Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 października 2014

Opowieść (sfrustrowanego) Kocia

Fruzia jest już po zabiegu. Nie było to łatwe przeżycie dla nas wszystkich, choć każdy odczuł to inaczej. Fruzia, wiadomo, była główną bohaterką: to ją usypiali (podobno standardowa dawka narkozy nie zadziałała i trzeba jej było tego towaru dorzucić), to ona musi się wygoić, to ona w związku z tym biega w fartuszku. Wróć: jakie biega. W fartuszku się nie biega, w fartuszku się leży lub idzie tak, by wzbudzić współczucie i wyrzuty sumienia: kroczy się nieco chwiejnie, a tylne łapy należy podnosić niczym bocian na łące. Tak, żeby dać do zrozumienia, jak kotu w tym niedobrze… Większość dnia w fartuszku mija na leżeniu i obserwacji otoczenia. Tyle że bez niej mało co się dzieje. Kocio jest smętny, nie rozumie, czemu nie mogą się pogonić, dlaczego nie pozwalam jej przewracać i kopać tylnymi łapami, gdzie się da…
Tak naprawdę  to największy stres miałam z powodu Kocia. Fruzia znosi wszystko dzielnie i z godnością (a raczej resztkami; bo zachować pełną godność w fartuszku ochronnym to duża sztuka!). Tymczasem Kocio, odkąd wróciłyśmy z lecznicy, jest mniej lub bardziej nieszczęśliwy. Pewnie opowiedziałby o tym tak:
Zaczęło się niewinnie: najpierw późnym wieczorem zostały schowane miski z jedzeniem. Pewnie znowu chce nas karmić według jakichś książkowych zaleceń… ale chwilowo nic mnie to nie obchodzi. Brzuszek na razie pełny, ciepło, można spać. Ale rano okazało się, że misek wciąż nie ma na swoim miejscu. Jeszcze się nie martwiłem, bo AŻ TAK głodny nie byłem. Zresztą nikt nie jadł, nawet Ona (w myślach nazywam ją swoją ukochaną mamusią – wiem, że to nie kot, ale dba o mnie i dogadza. Widzę, że się stara, i tak naprawdę to doceniam… ale nie mogę przecież tak po prostu tego powiedzieć. Muszę zachować kocią godność). Potem jednak spakowała Fruzię i gdzieś obie poszły. Zostawiła mi miseczkę z chrupkami, więc zacząłem się niepokoić dopiero wtedy, gdy wróciła bez Fruzi. No jak to tak? Fruzia jest taka fajna! Uwielbiam się z nią bawić, a już najbardziej – wylizywać. No i jest kotem, to najważniejsze. Wprawdzie czasem nie daje mi spokojnie zapolować na piórka albo pcha się do mojej miseczki, no i rzadko sprząta po sobie w kuwecie (zgroza… ale ja jej pokazuję, jak się to robi; może się nauczy), ale i tak z nią jest fajnie. A tu nagle miałoby jej nie być? Postanowiłem jednak poczekać na rozwój sytuacji. My, koty, nie panikujemy na wyrost. Wylizałem więc swoje futerko i poszedłem spać. Obok Niej, żeby mieć ją na oku, gdyby się okazało, że gdzieś schowała Fruzię. Albo gdyby coś jadła.
Dobrze, że spałem obok, bo parę godzin później znów coś zaczęło się dziać. Wyszła z domu, beze mnie – dobrze, bo zacząłem się trochę bać, że mnie też gdzieś zaniesie. Wróciła jednak szybko, ale z Fruzią! Fruzia! Fruzia! Fruzia…? To ty??? Co się dzieje, czemu wychodzisz z tej klatki tak dziwnie? I tak ci się nogi plączą? Ojej, jaki dziwny zapach… Już, już lecę cię wylizać!
…Dlaczego mi nie wolno???
Dzieje się coś dziwnego. Odkąd Fruzia wróciła, nie mogę ogarnąć. (Tematu, tematu – z kuwetą sobie radzę). Ma na sobie coś – słyszałem, że „to” nazywa się fartuszkiem. Dlaczego KOT ma chodzić w ubraniu? To okropnie przeszkadza przy myciu. Fruzi to nie przeszkadza? Jakaś dziwna jest, odkąd ją ubrali. Prawie nie skacze, o zabawach ze mną nie ma mowy – Ona też nie pozwala, ale i Fruzia nie reaguje na zaczepki. God, spraw, żeby mnie nie ubrali w coś takiego, bo przestanę być kotem… Chciałem parę razy pomóc Fruzi pozbyć się tego fartuszka. Gdzie tam! Jak tylko podchodzę, to już mnie odganiają. To chociaż bym wylizał Fruzię, żeby zaczęła pachnieć kotem. Też nie wolno. Chyba focha strzelę.
[Wtrącę się na moment. Jeśli Kocio okazuje fochy przez mizianie, to go chyba zacznę prowokować… :D]
Fruzia całe dni leży albo leży i śpi. Najczęściej na podłodze lub łóżku, albo tam, gdzie Ona ją położy. Sama Fruzia nie skacze. Co jej zrobili? Zachodzę w głowę, a jednocześnie kombinuję, kiedy to się skończy. I czy kiedykolwiek? A może F. zostanie na zawsze w fartuchu? Masakra normalnie. Ale jest światełko w tunelu, bo widzę, że czasem to ubranie jest zdejmowane. I już raz mogłem i ja pomóc F. w myciu! Może będzie lepiej…
Rzeczywiście, światełko w tunelu jest. Fruzia już zaczyna się po kryjomu wydłubywać z ubranka. Skoro czuje taką potrzebę, to pewnie czuje się coraz lepiej.
A ja? Ja wolę zapomnieć o pierwszej godzinie po przyniesieniu jej do domu, kiedy przerażona patrzyłam, jak Fruzia, jeszcze otumaniona tą narkozą, wychodzi z transporterka, próbuje biegać, wskakiwać na parapety, lizać się… Kiedy do pomocy w tej ostatniej czynności ruszył Kocio, zrozumiałam, że kotę trzeba jak najszybciej ubrać w fartuszek. Tyle że po zawiązaniu ostatniego troczka Fruzia mi się wyrwała, zrobiła salto w powietrzu… i zwymiotowała. Poleciałam z nią z powrotem do weterynarz (na szczęście bliziutko), gdzie koteczka została ubrana i zasnęła. Wróciłam i dopiero mogłam sama się wykąpać, przebrać i zjeść duuuużo lodów. Na ostudzenie emocji. Później już było tylko lepiej. Fruzia w ubranku to taki kot-automat. Słabo reaguje na bodźce, słabo skacze, słabo się bawi. Jedzenie w normie. :D I jeszcze się przylepą zrobiła: leży najchętniej na mnie, śpi na mnie albo na mojej ręce… może ją w tym fartuchu zostawię na dłużej….? :D

Nie, proszę, nie!!!!

 I parę fotek:


Pierwsza doba. Fruzia jeszcze rozpędem wdrapywała się na swoje ulubione miejsca...

...ale bardzo nie chciała zdjęć. A to przecież pamiątka na całe życie. J



Mała Fruzia czy przerośnięty stary krasnal?

Pogodziłam się z losem...
 Potem zmieniłyśmy kolory:


Trzeba dbać o siebie w każdej sytuacji.



To ja. Fruzia.


Dziewczyny lubią fiolet.




Kolory jesieni. 


Teraz mogę się pokazać.


niedziela, 12 października 2014

Imieniny Kocia

Niedawno minęła pierwsza rocznica przybycia Kocia do mojego domu i życia. Tak naprawdę to jedno z ważniejszych, i jednocześnie pozytywnych, wydarzeń ostatnich kilku lat. Uznałam więc, że datę trzeba zapamiętać i odpowiednio ją czcić. Postanowiłam zatem, że tego dnia – obok Jana, Teresy, Augustyny, Cypriana, Częstobrony, Dominika, Gerarda, Gerardy, Eustachego, Ewaldy, Ewalda, Ermegardy, Irmegardy, Kandyda, Maksymiana, Romany, Sierosława, Sulibora – imieniny będzie obchodzić również Kocio. (Biorąc pod uwagę ten w większości oryginalny zestaw imion, Kocio świetnie się komponuje. Jeśli ktoś powątpiewa w ten zestaw, niech zajrzy TU). Bo dlaczego nie? Dotychczas obchodziliśmy wspólnie Nowy Rok i jego urodziny – moim zdaniem świetnie się sprawdziło. Przewidziałam jako danie główne łososia, delikatnie uparowanego, i zdaje się, że trafiłam. ;) Zorganizowałam też wydarzenie na Facebooku, ale niektórzy zaproszeni goście nie bardzo wiedzieli, jakie są ich obowiązki. :P Imieniny zorganizowałam więc już chyba lepiej. Co znaczy doświadczenie! Poza tym, nie da się ukryć, że wydarzenie przebiegało zupełnie inaczej, bo poprzednio celebrowaliśmy we dwójkę (liczę stałych domowników), a teraz do teamu dołączyła Fruzia. Co to zmienia, ktoś spyta? Jeden filet rybny więcej, po prostu.
Imieniny Kocia wypadły w tym roku w piątek. Wydarzenie zaczęłam organizować kilka dni wcześniej. Przede wszystkim zaznaczyłam, że zapraszam do WIRTUALNEGO współświętowania. Oczywiście goście „w realu” byli również zapraszani, ale panowała dowolność. Można było przyjść, można było nie przyjść. Kocio miał do tego jednakie podejście, co starałam się relacjonować na stronie wydarzenia głównie fotami. Jako że jednak wydarzenie było dostępne jedynie dla zaproszonych gości, a poza tym, gdy minął termin, zniknęło ze strony, pomyślałam, że warto przedstawić tu, na blogu, taką fotorelację.

Najpierw od samego rana była zabawa. Oba koty szalały, ale Kocio chyba wiedział, że jest bohaterem dnia, więc dokazywał wyjątkowo i zdecydowanie wiódł prym w mordowaniu piórek. Fruzia tym razem nie miała szans się przebić, chociaż próbowała.



 Kocio uważał się chyba tego dnia za wybitnego rozkoszniaka. ;) Moim zdaniem: słusznie.


 Był prawdziwym władcą i pogromcą piórek...



I nie można było mieć żadnych wątpliwości na ten temat.

 W końcu chyba się zmęczył... Ile można się bawić PRZED zjedzeniem obiecanej rybki?


Zanim jednak obsługa podała przystawkę dnia  filet z pangi, podobnie jak późniejszy łosoś, delikatnie parowany – Kocio zrobił uprzejmość Fruzi i pozwolił i jej poczuć się myśliwym (myśliwą?).

Też chcę zamordować piórka!

Gdzie te piórka, gdzie te piórka?

Po zabawie i zjedzeniu filecika koty odczuły potrzebę regeneracji. Trzeba sił, żeby zjeść zapowiadane danie główne, czyż nie? Więc padły, ale jednak w pobliżu stołu. Nigdy nic nie wiadomo...



Tymczasem przyjechał do nas (do Kocia?) gość. Prawdziwy, realny, człowiek. I przywiózł...

Serio to dla mnie prezent?

I co ja mam z tym zrobić?
 Wreszcie jednak przyszedł kulminacyjny moment. Podano łososia. Obsługa nie fatygowała się z kładzeniem obrusów, paleniem wonności czy układaniem smacznego mięska w kształty typu torcik. Kocio nie wymagał nawet wyrafinowanego blatu. Łosoś smakuje zawsze, wszędzie i tylko żeby było go więcej...


 Fruzia też się załapała, a jakże. Zresztą, Kocio na pewno się z tego cieszył. Porcja była identyczna, choć ta malizna nie powinna móc tyle zmieścić. Ale zmieściła...





 Imieniny Kocia nie skończyły się w piątek. A co tam, rozciągnęłam je na cały weekend. W ten sposób Kocio załapał się wreszcie na prawdziwy prezent dla siebie. J Beatko, Fruzi to wszystko bardzo się podoba! :P



Wiem, że niektórzy mogą się podśmiewać z tego wydarzenia. Imieniny Kocia, wow, no naprawdę, ile ona ma lat. Szczerze przyznam, że nie bardzo mnie to obchodzi. To moja zabawa i przyjemność. I już myślę nad kolejnymi wydarzeniami, ale to pewnie już pod choinkę będzie. J

A już naprawdę na koniec:
3 X 2013
Mam na imię Kocio i właśnie tu zamieszkałem. Dzień dobry.

To idę spać.

Jestem taaki malutki i śpiący...

































TERAZ

Łóżko jest dla mięczaków i maluchów. Prawdziwy twardziel leży na dywanie.

środa, 28 maja 2014

Jak futro zaopiekowało się paczką (fotostory)

Przyszła paczka. Spodziewałam się, byłam w domu, ale kurier trafił akurat na moje zajęcia kuchenne, więc jak najszybciej pokwitowałam odbiór i poleciałam do garów. Chwila... gdzie futro? Na balkonie się już nie wietrzy, pod nogami się nie plącze... Czyli gdzie jest? 

Wiadomo, takie rzeczy lepiej sprawdzać. Kiedyś miał ciągoty do kurierów. (Serio! Łasił się do każdego pana doręczyciela, o chłopakach z Kociej Siatki nie mówiąc  ale to akurat rozumiem :P). Wydawało mi się jednak, że jak zamykałam za panem drzwi wyjściowe (wejściowo-wyjściowe :P), to kot krążył w pobliżu drzwi od kuchni. No dobra. Przykręciłam gaz i wyszłam do przedpokoju. Oto, co zobaczyłam:


Siedział tak najwyraźniej od momentu, kiedy pan wyszedł. Śmiechłam na ten widok, ale pytam grzecznie:  Kociu, po co tu siedzisz? On uparcie milczał. Mówię więc dalej:  Nie musisz pilnować, nie zginie. Poza tym to nie do Ciebie. (No bo DLA niego, nie DO niego). Na to Kocio chyba mi nie uwierzył i sprawdził dane adresowe:



 Popatrzył na mnie ufnie...


...i chyba się skonfudował.


Bo udało mi się zarejestrować jedynie takie resztki śmigającego kota:


A paczka oczywiście że pełna kocich sprawiaczy radości. Będzie wieczorem niezły fun!

Pozdrawiamy! :)