Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocia Łapka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocia Łapka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

O kocich adopcjach

Dokładnie: o wymaganiach.

Nie lubię prowadzącego Kocie Porady Behawioralne (na Facebooku i swoim prywatnym blogu). Nie dlatego, że nazywa (pośrednio, ale jednak) mojego Kocia „krówką na wypasie”. Bardziej nie podoba mi się jego zachowanie, sposób bycia (oczywiście to mój odbiór jego wirtualnej osobowości), który nazwałabym bucowatością, choć pewnie jego intencją jest wypowiadanie się w sposób autorytatywny. Ale to chyba nie tak…
Zaabsorbowana nowym futrzastym nabytkiem, usiadłam przy kompie późną wieczorową porą. Zajrzałam do kocich grup, które obserwuję. Wypatrzyłam wydarzenie dotyczące adopcji kotki, będącej na DT (dom tymczasowy) w Piastowskim Domu Tymczasowym, który prowadzi właśnie autor wspomnianych KPB. Chciałam zobaczyć, jak kota wygląda, tyle. Ale zatrzymał mnie opis warunków adopcji i fragment rozmowy na ten temat. Przytaczam, jak leci:

[Regulamin]
Opiekun stały zobowiązany jest do:
– zabezpieczenia okna/balkonu,
– regularnych wizyt u lekarza weterynarii,
– wizyt po adopcyjnych, i utrzymania stałego kontaktu z Domem Tymczasowym,  
– podpisania umowy adopcyjnej, 
Informacja ogólna: Jeśli któryś z punktów z wymagań nie pasuje do Twojego postrzegania, nie sil się na negocjacje z Domem Tymczasowym, wymagania nie są do dyskusji.
[Jak wygląda rozmowa adopcyjna:]

Warto wspomnieć jak wygląda rozmowa adopcyjna i dalszy kontakt w Kocim Domu Tymczasowym w Piastowie, który z żoną prowadzę:
1). Rozmowa przez telefon.
2). Przyjazd zainteresowanego domu + wywiad.
3). Przemyślenie nowego domu.
4). Decyzja na tak lub na nie.
 
5). Przyjazd, wypełnienie umowy + dalszy ciąg wywiadu z pytaniami. Podpisanie umowy. Zabranie kota. 
6). Stały kontakt telefoniczny i mailowy (zdjęcia, filmy, opis). 
7). Wizyta po adopcyjna.
[Rozmowa w komentarzach  – również na stronie wydarzenia na FB]
PDT: Zadajemy pytania bardzo prywatne i szczegółowe. Jeśli chce koś adoptować kota nie czuje się przez nie poniżony ani urażony. Moim zadaniem jest zapewnić kotu najlepszy dom, to jest dla mnie jedyny wyznacznik dobrej rozmowy. 
– A wizyta przedadopcyjna? 
PDT: Nie zawsze jest możliwa, dlatego tez wywiad przed trwa około 8–10 godzin, do tej pory nie udało się przeprowadzić żadnego. Ale do tej pory każdy z domów, nie próbował mnie oszukiwać. Zresztą nie jest to rozsądna decyzja J

Tymczasem regulamin strony adopcyjnej Kociej Łapki wygląda tak:

 [Ogólne informacje]
Dla naszych kotów szukamy kochających i odpowiedzialnych opiekunów, którzy chcą zapewnić im opiekę przez całe życie. Decydując się na adopcję zwierzęcia pamiętaj: 
 – kot to żywa, czująca istota
– nie oddajemy kotów na prezent
– zadbany i zdrowy kot żyje nawet do 20 lat, a nie do chwili gdy się znudzi lub nie będzie dla niego miejsca 
– wymagamy bezpiecznego domu: niewychodzącego z osiatkowanym balkonem/oknem lub wychodzącego z dala od ruchliwych ulic 
– adoptując kota zobowiązujesz się do zapewnienia mu właściwej opieki: właściwego żywienia i stałej opieki weterynaryjnej 
– warunkiem adopcji jest podpisanie umowy adopcyjnej zobowiązującej do należytej opieki nad kotem 
– wymagamy posiadania bezpiecznego transportera do przewożenia kota 
– po rozmowie adopcyjnej, przywozimy kota do nowego miejsca zamieszkania.
A jakie są już konkretne warunki adopcji?

§ 1
Adoptujący potwierdza, że jest osobą pełnoletnią, świadomą odpowiedzialności wynikającej z poniższej umowy i ustawy o ochronie praw zwierząt. 
§ 2 
Adoptujący oświadcza, iż przyjmuje kota wyłącznie dla siebie, a nie dla pośredników lub osób trzecich.
§ 3
Adoptujący zobowiązuje się:

  1. Zapewnić kotu właściwe wyżywienie, czystą wodę i ciepłe schronienie.
  2. Zapewnić odpowiednią opiekę weterynaryjną w przypadku choroby zwierzęcia, a także regularne szczepienia ochronne oraz odrobaczać kota zgodnie z zaleceniem lekarza weterynarii.
  3. Powiadomić Opiekuna tymczasowego w razie poważnej choroby, zaginięcia lub śmierci zwierzęcia.
  4. Oddać zwierzę Opiekunowi tymczasowemu, w przypadku gdy kot nie spełnił oczekiwań Adoptującego lub zmusi go do tego sytuacja życiowa (nie odda go innym osobom, do schroniska lub go nie wyrzuci).
  5. Nie rozmnażać powierzonego zwierzęcia – wykastruje kota po osiągnięciu dojrzałości płciowej (nie dotyczy kotów oddanych do adopcji już po zabiegu).
  6. Udzielać informacji (poprzez list, e–mail, telefon) Opiekunowi tymczasowemu o przystosowaniu się kota do nowych warunków życia.
  7. Zapewnić kotu bezpieczny dom: niewychodzący z osiatkowanym balkonem/oknem (nie zabiera kota np. na działkę, do parku czy do znajomych – gdyż jest to dla kota niepotrzebny stres) lub wychodzący z dala od ruchliwej ulicy. W przypadku kota wychodzącego wyposażyć kota w bezpieczną obrożę (z tzn. plastikowym, łatwo rozpinającym się zapięciem zatrzaskowym) i adresatkę z telefonem kontaktowym.
  8. Umożliwić Opiekunowi tymczasowemu (lub osobie wskazanej przez nią) odwiedzenie zwierzęcia w nowym miejscu zamieszkania w celu sprawdzenia warunków bytowych, a także potwierdzenia wypełnienia warunków niniejszej umowy.
 § 4
Jeśli zobowiązania będące przedmiotem niniejszej umowy nie zostaną przez Adoptującego wypełnione, zobowiązuje się on do oddania kota bez protestu Opiekunowi tymczasowemu.
§ 5
  1. Opiekun tymczasowy oświadcza, że przekazał Adoptującemu wszelkie informacje o:
–  ogólnym stanie psychicznym i fizycznym kota,–  dolegliwościach i przebytych chorobach niewidocznych przy odbiorze kota,–  leczeniu (udokumentowanym książeczką zdrowia zawierającą opis leczenia i przeprowadzonych badaniach/testach). 2.  W przypadku jakichkolwiek problemów z kotem, Opiekun tymczasowy zobowiązuje się (w ramach swoich możliwości i posiadanej wiedzy) pomóc Adoptującemu w rozwiązaniu problemu, jeśli ten o takową pomoc poprosi. 
§ 6

  1. Niniejszy dokument jest zobowiązaniem adopcyjnym, nie zaś umową kupna zwierzęcia.
  2. Niniejsza umowa sporządzona została w dwóch jednakowych egzemplarzach.
  3. Każda ze stron oświadcza, że zapoznała się z treścią umowy, a także otrzymała po jednym z egzemplarzu niniejszego dokumentu.
  4. Dane osobowe zawarte w umowie nigdy nie zostaną rozpowszechniane, ani nie zostaną wykorzystane w żaden niepożądany sposób przez strony. 

Przyjmuję do wiadomości, że w razie złego traktowania zwierzęcia grozi mi odpowiedzialność karna na podstawie Ustawy o Ochronie Zwierząt z dnia 21.08.1997 r., a umowa niniejsza ulega natychmiastowemu rozwiązaniu.

I co? Można kulturalnie sformułować w sumie podobne wymagania? Można. Oczywiście, nie wątpię, że zarówno Kocia Łapka, jak i Piastowski Dom Tymczasowy mają na celu TYLKO I WYŁĄCZNIE dobro adoptowanych kotów. Ale ktoś, kto jest pełen najlepszej woli, też nie chce być traktowany jak potencjalny zwyrodnialec, który zamierza krzywdzić koty.
Wielu osobom, poza koniecznością osiatkowania okien i/lub balkonów (Siatka niezgody), nie podoba się też punkt dotyczący wizyt poadopcyjnych oraz zobowiązania do przekazywania informacji (e-maili, zdjęć). Zrozumiałe. Ale nie wierzę, że wolontariusze nie mają nic innego do roboty, tylko nawiedzać domy z wyadoptowanymi kotełami (przecież te osoby mają również swoje życie – a przynajmniej próbują ;)).
W przedstawionej przez Kocią Łapkę umowie bardzo podoba mi się § 5. To jeszcze bardziej pokazuje, że najważniejszy w tej umowie jest KOT. Po prostu.
Kotów jest nawet za dużo, by wszystkie znalazły dom. Osoby, które zapewniają im chociaż tymczasowy, wykonują kawał dobrej roboty, i chwała im za to. Najwyraźniej jednak niektórzy uważają, że nikt inny nie ma szans być równie doskonały. Szkoda, że zniechęcają w ten sposób ludzi, którzy naprawdę chętnie zajęliby się takim kocim biedakiem…

czwartek, 3 lipca 2014

„Kiedy bezsilność odbiera wszystko...”

Na stronie Kociej Łapki znalazłam taką informację:

--------------------------------------------------------------------------
Kiedy bezsilność odbiera wszystko...

Kilka dni temu dostaliśmy zgłoszenie o człowieku, który opiekuje się kilkoma kotami, a sam żyje w skrajnej nędzy. Wczoraj odwiedziliśmy Pana Andrzeja i widok, który zastałyśmy na miejscu sprawił, że chciałyśmy wyć z bezsilności i tak ogromnej niesprawiedliwości, że ludzie muszą żyć w takiej nędzy i niedostatku. Pan Andrzej jest chory na raka, ma nadciśnienie i osteoporozę (Pan pokazał nam wszystkie wyniki badań). Lekarz daje mu ok. 2, może 3 lat życia. Dostaje ok. 430 zł renty (również widziałyśmy wyciąg) i to są wszystkie pieniądze, którymi dysponuje. Co miesiąc musi uiszczać opłatę za czynsz, prąd i wykupić leki. Zostaje mu wtedy ok. 80 zł na jedzenie. Pan Andrzej powinien iść do szpitala, ale jak sam mówi, boi się o swoje koty, dlatego odciąga to w nieskończoność. To dla nich żyje i gdyby ich nie było już dawno zakończyłby to wszystko. Pan Andrzej pracował w szkolnictwie, musiał jednak przerwać pracę, bo zaczął podupadać na zdrowiu, jego rodzice zmarli, córka wyjechała za granicę i nie utrzymuje z Nim kontaktu. Pan Andrzej jest dobrym człowiekiem, nie ma problemów z żadnymi używkami, alkoholem, nie jest zbieraczem, wstydzi się warunków w jakich przyszło mu żyć. Jest mu przykro, że ludzie w autobusie odsuwają się od niego, ale nie ma nawet ciepłej wody w mieszkaniu, toalety, proszku by wyprać swoje ubrania, nie wspominając o pralce. Pan Andrzej opiekuje się 4 swoimi kotami i 3 wolno żyjącymi – najstarszy ma 18 lat i jest z nim od zawsze. Dziś wzięliśmy od niego 4 koty (w tym miesięcznego maluszka). Chcemy ogarnąć je pod względem zdrowotnym, zrobić badania krwi, zaszczepić, wykastrować, ogarnąć zęby. Części z nich będziemy szukać nowych domów. Chcemy pomagać Panu Andrzejowi w utrzymaniu tych zwierząt, bo jak sam mówi, koty było w jego życiu od zawsze i co chwilę, ktoś zwraca się do niego o pomoc, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś bezdomniak. Oprócz pomocy dla zwierząt, chcemy zorganizować pomoc Panu Andrzejowi, aby żyło mu się lepiej. Mieszkanie Pana Andrzeja wymaga odmalowania, położenia jakiś najtańszych paneli na podłogę, wywalenia wszystkich mebli, które ledwo stoją. Kierujemy więc również do Was apel o pomoc. Pan Andrzej potrzebuje wszystkiego: farb, paneli, mebli do pokoju, kuchni i łazienki, tapczanu, pościeli, ręczników, misek, garnków, sztućców, kuchenki elektrycznej (w budynku został odcięty gaz), lodówki, firanek, jedzenia, środków czystości i higienicznych, ubrań (Pan Andrzej ma ok. 50-60 lat, ok. 176 cm wzrostu, waży ok. 80-90 kg, nosi rozmiar buta 41).

Jeśli ktoś z Was ma coś z tych rzeczy do oddania, prosimy o kontakt przez wiadomość na naszym profilu lub na adres e-mail: dtkocialapka@gmail.com. Również można z nami skontaktować się w tej sprawie pod nr tel. 505 736 044 lub 505 736 046.

Ta interwencja wstrząsnęła nami bardzo mocno, jesteśmy tym wszystkim strasznie poruszone. Nie chcemy Pana Andrzeja zostawiać samego z tym wszystkim.

Wpłaty na rzecz kotów Pana Andrzeja należy kierować:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa
BGŻ 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
Koniecznie tytułem: Kocia Łapka – koty Pana Andrzeja
Dla przelewów zagranicznych
Swift: GOPZPLPW
IBAN: PL 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
PayPal: dtkocialapka@gmail.com

Aukcja na rzecz kotów Pana Andrzeja:
-----------------------------------------------------------------------------------

Właściwie sama nie wiem, co tu jeszcze o tym napisać. Przeraża, że człowiek może zostać tak całkiem sam, dopóki ktoś przypadkiem się o tym nie dowie. Gdzie jest rodzina? (I teraz niech pomyślą ci, którzy liczą na dzieci, że podadzą im na starość szklankę wody…). Sąsiedzi? Opieka społeczna? Gdzie są LUDZIE? Nie ma. Są tylko koty.

Fundacji, które proszą o wsparcie, jest bardzo wiele. Część z nich niestety nadużyła społecznego zaufania i – niestety  tym samym nadszarpnęła wiarygodność innych tego typu organizacji. Ludzie zresztą pomału obojętnieją na apele o pomoc również z powodu ich nadmiaru. Gdzie człowiek się nie obróci, tam ktoś prosi o pomoc. Pamiętam, jakiego wręcz absurdu sama byłam świadkiem. Była niedziela, druga styczniowa, a więc grała WOŚP. Byłam rano w kościele, na mszy oczywiście zbierana taca. Przy wyjściu czekali już ministranci z koszyczkami na fundusz ministrancki. Za nimi czaił się już Caritas, potem wolontariusze WOŚP. A na samym końcu pan, który zbierał na operację swojego czternastoletniego syna. Przez moment naszło mnie pragnienie, by stanąć za nim…

Nie wspierajcie Fundacji. Wesprzyjcie konkretny przypadek, problem. A jeśli ktoś już was zdążył oszukać, to czemu konsekwencje ma ponieść ten, kto tego naprawdę potrzebuje? Pomyślcie o człowieku, który kocha kota. I jeśli możecie, pomóżcie tej gromadzie.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Dla Kociej Łapki

Mam mieszane uczucia…
Zawsze wydawało mi się oczywiste, że dobre uczynki wywołują radość u wszystkich. I u tego, co ten uczynek robi, i tego obdarowanego. Potem coraz częściej spotykałam się z postawą typu „mi się należy”. Starałam się więc podchodzić rozsądnie do tego tematu, czyli nie oczekiwać jakiejś wdzięczności, bo to egoistyczne i odbiera wartość tego dobra, którym się kogoś obdarza. Choć z drugiej strony – okazując wdzięczność, obdarowany nic na tym nie traci, za to ja zyskuję uczucie, że moje działanie było sensowne i pożyteczne. Nie chodzi o jakieś wylewne dziękczynienie, słowo „dziękuję” wystarczająco zamyka sprawę, a jeśli jeszcze jest powiedziane z uśmiechem, to w ogóle super. Niektórzy nawet szukają później okazji do zrewanżowania się. Też tak kiedyś próbowałam, ale zdarzyło się w życiu, że duże przysługi wyświadczyły mi osoby, którym w żaden sposób nie mogłam tego oddać. (Nie znaczy, że one tego oczekiwały, to była moja potrzeba). Ponieważ jednak otrzymana pomoc była w większej mierze niematerialna, a bazowała po prostu na życzliwości, pomyślałam, że spróbuję tak postępować wobec innych, którzy znajdą się w podobnej jak ja sytuacji. Jedynie w ten sposób mogę odwdzięczyć się swoim dobroczyńcom i przyjaciołom: będąc dobroczyńcą i przyjaciółką dla innych potrzebujących.
Nikt nie jest doskonały, ja tym bardziej, ale staram się pamiętać o tym postanowieniu. Życzliwość w kontaktach z innymi osobami wydaje mi się kwestią bardzo naturalną, oczywistą – tego oczekuję od innych i sama się o to staram, zakładając zarazem margines na to, że ktoś może mieć z różnego powodu zły dzień i nie oceniać od razu. Wiadomo, różnie bywa. Ostatnio jednak powoli zaczynam się zastanawiać, czy moja postawa i oczekiwania wobec innych ludzi są tylko dziecinne, czy to już po prostu szczyt głupoty. Mam bowiem wrażenie, że ostatnio nie tylko nawet trudno usłyszeć „dziękuję” za okazaną pomoc. Coraz częściej zdarza się natomiast, że niektórzy krytykują tego działania – skierowane do nich i nie do nich. Tak po prostu, dla dziwnie rozumianej sztuki…
Bardzo doceniam osoby, które działają w przeróżnego rodzaju wolontariatach czy nawet za pieniądze, ale poświęcają swój czas innym, tego czasu potrzebującym. Rozumiem, że nie każdy może pomagać. Ktoś nie ma czasu, ktoś inny – możliwości, jeszcze inny skupia się na najbliższych osobach, to jest jego codzienne zadanie i nie ma nawet chęci angażować się w jakieś prospołeczne zadania. Czy naprawdę jednak tłumaczy to niewdzięczność? Jestem mimo wszystko wciąż poruszona nagonkami na fundacje. Zaczęłam to widzieć od czasu, kiedy przeczytałam na piekielnych wpis, który zaowocował notką u mnie. Teraz, niedawno, sprawa nagonki na Kocią Łapkę (też o tym pisałam). Oczywiście, każdy ma prawo do swojego zdania i może je wyrazić. Mniej oczywiste dla niektórych jest, jak zrobić to w sposób kulturalny. Może nawet takie osoby by się zdziwiły: „Przecież nie używam wulgaryzmów, więc jest kulturalnie”. Naturalnie, to się też chwali. Tylko zanim się kogoś zaatakuje, może warto by pomyśleć, dlaczego? Czym ta osoba na to zasłużyła?
Konkretny przykład Kociej Łapki. Fundacja pomagająca kotom, nagle zaczyna otrzymywać insynuacje, jakoby żerowała na kotach, zbierała pieniądze na leczenie tych, które dawno biegają za Tęczowym Mostem, ba! było posądzenie o kradzież kota. Na ich stronie pojawiają się niemiłe wpisy, pozornie mające na celu wyjaśnienie sytuacji, ale żadna odpowiedź nie jest przyjmowana dobrze. Raczej – staje się pretekstem do podważenia wiarygodności Fundacji. Po co? Nie rozumiem.
Myślę, że tym osobom z Fundacji musi być bardzo, po ludzku przykro. Robią coś dobrego dla kotów. Nikt nie musi tego doceniać, same się do tego zobowiązały, bo chciały. Ale nie rozumiem ataków na takie osoby. Jeśli uważam, że Fundacja działa nieodpowiednio, to zgłaszam do odpowiedniej instytucji albo po prostu nie wpłacam pieniędzy. Wystarczy. Co chcą uzyskać osoby, szkalujące Fundację na jej własnym profilu (być może gdzie indziej też), insynuujące niewłaściwe zachowania – i bardziej oburza chyba posądzenie o zaniedbanie kotów niż o zwykłe malwersacje. ;) Kiedy odszedł jeden z kotów, niektórzy wyrażali swoje „zdumienie”, że dziewczyny pisały na tablicy FB o innych kotach i ich losach. No jak to, udawały, że się tak przejmują, a teraz co? Dzień minął i zapomniały? Nie wiem, jak ja bym się czuła, gdybym przeczytała coś takiego skierowanego do siebie. Nikomu, kto ma choć trochę empatii, nie trzeba tego tłumaczyć. Nie znam Kociołapkowych podopiecznych osobiście, ale wirtualnie też się przywiązałam i też czułam smutek. A co musiały czuć osoby, które zajmowały się nim na co dzień? Tylko co w takiej sytuacji mają zrobić? Dopóki było o co walczyć, działały, ale niestety, tym razem się nie udało i życie musi toczyć się dalej. To nie znaczy, że się zapomina…

W tym wszystkim Kocia Łapka ma jednak wielu przyjaciół. Wielu zwykłych niezwykłych darczyńców, którzy co jakiś czas zasilają koty możliwymi dla nich kwotami. Też się staram to robić. Czasem wystarczy napisać pod postem dobre słowo – na pewno też cieszy. A dodatkowo sprawia radość fakt, że wśród tych przyjaciół są osoby znane, jak np. Agnieszka Włodarczyk, która część wygranej z programu „Twoja twarz brzmi znajomo” przeznaczyła właśnie na Kocią Łapkę. Więc, kochana Kocia Łapko: myśl o tym, o takich osobach. Chciałam na koniec napisać: psy szczekają, karawana idzie dalej – ale nie chcę tych złośników i trolli porównywać do zwierzątek. Zatem po prostu: nie przejmujcie się. Robicie kawał dobrej roboty i ja, Sajrinka, jestem z was dumna. Może kiedyś też będę sławna, to dopiero będę Was wspierać! A na razie dostarczę party mixa dla Gucia. :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Bezmyślność

Naprawdę, wciąż nie mogę zrozumieć, czemu ludzie nie pomyślą choć przez chwilę, zanim cokolwiek zrobią czy powiedzą. Czy oczekiwanie, że zastanowią się nad skutkami, jakie niosą ze sobą ich czyny i/lub słowa, jest zbyt duże? Chyba dlatego nazywamy się „homo sapiens”. Nie sapiens, bo „sapiący ze zmęczenia”, ale od łacińskiego sapere – wiedzieć, umieć, znać; także – smakować, czuć.
Nie trzeba jednak aż tak wałkować tego słowa. Wydaje mi się wciąż jednak oczywiste, że istotą człowieczeństwa jest odczuwanie i zdolność do współodczuwania i tym różnimy się – wcale nie od zwierząt – od automatów. W opisywanym przeze mnie niedawno filmie Akademia Pana Kleksa jest to bardzo fajnie pokazane. Do Akademii trafia bowiem lalka Golarza Filipa, której zadaniem jest m.in. zniszczenie sekretów Pana Kleksa, bez której Akademia nie może istnieć. Lalka o imieniu Adolf (swoją drogą, nie pamiętam książki, ale zawsze wydawało mi się, że lalką był Alojzy Bąbel. Adolf jest taki… nacechowany… ;)) tym się różni od prawdziwych chłopców, że nie jest zdolna do odczuwania. Pan Kleks to rozumie i nie ma pretensji do lalki sterowanej przez Golarza Filipa. Oczywiście nie oznacza to, że akceptuje jej zachowanie, ale wie, że jedynym środkiem zaradczym jest jej unicestwienie. Wszelkie bowiem próby „wychowywania” Adolfa nie mają szans – bo jak wychować połączone ze sobą kabelki?
Tymczasem obserwuję ostatnio zachowania, które mnie po prostu szokują. Wiem, że to i tak małe pikusie wobec ostatnich światowych dramatów… tyle że życie zwykłych ludzi to również takie pikusie. Jak większości pewnie wiadomo, bardzo kocham koty, ale nie ograniczam się tylko do swojego łobuziaka. Staram się również pomagać innym, chociaż finansowo, w miarę możliwości, wspierać fundację Kocia Łapka, ale też szerząc informacje o tym, co dla kotów dobre, propagować pewne rozwiązania, ułatwiające kocie życie. Po opublikowaniu wpisu Siatka niezgody przeczytałam trochę nieprzyjemnych komentarzy, z których jednak większość była na poziomie, a tylko nieliczne, zamiast merytoryki, dążyły do obrażenia tego, kto miał inne zdanie. Specjalnie się tym nie przejmuję, ot, problem czysto teoretyczny i wiem, że sprawę siatkowania oraz działania różnych fundacji można oceniać różnie. Nie ma jednej słusznej opinii. Ale kiedy czytam (dzisiaj na Facebooku), że na przystanku w Warszawie znaleziono w torbie foliowej dwa małe kociaki, to trudno nawet coś sensownego pomyśleć. Jak napisała jedna znajoma: „Nie rozumiem tego. Bo to nie chodzi o brak empatii, tylko o bezmyślność i nieumiejętność znalezienia innego rozwiązania. To nie jest wcale takie trudne pozbyć się kotów tak, by im nie robić krzywdy”.
I właśnie najtrudniej pogodzić się z tą bezmyślnością. A jeszcze gdy w grę wchodzą czyjeś uczucia… Dziewczyny z Kociej Łapki, które dużo i chętnie piszą o swoich podopiecznych, w ostatnich dniach utraciły jednego z nich. Wiele osób im współczuło, wiele też czuło swój własny smutek, bo nawet wirtualnie można się do kogoś (na swój sposób) przywiązać. Czemu nie? Jednak życie toczy się dalej, inne koty wymagają opieki i zainteresowania, mimo tego, że jednego zabrakło. Okazuje się, że nie wszyscy to zrozumieli. Pojawiły się komentarze, w których wyrażano zdziwienie i oburzenie, że tak szybko zapomniały… Czy naprawdę tak ciężko ludziom zrozumieć, że każdy przeżywa smutek na swój sposób? Że nie zawsze jedynie płacz i rozdrapywanie twarzy muszą świadczyć o żałobie? Że pogodna twarz i wykonywanie swoich obowiązków nie oznaczają, że się zapomniało?
Nie będę tego szerzej komentować ani opisywać, bo sprawa jest tak delikatna, że bałabym się sama użyć nietrafionego słowa. Wyjątkowo też nie podlinkuję strony, gdyż nie chciałabym, aby za moim pośrednictwem trafił tam jakiś przypadkowy troll. Ta sytuacja sprawiła jednak, że musiałam znów zastanowić się nad ludzkim zachowaniem. Czy to po prostu brak zrozumienia, bezmyślność? Czy celowe działanie? W większości takich wypadków obawiam się jednak, że to pierwsze. Takie zachowanie wydaje mi się gorsze, bo przy celowości można ewentualnie doszukać się jej przyczyny i albo ją rozwiązać, albo po prostu nawet zrozumieć – w każdym razie łatwiej sobie z tym tematem poradzić. Nie oznacza to naturalnie, że daję przyzwolenie na takie zachowanie. Dla mnie to jednak sytuacja czysta – ktoś mnie atakuje, ja się bronię. Wiadomo, o co chodzi.

W mojej ocenie dużo gorsza jest bezmyślność. Przede wszystkim nie można przewidzieć jej zasięgu, rozmiaru ani skutków. Nie wiadomo też czasem, jak wytłumaczyć danej osobie, że swoim zachowaniem sprawia ból. Czasem też nie wiadomo, czy naprawdę nie zdaje ona sobie sprawy, czy też jest to działanie celowe, maskowane jedynie nieświadomością. Tak czy inaczej, trudno się przed nią obronić. I o ile w przypadku dziecka jest szansa, że ono po prostu nie wiedziało, tak wobec osoby dorosłej mamy prawo oczekiwać odpowiednich zachowań. Szkoda, że niestety dorasta wychowywane bezstresowo pokolenie, któremu ten „brak stresu” zabrał empatię wobec innych ludzi.

piątek, 11 kwietnia 2014

Kocio piórkuje

Uśmiałam się kiedyś, gdy u Kociej Łapki przeczytałam, że mają kota piórkoholika. Okazało się niedawno, że i mnie to spotkało – Kocio jest uzależniony od wędki z piórkami... Ale od początku.
Jak łatwo pewnie zauważyć, rozpieszczam Kocia na wszelkie możliwe sposoby. No, oczywiście staram się go wychowywać, ale nie umiem odmówić sobie częstego sprawiania mu przyjemności. Więc szafka jest – poza karmą – pełna kocich przysmaków, a pokój wypełniony zabawkami. Myślę też, że jestem dobrym i lubianym klientem sklepów zoologicznych.;) Faktem jednak jest, że dość szybko przestałam słuchać opinii sprzedawców: „Kotom się to podoba”. Zaledwie dwa razy kupiłam zabaweczki, na które Kocio nie raczył łapki podnieść. Szczerze, to mu się nie dziwię, bo mi też się nie podobały, ale że miały być dla niego, to zdałam się na radę sprzedawcy. Za to szybko wyłapałam, co go kręci, i tym typem zabaweczek staram się Kocia uszczęśliwiać.
Pierwszą jego ukochaną zabaweczką – taką już świadomie wybraną, a  nie, że jedyną – była papużka. Doczepiona do niej linka, to chyba nawet wędka nie była, nie pamiętam. Papużka bowiem szybko zyskała wolność ;), znaczy nie od Kocia. Straciła czub, straciła ogon, w zasadzie został kadłubek mało przypominający już ptaka, przez Kocia jednak ukochany. Kadłubek był noszony wszędzie, wiele razy – kąpany w misce z wodą (niekiedy widziałam, że celowo...), ale wciąż był najkochańszy na świecie. Ufefluniony nieziemsko, wreszcie gdzieś się zapodział (uf). Jeszcze parę dni temu na topie była myszka, czymś grzechocząca w środku. Kocio szybko skrócił jej ogon, a poza tym – akceptował. ;)
Kupiłam też oczywiście laserek, a co. Zabawka niesamowita, tylko szybko jednak zostałam ostrzeżona przez panią weterynarz, że zbyt intensywna zabawa może się niefajnie skończyć. Nie chodzi tylko o oślepienie światłem lasera (tu można się po prostu starać być ostrożnym). Bardziej o to, że kot tej kropki nigdy przecież nie złapie i może go to sfrustrować. Myślę, że coś w tym jest. Tylko jak to wytłumaczyć kotu, który z drugiego końca mieszkania słyszał, że biorę laserek i przylatywał, wydając niesamowity dźwięk z siebie, jakby wręcz kwik. Kocha laserek i jak nieraz nie mogę Kocia znaleźć, to „szukam” właśnie tak. O ile kot nie został gdzieś przypadkiem w szafie albo zamkniętej przed nim kuchni, to po zapaleniu laserka znajdzie się przy mnie błyskawicznie.
Osobnym tematem są pudełka. Wiadomo, tłumaczyć nie trzeba. Ostatnio jednak przestał się nimi interesować, więc zebrałam je razem, aby za jednym zamachem wyrzucić. To było ponad siły kota, jak zresztą widać na tych filmikach (jakość telefoniczna, ale lepszy rydz niż nic):






Nie żałuję też Kociowi chodzenia po wysokościach. O ile nie kończy się to zwisaniem z firanek (zaledwie dwa razy) lub wchodzeniem w miejsca dla niego niezbyt bezpieczne – np. tam, gdzie szkło – jeszcze całe..., to niech sobie chodzi.
No, raz miałam problem. Zawiesiłam sobie nad łóżkiem (no dobra, tata zawiesił) taki dywanik. Wiem, że staroświeckie to, ale mi się podobało, a i cieplej w zimie tak spać niż przy gołej ścianie. Kocio zwariował na jego punkcie. Noc zaczynała się wskakiwaniem na to i spadaniem, często planowym, najczęściej na mnie. Nie pomogło odganianie, „akyszkowanie”, wyrzucanie na noc z pokoju. Po trzech dniach dywanik zwisał smętnie na sześciu  (z piętnastu) gwoździkach. Zdjęłam go. Kocio jeszcze do dziś siada i patrzy w to miejsce – a może dywanik jednak odrósł…?
Czasem próbuje wspinać się po balkonowej siatce, częściej jednak ją obmiaukuje i fuka na nią, jaka niedobra. Teraz sezon balkonowy w pełni, więc stawiam mu tam drapaczek, ale rzadko z niego korzysta. Przynajmniej ja nie widzę. Na siatce zaś zaczepiłam elementy wędek. Kocio bowiem w pewnym momencie wykazał wobec nich wielkie zainteresowanie. Mieliśmy więc ich kilka i zabawa była przednia. Uwielbiał łapać tę myszkę dyndającą na końcu sznurka, zwłaszcza że ona coś tam gadała przy dotknięciu. Nie zawsze jednak mogłam mu tą wędką machać, więc bawił się myszką, a wędka leżała na podłodze. No i któregoś razu zauważyłam, że leży sam kijek. Tak, Kocio odgryzł sznurek. Również w drugiej wędce. Cóż, skoro tak woli... Kijki zostawiłam „na pokojach” – świetnie się sprawdzają jako pomoc przy wydłubywaniu wrzuconych pod regał czy łóżko drobiazgów, a sznurki z myszkami zaczepiłam o siatkę balkonową. I Kocio czasem sobie je trąci, gdy tak siedzi i obserwuje teren...
Uznałam więc, że Kocio jest bardzo ekonomicznym stworzonkiem, bo pisałam, że najlepszą, nieśmiertelną zabawą były nakrętki od butelek. Były. Do minionego weekendu.
Zamówiłam trochę karmy i żwirku w promocyjnych cenach, jakoś lubię mieć zapas i nie martwić się, że czegoś znienacka zabraknie. Przy okazji wzięłam „na spróbowanie” coś takiego, co odmieniło nasze życie. Wydawało mi się, że to zwykła wędka. Okazało się, że mój Kocio oszalał.
Po pierwszym machnięciu sama usłyszałam jakby szelest skrzydeł, więc na pewno kot miał jeszcze lepsze doznania. I się zaczęło. Różnie już Kocio skakał po pokoju, ale takich salt i takiej ekscytacji to naprawdę nie widziałam. Po pół godzinie miał całe czarne oczy, tak mu się źrenice rozszerzyły, a język był na wierzchu. Aż się trochę przestraszyłam. Schowałam wędkę i kazałam mu odpocząć. Kot zasnął tak, że spał kamieniem do rana (a była dwudziesta trzecia maks). I do tego po raz pierwszy – przysięgam! – nie poczuł, że położyłam się obok. (A raczej: wcisnęłam...). Był tak zgoniony, że pierwszy raz miał pod ogonem, z kim tej nocy śpi...
Rano, kiedy wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie, popatrzył na mnie wyczekująco. Wierzyć mi się nie chciało, że chodzi o wędkę, ale wzięłam do ręki... i Kocio aż kwiknął i stęknął z zachwytu. Jako że to była sobota, a jakoś wyjątkowo roboty nie miałam, to bawiliśmy się przez większość dnia. Nie pytajcie o stan wędki ani mojej ręki. Ważne, że Kocio był szczęśliwy. Niestety, noc już spędził na parapecie, a ja sama w łóżku... ;)
Kolejne dni mijają podobnie, choć wędkę dawkuję ostrożniej, bo nie mam sił i czasu, a poza tym piórka są w opłakanym stanie. A boję się myśleć, co będzie, jak wędka się „skończy”. Kupno nowej plus koszt dostawy mnie może aż tak nie przeraża, ale na litość, jakie ja mam mieć tego zapasy...? I kiedy mam żyć? ;) I żeby jeszcze w nocy wynagrodził. ;) Ech, ten mój nałogowiec kochany...
Tak więc zmieniam apel. Nie proszę już o nakrętki. Zbierajmy piórka dla Kocia (i trochę – dla mnie). Proszę. :)


Piórka! Jesteście moje!
Hm, może uda się to odgryźć? Po nic, oczywiście.

sobota, 29 marca 2014

O Kociu

Dawno nie pisałam o Kociu, a to przecież taka słodka istotka… No dobrze, po prostu istotka. :P Kochana, pozytywna i dostarczająca nieustannych wrażeń oraz zadziwień. Kiedy myślę, że już, już go ogarnęłam i niczym wielkim mnie nie zaskoczy – on mnie zaskakuje. ;)
Niedawno byłam u koleżanki, która ma dwa koty w wieku siedmiu lat. Koleżanka zdecydowała się wreszcie na osiatkowanie balkonu i zaprosiła mnie tego dnia do siebie. Poszłam bardzo chętnie, bo byłam ciekawa kotów, cieszyłam się na zobaczenie przynajmniej chłopaków z Kociej Siatki, no i oczywiście fajnie było zobaczyć się z Ulą (kolejność celowa w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi. :P A naprawdę wszystkie trzy powody były równorzędne). Przeżyłam wielkie, wielkie zaskoczenie. Niby byłam w Kociej Łapce, gdzie przebywało wtedy chyba dziewięć kotów i kilka z nich przyszło się pomiziać i było ogólnie wdzięczne i towarzyskie, ale koty Uli – a zwłaszcza Simonka – okazały się być kotami, jakie sobie zazwyczaj wyobrażałam. Simonka to po prostu niesamowita pieszczocha, życzy sobie kontaktu z człowiekiem, cieszy się z niego, a jej brat, choć powściągliwszy w stosunku do obcych, również nie okazywał mi niechęci. Czyli koty miziaki i pieszczochy jednak istnieją!
Tymczasem mój Kocio, choć często widzę, że na swój sposób okazuje mi przywiązanie, to wciąż trzyma ogromny dystans fizyczny. Ciężko go dotknąć na dłużej niż dwie sekundy, a gdy zaśnie obok, to natychmiast budzi się, wstaje i ucieka, gdy ja się też położę. Nie zmienia to faktu, że potem wraca, ale jednak… Przed wizytą u Uli mieliśmy kilka cieplejszych nocy :P, byłam miziana i spontanicznie gnieciona, wymruczana i w ogóle. Nie zdziwiłam się specjalnie, że po wizycie w Kocia znów wstąpił Kocizmo. Liczyłabym się z tym nawet bez tego, bo Kocio nie jest stabilny emocjonalnie. Niemniej miałam wrażenie, że jest w tym jakiś szczególniejszy foch. Noc, jaką mi zafundował, była jedną z trudniejszych. Postawił sobie za cel nie dać mi zasnąć, irytować mnie zrzucaniem przedmiotów z regału i ogólnie hałaśliwym zachowaniem, którego nie pozwalał mi zignorować, nawet gdy próbowałam. Wyraźnie domagał się uwagi, ale unikał zbliżania się jak ognia, jednocześnie pilnując, byśmy byli w tym samym pomieszczeniu. Na szczęście koło trzeciej sam się chyba zmęczył, a ja nie musiałam szczególnie rano wstawać. Następna doba była już spokojniejsza.
Nie wiem, co Kociu jest i czemu tak się zachowuje. Może jutro uda mi się czegoś dowiedzieć na ten temat podczas warsztatów PetBonTon. Jeśli nie w czasie wykładów, to może od innych, obecnych tam kociarzy.
A tymczasem Kocio wciąż pozwala sobie na bycie „łobuzę”, jednocześnie niektórymi zachowaniami rozbrajając mnie tak, że nie sposób się na niego złościć. ;P Trochę zmienił się na przykład system asystowania. Wciąż plącze się pod nogami, ale ostatnio zdarzyło mi się, że zostawiał mnie samą w łazience lub puszczał przodem do „kuwety” ;P. Oczekiwał mojego wyjścia przed drzwiami, by następnie udać się tam, również osobno. Ba, nawet nieraz się oglądał, czy na pewno za nim nie idę. ;)

Albo na przykład kupiłam mu ostatnio takie poidełko fontannę. Naturalnie asystował przy montażu, nie odstępował mnie ani na krok, aż wreszcie udało mi się podłączyć ustrojstwo. Wydaje ono cichy, ale jednak dobrze słyszalny dźwięk. Kocio zatem, zaintrygowany nowością, usadowił się na pozycji obserwatora, nie mając jednak odwagi podejść i sprawdzić empirycznie, cóż to takiego. Pomyślałam, że może więc lepiej na razie to odłączyć, żeby kot zorientował się, że to woda, a później może oswoi się z dźwiękiem. Tak zrobiłam i zostawiwszy kota z odłączonym poidełkiem, poszłam do drugiego pokoju, usiąść do pracy. Przez dziesięć minut naprawdę starałam się ignorować hałasy, nie były takie głośne, ale w końcu postanowiłam sprawdzić. Tak, Kocio skończył właśnie rozkładać poidełko na części pierwsze i właśnie zaczynał kombinować, czy nie dałoby się bardziej. ;) Okazało się zatem, że mam w domu małego dekonstruktora… ;) Może po prostu odzywa się w nim taki męski instynkt? Ciągnie do majsterkowania, tylko nie wie, jak, bo brak mężczyzny w domu (a ze mnie, jak wiadomo, pod tym względem pożytku nie ma…). Ale skąd ja mu faceta na DS wezmę? ;)
A tymczasem wiosna za oknem, kot na balkonie, a jutro wstajemy godzinę wcześniej. I tego się trzymajmy! :P

czwartek, 13 marca 2014

Personal assistant

Gdyby przyszli dziś do mnie przedstawiciele jakiejś organizacji broniącej praw zwierząt, to mogłabym mieć problem. :P Kocio wygląda bowiem ma mocno wykończonego. W zasadzie to już śpi, ale głębokim snem sprawiedliwie narobionego kota. Mogę jednak przysiąc, że krzywda mu się nie stała. ;)
Dzisiaj był tak piękny dzień, tak ciepły i wiosenny, że postanowiłam umyć okna przynajmniej w jednym pokoju. Byłam zmęczona ostatnimi dniami, bo za dużo siedziałam przy komputerze. Wychodziłam wieczorami na jakieś spacerki, żeby się rozruszać i choć troszkę krążenie poprawić, ale następnego dnia budziłam się i znów to samo. Wczoraj jednak dostawiłam ostatnią zleconą kropkę i kładłam się z uczuciem, że dzisiaj od rana nic nie muszę. I co robi kobieta, jak ma wolny dzień? Tak, zostaje w domu, żeby sprzątać! ;) Tak więc umyłam okna i parapety, przesegregowałam trochę bibelotów, powycierałam kurze, wymyłam podłogi i odkurzyłam dywany. Tylko w jednym pokoju, ale przyjemności też trzeba sobie dawkować. ;) Mimo to w całym mieszkaniu czuć wiosenną świeżość, bo okna w pewnym momencie były pootwierane na przestrzał. Zrobiłam sobie dwie przerwy, by napić się herbaty, zerknąć do poczty, policytować na rzecz Kociej Łapki (np. to), i oczywiście zadzwonić do dzisiejszych solenizantek – Krystyny i Bożeny. Kiedy uznałam, że mogę skończyć, ugotowałam szybki obiad, a na koniec zrobiłam herbatkę i pijąc ją, oglądałam jakiś nieskomplikowany film na dvd. Sesję wypoczynkową zakończyłam pedikiurem i manikiurem. I wreszcie poczułam, że mogę z powrotem usiąść do pracy intelektualnej. I że dzisiaj już nie muszę się dotleniać przed snem. ;)
No dobrze, ale co ma do tego wymęczony kot i ryzyko ewentualnej interwencji TOZ-u? Otóż Kocio jest moim osobistym asystentem każdej wykonywanej czynności. Przywykłam, że myjemy się razem, jemy razem, śpimy razem… ale porządki wolałabym robić sama. ;) Przed myciem okien wyniosłam na balkon będące obecnie na czasie zabaweczki – obecnie to myszka, która czymś szeleści w środku, pudełko po zabawkach oraz miarka do lekarstw – dodatkowo ułożyłam blisko balkonu parę dodatków, na siatce balkonowej doczepiłam brzękadełka, i uznałam, że kot powinien czuć się spełniony. 

Kocio said: Balkonowanie? Lubię to!

Oczywiście śmignął cały szczęśliwy, więc ja spokojnie udałam się do pokoju. Otworzyłam okno, sięgnęłam po szmatkę i… trafiłam na futro. Tak, to był Kocio. Już przyszedł i nieprzerwanie mi asystował. Pamiętając, jak asystował panu z Kociej Siatki, który zabezpieczał okna, pomyślałam, że pewnie zaraz położy się na biurku albo podłodze i będzie mnie obserwował. Nie, ależ skąd. Przecież taka ładna pogoda, a każde miejsce, które akurat potrzebowałam umyć, było dla Kocia akurat tym najbardziej upragnionym…
I tak przy każdej czynności wciąż przekładałam Kocia, a on na chwilę ustępował, by znów znaleźć się w centrum uwagi. Przytaił się tylko wtedy, gdy wyciągnęłam odkurzacz (boi się). Ale mopa to już przeskakiwał!
Tak, oczywiście mogłam złapać kota za futro i wynieść z pokoju, by następnie zamknąć drzwi i mieć warunki do pracy. Tylko że kocia obecność za drzwiami, milczący albo miauczący wyrzut, jest dla mnie bardzo przykry. I w sumie to niepotrzebny stres dla niego i dla mnie. Może i trochę uciążliwe było to sprzątanie, może musiałam bardziej uważać, czy myję parapet, czy kota, ale w gruncie rzeczy oboje mieliśmy fun. Skoro dla niego to atrakcja, to nie będę mu żałować. ;) A i dokładniej sprzątam, wolniej, uważniej – przy takiej kontroli nie ma innej opcji zresztą. I kiedy wreszcie skończyłam i usiadłam z tą herbatą, kot spojrzał na mnie uważnie, po czym odwrócił się i poszedł na balkon. Kontrolować otoczenie. A kiedy zaczęło się ściemniać, a więc i ochładzać, przyszedł – a w zasadzie przywlókł się ciężko – wskoczył na łóżko i zasnął snem sprawiedliwie utrudzonego. ;)


Przed nami jeszcze dwa pokoje i kuchnia. :D

poniedziałek, 17 lutego 2014

Pestka do zgryzienia

Od kiedy w moim życiu pojawił się Kocio, zaroiło się wokół mnie od innych mruczków. Na razie wirtualnie… :) Odkryłam istnienie organizacji, o których nie miałam wcześniej pojęcia, zajmujących się kotami. Jedną z nich jest DT Kocia Łapka, powiązanego z Fundacją Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt – Viva!. Oglądałam te strony nie po to, by znaleźć jakiegoś mruczka – w końcu mam swojego kochanego i na razie on mi wystarcza (momentami nawet aż nadto absorbuje), ale żeby dowiedzieć się więcej o kotach, poznać ich zwyczaje, ludzi, którzy się nimi opiekują. Nie wiem, jak trafiłam na Kocią Łapkę, ale to był szczęśliwy traf. :) Na stronie pojawiają się wprawdzie tylko informacje związane z kwestiami adopcyjnymi i prezentowane są właśnie takie szukające domu pociechy – ale niespodziewanie zaczęłam się zakochiwać w tych kotach. :) Śliczne (ale dla mnie każdy kot z definicji jest śliczny:)), choć niektóre baaardzo zabiedzone. Na szczęście dzięki świetnym dziewczynom, które o nie dbają, większość odzyskuje formę.
Oglądałam tak te pociechy i oglądałam… Stopniowo zaczęłam kupować na aukcjach charytatywnych, mających na celu wspomóc DT. Wystawiane tam gadżety – magnesy na lodówkę, kubki, kolczyki, podstawki, torby ekologiczne i inne – były bardzo fajne, a przy okazji stwarzały okazję, by zrobić dobry uczynek. Więc kupowałam (i nadal kupuję.. :)).
Coraz uważniej śledziłam wpisy na Kociołapkowej stronie. Koty na zdjęciach zaczynały być coraz bardziej znajome i bliskie, a nad ich losem – niestety – coraz trudniej było przejść do porządku dziennego. Kiedy na początku stycznia tego roku Kocia Łapka poinformowała, że potrzebny jest kolejny DT, bo one chwilowo nie dają rady (później się okazało, z jakiego – smutnego – powodu), pomyślałam, że może powinnam… Ale szczerze, to się też bałam. Chyba najbardziej tego, że nie wiem, czy będę dobrą kocią mamą – choćby tymczasową. Oczywiście też kwestii praktycznych, np. czy mój Kocio zaakceptuje nowego lokatora, czy będzie to kot z podobnym adhd jak mój – i czy w związku z tym mieszkanie wytrzyma…, czy też później oboje przeżyjemy rozstanie, gdy tymczasik znajdzie stały dom. Albo – czy jeśli się zadomowi i zostanie, czy sobie poradzę, także finansowo. Wątpliwości i lęków było dużo, a determinacji, by machnąć na nie ręką – za mało. Odpuściłam temat.
Ale mruczki ze strony Kociej Łapki patrzyły na mnie każdego dnia. Wtedy pomyślałam, że może uda się je jakoś zobaczyć, może wtedy coś postanowię… Napisałam do Kociej Łapki, czy można by do nich przyjechać i wymiziać te cuda cudeńka. :) Zostałam zaproszona! I jakoś tak na początku lutego pojechałam z  wizytą. Miałam pełną świadomość, że w domu Fundacji nie dadzą mi kota ot tak, po prostu, jak dostałam w lecznicy mojego Kocia. Miałam też nadzieję, że na żywo koty okażą się męczące i w ogóle się zniechęcę. Niestety. Koty Kociej Łapki są fantastyczne. :) I jeden zajrzał mi do serca. A w zasadzie jedna – Pestka.



Pestka, poza tym, że to piękna kota, ma zasadniczą cechę – jest kotem trudnym. Więc dla mnie, n’est ce pas? ;) Z tego, co powiedziała mi o niej Kamila, i co jest też na stronie Fundacji, Pesteczka jest po przejściach i wymaga pracy, by zaufała człowiekowi.
Mam teraz twardy orzech (twardą pestkę?) do zgryzienia. Chyba się jednak nie odważę na wzięcie kolejnego kota w ogóle. Z powodów, dla których nie zdecydowałam się na bycie dt. Po prostu się boję, że nie podołam, a przecież nie oddam kotów z powrotem. To byłoby po prostu niepoważne. Zresztą Kocio na razie absorbuje mnie całkowicie (tak, wiem, z drugim kotem mógłby się bawić, a ja bym miała spokój - pytanie, czy by się dogadali i czy na pewno miałabym spokój... w każdym razie sprzątania na pewno więcej ;)). Czekam, aż chłopaki z Kociej Siatki zaczną wprowadzać w życie swoje pomysły na drapaczki balkonowe - wtedy dopiero będzie szaleństwo! :)
A oczy Pestki wwiercają mi się w serducho...