Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

Nowa jakość

Jak widać na zdjęciu, mój związek z kotem jest odwieczny. Może uczucie i jest jednostronne :P, ale byłam wtedy mała i proszę mi wybaczyć taki uchwyt kota. W każdym razie uznałam, że dla Człowiekowa ten obrazek będzie pełnił lepszą funkcję i od razu określi zainteresowania i tematykę bloga. Widać chyba, że lubię tworzyć relacje bliskie i całą sobą. :D


Syrenki powoli odchodzą w przeszłość. I dobrze...

Mała Agniesia z kotkiem.

piątek, 4 kwietnia 2014

Kocie warsztaty PetBonTon

Zrozumieć kota – wydawało mi się to niemożliwe. Zwłaszcza że wciąż uważam, że w postaci Kocia trafił mi się egzemplarz wyjątkowy. Tym bardziej chciałam wiedzieć – może nie jak nad nim zapanować, ale przynajmniej – jak z nim żyć na wspólnej przestrzeni. Taka była, w skrócie, moja droga na warsztaty organizowane przez PetBonTon. Zwierzak dobrze wychowany. Powiedziała mi o nich sympatyczna kociara Beata M. ;) Również fb uprzejmie mi podpowiedział, a to dzięki temu, że jak wiadomo, jestem wielką miłośniczką Kociej Łapki. Zajrzałam więc, żeby sprawdzić, cóż to za warsztat i w czym mi może pomóc. Nie ukrywam, że początkowo byłam dość sceptyczna, bo w zasadzie, znając wartość „ludzkich” poradników na temat zmian swojej psychiki itede, tym bardziej trudno było mi uwierzyć, że z kotem można „coś zrobić”. Zresztą, tak naprawdę uważam Kocia za egzemplarz doskonały – raczej ja nie ogarniam „tej kuwety” (sic!), jaką jest zrozumienie kota. Z drugiej strony, już parę osób dało mi do zrozumienia, że ciut z tym zaangażowaniem w kota przesadzam. Inna rzecz, że taka moja uroda: jak coś zaczynam robić, to staram się to poznać na maksa. W tym przypadku – koci świat. Stąd to przywiązanie do ludzi z kocich fundacji, stąd poszukiwania innych kociarzy, stąd analizowanie Kociowych zachowań. Warsztaty zatem stały się kolejnym, naturalnym etapem…
Warsztaty, a właściwie ich pierwsza z planowanych sześciu części, odbyły się 30 marca. To był mój drugi w tygodniu dzień przeznaczony na „kocie sprawy”, i znów trzeba było wstać o barbarzyńskiej porze, jaką dla nieetatowej osoby jest siódma rano (czy coś koło tego). Było warto, naprawdę, zresztą tak naprawdę szybko przestałam być zaspana, bo atmosfera warsztatów na to nie pozwoliła.
Prowadziły je dwie miłe panie: Julia Galia, zoopsycholog, i Agnieszka Grochecka-Kaczor, weterynarz i zoopsycholog. Tematyka, jak na jednodniowe, kilkugodzinne spotkanie, była bogata i bardzo urozmaicona – w związku z czym warsztaty przedłużyły się o dobrą godzinę.;) Ogólnie można wydzielić dwie grupy problemów, jakie zostały poruszone: kwestie związane z dobrostanem psychicznym wprowadzanego do domu kota i opieka weterynaryjna nad takim „nabytkiem”. Jeśli chodzi o tę drugą grupę tematów, to muszę powiedzieć, że chociaż na pewno są to przydatne wiadomości, to moim zdaniem było ich ciut przydużo i za szczegółowo. Dla mnie istotne jest podkreślenie konieczności profilaktyki i rodzaju zagrożeń oraz sposobu udzielania doraźnej pomocy. Resztą powinien przecież zająć się fachowiec. ;) Niemniej rozumiem, że dla innych obecnych osób mogły to być istotne tematy, jako że w grupie słuchaczy były osoby na co dzień pomagające w kocich fundacjach, prowadzących domy tymczasowe, a może i pracujących w schroniskach. Zastanawiałam się nawet przez moment, czy możliwe, by te osoby mogły się jeszcze czegoś nowego dowiedzieć? ;)
Nie znam naturalnie odpowiedzi na to pytanie. Gorąco jednak popieram zdobywanie i poszerzanie wiedzy, więc nie dziwię się obecności tych osób. Tym bardziej że w końcu ja też mam już kota – wprawdzie jednego, ale trudnego – a też w końcu przyszłam. I wyszłam z uczuciem, że nie zmarnowałam czasu.
Już tak konkretniej. Nie zdradzę oczywiście całego przebiegu warsztatów, ale powiem o kilku przykładowych sprawach, dzięki którym mam nadzieję jeszcze lepiej egzystować z Kociem. Przede wszystkim wyszłam z bardzo pozytywnym uczuciem, że żyje nam się dobrze. Szanujemy swój indywidualizm, choć nieraz trudno mi się z Kociowym pogodzić. Jednocześnie wyznaczam Kociowi granice, których musi przestrzegać i które staram się egzekwować, choć z różnym skutkiem. Dumna jestem z siebie, że tak inteligentnie wyposażyłam Kocia w podstawy jego egzystencji, czyli kuwetę i miski z żarełkiem, a przy tym rozmieściłam je nad wyraz prawidłowo. No, może poza miską z wodą, która początkowo stała obok pokarmu, ale po pierwsze – i tak pił, po drugie – mamy już trzy poidła, w różnych miejscach, i NIE obok jedzenia. :)
Podobały mi się też przykłady ekozabawek, na dodatek własnej roboty. Też mam swój patent, o czym niektórzy już wiedzą. Kocio mianowicie uwielbia bawić się nakrętkami od butelek. Rzucam mu je, a on: łapie je; łapie i przynosi mi z powrotem (!); podskakuje, próbując je złapać w powietrzu (nieraz robi przy tym wręcz salta) albo celuje, by odbić je łapkami. Czyż nie frajda? Mam zawsze ładny zapasik tych nakrętek, który jednak sukcesywnie się zmniejsza, bo nie wszystkie udaje się później wydłubać spod szafek czy łóżka. Stąd apel do znajomych: zbierajmy nakrętki dla Kocia! ;)

Program warsztatów był super, czułam, że moja dotychczasowa wiedza została uporządkowana, zweryfikowana i poszerzona. Z pewnością pójdę na następne, bo kolejne tematy zapowiadają się jeszcze fajniej, a o ile przed pierwszymi mogłam obawiać się straty czasu i pieniędzy, o tyle teraz ta kwestia nie istnieje. A ile się dowiedziałam o sobie! W końcu relacja z kotem to też relacja. ;) O tym jednak już przy innej okazji.

sobota, 29 marca 2014

O Kociu

Dawno nie pisałam o Kociu, a to przecież taka słodka istotka… No dobrze, po prostu istotka. :P Kochana, pozytywna i dostarczająca nieustannych wrażeń oraz zadziwień. Kiedy myślę, że już, już go ogarnęłam i niczym wielkim mnie nie zaskoczy – on mnie zaskakuje. ;)
Niedawno byłam u koleżanki, która ma dwa koty w wieku siedmiu lat. Koleżanka zdecydowała się wreszcie na osiatkowanie balkonu i zaprosiła mnie tego dnia do siebie. Poszłam bardzo chętnie, bo byłam ciekawa kotów, cieszyłam się na zobaczenie przynajmniej chłopaków z Kociej Siatki, no i oczywiście fajnie było zobaczyć się z Ulą (kolejność celowa w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi. :P A naprawdę wszystkie trzy powody były równorzędne). Przeżyłam wielkie, wielkie zaskoczenie. Niby byłam w Kociej Łapce, gdzie przebywało wtedy chyba dziewięć kotów i kilka z nich przyszło się pomiziać i było ogólnie wdzięczne i towarzyskie, ale koty Uli – a zwłaszcza Simonka – okazały się być kotami, jakie sobie zazwyczaj wyobrażałam. Simonka to po prostu niesamowita pieszczocha, życzy sobie kontaktu z człowiekiem, cieszy się z niego, a jej brat, choć powściągliwszy w stosunku do obcych, również nie okazywał mi niechęci. Czyli koty miziaki i pieszczochy jednak istnieją!
Tymczasem mój Kocio, choć często widzę, że na swój sposób okazuje mi przywiązanie, to wciąż trzyma ogromny dystans fizyczny. Ciężko go dotknąć na dłużej niż dwie sekundy, a gdy zaśnie obok, to natychmiast budzi się, wstaje i ucieka, gdy ja się też położę. Nie zmienia to faktu, że potem wraca, ale jednak… Przed wizytą u Uli mieliśmy kilka cieplejszych nocy :P, byłam miziana i spontanicznie gnieciona, wymruczana i w ogóle. Nie zdziwiłam się specjalnie, że po wizycie w Kocia znów wstąpił Kocizmo. Liczyłabym się z tym nawet bez tego, bo Kocio nie jest stabilny emocjonalnie. Niemniej miałam wrażenie, że jest w tym jakiś szczególniejszy foch. Noc, jaką mi zafundował, była jedną z trudniejszych. Postawił sobie za cel nie dać mi zasnąć, irytować mnie zrzucaniem przedmiotów z regału i ogólnie hałaśliwym zachowaniem, którego nie pozwalał mi zignorować, nawet gdy próbowałam. Wyraźnie domagał się uwagi, ale unikał zbliżania się jak ognia, jednocześnie pilnując, byśmy byli w tym samym pomieszczeniu. Na szczęście koło trzeciej sam się chyba zmęczył, a ja nie musiałam szczególnie rano wstawać. Następna doba była już spokojniejsza.
Nie wiem, co Kociu jest i czemu tak się zachowuje. Może jutro uda mi się czegoś dowiedzieć na ten temat podczas warsztatów PetBonTon. Jeśli nie w czasie wykładów, to może od innych, obecnych tam kociarzy.
A tymczasem Kocio wciąż pozwala sobie na bycie „łobuzę”, jednocześnie niektórymi zachowaniami rozbrajając mnie tak, że nie sposób się na niego złościć. ;P Trochę zmienił się na przykład system asystowania. Wciąż plącze się pod nogami, ale ostatnio zdarzyło mi się, że zostawiał mnie samą w łazience lub puszczał przodem do „kuwety” ;P. Oczekiwał mojego wyjścia przed drzwiami, by następnie udać się tam, również osobno. Ba, nawet nieraz się oglądał, czy na pewno za nim nie idę. ;)

Albo na przykład kupiłam mu ostatnio takie poidełko fontannę. Naturalnie asystował przy montażu, nie odstępował mnie ani na krok, aż wreszcie udało mi się podłączyć ustrojstwo. Wydaje ono cichy, ale jednak dobrze słyszalny dźwięk. Kocio zatem, zaintrygowany nowością, usadowił się na pozycji obserwatora, nie mając jednak odwagi podejść i sprawdzić empirycznie, cóż to takiego. Pomyślałam, że może więc lepiej na razie to odłączyć, żeby kot zorientował się, że to woda, a później może oswoi się z dźwiękiem. Tak zrobiłam i zostawiwszy kota z odłączonym poidełkiem, poszłam do drugiego pokoju, usiąść do pracy. Przez dziesięć minut naprawdę starałam się ignorować hałasy, nie były takie głośne, ale w końcu postanowiłam sprawdzić. Tak, Kocio skończył właśnie rozkładać poidełko na części pierwsze i właśnie zaczynał kombinować, czy nie dałoby się bardziej. ;) Okazało się zatem, że mam w domu małego dekonstruktora… ;) Może po prostu odzywa się w nim taki męski instynkt? Ciągnie do majsterkowania, tylko nie wie, jak, bo brak mężczyzny w domu (a ze mnie, jak wiadomo, pod tym względem pożytku nie ma…). Ale skąd ja mu faceta na DS wezmę? ;)
A tymczasem wiosna za oknem, kot na balkonie, a jutro wstajemy godzinę wcześniej. I tego się trzymajmy! :P

czwartek, 20 marca 2014

Profesor Kocio

Od kotów można się wiele nauczyć. Może dlatego właśnie kota, nie psa, zaprosiłam do swojego życia? Może to przypadek, może szczęśliwy traf. W każdym razie po ponad pięciu miesiącach mieszkania z Kociem widzę, że jego sposób na życie jest dużo lepszy niż mój. Na pewno nie wyłapałam jeszcze wszystkiego, lista każdego dnia się modyfikuje. Krótko zresztą ze sobą mieszkamy (nie czyta tego, więc mogę nie pisać, że mieszkam u niego :P). Niedługo dowiem się więcej o kociej osobowości, bo idę na warsztaty o kotach. Cieszę się, bo mam nadzieję spotkać tam zarazem innych kociarzy. Kiedy opiekowałam się malutką siostrzenicą, chodziłam z nią w wózeczku, a potem prowadzałam na placyki zabaw, to znałam mnóstwo mam, z którymi mogłam roztrząsać choroby i problemy wieku dziecięcego. Przy kocie nie jest już tak łatwo... ;)

Czego więc ten mój Kocio dotychczas mnie nauczył? Otóż tego, że:
Koty wiedzą o tym, że aby coś osiągnąć, trzeba zadbać o zrobienie dobrego pierwszego wrażenia.
Coraz częściej mówi się, że w dzisiejszym świecie należy umieć „dobrze się sprzedać”. Koty wiedziały to zawsze. Wiedzą, co zrobić, by osiągnąć cel. Jak patrzę na mojego łobuziaka i wspominam jego zachowanie podczas naszego pierwszego spotkania – nie mam wątpliwości, że mają to w genach. Ach, jak on się miział, wdzięczył, roztaczał koci urok! Ba, jeszcze kilka dni utrzymywał ten wizerunek, żeby na pewno się zadomowić. Teraz jest zgoła inaczej… ;) Może stąd bierze się w niektórych przekonanie o tym, że koty są fałszywe? Ale to nie to. Po prostu…
...koty nie widzą nic złego w dbaniu o swoje potrzeby, prawa i przywileje.
Może więc człowiek też powinien wziąć z nich przykład i bardziej zadbać o siebie? Uznać, że należy zapewnić sobie przyjemność, skoro jej potrzebuje, czas – na poświęcenie go pasji, jeśli tego pragną? Wydać pieniądze na ciastko dla siebie, bo tak? :) Oczywiście nie chodzi o to, by zaniedbać bliskich i skupić się na sobie. Ale najpierw na sobie. Zresztą, ja osobiście rozumiem zajmowanie się kimś w pozytywnym sensie, jako związane z pomocą. Niekiedy jednak wyświadcza się w ten sposób niedźwiedzią przysługę. Albo próbujemy mniej lub bardziej świadomie manipulować czyimś życiem. Spójrzmy na kota i powiedzmy zdecydowane „nie” takiej postawie!
Kolejną kocią mądrość można ująć w takiej maksymie:
Spanie jest dobre i należy je uprawiać zawsze, gdy tylko nadarzy się okazja. Identycznie jest z jedzeniem.
Kocio śpi całym sobą.

Zanim poszedł spać, oczywiście się najadł. Łosoś jest tylko od święta, więc korzysta!

Czy widział ktoś kiedyś kota-anorektyka? (Nie chodzi mi o wygłodzenie z powodu braku dostępu do jedzenia lub/i choroby, lecz dobrowolną rezygnację, żeby „lepiej” wyglądać). A rezygnującego ze snu? ;) Przypominam, że wypoczęty i najedzony człowiek również jest zupełnie inną osobą – dużo milszą i łatwiejszą w obsłudze. Także bardziej rzeczową, a czasem skłonniejszą do ustępstw. Więc jedzmy i śpijmy! ;)

Na czym jeszcze powinniśmy się wzorować?

Koty liżą tylko swoje tyłki. Drugiemu kotu wyliżą najwyżej ucho.

Ten luz, ten brak skrępowania... 

Chyba nie wymaga komentarza. :P

Poza tym:

Nikt nie okaże Ci tyle szczerego uczucia, co kot.

Jeśli kot Cię nie lubi, to masz jasność w tej sprawie. To jest dla mnie w ogóle sens wszystkiego. Nienawidzę i boję się kłamstwa. Tracę wtedy grunt pod nogami, nie wiem, co mam robić i jak żyć wśród osób, które w każdej chwili mogą mnie oszukiwać. Sama jestem do gruntu szczera, choć niektórzy pewnie uważają to czasem za bezczelność. Nie. Czasem popełniam gafy, pewnie, brak talentu dyplomatycznego… ech. Ale z kotem nie mam problemu pod tym względem.
Koty bawią się rzeczami, które z pewnością nie temu miały służyć.
A może to wskazówka, by zacząć postrzegać świat inaczej? Kreatywniej? Mnie to dało do myślenia… I przy okazji wciąż przypomina, żeby cieszyć się drobiazgami. ;)
Cierpliwość w czekaniu na upragniony cel jest na poziomie supermistrza.


Za to Kocia podziwiam. Nieumiejętność czekania wiele razy w życiu sprawiła mi problem. Uczę się, ale do kota jeszcze mi daleko… ;)
Spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Co by się nie działo, kota to nie dotyczy.



Ta druga część brzmi może niespecjalnie. Ale czy nasze przejmowanie się wszelkim złem tego świata w czymś pomoże…? (Mówię o samym zamartwianiu się). Jeśli nie mamy wpływu na rzecz czy sytuację, to myślenie o tym psuje nasz nastrój, niszczy nasze życie i nie pozwala cieszyć się nam nawet drobnostkami. Górnolotnie to zabrzmi, ale – w pewnym sensie przegrywamy życie.
Kot musi mieć swoje terytorium.
Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej tak bardzo, ale od jakiegoś czasu widzę, jak ważna jest własna przestrzeń. Miejsce, gdzie możemy być całkiem sobą, swobodni, gdzie nikt nam nie wchodzi z ubłoconymi butami i narzuca swoją wizję świata – albo wysysa naszą.
Jest niezwykle samowystarczalny.
Dla mnie koty osiągają w tym poziom równie supermistrzowski, co w umiejętności czekania. A ja widzę, że chociaż w tej dziedzinie trochę już osiągnęłam, to jednak sporo pracy przede mną. Na szczęście mam przy sobie Profesora Kocia! :)

środa, 19 lutego 2014

Czwarte "K"

Pisałam niedawno, że z trzech niemieckich "K" dużo frajdy daje mi kuchnia. Myślę, że obok "Kinder Küche Kirche" należałoby dodać jeszcze "Katze". W każdym razie JA na pewno bez kota już bym nie była szczęśliwa. :)

Dzisiejszy dzień zaczął mi się świetnie. Mianowicie - miziankami. Mój kot ma tak czasem, że jeśli w nocy nie śpimy razem, wynagradza mi to rankami. :) I wczoraj też tak było. Chociaż miałam nadzieję, że zechce robić za nocną przytulankę, bo przecież prawie cały dzień się nie widzieliśmy, więc liczyłam, że tęsknota go przygoni... Niestety nie. Wprawdzie pozwolił się nakarmić, obejrzeliśmy razem serial ("Allo allo" na szczęście jest w jego guście - w przeciwieństwie do filmów Tarantino...), ale kiedy zgasiłam światło i ułożyłam się spać, kot sobie poszedł. :( Najpierw do przedpokoju, a potem na parapet w pokoju. Potem zrobił mi trochę nadziei i wszedł z włączonym trybem mruczenia na łóżko do mnie. Pomruczał, pomiział, pougniatał, położył się obok... i wstał, i poszedł do miski. Zjadł chrupeczki, popił wodą i wskoczył ponownie na parapet. Nie wiem, co było dalej, bo zasnęłam. Ale obudziłam się obok mruczącego, wtulonego we mnie miziaka. Ach, jak zostałam wypieszczona! Tak jakby chciał mi wynagrodzić samotną noc. ;) Cieszę się w takich chwilach, że nie muszę rano wstawać na konkretną godzinę, ale mogę poleniuchować i wyprzytulać kota. :) Tym bardziej że nieczęsto mam taką okazję.
Kocio nie jest kotem kolankowcem. Kiedy go poznałam w lecznicy, to oczywiście mnie oszukał. Siedział spokojnie na kolanach, bawił się moim suwakiem, ale przede wszystkim - non stop mruczał.

Nasz pierwszy poranek

Gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu, naturalnie był płochliwy, ale chętnie się bawił, a wieczorem - znów mrucząc jak traktor - wlazł do łóżka, gdzie zostałam wygnieciona, wymiziana, "obcałowana" noskiem... Kolejne dni też były przytulaśne, chociaż kot na noce szedł spać w różne rejony mieszkania. Okej, sprawdzał, gdzie będzie najwygodniej. Ale po jakimś tygodniu chyba uznał, że będzie tu mieszkał już na pewno... i skończyły się przytulaski. Mały łobuziak czasem pozwoli się przytulić czy pogłaskać, ale krótko. I nie była to jego inicjatywa. Za wyjątkiem nocy. :) Wtedy zmienia się zazwyczaj w małego kochanego pieszczocha. Mruczy, ugniata, daje buziaki...
A propos tych buziaków, to się kiedyś nieźle nacięłam. To były jeszcze nasze początki, ale już powoli przywykałam do pewnych rytuałów. Tym razem jednak Kocio nie przyszedł do łóżka na noc, więc cóż, zasnęłam bez niego. Około trzeciej nad ranem obudził mnie jakiś szelest, coś jakby po mnie łaziło... Otwieram oczy, widzę że przyszedł kot. Uśmiechnęłam się i przygotowałam na rytualne ugłaskiwania i noskowania. Widzę, że kot zbliża się do mojej twarzy, więc wyszłam mu naprzeciw i zbliżyłam nos w jego stronę. Dotknęłam czegoś miękkiego, ale jednocześnie zadziwiająco blisko trącił mnie ogon. To nie był koci nosek... Kot najwyraźniej uznał, że ja już śpię, on sam był zmęczony, przyszedł spać i nie planował mizianek... Od tamtej pory ostrożniej wychodzę z inicjatywą... ;)
Kocio odsypia - cokolwiek
Chociaż nic takiego strasznego się w końcu nie stało. ;) Jak się razem mieszka, to się wytwarza niesamowita niekiedy bliskość. Razem do łóżka, razem do kuwety, łazienki, kuchni, pokoju... Kot uważa chyba za swój obowiązek asystować przy każdej czynności, a ja w sumie nie widzę powodu, by mu tego zabraniać. Czasem to nawet rozczula. Jak kiedyś, gdy poszłam się kąpać, a kot spał w pokoju. Tylko odkręciłam wodę, a on już był. Zaspany wszedł na pralkę, położył się i przysypiając, przeczekał całą moją kąpiel. Równie ociężale wrócił później do pokoju. Po co mi asystował?* ;) A już sprzątanie to mam wrażenie, że bardziej męczy jego niż mnie. Jak on później odsypia! :)

Znajdź kota

Miło mieć kota. Budzić się i słyszeć mruczenie i miauki takiego słodziaka, widzieć tarzającą się po wykładzinie istotkę, mruczącą z uciechy, że jego człowiek wrócił do domu. Mieć towarzystwo (a czasem nawet mieć aż dosyć tego towarzystwa ;)). Mieć ubaw, widząc jak kot pakuje się do pudełka, robi za durnostojkę czy próbuje zjeść choinkę. Oraz ile ma frajdy z niczego i po nic. :)


Pudełkot



-------------------------------------------------------
* Po nic. :)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Pestka do zgryzienia

Od kiedy w moim życiu pojawił się Kocio, zaroiło się wokół mnie od innych mruczków. Na razie wirtualnie… :) Odkryłam istnienie organizacji, o których nie miałam wcześniej pojęcia, zajmujących się kotami. Jedną z nich jest DT Kocia Łapka, powiązanego z Fundacją Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!. Oglądałam te strony nie po to, by znaleźć jakiegoś mruczka – w końcu mam swojego kochanego i na razie on mi wystarcza (momentami nawet aż nadto absorbuje), ale żeby dowiedzieć się więcej o kotach, poznać ich zwyczaje, ludzi, którzy się nimi opiekują. Nie wiem, jak trafiłam na Kocią Łapkę, ale to był szczęśliwy traf. :) Na stronie pojawiają się wprawdzie tylko informacje związane z kwestiami adopcyjnymi i prezentowane są właśnie takie szukające domu pociechy – ale niespodziewanie zaczęłam się zakochiwać w tych kotach. :) Śliczne (ale dla mnie każdy kot z definicji jest śliczny:)), choć niektóre baaardzo zabiedzone. Na szczęście dzięki świetnym dziewczynom, które o nie dbają, większość odzyskuje formę.
Oglądałam tak te pociechy i oglądałam… Stopniowo zaczęłam kupować na aukcjach charytatywnych, mających na celu wspomóc DT. Wystawiane tam gadżety – magnesy na lodówkę, kubki, kolczyki, podstawki, torby ekologiczne i inne – były bardzo fajne, a przy okazji stwarzały okazję, by zrobić dobry uczynek. Więc kupowałam (i nadal kupuję.. :)).
Coraz uważniej śledziłam wpisy na Kociołapkowej stronie. Koty na zdjęciach zaczynały być coraz bardziej znajome i bliskie, a nad ich losem – niestety – coraz trudniej było przejść do porządku dziennego. Kiedy na początku stycznia tego roku Kocia Łapka poinformowała, że potrzebny jest kolejny DT, bo one chwilowo nie dają rady (później się okazało, z jakiego – smutnego – powodu), pomyślałam, że może powinnam… Ale szczerze, to się też bałam. Chyba najbardziej tego, że nie wiem, czy będę dobrą kocią mamą – choćby tymczasową. Oczywiście też kwestii praktycznych, np. czy mój Kocio zaakceptuje nowego lokatora, czy będzie to kot z podobnym adhd jak mój – i czy w związku z tym mieszkanie wytrzyma…, czy też później oboje przeżyjemy rozstanie, gdy tymczasik znajdzie stały dom. Albo – czy jeśli się zadomowi i zostanie, czy sobie poradzę, także finansowo. Wątpliwości i lęków było dużo, a determinacji, by machnąć na nie ręką – za mało. Odpuściłam temat.
Ale mruczki ze strony Kociej Łapki patrzyły na mnie każdego dnia. Wtedy pomyślałam, że może uda się je jakoś zobaczyć, może wtedy coś postanowię… Napisałam do Kociej Łapki, czy można by do nich przyjechać i wymiziać te cuda cudeńka. :) Zostałam zaproszona! I jakoś tak na początku lutego pojechałam z  wizytą. Miałam pełną świadomość, że w domu Fundacji nie dadzą mi kota ot tak, po prostu, jak dostałam w lecznicy mojego Kocia. Miałam też nadzieję, że na żywo koty okażą się męczące i w ogóle się zniechęcę. Niestety. Koty Kociej Łapki są fantastyczne. :) I jeden zajrzał mi do serca. A w zasadzie jedna – Pestka.



Pestka, poza tym, że to piękna kota, ma zasadniczą cechę – jest kotem trudnym. Więc dla mnie, n’est ce pas? ;) Z tego, co powiedziała mi o niej Kamila, i co jest też na stronie Fundacji, Pesteczka jest po przejściach i wymaga pracy, by zaufała człowiekowi.
Mam teraz twardy orzech (twardą pestkę?) do zgryzienia. Chyba się jednak nie odważę na wzięcie kolejnego kota w ogóle. Z powodów, dla których nie zdecydowałam się na bycie dt. Po prostu się boję, że nie podołam, a przecież nie oddam kotów z powrotem. To byłoby po prostu niepoważne. Zresztą Kocio na razie absorbuje mnie całkowicie (tak, wiem, z drugim kotem mógłby się bawić, a ja bym miała spokój - pytanie, czy by się dogadali i czy na pewno miałabym spokój... w każdym razie sprzątania na pewno więcej ;)). Czekam, aż chłopaki z Kociej Siatki zaczną wprowadzać w życie swoje pomysły na drapaczki balkonowe - wtedy dopiero będzie szaleństwo! :)
A oczy Pestki wwiercają mi się w serducho...

sobota, 15 lutego 2014

Kinder, Küche, Kirche

Z tych niemieckich "trzech K" pomaga mi kuchnia. Dzieci nie budzą we mnie awersji, ale ich nie mam, więc nie pomagają (chyba że przez ich brak. ;) Ale żeby nie wyszło, że mam z tym jakiś problem, bo szczerze - nie mam). O religii nie chcę pisać, a kościół jest jej elementem. Nie da się jednak ukryć, że dla osoby wierzącej powinien być wsparciem. Zasadniczo jednak troszczy się o to, by dobrobyt spotkał dopiero duszę, po śmierci, a doczesne cierpienia mają jej w tym pomóc. Tak jakby nie takiego wsparcia szukam, gdy mi smutno. :) Oczywiście to uproszczenie, ale z założenia nie chcę pisać na ten temat poważnie. A na pewno - nie tu i teraz.
Zostaje kuchnia. Odkąd należy do mnie, nie raz się przekonałam, że potrafi przywrócić mi dobry nastrój. Tak właśnie stało się dzisiaj. Poprzedni wpis chyba dobitnie ukazuje, że nie obudziłam się z radosną pieśnią na ustach, a przeciwnie - w refleksyjno-smętnym nastroju. I byłabym może hodowała ten smętek, ale się nie udało. :P Po pierwsze, pogoda za oknem fajna, więc szkoda mi się zrobiła kota (hm, też "K" :)), że tak siedzi w mieszkaniu. Ale żeby wypuścić go na balkon, trzeba było ten balkon umyć... Jak to zrobiłam, to już nos spuszczony na kwintę trochę poszedł w górę. Skoro zaś kot poszedł na balkon, to ja skierowałam się do kuchni. Okna kuchenne wychodzą na balkon (taki typu loggia), więc miałam "oko" na to, co robi kot (niedużo, obserwował. Prawdopodobnie po nic:)), a sama zabrałam się za "przerabianie towaru", który nakupowałam. Obrałam włoszczyznę, wstawiłam ukochany rosołek, zabrałam się za robienie ciasta, skroiłam i udusiłam pieczarki... Zapomniałam przy tym, że może na jedną osobę nie ma sensu gotować, że kto to wszystko zje. Nie gotuję potwornych ilości, przy jedzeniu niektórych rzeczy zawsze pomoże kot, a ciastem łatwo się podzielić (z siostrą, koleżanką, przygodnym kurierem...). Wszystkie zaś wymienione potrawy lubię, tym bardziej że mi wychodzą. :) A tak naprawdę - smakują mi, opinia reszty zaś mnie nie obchodzi. Tyle że dzisiaj ciasto przygotowałam nieudolnie. Zwyczajnie zrobiłam za rzadkie. Nie pomyślałam, żeby dosypać mąki albo coś, tylko wstawiłam je do pieca. To moje bardzo udające się ciasto (zmodyfikowany przepis od Kingi -znajduje się tutaj). Jakoś miałam nadzieję (sic!), że jednak tylko wydaje mi się zbyt lejące (konsystencja ciasta naleśnikowego, więc moja nadzieja na jego wyrośnięcie była naprawdę duża...). Po dziesięciu minutach zajrzałam - a tu nic się nie dzieje, ciasto nie rośnie. Zrobiło mi się źle. Tak się starałam, a tu nic mi nie wychodzi. :( Miałam chęć zawieźć ciasto we wtorek na Ursynów, a tu jak zwykle nic się nie udaje. No tak, taki dzisiaj beznadziejny dzień... I w tym momencie mówię sobie: STOP! Zauważyłam, że wskoczyłam w tryb negatywnego myślenia, zniekształceń poznawczych. A kiedy ostatnio mi się ciasto nie udało? - pomyślałam. Nie mogłam sobie przypomnieć... No cóż, myślałam sobie dalej, najwyżej będzie zakalec, ale zakalcowate ciasta są pyszne, lubię je, bo są wilgotne, a poza tym - przecież nikt nie musi wiedzieć, że TYM RAZEM ciasto mi nie wyszło (Pani Małgosiu, czyta to Pani? :)). Dla Joli na wtorek upiekę nowe, zresztą przecież nie muszę, bez ciasta też mnie przyjmie. I zajęłam się dalej robotą, kot sobie hasał po balkonie. Kiedy skończyłam gotować rosołek, makaron do niego, a pieczarki były już zdecydowanie martwe poprzez uduszenie, zapachniało ciasto. Wyrosło - może nie pokazowo, ale wyrosło, pękło ("uśmiechnęło się"), po sprawdzeniu patyczkiem okazało się, że jest bez zakalca... I kiedy uśmiechnięta jak ciasto wychodziłam z kuchni, przypomniałam sobie poranny wpis. :)
Nie chcę powiedzieć, że tamto straciło na aktualności. Ale nie chcę też gromadzić w swoim życiu - a już na pewno tu, na blogu - samych negatywów. Tyle rzeczy sprawia mi radość. Czasem brak tego najbliższego "ludzia", ale przecież mam tyle innych powodów do bycia zadowoloną.
I na sam koniec już dodam, że nie ośmieliłabym się tego wszystkiego, co wyżej napisałam, dzisiaj dodać, gdyby Kinia akurat wczoraj nie powiedziała mi, że gdy ona prowadziła prywatnego bloga, to dawała nieraz kilka wpisów dziennie. I akurat dzisiaj właśnie taką potrzebę uczułam, a chyba byłoby mi głupio, gdyby Kinia wcześniej mi tego nie powiedziała. Powiesz mi coś jeszcze...? :)

Brakuje mi ludzia

Wczoraj były walentynki. Myślałam, że uda mi się pominąć je wyniosłym milczeniem, ale jednak nie. Więcej – wzbudziły emocje dawno nieodczuwane. Niestety, nie chodzi o emocje pozytywne, a raczej dosyć smutne.
Jestem sama już jakiś czas. Nie z własnego wyboru, choć od pewnego momentu zaakceptowałam ten fakt i przestałam trwać w bojowej gotowości, by kogoś znaleźć. A raczej – sądziłam, że akceptuję ten fakt. Tak jest lepiej. Tym bardziej że nie jestem w związku nie z własnej winy. Chociaż… winy? Czy tu można mówić o jakiejś winie – mojej czy niemojej? Raczej tak się ułożyło. Źle wybierałam albo źle trafiałam, nie wiem. Może zresztą dobrze, tylko w nieodpowiednim czasie. Czy to ma zresztą teraz znaczenie? Poddałam się losowi, przeznaczeniu czy jak to jeszcze określić. I stwierdziłam, że łatwiej mi będzie, jeśli spojrzę na to metodą szklanki do połowy pełnej. Życie w pojedynkę ma swoje zalety. Na pewno można się do niego przyzwyczaić. Ma się czas na swoje pasje (o ile takie są… ale lepiej je mieć :D). Konsekwencje podejmowanych decyzji dotykają tylko mnie. Tak naprawdę życie nie różni się wiele od życia w parze. Też można chodzić do kina czy teatru, i to przecież też nie samotnie, jeśli się nie chce. Są przecież znajomi, przyjaciele. A święta typu walentynki obchodzi się szerokim łukiem ;) i nawet można powiedzieć, że to lepiej.;) Nie ma nerwów, czy on pamiętał, gdzie pójdziemy, niezręcznych sytuacji, że np. trzeba się dogadać, bo przecież walentynki, że trzeba coś kupić i cieszyć się z tego, że on w ogóle pamiętał i udawać, że prezent nie jest najważniejszy (lub czasem – udawać, że wybrał wspaniałe perfumy albo bieliznę, nie przypominać, że rok temu TEŻ kupił to samo i wtedy powiedziałam, że to akurat mi się nie podoba, albo zaakceptować film, jaki nasza druga połówka wybierze i przez cały seans tłumaczyć sobie: „najważniejsze jest to, że jesteśmy tu razem”:)). To przecież dzień jak każdy. Też trzeba zrobić korektę, ugotować obiad, nakarmić kota czy odkurzyć mieszkanie, a potem obejrzeć sobie serial.
Tak właśnie myślałam. W tym roku w ogóle podeszłam do tematu walentynek tak spokojnie, że zapomniałam o nich. Na pewno duże znaczenie ma fakt, że nie chodzę tyle co kiedyś po mieście, więc ominęły mnie reklamy marketingowe, które wykorzystują każdą okoliczność, by zarobić. A więc i takie amerykańskie święto. (Nie wiem zresztą, czy amerykańskie, ale na pewno nie ma korzeni w prasłowiańskich wierzeniach – nasza jest za to noc Kupały. Pamiętam, jak pewien pan mówił, że on woli celebrować to święto… I celebrował, nieledwie co noc, jeśli tylko miał z kim). Umówiłam się na ten dzień z koleżanką, zamówiłam żwirek dla kota z dostawą do domu, miałam zamiar coś upiec, żeby było na weekend coś słodkiego na deser. I miał to być miły weekend, jak zawsze.
Najpierw okazało się, że skoro w piątek walentynki, to spotkanie z koleżanką będzie trochę wcześniej, bo jednak wypada, by po powrocie z pracy mąż zastał ją w domu. Ok, fajnie że w ogóle nie uznała, że spotkanie jest niemożliwe „z powodu że walentynki”. Potem pani, która miała dowieźć żwirek, zadzwoniła, że idzie z mężem do kina, więc czy dostawa mogłaby być kiedy indziej… Jasne, nie ma większego problemu, zwłaszcza że zamieniła termin z piątku wieczór na sobotę rano, więc kot tego bardzo nie odczuje. ;) A pani przecież miła, znamy się już troszkę, bo często kupuję w zwierzowisko.pl. Już jednak wczesnym popołudniem zorientowałam się, że jeśli chcę z kimś porozmawiać, to… pewnie po weekendzie. Bo przecież walentynki, o których większość oczywiście mówi z przekąsem, że są ponad takie zwyczaje, ale już ostatecznie muszą/powinni/skoro kupił te bilety… Jeszcze może gdybym była zaniedbaną żoną, to spotkałabym się z większym zrozumieniem, dzwoniąc do kogoś czy proponując wspólny wypad gdzieś. Jestem jednak wyzwoloną singielką, więc powinnam sobie radzić sama.
Nie, ja nie mam pretensji do swoich znajomych. Przecież nie chciałabym umawiać się w walentynki na kolację dla trojga.;) Nie o to chodzi. Po prostu przy wczorajszej okazji zobaczyłam, ile jest dni, wieczorów, świąt, kiedy człowiek „pojedynczy” zostaje sam. Fajnie, że miałam chociaż kota przy sobie i razem z nim obejrzałam na dvd „Co się wydarzyło w Madison County”. (Nawiasem, nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jak oczekiwałam. Być może dlatego, że sztuka w teatrze „Po drodze do Madison” z Dorotą Segdą i Danielem Olbrychskim, którą widziałam w ubiegłym roku, była dla mnie o niebo lepsza. O wiele lepiej pokazała, jak rodzi się uczucie między bohaterami. Uwierzyłam w to uczucie. W filmie mnie ono nie przekonało za bardzo…). Taki jest porządek rzeczy, że stare panny tulą się do kota (na razie jednego – podkreślam: na razie… :)).
Bo nie czuję się singielką, tylko właśnie starą panną. Nie chodzi o stereotypy, tylko stan psychiczny. I właśnie – określenie źródła samotności. Wiem, że życie wciąż przede mną, że jeszcze mogę kogoś spotkać i z nim się związać. Wiem to… tylko że w to nie wierzę. I nie twierdzę tego z jakimś rozgoryczeniem, żalem do kogoś, złością czy pretensją. Tylko tak trochę ze smutkiem. Bo jaki sens ma takie życie w pojedynkę? Na pewno ma, ale dla mnie – ciut za mały. Staram się, jak pisałam wyżej, widzieć szklankę do połowy pełną. Ale chciałabym się nie starać, tylko po prostu ją widzieć. Brakuje mi swojego ludzia. Brakuje mi uczucia, że żyję dla kogoś. Wtedy tylko – w to wierzę – udałoby się nadać życiu sens.

niedziela, 9 lutego 2014

Sezon na kota

Kot mi się marzył od dawna. Niestety, mieszkam w mieście, więc argument, że zwierzę w bloku by się męczyło, nie podlegał dyskusji. Za to przewijała się typowa drobnica: chomiki, świnka morska, raz nawet był żółw... No i rybki w akwarium, oczywiście. Kiedy jednak stałam się nieco więcej niż pełnoletnia, a w domu mieszkaliśmy już tylko my, ludzie, jakoś do zwierzaka mi się zatęskniło - tym razem mocniej. Wciąż nawet nie wyobrażałam sobie, że mogę mieć kota w domu. Zazdrościłam znajomym ich czworonogów, ale bardzo powoli zauważałam, że oni... trzymają je też w mieszkaniach. Nie w domkach, gdzie zwierzak może się wybiegać i jest szczęśliwy, ale w takich zwykłych blokowych mieszkankach, zazwyczaj mniejszych od tego, w jakim mieszkaliśmy całą rodzinką my. Wtedy okazało się jednak, że nie mogę mieć nawet takiego futrzastego gryzonia. No, naturalnie, gdybym po prostu przyniosła takiego stworka, pewnie by został. I szybko stał się kością niezgody, powodem awantur, pretekstem do ogólnego niezadowolenia... A przecież nie w tym rzecz. Nie twierdzę wprawdzie, że dlatego, że chciałam mieć świnkę morską, a w domu mi na nią nie pozwalano, postanowiłam się wyprowadzić. Nie, to chyba raczej była taka kropla, która przelała czarę i zmusiła mnie do decyzji o samodzielności. Wynajęłam więc mieszkanie i zamieszkałam tam ze świnką morską, którą nazwałam Agrafka (lub - jak wolał Konrad - a-Grafka). Kot wciąż był nierealnym marzeniem. Właściciel mieszkania wprawdzie nie miał nic przeciwko kotu, ale nie wiedziałam przecież, jak długo będę tam mieszkać, czy w następnym miejscu z kotem przyjmą mnie równie życzliwe... Co do tego miałam obawy. (Tak, obawy - jedno z kluczowych słów mojego życia). Świnka była kochana, futrzasta i moja. Po dwóch latach wróciłam do rodziców, razem z nią. I szybko znów zostałyśmy same. :) Rodzice przenieśli się pod Warszawę, a świnka po roku pobiegła za Tęczowy Most. ;(

I wreszcie nadszedł koci czas.

Kilka miesięcy bez zwierzątka było trudne. Przywykłam do futerka, do gruchania, dbania o kogoś. Decyzję o kocie podjęłam w głowie i sercu, ale wciąż bałam się ją zrealizować. Aż któregoś październikowego dnia, a właściwie wieczora, poszłam na spacer, by przewietrzyć się po całym dniu pracy przy komputerze. I... wróciłam z kotem! :) Tak się bowiem zdarzyło, że po drodze spaceru miałam lecznicę weterynaryjną. Pomyślałam, że wejdę i zapytam, czy nie mają jakiegoś kotka potrzebującego opieki. Mieli. Nawet dwa, ale jeden był w domu tymczasowym, natomiast w lecznicy siedział On. Gizmo. :) Śliczny trzymiesięczny kocurek. Mruczał, pchał się na kolana i patrzył głęboko w oczy... W domu miałam kuwetkę i żwirek, od pani weterynarz dostałam karmę, miseczkę i ręcznik, w który owinęłyśmy Gizia, żeby po drodze nie zwiał. I tak oto wróciłam do domu z kocurkiem.

Gizmo szybko przestał być miziakiem i zamienił w łobuziaka. Imię zresztą też zmieniłam - dla mnie jest to Kocio (kto pamięta Pierzaczka? Słodkiego Kocia?: )). Czasem bywa też Ziutkiem, najczęściej wtedy, gdy robi coś "po nic". :) Kinia natomiast z Kocia i Gizma zrobiła Kocizma - i to chyba najlepiej go określa na co dzień. Taki trochę dr Jekyll i mr Hyde. W dzień łobuz nad łobuzami, na dystans, psotnik, niedotykalski. A (najczęściej) w nocy - pieszczoch, miziak, śpi obok z ręką w swoich łapkach, wymruczy się, wygniecie mnie - ach i och po prostu. Towarzyszy mi praktycznie przy wszystkim - właśnie "po nic", tylko żeby się plątać pod nogami, asystować i dawać mi poczucie, że nie jestem sama. A także po to, by centralnie usiąść tam, gdzie jest najmniej potrzebny ;), plątać się pod nogami, narażając się na nadepnięcie mu na łapę i sto tysięcy innych drobiazgów, o których każdy, kto miał do czynienia z kotem, wie. :)