Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fruzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fruzia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2014

Kocie porządki

Kotki sprzątają przed świętami.

A w zasadzie pilnują, bym ja dobrze wywiązała się z obowiązków. Ale ponieważ pilnowanie bywa nuuudne… i czaaas tak się dłuuuży… to i oko się zamknie. Nie Kociowe oczywiście. On jest jak cerber. :P

Mam do posprzątania kuchnię, łazienkę i dwa pokoje, z czego jeden pełni funkcję salonu i nie wymaga wielu zabiegów. Niemniej raz na jakiś czas odsuwam meble – kiedyś, by umyć podłogę, dzisiaj – by umyć podłogę i znaleźć zaginione kocie skarby. Najnowsze plony to orzechy włoskie i kasztany (tak świetnie się turlają, więc kotki dostają do zabawy) oraz plastikowe nakrętki, na punkcie których Kocio szaleje. W związku z tym od przedwczoraj już zdążyły się ponownie poukrywać… :D

Drugi pokój, choć metrażowo mniejszy, jest większym wyzwaniem, bo to pokój wspólny – mój i kotków. Odsuwanie mebli może przynieść dużo większe efekty. (Już robię w głowie inwentaryzację zaginionych zabawek… Byłabym zadowolona, gdyby np. znalazła się biała plastikowa kulka, docelowo przeznaczona do zabawkowego toru. Idea polegała na tym, że kot turla, ale nie wydłubuje, bo kula jest ściśle wpasowana. Kocio jednak nie przeczytał instrukcji i którejś nocy udało mu się ją wyjąć i skutecznie zgubić. Szukam jej od pół roku, ale wciąż nie tracę nadziei… :D). Jednak poza tym, co konieczne, nie zamierzam się męczyć. Po prostu nie ma się co łudzić, że kotki przestaną gubić futro i drapać dywan. Ale może wygospodaruję jakiś kącik na choinkę – i zastanowię się, czy to na pewno mądra decyzja. ;) Poza tym obie z Fruzią czekamy na nowe firanki. Nie zawieszę ich jednak wcześniej niż na początku przyszłego tygodnia – wtedy upiorę też pozostałe i zawieszę w oknach. Uwielbiam zapach upranych firanek… J

Co do łazienki, to ponieważ stoją tam kuwety, nie mam co marzyć o dywanikach przed wanną i błyszczącej wannie. Pilnuję tylko, by nie chodzić po żwirowisku i płukać wannę przed używaniem i po niej, i nie dziwić się śladom małych łapek, obecnym prawie wszędzie… :D

Dzisiaj za to, ponieważ miałam znienacka wolne, poszłam sprzątać kuchnię. Wiadomo, że to nie ostatni raz w tym roku, ale jednak okapu codziennie szorować nie zamierzam, a dzisiaj był na to dobry dzień. Kotki nie zostawiły mnie samej z tym ciężkim obowiązkiem. Mimo że otworzyłam na czas porządków balkon (przy plus czternastu stopniach na zewnątrz można było zaszaleć), to i tak siedziały wciąż ze mną. Plątały się pod nogami, łapały upuszczane papierowe ręczniki (a nienasycona Fruzia próbowała je również zjadać) i generalnie przeszkadzały asystowały. Dzięki nim wiedziałam, że na pewno wszystko zostanie doprowadzone do dawno niewidzianej świetności. :D Naturalnie nie dały się wyprosić z pomieszczenia, a zamykanie drzwi lub na balkonie skutkowało miaukaniem, skakaniem na drzwi i świeżo wymyte szyby… Poza tym, wychodząc z balkonu, nie wycierały łap! Ale w końcu, ignorowane, zacichły i chyba sobie poszły. Wolałam nie odwracać się i nie sprawdzać, by nie usłyszały podejrzanych ruchów i nie przybiegły sprawdzić. :D Wreszcie jednak po coś się odwróciłam i zobaczyłam taki rozczulający widok:

Kocio uczy się pozować (nasłuchał się, że do zdjęcia trzeba ładnie i szeroko otwierać oczy)...

... a Fruzia paczy, czy szafka nie skrywa czegoś jadalnego.  I pilnuje drugiego krzesła, żeby nie uciekło.

I chociaż miałam mokre ręce i po uszy siedziałam w robocie, to pobiegłam na palcach po telefon, by uwiecznić te moje pociechy. Kotki po prostu czuwały i były duchem ze mną. Jednak kuchnia okazała się dla nich większym wyzwaniem niż wcześniejszy pokój skarbów i nie podołały. Zmęczenie wzięło górę i gdy tylko umyłam podłogę, ciężkim krokiem wyszły z kuchni i udały się na pokoje, by tam zasłużenie odpocząć.


Ale przynajmniej kuchnia na błysk! Przynajmniej dopóki nie wstaną. J

sobota, 18 października 2014

Opowieść (sfrustrowanego) Kocia

Fruzia jest już po zabiegu. Nie było to łatwe przeżycie dla nas wszystkich, choć każdy odczuł to inaczej. Fruzia, wiadomo, była główną bohaterką: to ją usypiali (podobno standardowa dawka narkozy nie zadziałała i trzeba jej było tego towaru dorzucić), to ona musi się wygoić, to ona w związku z tym biega w fartuszku. Wróć: jakie biega. W fartuszku się nie biega, w fartuszku się leży lub idzie tak, by wzbudzić współczucie i wyrzuty sumienia: kroczy się nieco chwiejnie, a tylne łapy należy podnosić niczym bocian na łące. Tak, żeby dać do zrozumienia, jak kotu w tym niedobrze… Większość dnia w fartuszku mija na leżeniu i obserwacji otoczenia. Tyle że bez niej mało co się dzieje. Kocio jest smętny, nie rozumie, czemu nie mogą się pogonić, dlaczego nie pozwalam jej przewracać i kopać tylnymi łapami, gdzie się da…
Tak naprawdę  to największy stres miałam z powodu Kocia. Fruzia znosi wszystko dzielnie i z godnością (a raczej resztkami; bo zachować pełną godność w fartuszku ochronnym to duża sztuka!). Tymczasem Kocio, odkąd wróciłyśmy z lecznicy, jest mniej lub bardziej nieszczęśliwy. Pewnie opowiedziałby o tym tak:
Zaczęło się niewinnie: najpierw późnym wieczorem zostały schowane miski z jedzeniem. Pewnie znowu chce nas karmić według jakichś książkowych zaleceń… ale chwilowo nic mnie to nie obchodzi. Brzuszek na razie pełny, ciepło, można spać. Ale rano okazało się, że misek wciąż nie ma na swoim miejscu. Jeszcze się nie martwiłem, bo AŻ TAK głodny nie byłem. Zresztą nikt nie jadł, nawet Ona (w myślach nazywam ją swoją ukochaną mamusią – wiem, że to nie kot, ale dba o mnie i dogadza. Widzę, że się stara, i tak naprawdę to doceniam… ale nie mogę przecież tak po prostu tego powiedzieć. Muszę zachować kocią godność). Potem jednak spakowała Fruzię i gdzieś obie poszły. Zostawiła mi miseczkę z chrupkami, więc zacząłem się niepokoić dopiero wtedy, gdy wróciła bez Fruzi. No jak to tak? Fruzia jest taka fajna! Uwielbiam się z nią bawić, a już najbardziej – wylizywać. No i jest kotem, to najważniejsze. Wprawdzie czasem nie daje mi spokojnie zapolować na piórka albo pcha się do mojej miseczki, no i rzadko sprząta po sobie w kuwecie (zgroza… ale ja jej pokazuję, jak się to robi; może się nauczy), ale i tak z nią jest fajnie. A tu nagle miałoby jej nie być? Postanowiłem jednak poczekać na rozwój sytuacji. My, koty, nie panikujemy na wyrost. Wylizałem więc swoje futerko i poszedłem spać. Obok Niej, żeby mieć ją na oku, gdyby się okazało, że gdzieś schowała Fruzię. Albo gdyby coś jadła.
Dobrze, że spałem obok, bo parę godzin później znów coś zaczęło się dziać. Wyszła z domu, beze mnie – dobrze, bo zacząłem się trochę bać, że mnie też gdzieś zaniesie. Wróciła jednak szybko, ale z Fruzią! Fruzia! Fruzia! Fruzia…? To ty??? Co się dzieje, czemu wychodzisz z tej klatki tak dziwnie? I tak ci się nogi plączą? Ojej, jaki dziwny zapach… Już, już lecę cię wylizać!
…Dlaczego mi nie wolno???
Dzieje się coś dziwnego. Odkąd Fruzia wróciła, nie mogę ogarnąć. (Tematu, tematu – z kuwetą sobie radzę). Ma na sobie coś – słyszałem, że „to” nazywa się fartuszkiem. Dlaczego KOT ma chodzić w ubraniu? To okropnie przeszkadza przy myciu. Fruzi to nie przeszkadza? Jakaś dziwna jest, odkąd ją ubrali. Prawie nie skacze, o zabawach ze mną nie ma mowy – Ona też nie pozwala, ale i Fruzia nie reaguje na zaczepki. God, spraw, żeby mnie nie ubrali w coś takiego, bo przestanę być kotem… Chciałem parę razy pomóc Fruzi pozbyć się tego fartuszka. Gdzie tam! Jak tylko podchodzę, to już mnie odganiają. To chociaż bym wylizał Fruzię, żeby zaczęła pachnieć kotem. Też nie wolno. Chyba focha strzelę.
[Wtrącę się na moment. Jeśli Kocio okazuje fochy przez mizianie, to go chyba zacznę prowokować… :D]
Fruzia całe dni leży albo leży i śpi. Najczęściej na podłodze lub łóżku, albo tam, gdzie Ona ją położy. Sama Fruzia nie skacze. Co jej zrobili? Zachodzę w głowę, a jednocześnie kombinuję, kiedy to się skończy. I czy kiedykolwiek? A może F. zostanie na zawsze w fartuchu? Masakra normalnie. Ale jest światełko w tunelu, bo widzę, że czasem to ubranie jest zdejmowane. I już raz mogłem i ja pomóc F. w myciu! Może będzie lepiej…
Rzeczywiście, światełko w tunelu jest. Fruzia już zaczyna się po kryjomu wydłubywać z ubranka. Skoro czuje taką potrzebę, to pewnie czuje się coraz lepiej.
A ja? Ja wolę zapomnieć o pierwszej godzinie po przyniesieniu jej do domu, kiedy przerażona patrzyłam, jak Fruzia, jeszcze otumaniona tą narkozą, wychodzi z transporterka, próbuje biegać, wskakiwać na parapety, lizać się… Kiedy do pomocy w tej ostatniej czynności ruszył Kocio, zrozumiałam, że kotę trzeba jak najszybciej ubrać w fartuszek. Tyle że po zawiązaniu ostatniego troczka Fruzia mi się wyrwała, zrobiła salto w powietrzu… i zwymiotowała. Poleciałam z nią z powrotem do weterynarz (na szczęście bliziutko), gdzie koteczka została ubrana i zasnęła. Wróciłam i dopiero mogłam sama się wykąpać, przebrać i zjeść duuuużo lodów. Na ostudzenie emocji. Później już było tylko lepiej. Fruzia w ubranku to taki kot-automat. Słabo reaguje na bodźce, słabo skacze, słabo się bawi. Jedzenie w normie. :D I jeszcze się przylepą zrobiła: leży najchętniej na mnie, śpi na mnie albo na mojej ręce… może ją w tym fartuchu zostawię na dłużej….? :D

Nie, proszę, nie!!!!

 I parę fotek:


Pierwsza doba. Fruzia jeszcze rozpędem wdrapywała się na swoje ulubione miejsca...

...ale bardzo nie chciała zdjęć. A to przecież pamiątka na całe życie. J



Mała Fruzia czy przerośnięty stary krasnal?

Pogodziłam się z losem...
 Potem zmieniłyśmy kolory:


Trzeba dbać o siebie w każdej sytuacji.



To ja. Fruzia.


Dziewczyny lubią fiolet.




Kolory jesieni. 


Teraz mogę się pokazać.


poniedziałek, 13 października 2014

Perypetie Fruzi

Jutro Fruzia ma sterylkę. Koteczka ma ok. 4,5 miesiąca i już dostała pierwszej rujki.
Od samego początku, gdy tylko zdecydowałam się przygarnąć malutką, miałam świadomość, że będziemy musiały przez to przejść. Nie myślałam o tym dużo, po prostu przyjęłam to na zasadzie, że podobnie jak koty się szczepi, tak samo trzeba wysterylizować/wykastrować. Licząc się z tym faktem, odłożyłam z pierwszych dodatkowych pieniędzy kwotę przeznaczoną na zabieg. Chciałam w ogóle, by zabieg został przeprowadzony jak najwcześniej, jeszcze przed pierwszą rują. I dlatego, żeby mi się kotki nie męczyły, jak rujka przyjdzie (bo Kocia niestety też ta sprawa dotyka), i żeby zminimalizować ryzyko wystąpienia chorób. W końcu im mniej tych szalejących hormonów, tym dla organizmu zdrowiej. Z drugiej strony, wciąż nieco przerażał mnie fakt, że niespełna trzymiesięcznego Kocia wzięłam już po zabiegu kastracji. Przecież to takie małe było! Do dzisiaj zastanawiam się, co by zmieniło się w jego zachowaniu, gdyby został „ciachnięty” później? Jak wpłynęło to na jego rozwój? No nie dowiem się, aczkolwiek nie da się ukryć, że taki wykastrowany kocurek był od samego początku mniej kłopotliwy i mniej kosztował. Niby kastracja kocurka jest tańsza, ale wciąż nie za darmo.
O ile jednak Kocio był koteczkiem po przejściach – miał dom, z którego został oddany do lecznicy i tam zostawiony, potem właśnie w tej lecznicy trochę posiedział – więc zobaczył kawałek świata i miał szansę nauczyć się tego i owego, a także został ogarnięty na różne sposoby, to Fruzia była całkowitą surowizną. Kicia była mała, wzięta z podwórka, nie miała żadnej książeczki, a pierwszego weterynarza pokazałam jej ja. J Tak więc i na mnie spadła decyzja o zabiegu. Jak wyżej – nie rozważałam tego w kategoriach: zrobić czy nie zrobić?, tylko: kiedy. Ale weterynarze mówili, że czekać do pierwszej rujki, pewnie koło lutego… Powoli się z tym zgadzałam, bo przecież ona jest taka malutka jeszcze! A tu bęc, rujka.
Pierwsza rujka podobno nie jest jeszcze tak męcząca, może przebiegać prawie że niezauważalnie. Co jednak, gdy jest w domu kocur, wprawdzie wykastrowany, ale jednak kocur… Może bym tak od razu się nie domyśliła, co się dzieje, ale jak zobaczyłam Kocia z nosem pod ogonem Fruzi – zresztą wdzięcznie odchylonym – to nie miałam wątpliwości. Sobota i niedziela wymęczyły nas wszystkich. Fruzia wiadomo, Kocio z tego powodu szalał, choć chyba do końca nie wiedział, co się dzieje, a ja patrzyłam, jak się oba męczą. W poniedziałek tydzień temu poszłam wreszcie do weta, Fruzia dostała tabletki (nie sterylizuje się koteczek w czasie rui) i jutro idziemy na zabieg.
I dopiero, jak się umówiłam, to zaczęłam się zastanawiać nad samym faktem. Nie, żebym jakiegoś objawienia doznała. Po prostu bywa tak, że gdy człowiek zainteresuje się tematem, to nagle zaczyna go to otaczać. Jak się zajdzie w ciążę, to wokół wszystkie kobiety z brzuchem chodzą, jak się odkryje pasję, to nagle odnajduje się tłumy współpasjonatów itede. Więc mnie nagle zaczęły osaczać informacje na temat sterylki. I nie tyle o technicznej stronie zabiegu, ile etycznej. W sumie nie zgłębiałam tej kwestii tak świadomie. Ale nie rozumiem argumentów przeciwników tego zabiegu, bo najczęstszym jest, że to wbrew naturze. To niebezpieczne myślenie, bo za chwilę możemy dojść do wniosku, że powinniśmy cofnąć się do średniowiecza albo i głębiej, i poddawać się selekcji naturalnej. Innym argumentem jest, że kotka powinna mieć choć raz młode. Ale po co, ja się pytam? Żeby było więcej kociego nieszczęścia na świecie? Kotów jest wciąż zbyt dużo, a zbyt mało „człowieków”, którzy zapewnią im dobry los. Za to zbyt dużo takich ludzi, którzy nie mają problemu, by takie malizny po prostu uśmiercać. Popieram sterylizację i decyduję się na nią dla Fruzi dla jej dobra. Ta pierwsza rujka, przecież najlżejsza, naprawdę ją wymęczyła. Po co ma przez to przechodzić?
Argumentem przeciw takiemu zabiegowi jest czasem jego cena. Fakt, nie jest najtaniej. Przede wszystkim jednak: 1) robi się to raz w życiu kota; 2) późniejsze leczenie chorej koteczki czy wychowywanie jej potomstwa też kosztuje – czasem życie; 3) można rozejrzeć się w okolicy i sprawdzić, czy nie ma jakichś dotacji od miasta lub organizacji prozwierzęcych. Ja oczywiście zorientowałam się za późno i w sumie dzięki kociej znajomej, która załamała się wysokością warszawskich cen. Poszperała i okazało się, że w stolicy można sterylkę zrobić taniej np. w Koterii, która wykonuje takie zabiegi zarówno kotom wolnożyjącym, odławianym i przynoszonym do Fundacji, jak i kotom osób prywatnych – wtedy jest to odpłatne, ale znacznie mniej. A wczoraj dowiedziałam się jeszcze, że w wybranych lecznicach Warszawy sterylizacja jest dotowana częściowo przez miasto .
Nie skorzystam już z tych opcji; umówiłam się w gabinecie, a za to wiem, że Fruzia będzie tego dnia jedyną taką pacjentką, że będzie miała opiekę tylko dla siebie i nie będzie musiała na nic czekać. A poza tym ja nie wytrzymałabym już czekania na kolejny termin. :P

Bo i tak denerwuję się przed jutrzejszym zabiegiem. Bardzo. Nie tyle samą operacją, co późniejszą rekonwalescencją. Niechby ze dwa, trzy dni poleżała spokojnie, żeby rana zaczęła się goić. Niech Kocio jej odpuści i nie wącha, liże, asystuje i próbuje zdjąć śliczny kubraczek, w jaki będzie ubrana. ;) I żebym ja się tak nie denerwowała, bo przecież to się udzieli wszystkim domownikom. Proszę, trzymajcie za to kciuki! J

czwartek, 18 września 2014

Moje kotki dwa

Fruzia już się powoli zadomowiła, a my z Kociem przywykamy do jej obecności. W końcu mieszka tu ponad półtora miesiąca! Ale ja mam wrażenie, że znacznie dłużej… ;) Wszystko przez te początkowe kłopoty z kuwetowaniem. Każdy dzień sprowadzał się wtedy do liczenia, ile razy już się załatwiała – i gdzie. Wycieranie podłóg, pranie obsikanych materiałów, przeczesywanie internetu w poszukiwaniu kolejnego pomysłu na rozwiązanie tego problemu, zamęczanie znajomych opowieściami o problemie… to wszystko sprawiało, że doba była długa. Nawet bardzo. A niekiedy nawet odczuwałam ją podwójnie. I w takich momentach zastanawiałam się, po co mi to było. Po co mi drugi kot?

Tak naprawdę pozornie spontaniczna decyzja o przygarnięciu Fruzi wcale nie była aż tak pochopna. Już od jakiegoś czasu – kilku miesięcy może – zaczynałam do tego dojrzewać. Powodem był Kocio. Właściwie jak tylko go wzięłam do siebie, zaczęłam słyszeć, że najkorzystniej jest brać koty w dwupaku. Gdybym słyszała to wcześniej, może i tak bym zrobiła. Do kociarskiego świata dołączyłam jednak później, a dotychczas wydawało mi się, że ludzie miewają po jednym kocie – właśnie dlatego, że koty nic sobie z tej pojedynczości nie robią. I twardo trzymałam się tej koncepcji aż do mniej więcej maja, kiedy Kocio po prostu zgłupiał. Dotychczas zgodny, nagle przeistoczył się w potworny wulkan energii, na dodatek dźwiękowy. Miauczał całymi nocami, łaził po regałach, bałaganił jak nie on – jednym słowem, całym sobą zwracał na siebie uwagę. Dnie jednak przesypiał na balkonie i uniemożliwiał mi wybawienie go wcześniej. A nawet jak nie spał, to nie życzył sobie mojego towarzystwa, natomiast w środku nocy to ja nie dawałam rady spełniać jego oczekiwań… Więc zaczęłam myśleć, że może koci kumpel rozładuje trochę ten niedosyt wrażeń.

Wciąż się jednak wstrzymywałam, bo musiałam przewalczyć w sobie inną rzecz. Zdawałam sobie bowiem sprawę, że ta Kociowa niedotykalskość budzi we mnie pragnienie poszukania drugiego kota, który będzie miziakiem. I głupio mi było się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Bo Kocio taki kochany kotek, taki mój – cóż, że indywidualista? Nie każdy musi lubić głaskanie (nie tylko o kotach myślę). A może on potrzebuje czegoś więcej z mojej strony? Pracy, starań, zachęty? A ja tymczasem chcę iść na łatwiznę i wziąć do domu „lepszy model”. Nie wyrzuciłabym Kocia oczywiście, ale obawiałam się, że zejdzie na dalszy plan. Oczywiście mogło się też zdarzyć, że wzięłabym tego potencjalnego pieszczocha, który by się szybko wyemancypował. Kocio na początku też się nieźle reklamował jako nakolankowiec. Więc się wahałam…

Ale myśl we mnie była i rosła. I kiedy zdecydowałam się wziąć Fruzię, choć w sumie zdecydował o tym przypadek, byłam gotowa. I może ten przypadek sprawił, że było ciut łatwiej, bo gdybym szła świadomie po drugiego kota, pewnie bym tę decyzję celebrowała miesiąc naprzód. Kocio by to natychmiast odczuł, te przygotowania, te nasze „ostatnie chwile razem”. Bo wiedziałam, że po wzięciu drugiego kota nic już nie będzie tak samo. Nawet gdyby się nie dogadały, nawet jeśli drugi by nie został.

Przybycie Fruzi to jak nowa era w dziejach (na pewno – w naszych). Od samego początku wywaliła nasze życie do góry nogami, wskoczyła w nie bez skrępowania czy nieśmiałości – całą sobą. Był moment, że nie dawałam rady. Czasem mówiłam, że już nie wytrzymam, że chyba ją odwiozę do jej mamy (czyli na podwórko mojej siostry). Ale to było tylko takie głupie gadanie, bo nie oddałabym jej za nic. Gdybym ją zabrała Kociowi, tym samym zabrałabym mu kawałek serca. I nie wiem, czy by mi to wybaczył. 


Kocio się we Fruzi zakochał. Nie jak samiec, tylko jak samotna istotka. Czasem wygląda to tak, jakby ją stalkował, ale naprawdę nie ma w tym złych zamiarów, tylko nadgorliwość w okazywaniu uczuć. J Łazi za nią, wylizuje, podgryza, goni – ale pozwala wyjadać ze swojej miseczki i pozwolił wejść do swojej kuwety. Ona beztrosko z tego korzysta, jest również bezbłędna w podkradaniu jego miejscówek. J Jednak i ona szuka jego ciepełka, i ona przychodzi, by się przytulić.







Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam, ale też słusznie postąpiłam, przygarniając najpierw samego Kocia. Nie wiem, czy udałoby mi się nawiązać z nim taki kontakt, jak obecnie mamy. Bo jest między nami więź, która sprawia, że czasem Kocio wydaje mi się kimś więcej niż kot. J
Fruzia jest kochanym tulaskiem, ale gdy patrzę w jej oczka, nie widzę tego porozumienia dusz, jakie łączy mnie z Kociem. ;) Oczywiście, Fruzia jest krócej i może jeszcze będzie między nami „coś więcej”. Fajnie by było.

Dobrym skutkiem przybycia Fruzi jest też to, że Kocio chyba troszkę bardziej zaczyna otwierać się na dotyk. Albo rozluźnia go wspólne wylizywanie, albo widzi, że Fruzia się tuli i nic złego z tego nie wynika… Nie wiem. W każdym razie zaczyna przychodzić częściej i chętniej. Nie dalej jak minioną noc spał obok mnie, pysiem zwrócony w kierunku mojej twarzy. Wygniótł mnie długo i porządnie, wytarł się o mnie, wtulił  w moją dłoń i tak sobie mruczał… aż zasnął. Obok. J

Zaczynam widzieć, że „co dwa koty, to nie jeden”. A już jak widzę coś takiego, jak na tym filmiku, to w ogóle nie mam żadnych wątpliwości co do swojej decyzji. (Zwłaszcza że Fruzia ogarnia kuwetę, co jest niebotyczną ulgą dla nas wszystkich).



piątek, 12 września 2014

Prześladowca


Kocie zabawy nieraz wyglądają jak naprawdę ostra walka. Ale u nas na szczęście wszystko kończy się dobrze. W każdym razie – dotychczas tak się kończyło. Koty się polubiły i nie ma w nich agresji. Często śpią razem, liżą sobie uszka, a nawet całe łebki. Kocio jednak momentami bywa nienasycony. Różnie się to kończy. Nieraz dostanie łapką po pysiu, nieraz tylko się gonią, a czasem Fruzia po prostu go ignoruje. Ale co by się nie działo, nikomu nie dzieje się krzywda, a oglądanie ich gonitw to niesamowita frajda. Którą chętnie się podzielę. J

(Swoją drogą, Kocio ma jednak te skłonności do stalkerstwa… :P).







piątek, 29 sierpnia 2014

Kocia mama

Odkąd wzięłam Fruzię – a minął już miesiąc – bardzo trudno skupić mi się na innym niż kot temacie. Wiem, że wygląda to dosyć niezdrowo, ale to niestety siła wyższa. J Fruzia jest tak absorbującą koteczką, że wybija się na plan pierwszy, niezależnie od mojej chęci. ;)
Pamiętam, że jak Kocio przybył do domu, również byłam nim bardzo zaabsorbowana. Wynikało to jednak – jak widzę to teraz – z oszołomienia nowością. Wtedy wreszcie spełniło się jedno z moich życiowych marzeń, czyli kot w domu. Ten początkowy okres zatarł mi się jednak w pamięci. Zostały nieliczne zdjęcia i wspomnienia. Najwyraźniejszym jest – uczucie zawodu, że kot jest niedotykalski. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie kocie zachowanie. No nie mówię, że chciałam się miziać dwadzieścia cztery na dobę, ale nie spodziewałam się, że Kocio – początkowo mruczek i przytulak nocny – zacznie się tak dystansować. Czasem myślałam, że to efekt mojego błędu, innym razem po prostu się z tym godziłam. Wydawało mi się wtedy, że jest mi trudno. ;)
Fruzia wywróciła do góry nogami te przekonania. Okazuje się, że biorąc Kocia, trafiłam na super ułożonego i wychowanego kotka. Po prostu jest to „sir” Kocio, który zawsze wie, jak się zachować. Wygląda też na to, że szanuje wpajane mu przeze mnie zasady – oczywiście wskakuje na szafki i stoły, choć niektóre miejsca są mu zabraniane, ale napomniany – często schodzi. Naprawdę. Nigdy nie było między nami takiej wymiany zdań:


Dżentelmenem jest Kocio w prawie każdej sytuacji. Nawet w momentach bardzo osobistych, typu czynności kuwetowe. Naturalnie, przychodził do mnie i paczył, ale w pewnym momencie chyba uznał, że sobie radzę i zaprzestał kontroli. J Co jednak ciekawe, sam też wymusił osobność w tych szczególnych chwilach. Nie żałowałam mu tego. J


Skoro już o kuwecie mowa… Na szczególne podkreślenie zasługuje Kociowa zgodność na wszelkie eksperymenty. Niedoświadczona kociara, jaką byłam niespełna rok temu, fundowała mu nieoczekiwane zmiany. A to zakrytą kuwetę, z którą dość szybko się pogodził (wystarczyło wyjąć drzwiczki), a to innowacje żwirkowe… Brał na klatę wszystko, co proponowałam, aczkolwiek przy silikonie zdecydował, że nie. Dał jednak to do zrozumienia szybko i wyraźnie. Można? Można. J
Największą próbę charakteru przechodzi jednak Kocio teraz. Fruzia zresztą oboje nas ćwiczy, ale Kocio chyba radzi sobie lepiej. Początkowo ustępował małej w wielu sprawach, co ona perfidnie wykorzystywała. Przykładowo – wyżerając mu mokre jedzenie (Kocio je niespiesznie, delektując się każdym kęsem. Czasem mam wrażenie, że brakuje mu tej serwetki pod szyją i sztućców… J ). Odsuwał się wtedy i tylko tak na mnie paczył… Teraz jakoś temat się unormował.
A ja dopiero teraz widzę, że Kocio jest idealny, choć powściągliwy w okazywaniu uczuć. J Fruzia mi pokazała, jak wiele kłopotów można mieć z kotem. J
Jej bezsprzeczną zaletą jest niesamowita przylepność. Pod tym względem śmiało może zaspokoić wszelkie oczekiwania. Sama potrafi władować się na człowieka, mruczy prawie przy każdym dotknięciu, ugniata, wylizuje nosy i palce. Słodziak. I dlatego pewnie tak wiele jej się wybacza. J
Bo poza tym osobistym urokiem ma do zaoferowania ogromną niefrasobliwość. Nie przejmuje się kwestiami typu „czy można?” – tylko zajmuje Kociowe miejscówki, pcha się do jego miski i „zaklepała” sobie do spania mój biurkowy fotel. Zabawki, drapaki – wszystko jest Fruzi! Nie, nie tak, że nie użyczy. Ale po prostu jest szybsza. Kocio, z prawdziwie angielską flegmą (są podejrzenia, że mu się w rodzinie jakiś brytyjczyk plącze – albo mamusia się zapaczyła, albo sama była brytyjką, tyle że poszła na ląfry :P), zanim podbiegnie do „ofiary”, musi się skupić, zastanowić, czy warto, przyjąć pozycję – i wtedy ewentualnie próbuje zdobyć. Niestety, Fruzia w tym czasie zdążyła skoczyć trzy razy. Co z tego, że niecelnie? Ale Kocio został rozproszony i cała procedura rusza ponownie… ;) (Przestaje dotyczyć rzucanych smakołyków :P).
Poza tym Fruzia jest gadułą. Miauczy (pierwsze sugerowane imię było „Piszczałka”), mruczy, syczy, warczy, szczeka – full pakiet. Kocio musi być pod dużym ciśnieniem, żeby dźwięk z siebie wydobyć. J
Tematu kuwety już nie będę obszernie omawiać. Krótko streszczę: ile ja się nasprzątałam, zanim się okazało, że po prostu kuweta musi być odkryta, a żwirek – bentonitowy. Nie mogła powiedzieć od razu, tak jak Kocio przy silikonie? Co gorsza, temat nawraca. Ostatnio znów była „wpadka” – cudzysłów dlatego, że tak naprawdę to było działanie zamierzone (widziałam, jak wyszła z kuwety, by nasikać obok). I teraz zgaduj, człowieku, co było nie tak.
Tłumaczę jednak sobie (a mam wsparcie w tej tezie), że Fruzia po prostu jest jeszcze mała. Co z tego, że Kocio był w podobnych „miesiącach”, kiedy go wzięłam? Kocio był prawdopodobnie od małego „mieszkaniowy”, a na pewno kuwetował. Tymczasem Fruzia została wzięta z podwórka, gdzie nawet górki piaseczku dla kotów nie było. Poza tym trafiła do mnie tydzień po rozłące z mamą i rodzeństwem (tamta dwójka poszła w dwupaku do ludzi). I nagle z podwórka, bez bliskich (nawet swoich człowieków), trafiła do mieszkania, w obce miejsce, z nową pańcią i wielkim kocurem. Sporo dla takiego malucha. Przez ten miesiąc widzę, że sporo zmian na lepsze zaszło. Pewnie z kuwetą też tak będzie i nauczy się jej tak, że stanie się to oczywiste i naturalne – jak dla Kocia. J A cała ta żywiołowość i roztrzepanie – albo miną, albo po prostu taki jej urok. Nie przeszkadza mi to, oby tylko ta przylepność jej nie przeszła. J
Tak naprawdę oba te koty są kochane. Różnią się od siebie charakterem, temperamentem – ale to przecież piękne. Inaczej byłoby nudno. Przylepność Fruzi zaspokaja moje pragnienie kontaktu z kotem, dzięki czemu nie molestuję już tak Kocia. ;) On z kolei zaczął troszkę więcej do mnie przychodzić. Na krótko, ale miźnie się wieczorem, pomruczy, ugniecie… i pójdzie. Może patrzy na Fruzię i widzi, że to jednak nic strasznego? ;) Może walczy o swój zasób? :P Ciekawe też, że kiedy Fruzia przyjdzie wieczorem na mizianki, gdy już gaszę światło, jak spod ziemi wyrasta Kocio – i niby jej nie wygania, ale jednak sprawia, że ona sobie idzie. Jej z kolei nie przeszkadza, gdy Kocio kładzie się obok mnie. Paczy na to obojętnie i z daleka. J


Następny wpis będzie o człowiekach, obiecuję. J

środa, 27 sierpnia 2014

Kocie zapasy

Przestało mi wystarczać robienie zdjęć – zaczęłam kręcić filmiki. :P Ale miałam urodziny, dostałam w prezencie aparat z funkcją nagrywania filmów, to co sobie będę żałować? ;) (Kto bogatemu kociarzowi zabroni?). Na takie koty można się patrzeć godzinami. A jak miło będzie porównywać, jak koty urosną... Ciekawe, czy Kocio wytrzyma ten dynamit, na jaki zapowiada się Fruzia? J

(kliknij) Kocie zapasy 


wtorek, 19 sierpnia 2014

Szkodliwe paczenie

Poszłam dzisiaj z Fruzią do wet. Sama nie wiem, na co liczyłam, w końcu „na oko” lekarz nie oceni, czy problem pozakuwetowania ma przyczynę w zapaleniu pęcherza, a nie miałam w domu głupiej strzykawki, by zebrać ostatnie siuśki z podłogi i zawieźć do analizy. Czekanie na następne było jednak trochę ponad moje siły… Pani doktor, po obejrzeniu małej i zrobieniu porządnego wywiadu, stwierdziła, że jednak przyczyna jest behawioralna. Po opowiedzeniu jej niektórych szczegółów z zachowania Kocia tylko się w tym upewniła. Zaleciła feromony, ewentualnie jakieś KalmAidy czy inne bajery (kto miał problem, wie, o co chodzi). No i mimo wszystko, gdyby się udało, powiedziała, by jednak zebrać siuśki do analizy, aczkolwiek zapalenie pęcherza jest praktycznie niemożliwe u kici.
Wracałam przygnębiona. Głównie tym, że upewniłam się, gdzie leży przyczyna stresu Fruzi. Niby sama mówiłam (i pisałam), że Kocio jest stalkerem, ale tak naprawdę rozważałam to w kategoriach żartu. No jak taki Kocio słodki, kastracik, pierdołka – i agresor? A jednak.


Kocio nie robi niby nic takiego strasznego. On „tylko” paczy na Fruzię. Dowiedziałam się jednak, że to trzeci – przedostatni – poziom kociej agresji. Pierwszą informacją dla intruza jest znaczenie terenu. Drugim – wokalizacja swojego niezadowolenia, połączona ze stroszeniem futra, taką wizualną demonstracją. Ostatnim aktem agresji są łapoczyny, mające na celu przepędzenie intruza. Chyba że ten wcześniej nie wytrzyma presji kociego wzroku.
Raz wyraźnie dostrzegłam te Kociowe paczałki. Naprawdę, gdybym była kotem, udałabym, że szłam akurat gdzie indziej. Od tamtego czasu (kilka dni) coraz bardziej widziałam, jak Kocio łazi za małą, niemal dyszy jej w kark, cokolwiek by ona nie robiła. Myślałam wciąż jednak, że to po prostu takie zainteresowanie drugim kotem… Tymczasem to agresja. Może obronna? Bo Fruzia na zastraszoną nie wygląda, a to siusianie poza (i nie tylko siusianie…) to może właśnie też jakaś forma zagarniania terytorium? I Kocio na ten pierwszy etap odpowiada trzecim?
Jak by jednak Fruzia nie była dzielna, rozumiem jej stres. Pani wet też mi to w rozmowie dosadnie dosyć przybliżyła. Słuchając bowiem jej wywodów, ogromnie ciężko było mi przyznać, że mam w domu takiego agresora. Nie Kocio! I jakoś niemrawo próbując go tłumaczyć, mówię, że przecież on nie zawsze na nią tak paczy. To czemu ona ma się denerwować…? A pani wet na to: „A jakby pani mieszkała z mężem, który bije tylko czasem, a pani nie wie nigdy, kiedy?”. Przemówiło do mnie.


Bo w sumie nie trzeba bić… Wyobraźmy sobie, że jest w naszym życiu osoba, która nas nieustannie obserwuje. Nie krytykuje. Nie chwali. Po prostu patrzy. I teraz taki dzień (dla uproszczenia wersja relacji damsko-męskiej): Wstaję rano i idę do kuchni robić śniadanie. On idzie za mną i siada przy stole. Nie czyta gazety, nie włącza radia, nie wyciąga talerzy. Patrzy na mnie, jak ja kroję chleb, gotuję wodę, nalewam herbatę czy kawę do szklanek. Stawiam to na stół. To wszystko w milczeniu, wciąż obserwowana. Cud, że tym razem nic nie upuściłam ani nie wylałam. Innym razem przyszywam guzik. On siedzi obok i patrzy. Myję podłogę. On patrzy (i wcale nie ma zakusów erotycznych, po prostu ocenia płynność ruchów). Wieszam pranie, a on patrzy. Nic nie mówi, ale sama nerwowo sprawdzam, czy nie ma załamań i czy wszystko się doprało. Rozpakowuję zakupy, a on patrzy. Z przykładów pozadomowych natomiast. Jadę samochodem (w sensie: kieruję), a on siedzi obok. Oczywiście mało który facet by tylko patrzył krytycznie, ale kiedy wreszcie zamilknie, większość kobiet czuje się chyba gorzej.
Szczerze? Też bym chyba zaczęła sikać po kątach, gdyby to leżało w ludzkiej naturze. Taka ciągła obserwacja, kontrola bez słów sprawia, że ręce zaczynają się trząść, a w środku wszystko dygocze jeszcze mocniej. Im teren mniejszy, im osoby bliższe – tym jest to bardziej odczuwane. W końcu nie przypadkiem pojawiają się w założeniu dowcipne karteczki z cenami usług, gdzie za obserwowanie fachowca podczas pracy klient dopłaca procent od całej sumy. ;) A on przecież tylko paczy… ;)




poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Stalker i Strażak Sam

Od trzech tygodni ustalamy w domu nowe porządki. I wciąż nie mam błogiej rutyny (jak jej kiedyś nie doceniałam!).
Przede wszystkim: spadłam na sam dół hierarchii stada. Jestem zdecydowanie od sprzątania i karmienia – w nagrodę ewentualnie mogę czasem pomiziać. Niemniej brak futra i ogona oraz poruszanie się na dwóch nogach dyskwalifikuje mnie w oczach grupy. ;)

Na samym jej szczycie stoi Fruzia. Ona zamieszała naszym – moim i Kocia – poukładanym życiem i ona wciąż dyktuje zasady oraz nakłada na nas kolejne obowiązki. Nie weszła do nowego miejsca zahukana i przepraszająca. Przeciwnie. Na nic się nie oglądając, ładuje się na szczyt drapaka, pierwsza biegnie do zabawki, a także do miski – choć czasem jeszcze siedzi przy niej Kocio. Ten zaś ma charakter zdecydowanie powolniejszy i „usposobienie przyjemne”. Pierwsze dni były dla niego ciężką próbą. Potem wcale nie było lepiej, gdyż się we Fruzi zakochał. A potem to chyba zgłupiał. ;)

Zanim jednak o Kociu, parę informacji o Fruzi. Otóż oprócz bojowego charakteru koteczka cechuje się jeszcze dość niefrasobliwym usposobieniem. Kładę to karb jej małolęctwa, ale jest dość uciążliwe… Chodzi o sprawy dość delikatnej natury, czyli kuwetowe. Przede wszystkim trzeci tydzień toczę bój o przyuczenie jej do korzystania z kuwety. Początkowo wydawało mi się, że sukces przyjdzie szybko. Niestety, pod koniec pierwszego tygodnia pozbyłam się tej nadziei i od tamtej pory trwa orka na ugorze, by nauczyć Fruzię porządku. Owszem, początkowo wchodziła do kociej toalety (osobnej, specjalnie dla niej), ale potem zaczęła załatwiać się w przypadkowych miejscach. Po namysłach i rozważaniach oraz zgłębieniu problemu również na kocim forum zmieniłam żwirek z drewnianego na bentonit. Znawcy tematu wiedzą, w czym rzecz. Niefachowcom krótko wyjaśnię, że ten drugi bardziej przypomina piasek, ze wszystkimi niestety konsekwencjami: maże się i zmienia w błocko, poza tym trzeba go usuwać do specjalnych woreczków, a nie – jak np. Cat’s Best Eko – spłukiwać w toalecie. Dla kota czasem jednak bywa lepszy, właśnie dlatego, że kojarzy mu się z naturalnym podłożem. Fruzia natychmiast zaakceptowała zmianę, a razem z nią – kuwetę. Zaczęła chodzić również do Kociowej, a ten jej nie bronił niczego. Tylko że jedno mu się nie podobało… Fruzia bowiem nie zaprzątała sobie główki takimi drobiazgami, jak zakopywanie po sobie. Po prostu wchodziła do kuwety, robiła, co do niej należało, po czym, nie oglądając się za siebie, wychodziła. Byłam świadkiem, jak trzeciego czy czwartego dnia Kocio nie zdzierżył. Ten maniak porządku wszedł i zakopał po niej, po czym jeszcze swoim zwyczajem omiótł łapą okolicę (robiąc naturalnie więcej bałaganu, ale doceniam intencję). Miałam nadzieję, że Fruzia raz czy drugi to zobaczy i sama się nauczy, naśladując dobry Kociowy przykład. Niestety. Uznała, że widać taka jest procedura. I tak oto jesteśmy obecnie na takim etapie: Fruzia czyni swą powinność. Kiedy tylko słychać szuranie żwirku, Kocio już leci i czeka, aż mała wyjdzie. Wtedy natychmiast wchodzi i zakopuje oraz omiata okolice. Dumny z siebie, wychodzi. I wtedy wkraczam ja: z łopatką oraz szufelką i zmiotką. Czy można wyraźniej pokazać hierarchię…? ;)


W tym wszystkim nie marudziłabym, licząc, że skoro nikt nie narzeka, to jest dobrze. Są ponoć takie koty – babcie klozetowe. ;) Fragment z wątku na forum, na którym się radziłam i dzieliłam tą sytuacją: „Hihi, masz Kocia babcię klozetową J U nas robi tak Aramis i Chester, często nawet ten kuwetujący nie skończy a tu zaraz ekipa sprzątająca się zjawia”. Rzecz w tym, że chyba ta nadmierna opieka Kocia przeszła w kontrolę, której Fruzia nie wytrzymała. I znów zaczęła omijać kuwetę. Koniec poprzedniego tygodnia to było nieustanne łapanie małej i wsadzanie do kuwety bądź (częściej) sprzątanie po niej oraz pranie zasikanych materacyków i kocyków. A Kocio snuł się za nią jak cień…

Już decydowałam się na powrót do bentonitu i wydanie kolejnej kwoty pieniędzy na obróżki feromonowe dla Kocia, który zatracił się chyba w tym stalkowaniu małej – ale zdecydowałam się wcześniej na jeszcze jeden patent. Wyciągnęłam ponownie drugą kuwetę, wysypałam Cat’s Bestem i wstawiłam do pokoju, w którym śpimy. Broniłam się przed tą możliwością, bo po prostu nie chciałam więcej żwirku w tym pokoju. Od czasu, kiedy opłakałam Agrafkę, zaczęłam doceniać chodzenie boso po pokoju (żwirek nieźle potrafi kłuć w stopy), a także klasyczny aromat powietrza. Teraz też nie uśmiechał mi się zapach zasikanego przez koty żwirku (nie łudziłam się, że Kocio nie skorzysta z takiej okazji – i nie myliłam się: pierwszy tam wlazł), ale… wolę jednak zasikany żwirek. Patent sprawdzał się – do dzisiejszego ranka. Fruzia ugasiła pożar (jak Dzielny Strażak Sam) na leżącym na balkonie materacyku. Wydawało mi się, że dobrze upranym i pozbawionym zapachu dawnej „zbrodni”…

Tak więc mam w domu Strażaka Sama, stalkowanego co jakiś czas przez Kocia. Jak to się skończy? ;)

piątek, 8 sierpnia 2014

Mój kochany Kocio

Mój kochany Kocio

Obecność drugiego kota w domu sprawiła, że inaczej widzę tego pierwszego. Obserwacje i wnioski są bardzo fajne. J

Przede wszystkim Kocio bardzo w moich oczach wydoroślał. Ma zaledwie roczek, ale w porównaniu z prawie trzymiesięczną Fruzią zdaje się po prostu poważnym kocurem. No… trochę tej powagi traci wieczorem, gdy rusza gonitwa. Ach, ile jest wtedy zapału, emocji i niespożytej, wydawałoby się, energii. J Ale tak w ciągu dnia to zachowuje dużo więcej godności. Fakt, jest to typ kota-filozofa, który się nie spieszy, nie miauczy na widok wyciąganej z szafy puszki (po prostu wskakuje na stół, gdzie czeka naszykowana już miseczka ;)). Niemniej udawało mi się go często wybić z tego marazmu w ciągu dnia: a to piórkiem mu pomachałam przed nosem, a to laserek zaświeciłam… Teraz jednak jest inaczej. Kocio przyjął rolę obserwatora. Trochę jest to jego wybór, a trochę konieczność – Fruzia po prostu szybciej reaguje na bodźce. I zanim się Kocio zdecyduje łapą machnąć, to piórko zostało już kilka razy „zabite”. Chyba więc uznał, że lepiej okazać brak zainteresowania niż rywalizować w takiej prostackiej zabawie. ;) Albo po prostu jest dżentelmenem. ;)

Upewniam się też co do Kociowej aspołeczności. Nie w stosunku do Fruzi, skąd! Stworzą z pewnością przemiłe stadko (tak, wiem, że koty nie tworzą stada sensu stricte, ale nie o definicje teraz chodzi), bo już teraz widać, że się lubią. Ale Fruzia od samego początku naszej znajomości ;) jest równie chętna do innych kotów, jak i ludzi. Szybko nabrała do mnie zaufania, ale równie smacznie posapywała w kolejnych objęciach. Kocio zaś był dzikuskiem. Teraz się nieco zsocjalizował, ale dalej woli być „obok”. Dotyk jest rzadko mile widziany i zazwyczaj musi być to jego inicjatywa. Dawno przestałam z tym walczyć, ale co jakiś czas było mi po prostu przykro, że mam takiego niedotykalskiego kota. Martwiłam się, że jakoś go do siebie zraziłam, że nie czuje się przy mnie bezpieczny…

A teraz, jak pojawiła się Fruzia, zobaczyłam, że jednak więź między nami jest całkiem konkretna. Cóż, że mało fizyczna. J Czasem mam wrażenie, że patrzymy na siebie ze zrozumieniem, jak Fruźka szaleje, albo jak nie mogłam poradzić sobie z jej kuwetowaniem – a wtedy Kocio wziął sprawę w swoje „łapy”. ;) Ostatnio wręcz zareagował na konkretne zdanie. Wycisnęłam mu bowiem na futerko trochę pasty odkłaczającej, którą zresztą bardzo lubi. Na talerzyku jednak z reguły coś zostawia, więc wolę dawać na futerko. A gapulek nie zauważył chyba i wyskoczył w tej paście na balkon. Usiadł na stoliku i zapatrzył się smętnie w dal. Więc wołam: „Kociu! Futerko sobie wyliż!”. Odwrócił się, spojrzał na mnie rozumnie, po czym zaczął się wylizywać z pasty…

Cudna jest w ogóle ta jego reakcja na imię. Oczywiście, jak na prawdziwego – więc dumnego i niezależnego kota przystało – zdarza się, że wołam, a on nie reaguje.


Jest jednak na to sposób i przyznam, że nieraz nadużywam Kociowej dobrej woli... ;) Otóż, odkąd zrobiło się ciepło, balkon w mieszkaniu (a często i okna) jest otwarty bez przerwy. W związku z tym zaczęła się inwazja różnego rodzaju owadów. Nie lubię ich. Nie życzę sobie, by wlatywały do pokoju, gryzły czy nawet tylko brzęczały. Za to Kocio uwielbia na nie polować. Najpierw musiał je usłyszeć czy zobaczyć, by ruszyć do ataku. Teraz jednak wystarczy, że zawołam: „Kociu, mucha!” (czy ćma, wszystko jedno), a on pędzi z drugiego końca mieszkania. Naprawdę. Sama czasem nie wierzę. Oczywiście nie wołam go słodkim głosikiem, a tonem, w którym ewidentnie czuć panikę.

I na tym się właśnie zasadza moje oszustwo… Czasem właśnie takim spanikowanym tonem wołam go, bo po prostu chcę go zobaczyć. I on przychodzi. Rozgląda się czujnie, po czym, widząc, że alarm był fałszywy, dostojnie wraca na miejsce, z którego przybiegł. Czasu jednak wystarczy, by go pogłaskać. J

Nie nadużywam tego patentu, bo jednak często wołam go do prawdziwej zwierzyny, lepiej więc, by nie przestał reagować. A on wiernie przybiega i broni przed tymi paskudami. Nawet teraz potrafi przerwać gonitwę z Fruzią, by spełnić swój koci obowiązek. Jaki sam na siebie włożył, żeby nie było. U mnie koty nie muszą zarabiać na jedzenie. J

O Fruzi będzie innym razem, a tymczasem parę jej zdjęć:


Mała królewna J

Pełne skupienie...

Fruzia akrobatka

A to już po prostu baletnica J

Tygrysia łapeczka






niedziela, 3 sierpnia 2014

Początki pewnej znajomości, czyli Kocio i Fruzia

Dokładnie rok temu za Tęczowy Most pobiegła Agrafka. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że po tym czasie będę miała dwa koty, nie uwierzyłabym. A jednak tak się stało. ;)

O przybyciu Fruzi już pisałam TUTAJ. Teraz czas na sprawozdanie z pierwszego tygodnia. J
Przede wszystkim: gdy tylko potwierdziło się, że to dziewczynka, mała dostała imię Fruzia. Oficjalne, bo chwilowo bardziej zasługuje na miano „Srajtka” bądź „Siksa”. :P Ale to przecież minie... Kitka przecież jest jeszcze mała, i choć ogólnie ideę kuwety złapała, to czasem działa jak dziecko: po prostu zapomina. Albo nie zdąży... Radzi jednak sobie coraz lepiej i pod tym względem na pewno wyrośnie „na koty”.
Fantastyczna jest jej relacja z Kociem. A tego obawiałam się najbardziej... Pierwsze spotkanie za dużo mi nie powiedziało, tyle że się zobaczyli. Następnej doby jednak, mimo wyraźnych przeciwskazań behawiorystów, którzy zalecają początkową izolację nowego lokatora i powolne zapoznawanie przez wymianę zapachów, postawiłam ich naprzeciwko siebie. Kocio po prostu wychodził z siebie, tak był ciekaw małego gościa. A ten po dobie już wylazł zza foteli i sprawiał wrażenie znacznie mniej oszołomionego niż w chwili przybycia. Dałam im więc pół godziny w mojej asyście. Wzięłam patyczek z piórkami, jeden z ukochanych Kocia, ale bawiła się tylko Fruzia. Kocio siedział nieopodal i... paczył. W pewnym momencie jednak nie wytrzymał i skoczył na małą. Po krótkiej kotłowaninie udało mi się złapać Kocia i wynieść z pokoju. Choć sama się trochę bałam go dotknąć, bo kitę miał co najmniej dwa razy większą. Jednak pod dotykiem mojej ręki spotulniał i wyszedł. Jeszcze tego samego wieczoru przylazł do łóżka się pomiziać... ;)
Kolejne dni upływały na zacieśnianiu kontaktów. Brałam już Fruzię do wspólnego pokoju, gdzie stały i kocie miski (Fruźka natychmiast dorwała się do tej NIE DLA NIEJ – podobnie jak Kocio), i leżały zabawki, no i ja mogłam coś robić, jednocześnie obserwując koteły. A te szybko się dogadały. Już w czwartek mogłam zobaczyć takie widoki:

Zaraz będziemy spać.


Fruzia, tylko nie spadnij! – Oj dobrze, przecież uważam.



(Nie wymaga komentarza J).

Ja tam się najadłam.

A chwilę potem ułożyły się do snu:


Kocio: jestem wyczerpany. Fruzia: ale jak się obudzisz, to już wiem, gdzie będę się chować...
Kolejne dni mijają na zacieśnianiu więzi. Widać, że w tej parze ona będzie grała pierwsze skrzypce. Na razie jest malutka, ale i tak widać, że próbuje rządzić. A Kocio zasypuje za nią zawartość kuwety i pozwala pierwszej dobiec do piórka. Z kolei, kiedy on się rzuca na drzemkę, a jej akurat się nie chce spać, to podchodzi do niego i gryzie go w ogon. Co jest swoistym zaproszeniem do gonitwy i zapasów. ;) Natomiast on jej snu nie przerywa. J
Wczoraj natomiast była pierwsza noc, kiedy nie zamknęłam Fruzi w pokoju. Część nocy spała ze mną, potem obudził mnie jakiś tupot małych stópek :D, a potem... do łóżka na mizianki wtarabanił się Kocio (była piąta trzydzieści). Patrzę zaspana, że coś w jego wyglądzie się zmieniło... Czyżby na grzbiecie wyrosły mu uszy? – Tak, Fruzia już siedziała za nim. ;)

Polubiły się dzieciaki. J A niżej jeszcze trochę ich fotek. Zwraca uwagę, że Kocio uważnie obserwuje kotełka, natomiast ten nie ogląda się za siebie. J