumować modnym ostatnio cytatem, z czego tylko „… i kamieni kupa” nadaje się do przytoczenia. Ale znalazłam taką myśl Piłsudskiego (który, jak wiadomo, też nie przebierał w słowach[1]) – a może to dowód na to, że istnieje życie pozagrobowe, a nasze modlitwy zostaną prędzej czy później wysłuchane?:)
Myślałem już nieraz, że umierając, przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, aby nie przysyłał Polsce wielkich ludzi.
 Józef Piłsudski w rozmowie z Arturem Śliwińskim, 23 listopada 1931

A już tak zupełnie na koniec. Czy poruszenie wśród, związane z ta sprawą, nie jest tak duże przypadkiem dlatego, że ci, których głosy szczęśliwie nie znalazły się na odsłuchiwanych taśmach, boją się, że i na nich są jakieś nagrania? A już na pewno cieszą się, że tym razem na nich nie padło, wiedząc, że to po prostu fart, a nie, że zachowują się inaczej. I dlatego na wszelki wypadek jedni potępiają sprawę i sprawców w czambuł, i domagają się przedterminowych wyborów, a drudzy – lekceważą temat, że w sumie nic się nie stało. Nie wiem, nie znam się, Kowalska jestem. Ale na pewno większość szych politycznego świata gorączkowo się teraz zastanawia, co mówił, zwłaszcza podczas zakrapianych kolacji. I kto mógł to nagrać... Może i dobrze, że trochę nad tym pomyślą. Od czegoś trzeba zacząć. Jak się rozpędzą, może wymyślą coś mądrego. Trzeba być optymistą (co nam pozostało?) ....



[1] Np. słynne powiedzenie: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

wtorek, 25 marca 2014

O (nie)równości społecznej

W sejmie trwa protest rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych. Domagają się podwyżki obiecywanych świadczeń do wysokości pensji minimalnej (umknęło mi – brutto czy netto?) oraz uznania ich pracy za pracę zawodową. Na etacie. Podobno rozmowy trwają, premier jest otwarty na te postulaty, obiecuje rozpatrzeć, przyjrzeć się temu i na pewno nie zostawić samych sobie, a minister Kosiniak-Kamysz temu przytwierdza i obiecuje, że na pewno będzie lepiej. Tymczasem protestujący idźcie do domów. A oni nie idą, bo jeśli wyjdą, to pewnie rząd o obietnicach zapomni. Albo i nie, ale będzie odwlekał to w nieskończoność.
Cieszę się ogromnie, że nie jestem tam, na sejmowym korytarzu, bo to znaczy, że i ja, i moi bliscy jesteśmy zdrowi i sprawni. I możemy sami na siebie zarobić, sami się utrzymać. W każdym razie – teoretycznie.
Kiedy pierwszy raz straciłam pracę, nie poszłam zarejestrować się do urzędu. Nie wiedziałam, jaki przysługuje mi zasiłek (i czy w ogóle), a dostałam zlecenie, które zapewniło mi jakieś pieniądze na kilka miesięcy. Potem znalazłam pracę na etacie. Po pół roku jednak umowa wygasła, nowej nie zaproponowano. Pamiętam jak dziś, jak ogromnie bezradna się wtedy poczułam. Nie poszłam do urzędu pracy, by się zarejestrować, bo wierzyłam, że uda mi się znaleźć przynajmniej jakieś zlecenie, by dorobić. Wiedziałam zaś, że pobieranie zasiłku i jednoczesne zarabianie jest niezgodne z prawem. Nie wiedziałam natomiast, że w takiej sytuacji po prostu mogłam się wyrejestrować, by po wygaśnięciu terminu zlecenia zarejestrować się ponownie. Niby czytałam regulamin, prawa i obowiązki bezrobotnego, zasady rejestracji itepe, ale mimo wykształcenia humanistycznego i ogólnego – wydawałoby się – polotu czytanie ze zrozumieniem przepisów, ustaw i zasad biurokratycznych przerasta moje możliwości. Z kolei obawiałam się pójść po prostu do urzędu i uzyskać te informacje na miejscu, bo przede wszystkim nie wierzyłam, że jest tam ktoś, kto zechce mi cokolwiek wyjaśnić. Dodatkowo obawiałam się, że zostanę potraktowana jako kombinatorka, wpiszą mnie na czarną listę i nie będę miała nawet ubezpieczenia. Więc tak trwałam w niebycie – bez zatrudnienia, bez ubezpieczenia (ogromnie bałam się wtedy jakiegoś urazu, w wyniku którego mogłabym trafić do szpitala), bez zarobku, przejadając oszczędności w wynajmowanym mieszkaniu.
Dzisiaj wygląda to inaczej. Przede wszystkim pytam, pytam i jeszcze raz pytam. Inna sprawa, że teraz wiem, o co pytać i kogo. Nawet jeśli nieraz urzędnik jest zdziwiony moim tupetem lub niefortunnie dobranym słowem („Jak załatwia się szkolenie?” – „O szkolenie może się pani starać...”), to nie przejmuję się tym; przecież tylko pytam. Szkoda jednak, że w momencie, gdy było mi to najbardziej potrzebne, nie wiedziałam tego wszystkiego. Owszem, trafiłam do wspaniałej pani doradcy zawodowego, która świetnie wyszlifowała moje umiejętności i douczyła kilku nowych, by pomóc mi w odnalezieniu się na rynku pracy. W kursie nie przewidziano jednak kształcenia obywatela pod kątem jego praw.
(Też ciekawe. Dzisiaj coraz więcej praw niż obowiązków mają uczniowie niż nauczyciele, dzieci niż rodzice – a urzędnik wciąż ma władzę nad obywatelem....).
Urząd pracy z kolei również – w każdym razie teoretycznie – zajmuje się bezrobotnym wszechstronnie. To znaczy nie tylko pomaga mu znaleźć pracę za pomocą przedstawiania ofert, ale też proponuje różnego rodzaju szkolenia, też doradztwo zawodowe, a także udostępnia pomoce typu komputer czy telefon. To ostatnie nie było mi na szczęście potrzebne, ale postanowiłam z reszty pakietu skorzystać. I co się okazało?
Najpierw w okienku pośrednika pracy poprosiłam o pomoc. Powiedziałam, że nie chcę się tylko podpisywać na liście, ale naprawdę znaleźć pracę. Pani więc spytała, czego konkretnie oczekuję. Oferty są w gablotce. Na to ja, że widziałam je, ale może powinnam pomyśleć o innym zawodzie... Pani na to, że zaprasza do okienka ze szkoleniami albo może mnie umówić do doradcy zawodowego. Poszłam więc do okienka szkoleń. Przemiła pani pokazała mi oferty, jakie mają dla chcących się przekwalifikować. Nie znalazłam nic dla siebie, choć mocno kusiła mnie wizja zostania operatorem wózka widłowego... Ponieważ jednak zabrakło mi pewności, czy mam do tego odpowiednie predyspozycje psychofizyczne, zgłosiłam chęć spotkania się z doradcą zawodowym.
Trzy tygodnie później kolejna miła i mądra pani pozbawiła mnie całkiem złudzeń i wiary w pomoc urzędu. Okazało się bowiem, że na szczególne względy i pomoc państwa mogłabym liczyć, gdybym była:
  • długotrwale bezrobotna
  • świeżo po studiach albo blisko emerytury
  • samotną matką
  • osobą, która opuściła zakład karny
  • niepełnosprawna.

Ponieważ jestem jednak w średnim wieku, niekarana i zdrowa, i oczywiście bezdzietna, to sorry... Pani doradziła mi więc, żebym załatwiła sobie orzeczenie o niepełnosprawności (widać jej zdaniem w tę stronę miałam bliżej niż np. do bycia matką...:P). To nawet nie było powiedziane kątem ust, między wierszami. Nie, skąd. Tak jest i ona o tym mówi otwarcie.

I teraz wracam do tych rodziców w sejmie. Po pierwsze, czy naprawdę jedyną metodą, by cokolwiek uzyskać (a zakładamy brak krewnych i powinowatych w decyzyjnych miejscach), jest wymuszanie? Czy jednak powinno być tak, że skoro coś nam się należy, to po prostu to dostajemy? Znam realia, ale nie o to teraz chodzi. Po drugie, jeśli opiekunowie niepełnosprawnych dostaną pieniądze – których naprawdę im nie żałuję – to a) znaczy, że metoda jest skuteczna. Więc pójdę z laptopem na sejmowy korytarz (i w międzyczasie będę korekcić, żeby na wszelki wypadek nie stracić zleceń :P) i pokrzyczę, że też mi się należy od życia i państwa jakaś pomoc, bo czemu nie? Natomiast b) ciekawe też, gdzie te pieniądze się znajdą w budżecie? Skąd je wezmą? Innymi słowy, komu zabiorą? Kto nie dostanie podwyżek? Która grupa społeczna zostanie zmuszona, by jako następna zamieszkać na Wiejskiej? (Oby nie biedujący lekarze :D).

środa, 19 marca 2014

Polityczny nerwik

Budziłam się rano niechętnie i powolnie, zanurzona jeszcze całą sobą w ciepłą kołderkę i kocie futro, gdy usłyszałam zdanie, które postawiło mnie na nogi. Za budzik robi u mnie telewizor, mam już ogarnięty program TV na tyle, że wiem, co mnie budzi, a co z wyniosłą miną i godnością osobistą jestem w stanie bezproblemowo przespać. Jeszcze fajnie by było, gdyby taki budzik nie popsuł humoru na cały dzień. Zdecydowałam się więc na programy informacyjne, które przerywane są reklamami na tyle często, by zmusić się do wstania i wyłączenia (a, właśnie – ważne: pilot NIE MOŻE leżeć blisko ręki :D), a z drugiej strony – jednak przekazują treści, których mogłam na przykład dzień wcześniej nie ogarnąć. (Wciąż jednak mam potrzebę ogarniania polityki – „na wszelki wypadek”).
Więc tak dzisiaj się budzę, pomału i niechętnie myślę o wstaniu, do czego demotywuje mnie leżący obok kot… gdy usłyszałam zdanie z telewizora: „Mimo ostrej reakcji Zachodu Putin wczoraj na Kremlu ogłosił…”. Wiadomo, co. Nie to mnie jednak ruszyło, ale ta „ostra reakcja Zachodu”. Przegapiłam coś? A, chodzi o te słowa oburzenia, słowa protestu i kolejne deklaracje sankcji. No to gdybym była Putinem, tobym chyba też się nie przejęła…
Ktoś może powiedzieć: a co świat może zrobić, czego ja od niego oczekuję, wypowiedzenia wojny? Nie, nie tego. Nie wiem zresztą, nie jestem politykiem, nie biorę pieniędzy za to, by odpowiadać na tego rodzaju pytania, by wiedzieć, jak reagować. Wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek jednak zelektryzował mnie na tyle, że chociaż napiszę, co o tym myślę. Bo dotychczas czułam sytuację na Ukrainie, a nie myślałam na jej temat. Żal mi było tych, którzy ucierpieli na kijowskim Majdanie, obawiałam się, że konflikt toczy się blisko naszej granicy, a „w razie czego” zostaniemy z tym sami – bo jeśli chodzi o pomaganie Polakom, to historia uczy, że Zachód ogranicza swoją pomoc do deklaracji. Czasem nawet ostrych. ;)
Od wczoraj, słuchając naprawdę mimochodem, co się dzieje po owym nieuznawanym przez świat referendum na Krymie, zaczęłam bać się czegoś innego. Mianowicie tego, że Polacy, brzydko mówiąc, wygłupią się, posuną deklaracje pomocy za daleko – a Zachód nas zdecydowanie i werbalnie poprze… Sąsiada zaś z drugiej strony granic mamy też, rzekłabym, ryzykownego. Zachód mówi o sytuacji Ukrainy i sankcjach wobec Rosji w kontekście interesu ekonomicznego. Słyszałam dzisiaj analizy, w których udowadniano, że uderzą one w Rosję, bo ona też potrzebuje dostaw, wymiany itp. Jasne, z pewnością. I na pewno będzie to miała zapewnione. Może nie od Polski, bo my jesteśmy takim sarmackim krajem, który oczywiście jest bohaterski i niesamolubny, ujmuje się za pokrzywdzonymi narodami… ale zapomina o sobie i bezpieczeństwie własnych obywateli. A już zaczynają się przypomnienia – niby taka analogia do Krymu – że Wrocław też nie od zawsze jest w granicach Polski… Świadoma tego i pamiętna historii, nie będę nic więcej o tym pisać. ;)
Za to napiszę, że także wczoraj przyuważyłam w informacjach (nie wiem, kulturalnych… politycznych…?), że Maleńczuk nagrał piosenkę, w której w dość niewybredny sposób zwraca się do Putina. Głębokie może toto nie jest, artystycznie się nie znam, czy Putin się wkurzy – nie interesuje mnie, to problem Maleńczuka. ;) Nie mam jednak nic przeciwko tej piosence. Myślę, że wielu polityków powinno śpiewać w chórku. Bo przynajmniej byłoby jasno pokazane, że na nic więcej ich nie stać. A od nich, w przeciwieństwie do artysty, czegoś jednak się oczekuje.
Zastanawiałam się też nad inną kwestią. Politycy i inni dyskutanci w swoich wypowiedziach krytykujących przyłączenie Krymu używają świetnego ich zdaniem argumentu udowadniającego nieszczerość intencji Putina: to czemu nie zgodzi się na referendum w Czeczenii czy Gruzji? Nawet dla mnie jest to oczywiste, że czym innym dla Putina jest przyłączyć ziemię, czym innym – je oddać.
Chcąc nie chcąc, zaczęłam o tym myśleć. Miałam bowiem w swoim życiu styczność z historią i historykami nie tylko na poziomie szkolnego obowiązku, chętnie rozważałam różne kwestie i z wyjątkową uwagą słuchałam wypowiedzi innych. (Może dlatego, że nikt z rozmówców nie oczekiwał i nie wymagał ode mnie poziomu eksperta…). Kiedy tylko rozmowa schodziła na Rosję, prędzej czy później pojawiało się określenie „innej mentalności” ludzi tego kraju. Nie bardzo już o tym pamiętałam, bo w życiu, na co dzień, nie było to przydatne. Teraz jednak wróciło to do mnie, ale nie mogłam na początku przypomnieć sobie, na czym ta inność polega. Chyba już wiem. Bo dla mnie niezrozumiałe jest takie dążenie do posiadania ziem. Polska też sporo utraciła, granice się przesuwały, sojusze i unie – a za tym terytoria – zmieniały się jak w kalejdoskopie niekiedy, a jakoś trwamy. I szczerze, nie bardzo sobie wyobrażam nasz kraj większym. Nie wyszłoby to na dobre. Nie przy tych władzach.
A Rosja dąży wciąż do utworzenia dominium. Dla Putina liczy się władza, a im większe terytorium, tym dalej ona się szerzy. Szeregowi obywatele to uznają, a sprzeciwiają się jedynie uciskane mniejszości. Tak na marginesie, ciekawe jest to wymienne stosowanie – Rosja przyłączyła, Putin przyłączył – i nie wiedzieć czemu, brzmi to dla mnie tak, jakby zamiast „Putin” mówiono „car”…
I tak na podsumowanie, wracając jeszcze do tych sankcji. Nie wiem, co mogłoby sprawić, że Putin poczułby się mniej bezpieczny i odstąpił od uznania Krymu za rosyjski. Trzeba na to na pewno mądrzejszej głowy niż moja. Wiem jednak, że groźby i napomnienia, za którymi nie idą czyny, w pewnym momencie przestają mieć znaczenie. I żeby nie skończyło się tak, że tylko Polska potraktuje to poważnie, pójdzie krok dalej w obronie biednej Ukrainy, a Zachód wtedy… wyśle swoich obserwatorów. Albo wszyscy – wraz z Putinem – jeszcze raz spotkają się na Krymie.

wtorek, 11 marca 2014

(Nie)polityczne przemyślenia

Przejrzałam sobie dzisiaj gazetę.pl, tak losowo, jakieś wiadomości. Interesowało mnie przede wszystkim, co teraz pisze się w prasie na temat bezrobocia w Polsce. Nie o wskaźniki mi szło, raczej czy mówi się o tym coś nowego. Znalazłam notkę (nie wiem, jak to nazwać, bo artykuł to za poważnie brzmi), w którym jedno zdanie mnie na moment zatrzymało. Z tekstu Rynek pracy czuje odwilż, nastroje pracodawców coraz lepsze dowiedziałam się, że „Styczeń tego roku był miesiącem, gdy mieliśmy najwyższe bezrobocie w całym 2014 roku”. No, dopiero marzec, więc mówienie o całym 2014 roku jest, hm, grubo na wyrost, czyż nie? Chyba że rząd wie o czymś, o czym nie wiemy jeszcze my...
Nie śledzę już informacji na temat tego, co dzieje się z reformami emerytalnymi. Pół żartem, pół serio mówię zawsze, że nie mam się co martwić, bo do niej nie dożyję. Może nie powinnam żartować z takich kwestii, ale… moment. To nie ja żartuję. To żartuje państwo. Od paru lat pracuję na umowy cywilnoprawne (nie nazwę ich umowami śmieciowymi, bo dla mnie nie są byle czym) i przy każdym rozliczaniu PIT-u zastanawiam się, czy to, co zarabiam, zarobkami można nazwać. Z czego mam cokolwiek odłożyć? Albo –z a co się utrzymać do tego czasu? Nie mam pretensji do zleceniodawców, bo wiem, jakie są koszty utrzymania pracownika. Nie odważyłam się założyć własnej działalności, bo nie mam gwarancji, że zarobię na konieczne opłaty – by z czegoś żyć, taktownie nie wspomnę (o fanaberiach się nie mówi).
Okej, ja nie mam jeszcze źle. Mam gdzie mieszkać, mam rodzinę (rodziców i rodzeństwo), szczerze wierzę, że nie zostawią mnie na łasce losu. Nie mam kredytu, długów ani innych zobowiązań kredytowych (więc można powiedzieć, że dobra partia, czyż nie? I gotuję :D). Nie mam dzieci na utrzymaniu. Zarabiam właśnie zleceniami, a ponieważ nie jestem pazerna na pieniądz, za to – gospodarna i oszczędna, to w zasadzie sobie dobrze radzę. I jeszcze ta elastyczność czasu pracy, mająca jednak dwie strony. Jest nieźle. Tylko jeśli rząd opodatkuje jeszcze umowy o dzieło (takie zapowiedzi co i raz się pojawiają), to chyba przestanę się wysilać. Zapomnę o jakimś tam poczuciu godności, usiądę na chodniku czy schodach do metra i wyciągnę rękę lub puszkę. Jest szansa, że uzbieram kwotę porównywalną do wysokości zasiłku.
No dobrze, może przesadzam. Naprawdę obecnie staram się nie narzekać na pracę. Ale skoro rząd nie umie pomóc ludziom konkretnie, to niech chociaż nie przeszkadza. Co roku rozliczam PIT swój i mojego taty. Kwota jego rocznych zarobków po czterdziestu latach pracy to osobny temat, ale moje… Tak, wiem, że zawody humanistyczne są średnio opłacalne. Ale ja się nie domagam złotych gór, wyjazdów co rok w Alpy z pobytem w luksusowym kurorcie i willi z basenem tu, na miejscu. Nawet prywatnej stadniny. Tylko czasem jest mi zwyczajnie, po ludzku smutno, gdy donoszę kolejny papier z zaświadczeniem ukończenia podyplomówki (rozszerzającej moje kwalifikacje) i widzę uśmieszki („bo po co to pani”?). Albo idę na rozmowę w sprawie pracy, gdzie wszyscy prawie piszczą z zachwytu nad moimi umiejętnościami i doświadczeniem. Po czym rzucają kwotą taką, że… być może na pół etatu bym dała radę (i miała czas), by dorobić zleceniami. A jeśli wstanę i wyjdę, znajdzie się ktoś, kto to weźmie, czasem za mniejszą kwotę.
Wpis nie jest przeciw pracodawcom, bo z nimi nie układa się źle, a jeśli – to nikt nikogo na siłę nie trzyma. Tylko niech ci na górze przestaną zabierać ludziom pieniądze.

Koniec na dzisiaj. Wracam do roboty. :)

wtorek, 4 marca 2014

Wolę robić pierogi

Żeby nie było monotonnie, to dziś nie o facetach. Tym bardziej że na Ukrainie wciąż się dzieje niedobrze. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Jakie będą tego skutki dla Ukrainy. A jakie dla nas.

Pisałam kiedyś trochę o tym, jak to nie znam się na polityce. Niestety, wcięło mi ten wpis (no dobrze, nie zrobiło się samo, coś tam poprawiałam, poprawiałam – i skasowałam, najwyraźniej nieodwracalnie). Drugi raz tego nie napiszę. Przypomnę więc tylko, że na polityce znam się tak „po swojemu”. Nie aspiruję do miana politologa ani eksperta. Staram się być na bieżąco z aktualnościami, zwłaszcza teraz, gdy tak niespokojnie jest na wschodzie. Myślę, że podobne odczucia mamy wszyscy: że to straszne, co się tam dzieje. Jestem jednak zwykłym człowiekiem, nie za bardzo mogę wpłynąć na tę sytuację, więc tylko tak sobie myślę o różnych rzeczach z tym się wiążących.
Zazwyczaj przerażają mnie relacje na żywo z takich wydarzeń. To coś niesamowitego: na placu toczy się walka, prawdziwa przecież, a przed kamerą stoi dziennikarz i odpowiada na pytania dotyczące sytuacji za jego plecami, zadawane ze studia. Nie mówię, że on nie odczuwa emocji, ale jednak dla mnie to takie nie na miejscu... Wolę szczerze mówiąc czytać relacje w gazetach lub widzieć korespondenta w studiu, a nie na tle teatru działań. Naturalnie nie jest to pierwszy reportaż tego typu, jaki widziałam. Pierwszy raz takiego w pewnym sensie szoku doświadczyłam, kiedy oglądałam na przypadkowo włączonym ekranie telewizora, jak uderzają samoloty w nowojorskie wieżowce WTC. Był jedenasty września, a ja miałam wrażenie nierealności. To nie był film, pokazywano coś, co dzieje się w tej chwili, chociaż na innym kontynencie. Nikt nie wiedział, jak zakończy się to wydarzenie, bo nie było scenariusza, a ludzie w samolotach i płonących wieżowcach umierali naprawdę. A jednak trudno było w to do końca uwierzyć. Nawet teraz nie bardzo potrafię… A Ukraina przecież jest tuż obok. Byłam tam parę razy: i we Lwowie, w Kijowie (na Majdanie też), w Humaniu i na Krymie. Pamiętam, jak wysiadałam w Symferopolu – z ogromną ulgą, bo podróż była bardzo długa. A teraz to już nigdy nie będzie takie samo.
Technika jest oczywiście w wielu przypadkach bardzo pożyteczna, ale to jednak niesamowite – obok toczą się walki, a ty siedzisz przed ekranem telewizora i na to patrzysz. W każdej chwili możesz wyłączyć odbiornik i odciąć się od tego, ale ludzie tam – dalej giną. Tylko za co?
Zagubiłam się trochę w tym ukraińskim konflikcie. Nie do końca już wiem, od czego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Z jakiego powodu ci ludzie wyszli na Majdan. Akurat ten moment zbiegł się trochę z moim „wyjazdem w Bieszczady” – czyli totalnym odcięciem się od świata zewnętrznego. Tylko przypadek sprawił, że wybrałam akurat ten czas. Oczywiście docierały do mnie informacje, że „wciąż się dzieje”, nawet „wyjazd w Bieszczady” nie pomógł, ale na szczęście nie mam tam nikogo, o kogo musiałabym się bać, mogłam więc sobie pozwolić na pewne odcięcie się od złej rzeczywistości. Zatem nie śledziłam newsów na bieżąco, ale mimo wszystko łatwiej mi chyba ogarnąć to, co dzieje się teraz, zobaczyć mechanizmy rozwoju wydarzeń, niż wskazać ich genezę.
Teraz to już polityka, przetasowania układów i obszarów wpływów. Na pewno nie po to protestujący na Majdanie ludzie wyszli z domów, porzucili rodziny i zaryzykowali zdrowie czy nawet życie. Zastanawiam się, jak bardzo musiało być im źle, by coś takiego zrobić. A z kolei – czy w takim razie nam, tutaj w Polsce, jest dobrze? Wprawdzie narzekamy, krytykujemy i faktycznie jest coraz trudniej osiągnąć takie minimum poczucia bezpieczeństwa, jakie dają stała praca czy mieszkanie, to jednak wciąż więcej mamy niż nie mamy. Jest trudniej to osiągnąć, ale nie jest to niemożliwe. Pytanie, czy to nie rozleniwia za bardzo. (Co nie znaczy, że namawiam do wyjścia z domów i budowania barykad...).

Trudny temat polityka. Zwłaszcza dla osoby tak mało ogarniętej w świecie gier, w które nieustannie grają ludzie – nawet na takim najprostszym społecznie poziomie. Próbuję je zrozumieć, próbuję brać w nich udział – ale kiedy już totalnie się zagubię, to patrzę na mojego kochanego kota, śpiącego obok na poduszce, i wiem, co by mi odpowiedział, gdybym zapytała: Kociu, ale po co mi to wszystko wiedzieć? ;)