Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobby. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 marca 2014

W wolnej chwili

Mam uczucie, że energia powoli zaczyna się kończyć. Parę dni pracy na tempo to niezły zastrzyk adrenaliny, który jednak potem trzeba odespać. Na szczęście dzięki Kociu mam zapewniony pobyt w solidnie wywietrzonym mieszkaniu, bo balkon przez większą część dnia musi być otwarty. Kocio cieszy się tam dzieciństwem, a ja spokojnie pracuję.
Dzisiaj jednak poczułam, że ja też muszę sobie znaleźć jakiś teren, na którym może nie dzieciństwem będę się cieszyć, ale przynajmniej regenerować się po pracy. NIE czytaniem książek. :) Na razie spaceruję sobie wieczorami, czekając, aż pogoda pozwoli otworzyć sezon rowerowy. I myślę, myślę, jakie hobby sobie znaleźć.
Może zastanowię się najpierw, co lubię. Czytać, wiadomo. Pisać, coraz bardziej. Jest, piszę. Odhaczone. Niestety, pisanie nie poprawia mi krążenia i figury. Więc dalej. Lubię prowadzić samochód. W czasach nieodległych, zanim sprzedałam autko, co roku obiecywałam sobie, że będę jeździć w weekendy po bliższej i dalszej okolicy, zwiedzać zabytki i poznawać krajobrazy Mazowsza. I parę razy tak zrobiłam, nawet niekoniecznie sama… ale nie ukrywam, że o to się rozbijało. Sama czułam się trochę niepewnie i… sama. Może nie pokazywałam tego po sobie, może nawet za dobrze tego po sobie nie pokazywałam. Ale wycieczki nie sprawiały mi takiej frajdy, jak myślałam. A potem, stopniowo, coraz mniej pewnie czułam się za kierownicą. Więc sprzedałam samochód, pozbyłam się przy okazji niektórych kosztów. I prawdę mówiąc, nie brakuje mi tego.
Ciągnęło mnie długo do tańca. Lubię taniec, lubię muzykę. Lubię się ruszać. Byłam nawet dwa czy trzy lata temu na takim kursie tańca solo. I chyba jednak na taki kurs szybko nie wrócę. Wolę fitness, jeśli już mam się ruszać przy muzyce.
Ach, jest rzecz, której chciałabym się nauczyć. Mianowicie, szyć. Nawet proste rzeczy, ale żeby to umieć. Zastanawiam się, czy to trudne. Czy są takie kursy i w ogóle nie wiem, czy to ma sens, ale tak bardzo bardzo bardzo chciałabym coś zmienić. Znowu.
Chwilowo ograniczam się do modyfikowania przepisów. :) Kuchnia jest naprawdę świetnym relaksem. A ja, jako leniwiec pospolity, kocham upraszczać i tak już proste przepisy. Dzisiaj na przykład zmodyfikowałam śniadanie mistrzyni. Doszłam do wniosku, że wkładanie ciasta w kolejne foremki jest długie, marnuje się ciasto i zawsze mam dyskomfort, że za mało foremek mi wyszło w porównaniu z oryginalnym przepisem. Więc szybko podjęłam decyzję (szybko, bo piekarnik był już prawie nagrzany, a i kot jęczał pod kuchnią) i wywaliłam ciasto na blachę, taką, w której piekę pizzę. W sumie mogłam wrzucić je nawet do silikonowej foremki, bo temperatura pieczenia to 180 stopni. Ach, i nie miałam mleka, więc drożdże rozrobiłam w wodzie. A zamiast masła dałam olej. Chlupami. :)
Wyszło bardzo fajnie i bardzo sycąco. Zapisałam więc sobie porządnie i już chętnie się dzielę. Ja osobiście chyba już pizzy z oddzielnymi składnikami robić nie będę. I tak się wszystko później w brzuchu miesza… :) A wygląda ładnie. Smacznego!

Przepis na placek pizzowy:

Składniki:
pół paczki drożdży (ale ja dałam 1/4, i też ładnie wyszło)
1,5 szklanki mąki
1 jajo
4 chlupnięcia oleju
dodatki po 100 g – najlepiej ser żółty, salami i uduszone pieczarki.

Zrobić ciasto, skroić w kostkę dodatki, dorzucić do ciasta.

Piec w temperaturze 180 stopni ok. 25 minut.

piątek, 21 lutego 2014

Chcę mieć konika*!

Wczorajszy wieczór, dość dla mnie nieoczekiwanie, przyniósł odpowiedź na pytanie, postawione w tytule ostatniego wpisu. W zamierzeniu - retoryczne. Kiedy je wpisywałam, w ogóle o tym nie pomyślałam (w innym przypadku pewnie nie byłoby posta). Tak, każdy ma pH. Tylko różne wartości. :)
Wczorajszy dzień wcale nie był taki zły. Pomyślałam trochę nad tym, gdy już się położyłam. (Wciąż bez kota, bo od wizyty owej koleżanki Kocio stał się wobec mnie Kocizmem i przede wszystkim dystansuje się fizycznie. ;) Ale dzisiaj rano trochę już pomruczał... ;)). Po prostu włączył mi się tryb negatywnego myślenia, dlaczego - w sumie nie wiem. Nic złego się nie wydarzyło, można nawet powiedzieć, że przeciwnie, dzień miałam udany. Czegoś mi w nim zabrakło, ale czego - tego wolałam już nie analizować. :P
Natomiast zrozumiałam, że muszę znaleźć sobie jakąś pasję. Nie może dłużej tak być, że moje życie ogranicza się do czytania, na dodatek - również zawodowo. Brakuje mi jednak dobrego pomysłu, bo niedobór uzdolnień i talentów naturalnych dość skutecznie zawęża mi możliwość wyboru...
Lubię taniec, ale niestety słuchu natura poskąpiła (co moi rodzice i pewnie niektórzy byli przełożeni mogą potwierdzić).
Robótki ręczne, szycie - odpadają, bo po prostu mi to nie wychodzi. Chociaż... kiedy ja próbowałam ostatnio coś uszyć? (Nie mam na myśli zaszywania uszkodzonych drogich rajstop).
Masaż - jestem po kursie, było fajnie, ale brak ciałka do systematycznego utrwalania nabytych umiejętności zniechęca do ich rozwijania.
Ciągnie mnie nieco do podniesienia kwalifikacji z dziedziny informatyki, ale nie chcę chwilowo iść na kolejny kurs... Ewentualnie jeśli będzie coś ciekawego w pobliżu... Tyle że wolałabym coś robić "ręcamy", a nie głową. Tak samo z nauką języków obcych.
Co do gier komputerowych, obawiam się, że zatraciłabym resztki więzi z rzeczywistością.... ;)
Kocham piec ciasta, ale czy to punkt wyjścia do wyjścia z tą pasją z domu? No i ryzyko, że już nigdy nie wrócę do słusznej wagi. :D
Pozbyłam się rowerku stacjonarnego, bo przez rok stał tylko w roli wyrzutu sumienia - i trampoliny dla Kocia. Myślę o zaopatrzeniu się w taki klasyczny, i to niezależnie od szukania pasji. Nie chodzi też o wagę ;), ale raczej kondycję i ruch na świeżym powietrzu.
Co tam jeszcze z tych pasji? No nie wiem, nie mam pomysłu... Ale chyba szukanie takiego miłego zajęcia to już bardziej konstruktywny koncept na życie niż zamykanie się w czterech ścianach i "godzenie się z tym, co los dał"? ;)

------------------------------------------------------------------------------------------------

* konik