Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocia Siatka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kocia Siatka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 czerwca 2014

Blondynka pod prysznicem

 Jeśli człowiek chce coś zobaczyć czy usłyszeć, to podświadomość często mu w tym pomaga.
No dobrze, może nie wszystkim, ale mi na pewno.
Jak pewnie większości wiadomo, dokładam wszelkich starań, by mojemu Kociu zapewnić jak najwięcej rozrywki. Mijane sklepy zoologiczne powodują u mnie efekt Francuza podczas walki – cofam się. :P Nieraz sprzedawcy, zwłaszcza w tych punktach samoobsługowych, gdzie można pochodzić między półkami i pooglądać towar, patrzą na mnie podejrzliwie i/lub nawet niechętnie. Bo kto wchodzi i zaczyna po kolei z identycznym wyrazem zachwytu na twarzy oglądać wszystko? Karmy, żwirki, transportery, zabawki? No właśnie ja. Ale to „wszystko” oglądam tylko za pierwszym razem. Później, gdy znam już rozkład pomieszczenia i usytuowanie towarów, zatrzymuję się już tylko przy zabawkach.
Ostatnio postanowiłam trochę odmienić sobie i Kociu asortyment zabawek. Przyznam, że staram się czasem zastąpić mu towarzysza zabaw i np. czasem bawimy się w berka. On to z pobłażliwością akceptuje i nawet się angażuje w gonitwę, ale niestety – przestrzeń za mała, a moja kondycja jest zdecydowanie niewystarczająca. Natomiast lubiane przez Kocia wędki są fajne, zgadza się, ale też trzeba machać nimi aktywnie i w pełnym skupieniu. Jak tylko odwróciłam wzrok na telewizję, bo słuchałam wiadomości albo jakiś kabaret leciał (w sumie… podobne…), już Kocio był niezadowolony. Przerywał zabawę i albo nabzdyczony wychodził z pokoju, albo zaczynał łazić po regałach i – niby przypadkiem, ot tak, od niechcenia – zrzucać wszystko, co było w zasięgu łap i ogona. Dodatkowo czułam wyrzuty sumienia, że nie wypełniam prawidłowo swoich obowiązków, a poza tym wiadomo – jak się kota nie wybawi w dzień, to on w nocy odbierze, co mu należne…
Wykorzystałam więc upodobanie Kocia do przebywania na balkonie. (Za każdym razem, swoją drogą, kiedy go tam wypuszczam, jestem wdzięczna Uli – że w odpowiednim czasie mi o konieczności osiatkowania balkonu powiedziała, i oczywiście chłopakom z Kociej Siatki). Pamiętałam z warsztatów, jak Julia mówiła o zabawkach hand-made, i postanowiłam sama coś takiego przygotować. Kocio jest wybredny, zresztą wiadomo, że zabawki czasem trzeba się też „nauczyć”. Skoncentrowałam się więc mocno i… jest: bingo! Wymyśliłam dla Kocia prostą, ale nową rzecz. Wzięłam miskę, napełniłam ją wodą, wrzuciłam tam piłeczkę (taką żeberkowaną, żeby było za co zaczepić pazurem) i całość wystawiłam na balkon. Łącznie z kotem. I co? Natychmiast wsadził tam łapę i z wyraźnym obrzydzeniem na pysiu (mokre!) zaczął piłeczkę łowić. Jak już ją wyrzucił, to ja wrzucałam ją na nowo. A on znowu, z tym zdegustowanym pysiem, wsadzał łapę…
Oczywiście, nie siedziałam na balkonie non stop, zresztą widzę, że on mnie tam toleruje, ale bez przesady. Mogę sprzątnąć, podać zabawkę czy jedzenie, poprawić pudełka, ew. dostawić właśnie zabawkę. Ale balkon to jego teren… Więc po prostu co jakiś czas zaglądałam tam, podrzucałam piłeczkę do miski… i po jakimś czasie słyszałam triumfalny chlup. :D
Wciąż jednak czułam, że to mało. Że Kociu na pewno chętniej bawiłby się na jakiejś większej powierzchni. Widziałam oczywiście w internetowych zoologach jakieś baseniki dla kota, ale szkoda mi było kasy. Basenik równie dobrze mogę właśnie balią zastąpić, a nie wiadomo, jak szybko znudzi się kotu zabawka. I co wtedy? Za to wyposażenie tego domowego jeziorka zaczęło mnie gryźć. Same piłeczki Kocio wyjmował za szybko. W poszukiwaniu inspiracji zaczęłam więc przeglądać Allegro. Może są jakieś zabawki do kąpieli? Sama miałam kiedyś taką nakręcaną rybkę…
I w tym stanie ducha, z głową pełną rybek w baseniku, którymi Kocio z lubością się bawi, poszłam sobie któregoś wieczoru do osiedlowego hipermarketu. Takiego, co to i artykuły spożywcze, i ubrania, i zabawki. Nie planowałam żadnych zakupów, ale pieniądze „w razie czego” w torebce były. Miałam chęć po prostu połazić, może jakieś promocje w ciuchach, może właśnie jakieś zabawki – ludzkie, ale uniwersalne – znajdę, i to tańsze nieco? A w każdym razie będzie można je od razu zobaczyć. Pokręciłam się trochę, ale w zasadzie na półkach leżało zwykłe badziewie. W każdym razie nic, co chwyciłoby mnie za serce (i portfel). No to wychodzimy. Ale skoro już jestem, to wezmę może chleb na jutro i coś do tego chleba. Ponieważ marketu nie znałam, to trochę pobłądziłam, zanim znalazłam to, czego szukałam. Kierując się już do kas, odkryłam alejkę z karmą i akcesoriami dla zwierząt. Karmy marketowej nie kupuję, ale skręciłam, by sobie popatrzeć. Ciekawiły mnie zwłaszcza akcesoria. Zainteresowały mnie kocyki, więc zatrzymałam się, by sprawdzić cenę. I wtedy zobaczyłam coś, co zaparło mi dech:
Było to akwarium dla kota. Nie w sensie lokum, tylko atrapa prawdziwego akwarium, żeby kot mógł sobie na to popatrzeć czy włożyć łapę, jednym słowem: mieć kocią satysfakcję. Natomiast człowiek nie ponosiłby kosztów drugiej hodowli, konserwacji sprzętu itd. Zachwycił mnie pomysł. U mnie w domu było kiedyś akwarium, ale obsługa tego wydawała mi się szalenie skomplikowana i nie podjęłabym się obecnie trzymania tego w domu. Zwłaszcza – nie oszukujmy się – tylko dla kota. Taka atrapa wydała mi się jednak czymś idealnym. Nawet wiedziałam, gdzie będzie stać… Czym prędzej chciałam zgarnąć z półki, ale ciężar mnie przystopował i sprawił, że spojrzałam na cenę. Niby miałam taką kwotę na koncie (niedużo powyżej stu złotych), kartę przy sobie – też… Ale wydatek w tym momencie nie pozostałby niezauważalny, a raczej nie był priorytetowy… A może w internecie znajdę taniej? I z tą myślą, z ciężkim sercem i lekkim poczuciem niespełnienia, poszłam do kasy.
Pół nocy spędziłam w internecie i nie znalazłam niczego podobnego. Owszem, rybki „jak prawdziwe” – jedna sztuka kosztowała ca. pięćdziesiąt złotych, akwaria dla nich… Ale wszystko w ogóle w dziale dziecięcym i w końcu pomyślałam, że trzeba iść spać. A rano – z powrotem do sklepu i dokładniej obejrzeć tę zabawkę. I markę, koniecznie markę znaleźć, wtedy może pani Emilka znajdzie coś podobnego w hurtowniach. Poszłam zresztą do niej przed ponowną wyprawą do marketu, ale ona o niczym takim nie słyszała. Zaleciła mi tylko właśnie spisanie marki, a najlepiej – zrobienie zdjęć.
I wreszcie stanęłam przed ową półką. Jest! Akwarium jeszcze było! Bez żenady cyknęłam fotki i zaczęłam wczytywać się w opis na pudełku.

…Gdybym kupiła to dzień wcześniej, nabyłabym prawdziwe akwarium na maksymalnie dwie złote rybki.


Już przestałam się wstydzić swojej głupoty; pozostał tylko zachwyt dla własnej kreatywności. Może przeczyta to jakiś producent zabawek i wykorzysta ten pomysł? Z pewnością kupię. :D


czwartek, 3 kwietnia 2014

Siatka niezgody

Przeczytałam wczoraj na piekielni.pl taką historyjkę. W skrócie dla tych, którym się nie chce czytać, chodzi o to, że ktoś chciał zaadoptować kotka z fundacji, ale ich wymagania okazały się nie do przejścia. Najtrudniejszy oczywiście jest wymóg osiatkowania balkonu i/lub okien. Zajrzałam do komentarzy, a było ich sporo, i ku swojemu zdziwieniu ujrzałam, że minusowani są ludzie, którzy popierają te fundacyjne zalecenia. Większość za to podzielała oburzenie autora historii. Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Powtarzały się argumenty: „Kot jest mądry i nie wyskoczy”, „Kiedyś nikt nie siatkował balkonów i jakoś było”, a już oszołomił mnie taki (zacytuję fragment): „(…) jak zwierzę które w pogoni za ofiarą rzuca się w przepaść mogło przeżyć w środowisku naturalnym i nie wyginęło zanim ludzie je udomowili? Jakim cudem nie wyginęły przez te 10.000 lat od chwili udomowienia do dnia wynalezienia cudownych siatek zabezpieczających, przecież wysokie budowle mieszkalne to nie jest jakiś nowy wynalazek”.
Gratuluję myślenia. Wkleiłam to dość oburzona na swoją fejsową stronę, żeby inni kociarze też mogli się pooburzać. ;) Nie wypowiadałam się na piekielnych, bo z góry wiedziałam, że nikogo nie przekonam (nieliczne głosy podobne do mojego ginęły w zalewie oburzenia: jak fundacja śmie wymagać?), ale zdziwiło mnie, że pod moim fejsowym postem pojawił się komentarz, również niezbyt przychylny siatkowaniu. Więc zaczęłam myśleć. :P (Lepiej późno niż wcale :P). Głównie o tym, czy to ja się dałam zmanipulować lobby siatkujących balkon, czy też jest w tym sens? ;)
Fakt, ja swoje okna i balkon osiatkowałam dość szybko, choć nikt mi nie kazał. Kocio przybył do mnie bardzo spontanicznie, miałam dla niego kuwetę i żwirek, a i to przypadkiem w sumie, nie bardzo nawet wiedziałam, ile razy dziennie i co powinien jeść. Jednak w dzisiejszych czasach dostęp do informacji jest przebogaty, a i zadawać pytania umiem, więc szybko uzupełniłam braki. Tak, zdaniem niektórych może wręcz przesadzam w dogadzaniu Kociowi, ale cóż – taki fart jedynaka. :P A bardziej serio, to ja ogólnie jestem panikara i momentami nadgorliwa w troszczeniu się o innych. Poza tym bardzo cenię prewencję. I jeśli komuś np. wydatek na odrobaczanie kota wydaje się zbędny, a skoro ja to robię, to widać mam za dużo kasy – to jego problem. Szkoda tylko kota. Większość kocich opiekunów szybciej jednak zadba o profilaktykę niż właśnie o te nieszczęsne siatki. W „piekielnej” historii podkreślany był jej kosmiczny wręcz koszt. Cóż, pozwolę sobie z tym się nie zgodzić. Zarabiam zrywami, zleceniami, czasem muszę się kredytować u rodziny, ale naprawdę, wolałam siatki założyć i móc spokojnie Kocia puszczać na balkon, bez obaw, że mi ucieknie. Mieszkam na parterze, może nie skończyłoby się od razu źle, w najlepszym wypadku dostałabym telefon skądś tam, że kot jest do odebrania (tak, Kocio jest zaczipowany, nie, nie płaciłam za to – skorzystałam z sezonowych akcji, jakie na wiosnę i jesienią są w gabinetach weterynaryjnych, przynajmniej na pewno w dużych miastach – bo właśnie miasto je finansuje). W najgorszym – zagryzłby go pies, zabił jakiś zwyrodnialec, o jakich słyszy się ostatnio niestety za dużo, wpadłby pod samochód czy złapał jakiegoś pasożyta. Po co mi to? Kot – mam nadzieję – pożyje czas jakiś, jeśli już tak liczymy. Ja siatkowałam rękami fachowców, zresztą piszę o nich co jakiś czas, bo naprawdę robią fajne i stosunkowo niedrogie zabezpieczenia. Ale jeśli kogoś taki wydatek przerasta, to przecież może sam sobie te siatki założyć. Nawet słabsze, delikatniejsze – moskitiery czy co tam jest. Byle kota zniechęcić do wyglądania za balustradę i by w chwili strachu nie szukał tam ucieczki.
Argument, że kiedyś tego nie było i jakoś było… Pewnie, kiedyś wiele rzeczy było innych. Miałam świnkę morską jakieś piętnaście lat temu. Żyła około sześciu lat, nie pamiętam dokładnie. Była sobie, nikomu nie wadziła, ale trudno mi powiedzieć o niej coś więcej. Dożyła swoich lat i pobiegła za TM. Moja wychuchana Agrafcia żyła lat trzy. Nagle poznałam świńską anatomię, odwiedzałam stomatologa zwierzęcego, siedziałam na świńskich forach – a i tak jej nie pomogłam. Natomiast kiedy opowiadałam o jej chorobach i wizytach u weta, niektórzy byli bardzo zdziwieni. Też kiedyś mieli świnki i one nie miały problemów z zębami. Sama o to zapytałam panią weterynarz. Dowiedziałam się, że właśnie ostatnie lata przynoszą takie słabe mioty. Wynika to z nieprawidłowych krzyżówek, pseudohodowli… Osłabił się materiał genetyczny i zwierzątka po prostu sobie nie radziły. Wiadomo, czym skutkuje chów wsobny. I tak jest z kotami. Może mniej na nie chuchano, ale może mleko, które piły, było mlekiem, a trawa rosnąca przed blokiem była trawą, a nie syfem, zanieczyszczonym nie tylko psimi niespodziankami, ale i spalinami? A i robaczki, które są pożerane czasem przez kotki, były zdrowsze? ;)
Siatka niesie ze sobą jeszcze inne korzyści. Dla mnie prawie równie ważny, jak bezpieczeństwo Kocia: nie mam na balkonie ptactwa, które albo wpadało towarzysko, albo by wydać w spokoju swoje ostatnie tchnienie... (tak, miałam takie przypadki). Poza tym na siatce zaczepiam brzękadełka dla kota i w zasadzie nie muszę mu dokupywać innych wypasionych rozrywek, bo przy byle powiewie coś się dzieje, więc Kocio ma rozrywkę. No ale to dodatkowe bonusy, niemniej też ważne.
Poza tym, odnośnie do wymagań fundacji wszelakich. Nie wiem, nie znam się może aż tak dobrze. Może mają za duże wymagania, za dużo kontrolują, sprawdzają czyjeś życie. (Bo naturalnie ludzie tam pracujący nie mają nic innego do roboty albo mają taki niezdrowy fetysz, żeby nieustannie siedzieć w czyimś życiu...). W komentarzach na piekielnych były też uwagi, że może jeszcze np. karmy lepszej będą wymagać? :P Jasne, cenimy swoją prywatność, nie chcemy być kontrolowani, chcemy też sami decydować o tym, co dobre dla nas i naszego pupila. Ale ci, którzy zajmują się kotami w domach tymczasowych, schroniskach, chcą mieć pewność, że temu kotu nie stanie się krzywda. Że nie będzie wyrzucony na ulicę, bo przestanie pasować do nowych zasłon albo będzie je drapał bądź miauczał za głośno. I chyba w niezrozumieniu tego faktu tkwi problem, a nie w samej siatce.
Nie jestem z fundacji. Głęboko jednak wierzę, że jeśli ktoś naprawdę chce zaopiekować się kotem, to jakieś wyjście znajdzie. A fundacje nie są po to, by to utrudniać. Naprawdę w to wierzę. :)






sobota, 29 marca 2014

O Kociu

Dawno nie pisałam o Kociu, a to przecież taka słodka istotka… No dobrze, po prostu istotka. :P Kochana, pozytywna i dostarczająca nieustannych wrażeń oraz zadziwień. Kiedy myślę, że już, już go ogarnęłam i niczym wielkim mnie nie zaskoczy – on mnie zaskakuje. ;)
Niedawno byłam u koleżanki, która ma dwa koty w wieku siedmiu lat. Koleżanka zdecydowała się wreszcie na osiatkowanie balkonu i zaprosiła mnie tego dnia do siebie. Poszłam bardzo chętnie, bo byłam ciekawa kotów, cieszyłam się na zobaczenie przynajmniej chłopaków z Kociej Siatki, no i oczywiście fajnie było zobaczyć się z Ulą (kolejność celowa w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi. :P A naprawdę wszystkie trzy powody były równorzędne). Przeżyłam wielkie, wielkie zaskoczenie. Niby byłam w Kociej Łapce, gdzie przebywało wtedy chyba dziewięć kotów i kilka z nich przyszło się pomiziać i było ogólnie wdzięczne i towarzyskie, ale koty Uli – a zwłaszcza Simonka – okazały się być kotami, jakie sobie zazwyczaj wyobrażałam. Simonka to po prostu niesamowita pieszczocha, życzy sobie kontaktu z człowiekiem, cieszy się z niego, a jej brat, choć powściągliwszy w stosunku do obcych, również nie okazywał mi niechęci. Czyli koty miziaki i pieszczochy jednak istnieją!
Tymczasem mój Kocio, choć często widzę, że na swój sposób okazuje mi przywiązanie, to wciąż trzyma ogromny dystans fizyczny. Ciężko go dotknąć na dłużej niż dwie sekundy, a gdy zaśnie obok, to natychmiast budzi się, wstaje i ucieka, gdy ja się też położę. Nie zmienia to faktu, że potem wraca, ale jednak… Przed wizytą u Uli mieliśmy kilka cieplejszych nocy :P, byłam miziana i spontanicznie gnieciona, wymruczana i w ogóle. Nie zdziwiłam się specjalnie, że po wizycie w Kocia znów wstąpił Kocizmo. Liczyłabym się z tym nawet bez tego, bo Kocio nie jest stabilny emocjonalnie. Niemniej miałam wrażenie, że jest w tym jakiś szczególniejszy foch. Noc, jaką mi zafundował, była jedną z trudniejszych. Postawił sobie za cel nie dać mi zasnąć, irytować mnie zrzucaniem przedmiotów z regału i ogólnie hałaśliwym zachowaniem, którego nie pozwalał mi zignorować, nawet gdy próbowałam. Wyraźnie domagał się uwagi, ale unikał zbliżania się jak ognia, jednocześnie pilnując, byśmy byli w tym samym pomieszczeniu. Na szczęście koło trzeciej sam się chyba zmęczył, a ja nie musiałam szczególnie rano wstawać. Następna doba była już spokojniejsza.
Nie wiem, co Kociu jest i czemu tak się zachowuje. Może jutro uda mi się czegoś dowiedzieć na ten temat podczas warsztatów PetBonTon. Jeśli nie w czasie wykładów, to może od innych, obecnych tam kociarzy.
A tymczasem Kocio wciąż pozwala sobie na bycie „łobuzę”, jednocześnie niektórymi zachowaniami rozbrajając mnie tak, że nie sposób się na niego złościć. ;P Trochę zmienił się na przykład system asystowania. Wciąż plącze się pod nogami, ale ostatnio zdarzyło mi się, że zostawiał mnie samą w łazience lub puszczał przodem do „kuwety” ;P. Oczekiwał mojego wyjścia przed drzwiami, by następnie udać się tam, również osobno. Ba, nawet nieraz się oglądał, czy na pewno za nim nie idę. ;)

Albo na przykład kupiłam mu ostatnio takie poidełko fontannę. Naturalnie asystował przy montażu, nie odstępował mnie ani na krok, aż wreszcie udało mi się podłączyć ustrojstwo. Wydaje ono cichy, ale jednak dobrze słyszalny dźwięk. Kocio zatem, zaintrygowany nowością, usadowił się na pozycji obserwatora, nie mając jednak odwagi podejść i sprawdzić empirycznie, cóż to takiego. Pomyślałam, że może więc lepiej na razie to odłączyć, żeby kot zorientował się, że to woda, a później może oswoi się z dźwiękiem. Tak zrobiłam i zostawiwszy kota z odłączonym poidełkiem, poszłam do drugiego pokoju, usiąść do pracy. Przez dziesięć minut naprawdę starałam się ignorować hałasy, nie były takie głośne, ale w końcu postanowiłam sprawdzić. Tak, Kocio skończył właśnie rozkładać poidełko na części pierwsze i właśnie zaczynał kombinować, czy nie dałoby się bardziej. ;) Okazało się zatem, że mam w domu małego dekonstruktora… ;) Może po prostu odzywa się w nim taki męski instynkt? Ciągnie do majsterkowania, tylko nie wie, jak, bo brak mężczyzny w domu (a ze mnie, jak wiadomo, pod tym względem pożytku nie ma…). Ale skąd ja mu faceta na DS wezmę? ;)
A tymczasem wiosna za oknem, kot na balkonie, a jutro wstajemy godzinę wcześniej. I tego się trzymajmy! :P

czwartek, 13 marca 2014

Personal assistant

Gdyby przyszli dziś do mnie przedstawiciele jakiejś organizacji broniącej praw zwierząt, to mogłabym mieć problem. :P Kocio wygląda bowiem ma mocno wykończonego. W zasadzie to już śpi, ale głębokim snem sprawiedliwie narobionego kota. Mogę jednak przysiąc, że krzywda mu się nie stała. ;)
Dzisiaj był tak piękny dzień, tak ciepły i wiosenny, że postanowiłam umyć okna przynajmniej w jednym pokoju. Byłam zmęczona ostatnimi dniami, bo za dużo siedziałam przy komputerze. Wychodziłam wieczorami na jakieś spacerki, żeby się rozruszać i choć troszkę krążenie poprawić, ale następnego dnia budziłam się i znów to samo. Wczoraj jednak dostawiłam ostatnią zleconą kropkę i kładłam się z uczuciem, że dzisiaj od rana nic nie muszę. I co robi kobieta, jak ma wolny dzień? Tak, zostaje w domu, żeby sprzątać! ;) Tak więc umyłam okna i parapety, przesegregowałam trochę bibelotów, powycierałam kurze, wymyłam podłogi i odkurzyłam dywany. Tylko w jednym pokoju, ale przyjemności też trzeba sobie dawkować. ;) Mimo to w całym mieszkaniu czuć wiosenną świeżość, bo okna w pewnym momencie były pootwierane na przestrzał. Zrobiłam sobie dwie przerwy, by napić się herbaty, zerknąć do poczty, policytować na rzecz Kociej Łapki (np. to), i oczywiście zadzwonić do dzisiejszych solenizantek – Krystyny i Bożeny. Kiedy uznałam, że mogę skończyć, ugotowałam szybki obiad, a na koniec zrobiłam herbatkę i pijąc ją, oglądałam jakiś nieskomplikowany film na dvd. Sesję wypoczynkową zakończyłam pedikiurem i manikiurem. I wreszcie poczułam, że mogę z powrotem usiąść do pracy intelektualnej. I że dzisiaj już nie muszę się dotleniać przed snem. ;)
No dobrze, ale co ma do tego wymęczony kot i ryzyko ewentualnej interwencji TOZ-u? Otóż Kocio jest moim osobistym asystentem każdej wykonywanej czynności. Przywykłam, że myjemy się razem, jemy razem, śpimy razem… ale porządki wolałabym robić sama. ;) Przed myciem okien wyniosłam na balkon będące obecnie na czasie zabaweczki – obecnie to myszka, która czymś szeleści w środku, pudełko po zabawkach oraz miarka do lekarstw – dodatkowo ułożyłam blisko balkonu parę dodatków, na siatce balkonowej doczepiłam brzękadełka, i uznałam, że kot powinien czuć się spełniony. 

Kocio said: Balkonowanie? Lubię to!

Oczywiście śmignął cały szczęśliwy, więc ja spokojnie udałam się do pokoju. Otworzyłam okno, sięgnęłam po szmatkę i… trafiłam na futro. Tak, to był Kocio. Już przyszedł i nieprzerwanie mi asystował. Pamiętając, jak asystował panu z Kociej Siatki, który zabezpieczał okna, pomyślałam, że pewnie zaraz położy się na biurku albo podłodze i będzie mnie obserwował. Nie, ależ skąd. Przecież taka ładna pogoda, a każde miejsce, które akurat potrzebowałam umyć, było dla Kocia akurat tym najbardziej upragnionym…
I tak przy każdej czynności wciąż przekładałam Kocia, a on na chwilę ustępował, by znów znaleźć się w centrum uwagi. Przytaił się tylko wtedy, gdy wyciągnęłam odkurzacz (boi się). Ale mopa to już przeskakiwał!
Tak, oczywiście mogłam złapać kota za futro i wynieść z pokoju, by następnie zamknąć drzwi i mieć warunki do pracy. Tylko że kocia obecność za drzwiami, milczący albo miauczący wyrzut, jest dla mnie bardzo przykry. I w sumie to niepotrzebny stres dla niego i dla mnie. Może i trochę uciążliwe było to sprzątanie, może musiałam bardziej uważać, czy myję parapet, czy kota, ale w gruncie rzeczy oboje mieliśmy fun. Skoro dla niego to atrakcja, to nie będę mu żałować. ;) A i dokładniej sprzątam, wolniej, uważniej – przy takiej kontroli nie ma innej opcji zresztą. I kiedy wreszcie skończyłam i usiadłam z tą herbatą, kot spojrzał na mnie uważnie, po czym odwrócił się i poszedł na balkon. Kontrolować otoczenie. A kiedy zaczęło się ściemniać, a więc i ochładzać, przyszedł – a w zasadzie przywlókł się ciężko – wskoczył na łóżko i zasnął snem sprawiedliwie utrudzonego. ;)


Przed nami jeszcze dwa pokoje i kuchnia. :D