Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Bez nagrody

Pisałam na początku lipca o tym, że niektóre wydawnictwa nie odpowiadają na ogłoszenia (Puste losy). Motywacją do podzielenia się tamtymi przemyśleniami była oczywiście konkretna sytuacja: rekrutacja w wydawnictwie, w której wzięłam udział, zostałam wybrana do drugiego etapu – próbnej korekty (choć nie wiem, czy było doprecyzowane, czy ma być to redakcja, czy korekta. Zrobiłam na pewno to, co uznałam za stosowne) – i wtedy zapadła cisza. Musiałam się bardzo postarać, żeby uzyskać jakąś informację. Na szczęście maila wysyłałam na konkretne nazwisko, więc – chyba dzięki zaskoczeniu po tamtej stronie – dodzwoniłam się i dowiedziałam, że tak, zostałam zweryfikowana (a raczej jakość mojej pracy) pozytywnie. Super, więc podałam proponowaną przeze mnie stawkę, z wyraźnym dopiskiem, że jestem otwarta na negocjacje. I zapadła cisza.

Był okres wakacyjny, więc wiadomo, urlopy itede – ale w takim razie czemu prowadzono rekrutację w takim momencie? Poza tym, niezależnie od pory roku, prace redakcyjne powinny iść normalnym trybem. Może nieco wolniejszym, co dla większości jest zrozumiałe (sama to odczułam, gdy redagowałam pracę zbiorową. Ciężko było połapać autorów, by zaakceptowali poprawki. Na szczęście zleceniodawca rozumiał), ale jednak trwają. To może być dobry moment, by dać komuś szansę i coś zlecić potencjalnej nowej osobie. (Na normalną umowę, oczywiście). Prace dzięki temu aż tak bardzo się nie opóźniają, a kandydat na stałego współpracownika (bo nie bądźmy śmieszni, nie mówmy o etatach) może wykazać się swoimi kompetencjami. Tak więc sobie tłumaczyłam, czemu robią rekrutację w połowie czerwca.

A może inaczej było? Może ogłoszenie musiało się ukazać, ale było już wiadomym, że odpowiednia osoba na to stanowisko już dawno jest? No to robimy formalnie rekrutację, ALE: w momencie, gdy wiele osób robi sobie przerwę wakacyjną (tak, freelancerzy też czasem urlopują) i wtedy, gdy można przeciągać czas wysłania odpowiedzi. Jedni się zniechęcą tym czekaniem i machną ręką, a nadgorliwcom w moim typie powie się, że ojej, nie ma kogoś tam, są urlopy i dlatego tyle to trwa. W końcu i taka osoba się połapie, o co chodzi.

Niedawno zajrzałam na forum wydawnicze, gdzie wypowiada się wiele osób z branży, znających rynek lepiej niż ja. Tam dowiedziałam się, że nie mam już co czekać, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji: pozytywnie oceniona próbka – podanie stawki – cisza. Przypuszczam jednak, że nawet gdyby się odezwali, zawarłabym umowę i wykonała pracę, to na pieniądze czekałabym długo. Wierzę, że bym je dostała, ale nie sądzę, że w terminie. I nie jest to pomówienie, bo ja tylko tak uważam, ale jak mało kiedy jestem tych mniemań pewna. Na tyle, by nie żałować.

Co oczywiście w żaden sposób nie poprawia mojej sytuacji zawodowej. Na co dzień jakoś jest, ale znów zaczynam mieć uczucie, że walę głową w ścianę. Z rozpędu, bo co jakiś czas zapominam, że to nie ma sensu. I wysyłam CV, i molestuję znajomych, i sama się ogłaszam… I co miesiąc zastanawiam się, czy to się kiedyś zmieni na lepsze.

środa, 9 lipca 2014

Puste losy

W liceum miałam kolegę, który po studiach historycznych poszedł pracować do IPN. Parę lat temu złapaliśmy na nowo kontakt, przy okazji jego ślubu. Pomyślałam więc, że może spytam go, czy nie wie o jakichś wakatach. Nie chodziło mi o protekcję, raczej wiedzę o możliwościach, ewentualnie – zwyczajach rekrutacji. Rozmowa była… dziwna, bardziej jak przesłuchanie czy rozmowa przedwstępna, a nie jak koleżeńska rozmowa. W każdym razie jedynym jej owocem była rada, żebym się o tę pracę modliła. Nawet się specjalnie nie zdziwiłam, słyszę nieraz takie podpowiedzi (albo żebym ogłoszenia czytała). Ale, jak wiadomo, żeby wygrać na loterii, najpierw trzeba kupić los. Tylko większość jest niestety pustych.

Szukam nieustannie pracy, ale teraz raczej zleceń niż etatu Już chyba nawet do tego szukania przywykłam. Kilka lat bez zatrudnienia zrobiło swoje. Przyzwyczaiłam się też do siedzenia w domu, pokonałam związaną z tym depresję, udaje mi się tak organizować sobie czas, by z rzadka budzić się rano bez planu. Lubię grafiki, ale przecież sama mogę sobie je tworzyć. Więc nie jest źle. Oczywiście, pewną „niedogodnością” takiego stylu życia jest brak stałych dochodów i niemożność planowania wydatków. Jednak i z tym można się oswoić, zwłaszcza gdy ma się na utrzymaniu tylko siebie i kota. Pisałam już trochę o tym, jak sobie próbuję z tym radzić (np. w Ekonomii biedaka), także o problemie niewypłacania na czas zarobków (Święto pracy).

Teraz jednak chciałabym przedstawić, na jakie przeszkody natyka się człowiek, który stara się tylko o pracę zgodnie ze swoimi umiejętnościami, bez specjalnych (zdaniem niektórych: wydumanych) wymagań, typu umowa na etat lub wynagrodzenie w wysokości średniej krajowej brutto.

Jak wspomniałam na początku, przyzwyczaiłam się do pracy na zlecenia. Jednak taka decyzja (swoją drogą, drażni mnie, gdy niektórzy próbują wmówić mi, że to mój wybór, a ja gardzę etatowcami. To nie jest tak. Po prostu tak mi się ułożyło, więc staram się widzieć to pozytywnie. Tyle i aż. Na pewno nikogo nie wytykam, ale też i nikomu nie zazdroszczę) obarczona jest ryzykiem, że to się skończy. Zleceniodawca w każdej chwili może zakończyć współpracę, więc dobrze jest na bieżąco wyszukiwać ogłoszenia i odpowiadać na nie. Oferty się pojawiają, ale...
No właśnie, ale. „Ale” polega na tym, że często są to ogłoszenia dawane nie wiadomo po co. Na pewno jednak nie po to, by znaleźć pracownika. Rozumiem, że są portale niewiarygodne, i tam rzeczywiście można wysyłać swoje aplikacje w kosmiczną próżnię. Ale jeśli odpowiadam na ogłoszenie z branżowej strony, to jednak bym oczekiwała odpowiedzi…
Oprócz stron z ogłoszeniami staram się też zbierać informacje i opinie na temat wydawnictw, które proponują pracę. Tajemnicą poliszynela jest powód, dla którego wydawnictwo Amber średnio raz w miesiącu szuka nowego zleceniobiorcy – tłumacza, korektora, redaktora, sekretarza redakcji… Przyczynę takiego stanu stanowi fakt, że wydawnictwo po prostu nie płaci za wykonaną pracę, wykorzystuje luki w umowach, by przynajmniej opóźnić te płatności, w ostateczności proponuje „staże” lub inne „praktyki”. Mimo tego wciąż znajdują osoby, które im wierzą (albo się chociaż łudzą), bo przecież co roku na rynku pojawiają się nowi adepci zawodu, chcący móc wpisać cokolwiek do CV. I ja to rozumiem.
Na marginesie, znalazłam kolejną informację o wydawnictwie, które stanie przed sądem za oszustwa finansowe (przyjmowanie zaliczek finansowych na poczet zleceń, które w efekcie nigdy nie zostały zrealizowane, a także niezrealizowane umowy na druk i sprzedaż książek). Ciekawa jestem, jaki – a przede wszystkim: KIEDY – zapadnie wyrok. I czy pokrzywdzeni odzyskają swoje pieniądze…

Tymczasem ja bym chciała je zarobić. I złości mnie każde kolejne ogłoszenie, które za każdym daje mi nadzieję chyba tylko po to, by potem ją odebrać. Jeśli bowiem po wysłaniu aplikacji dostanę odpowiedź, że przeszłam pierwszy etap i teraz muszę tylko wykonać próbną redakcję, to mam prawo wierzyć, że drugi etap zależy już ode mnie i moich umiejętności. Ślęczę więc nad tymi stronami... by po odesłaniu pliku przez kolejne kilka tygodni ciszy ze strony oferenta stopniowo znów tracić wiarę w sens swoich starań.
Kiedyś chodziłam na szkolenia dotyczące zachowań na rynku pracy. Uczono mnie tam, że należy wykazać aktywność przy staraniu o pracę, nie tylko wysyłając aplikację, ale też dowiadując się o jej losy. Cóż. To w sumie dobra rada. Pamiętam dwie rozmowy telefoniczne (może było ich więcej, ale dwie zapadły mi w pamięć), które zaoszczędziły mi czasu oczekiwania i stresu. Nie, nie powiedziano mi wprost, ze nie. Ale jeśli słyszy się okrągłe zdania lub – przeciwnie – nerwowe, spychologiczne frazesy, to nie trzeba być Einsteinem, by skumać, o co chodzi. Więc należą się pani podziękowania, pani Mariolu, za tę bezcenną radę. :)

Wiem, że to, o czym piszę, nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach. Możliwe, że moje oczekiwanie na chociaż odpowiedź oraz zdziwienie, że to nie następuje, jest nieco zabawne i świadczy o naiwności. Większość przecież zdaje sobie sprawę z tego typu praktyk. Z drugiej strony, nie wiem, czy to dobrze. Kiedyś mnie tak pocieszano, gdy pierwszy raz straciłam etat: Oj, nie martw się, nie ty jedna jesteś bezrobotna. Wiele osób ma podobne problemy. A mnie właśnie to jeszcze bardziej przybiło. Bo skoro problem jest masowy, to znaczy – poważny. I tym trudniej mi, jednostce, może być sobie z nim poradzić. Podobnie widzę ten problem.
Na znajomym blogu można też co nieco przeczytać o nieskuteczności szukania pracy przez ogłoszenia (zob. TU, po drugie). Podobny temat, wychodzący od przykładu konkretnego wydawnictwa, pojawił się na forum wydawniczym. Rozumiem wszystkie argumenty i w większości zgadzam się z nimi. Tylko… co ja mam robić? Nie wysyłać ofert? Cud tym bardziej się nie zdarzy. Więc próbuję. I czekam, co innego mi pozostało? Ale to jednak trochę przykre…

piątek, 6 czerwca 2014

Aut bene, aut nihil

Od kilku dni w internecie huczy na temat blogerki, która napisała niekorzystną dla wydawnictwa recenzję książki. W odpowiedzi wydawnictwo zażądało usunięcia tego wpisu, dając do zrozumienia, że niespełnienie tego „zalecenia” może skutkować pozwem do sądu. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z tą sprawą, to zapraszam do lektury tych tekstów: TUTU i TU.

Sprawa jest dla mnie interesująca z konkretnego powodu. Bo czego dotyczyła owa krytyka na blogu? Otóż właściwie nie tyle samej książki, którą blogerka zresztą szczerze chwaliła, ile niechlujnego przygotowania jej do druku. Siedzę w zawodzie i dlatego tak mnie ta kwestia ruszyła. Blogerka, aby uzasadnić swoją krytykę, załączyła skany błędów – również ortograficznych – jakie znalazły się w wydanej książce. I dobrze, że to zrobiła, bo uczciwie mówiąc, nie uwierzyłabym. Znam zawód. Wiem, że czasem po trzeciej korekcie jeszcze zaplącze się literówka w tekście, a już najchętniej zostaje w tytułach, spisach treści – ba! bywa, że i na okładce. Nie wynika to z niekompetencji, braku czasu czy niedbałości korektora (zazwyczaj). Często jednak umysł płata nam figle i „czyta na pamięć”. Wiecie pewnie, o co mi chodzi. Nieraz zgaduje się, jak powinien wyglądać wyraz i automatycznie „dostawia się” brakujące litery. A jeśli tekst jest Wordzie, a tytuł napisany wersalikami (czyli TAKIMI LITERAMI), to Word nie podkreśli błędu. I zapomina się o sprawdzeniu tytułu. Nie usprawiedliwiam, dobry fachman pamięta o wszystkim i ma sposoby na „oszukanie” umysłu – ale czasem jest się zmęczonym, czas goni (bo zawsze jest go za mało), i dopiero ktoś przypadkiem wyłapie babola. Dobrze, gdy przed wysłaniem materiałów do drukarni…

Najczęściej korektę robią (tak powinno być w szanujących się wydawnictwach) dwie osoby, a w dobrym zespole to i grafik zerknie, i sekretarz redakcji, gdy przenosi pliczek wydruku z jednego stołu na drugi, i w ogóle każdy, kto ma chwilę czasu, a właśnie go zainteresowało. W sumie – każdy, kto ma oczy (to nie jest dyskryminacja niewidomych, oni mają inną rolę – jakby co. Nie umniejszam ich). No i każdy przecież – lepiej lub gorzej – zna język ojczysty w stopniu pozwalającym na wyłowienie rażących błędów ortograficznych. To zresztą często jest koronny argument, gdy wydawnictwo próbuje obciąć koszty. Zaczyna łączyć etaty redaktora i korektora (i powstaje „korekcja”), potem decyduje się na outsourcing, a potem stwierdza, że właściwie autor tekstu (lub tłumacz) nie potrzebuje wsparcia korekty. A jeśli znajdzie się ktoś, kto domaga się jednak przyjęcia osoby kompetentnej (lub choćby zlecenia jej tego zadania), to robi się nabór w taki sposób, by nikogo nie przyjąć. Na przykład oferuje się niskie stawki za arkusz. Albo – lepszy pomysł – rozsyła się teksty „na próbę”. Czy muszę pisać, jaki jest efekt tej próby? Są wydawnictwa (nie to akurat omawiane), które czasem dzięki takim akcjom mają za darmo tłumaczenia lub redakcję. Ktoś tam potem próbuje to ujednolicić, ale w sumie nie musi się za bardzo wysilać. Czytelnik kupi. Potem się najwyżej zdziwi, ale może też nie zauważy. A jak już, a jeszcze o tym napisze, to się go do sądu pozwie. ;)

Na jednym z blogów, które omawiają tę sprawę, w dyskusji pod wpisem pojawił się argument (którego nie zacytuję, żeby nie było, że czyjeś dobra osobiste – nie nazwę ich intelektualnymi – naruszam), że przecież blogerzy też popełniają błędy. I na przykład niektórzy zarządzający blogiem usuwają wpisy osób (zwanych dalej „grammar nazi), które owe błędy im wytykają. Możliwe. Mnie akurat się to nie przydarzyło. ;) I tylko raz zdarzyło mi się usunąć czyjąś wypowiedź, ale nie z powodu ortografii (ani mojej, ani komentatora). Różnica jest jednak taka, że za książkę płacę. I mam taką fanaberię (i pewnie nie ja jedna), żeby była ona porządnie „zrobiona”. Co więcej, autor, który przychodzi do wydawnictwa, zakłada, że pomoże mu ono udoskonalić produkt, na którym przecież wspólnie mają zarobić. (Nie znam się na tym dokładnie, bo zazwyczaj byłam trybikiem wspomagającym produkcję, a nie twórcą).

Nie rozumiem więc firm, które wydają – prasę, książki, cokolwiek związanego z pisaniem – i uważają, że świetnym pomysłem na cięcie kosztów jest pozbywanie się korekty. Argumentując przy tym – powtarzam – że przecież każdy jest użytkownikiem języka, więc sam sobie może sprawdzić pisany przez siebie tekst. Otóż to tak nie działa. Pisałam o tym, że umysł nas oszukuje przy czytaniu tekstów. Tym bardziej nie zauważymy swoich błędów. A jeśli na przykład nie wiem, że konstrukcja „w oparciu o” jest rusycyzmem albo że prawidłowym frazeologizmem jest „zasypianie gruszek w popiele” a nie „zasypywanie” – to choćbym miała piętnaście autokorekt włączonych, błąd zostanie. A mam prawo nie wiedzieć, zapomnieć, pomylić się. Chyba że jestem przygotowanym do zawodu redaktorem i biorę za swoją pracę pieniądze (albo po prostu się zobowiązuję do wykonania pracy – przynajmniej ja tak mam), to wtedy musi się wiedzieć. Ale i wtedy lepiej, gdy ktoś jeszcze zerknie.

W książce wydawnictwa, o którym teraz głośno, zostały grube błędy. Naprawdę. To pozwala mniemać (podkreślam: mniemać. To chyba nie podpada pod zniesławienie, które groziłoby pozwem? Czyta to jakiś prawnik?), że korekty po prostu nie było. Mniemanie, oprócz efektów, podparte jest tym, że swego czasu ktoś ze znajomych aplikował do tego właśnie wydawnictwa na stanowisko redakcja i korekta. Po odesłaniu obrobionego tekstu próbnego owa osoba otrzymała negatywną odpowiedź. Tyle że niczym nieudokumentowaną. Nie, nie poprzestała pokornie na tym i zwróciła się z prośbą o wykaz braków. Otrzymanie tych informacji okazało się niemożliwe, co znów pozwala mniemać, że tekst zwyczajnie nie został sprawdzony. Dodam na koniec, że oferowane stawki były żenująco niskie – poniżej średniej rynkowej. Ale jak się nie ma, ile się lubi, to się bierze, ile dają.

A ja na przykład po pierwszych wykonanych płatnych (!) redakcjach otrzymałam od swojego wydawnictwa, z którym obecnie współpracuję, wskazówki oraz informacje o błędach, na jakie warto szczególnie zwracać uwagę (a ja je z jakiegoś powodu zlekceważyłam). Uwierzcie jednak, że wzięłam sobie je do serca. Nie „rozeszły mi się po łokciach”. :P

Wydawnictwo nie utrzymało się na swoim stanowisku w sprawie. Okazuje się, że słowa o pozwie sądowym zostały wypowiedziane pod wpływem emocji, a w ogóle to im nie chodziło o wytknięcie błędów (które podobno przepuściło dwóch redaktorów. Nie wierzę. Nie takie i nie tyle – ale ciiii... niczego nie oświadczam, tak sobie myślę na głos. :D), tylko o końcowe sformułowanie, że wydawnictwo takim działaniem szkodzi samo sobie. No błagam, przecież za taką informację to powinni być wdzięczni, bo najwyraźniej sami tego nie wi(e)dzą. ;) I swoją drogą, szkoda, że nie zaczęli od próby dogadania się, zamiast na dzień dobry straszyć sądem. Bo to jeszcze bardziej wpłynęło na ich wizerunek (szybko dodaję: jak mniemam).

A cały wic w tej sprawie polega w ogóle chyba na tym, że recenzja na blogu pojawiła się niejako na zamówienie wydawnictwa. O ile się doczytałam, to w ten sposób wydawnictwo promuje swoją działalność. Może więc blogerka lepiej by zrobiła, wcześniej zwracając uwagę wydawnictwu? Tyle że to byłoby zamiatanie pod dywan. Może nawet już wcześniej tak bywało, a teraz dziewczyna się wyłamała, czytelnicy się dowiedzieli, że dotychczas nie mieli omamów wzrokowych i te wcześniejsze błędy rzeczywiście były błędami, a nie kwestią ich niedouczenia? ;) Nie wiem i niczego nie twierdzę. Ale jestem zadowolona, że taka sprawa wyszła na jaw. Może korekta znów stanie się potrzebna? Czego sobie i kolegom po fachu życzę.

sobota, 10 maja 2014

Korekcja

Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora wyszła mi zdecydowanie na dobre. Przede wszystkim pozostałam w tej samej tematyce. Nie miałam więc uczucia, że pięć lat studiów – w tym przypadku polonistycznych – całkiem się zmarnowało. Owszem, może niepotrzebnie poświęcałam czas i nerwy na specjalizację nauczycielską… Z drugiej strony, kierunek studiów wybrałam właśnie po to, by móc spełnić swoje marzenie i zostać nauczycielką. Wyszło inaczej, ale przynajmniej mogłam swoje pragnienie zrealizować i przekonać się – chyba wtedy po raz pierwszy – że marzenia często przegrywają z rzeczywistością. Mimo to warto je realizować. (Drugi raz przekonałam się o tym przy Misiu, ale obu sytuacji nie żałuję). Dodatkowym smaczkiem w mojej pamięci jest wciąż wspomnienie o momencie wyboru owej specjalizacji. Na drugim roku studiów, kiedy podejmowało się taką decyzję, na tablicy pojawiło się ogłoszenie, że studenci proszeni są o zgłoszenie, jaką specjalizację zawodową wybrali. Plus informacja, że do wyboru jest tylko nauczycielska… ;)

Te czasy już jednak za mną. Teraz sensem mojego zawodowego życia jest redakcja i/lub korekta. Na początku w tej pracy najwięcej radości dawał mi fakt, że już nie muszę użerać się z rodzicami uczniów. Najgorszy, najkłótliwszy autor jawił mi się jako ideał, bo był dorosły i sam załatwiał swoje sprawy. Co więcej, gdyby powiedział coś niemiłego, mogłabym mu odpowiedzieć – bez strachu, że zostanę wezwana do kuratorium, a rodzice założą sprawę o znieważenie dziecka i spowodowanie u niego traumy psychicznej.
Od samego początku jasne dla mnie było, że z pewnością nowy zawód ma swoją specyfikę, którą stopniowo muszę poznawać. Nie sądziłam jednak, że najtrudniejsze okaże się przyswojenie… nazwy zawodu. Szczerze, nie przywiązuję specjalnej wagi, jeśli ktoś zapyta mnie o jakiś aspekt pracy korektorki. Zresztą, choć wiadomo, że zakres obowiązków redakcji jest większy niż korekty, to jednak jakoś się one przenikają i uzupełniają. Powiedzmy, że na redaktorze spoczywa większa odpowiedzialność za jakość tekstu. Niemniej wielu osobom spoza branży praca nad tekstem – redaktora czy korektora – kojarzy się i tak jedynie z poprawianiem interpunkcji i literówek. To byłoby super, ale jednak zakres zadań jest szerszy. Z drugiej strony, nie zawsze chce mi się wyjaśniać te wszystkie niuanse, bo absolutnie wystarczy mi, że ja wiem, co mam zrobić. (O ile rzeczywiście wiem, bo niestety czasem też się gubię :P).
I wcale nie uważam, że muszę pompować swój prestiż, tłumacząc, ileż to skomplikowanych czynności muszę dokonać, by tekst miał „ręce i nogi”. A jeśli ktoś uważa, że każdy by mógł to robić… No to niech robi. I wtedy się przekona, na ile pytań musi sobie każdego dnia odpowiadać pracujący nad tekstem redaktor bądź korektor. Ile dylematów językowych rozstrzygać, ile razy zgadywać intencje autora – i ile razy czytać dany tekst, by na pewno niczego nie przeoczyć. W tym wszystkim zaś przykre jest to, że końcowy efekt ocenia się często przez pryzmat niewychwyconych usterek. I chociaż udało mi się poprawić wiele kalk językowych, znaleźć błędny frazeologizm i szereg innych drobiazgów, to i tak pamiętane jest, że nie zauważyłam „l” zamiast „ł”. Cóż jednak robić, taka praca…
W wydawnictwach szybko nauczyłam się też, że dobra współpraca między poszczególnymi działami na kolejnych etapach procesu wydawniczego znacznie ułatwia życie. Oczywiście, każdy ma swoją specjalizację i grafik nie powinien kwestionować składni, a ja – sposobu kadrowania zdjęć. Niemniej super, jeśli składającemu tekst nie będzie obojętne, czy wlewa „KÓRA” czy „KURA”, a korektorowi wolno spytać, czy to zdanie ma sens. To ułatwia pracę i służy wspólnemu dobru. Dlatego też, niestety, ale coraz trudniej mi pracować tylko zdalnie. Za to gdy jestem w biurze i mam obok autorów i grafika, to zaraz wszystko idzie sprawniej. Szybciej nanosi się poprawki, podmianki tekstów i korekt idą na bieżąco, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko, że do oficjalnej wersji pójdą teksty niepoprawione. A w końcu wszystkim, którzy nad danym wydawnictwem pracują, zależy, by wszystko było w porządku.

Zdarza się jednak i tak, że trafia się tekst napisany językiem nietuzinkowym. Nie – że błędnym, ale np. specjalistycznym. Lub, jeśli mamy do czynienia z beletrystyką, po prostu oryginalnym stylem. Czasem autor ma swoje wymagania, jak np. (co nie jest tajemnicą) Beata Pawlikowska, która nie życzy sobie – i zaznacza to w każdej swojej książce – aby korekta czy redakcja poprawiała jej interpunkcję. Zdarzyło mi się akurat kiedyś dostać taką książkę do korekty. Na początku było to dla mnie trudne. Ręka mi drżała, by dostawić lub usunąć przecinek… ale nie. Nie wolno, to nie wolno.
Tym łatwiej było mi się z tym pogodzić, że ogólnie jestem zdania, iż autorem książki jest ten, kto ją napisał. Redaktor i korektor mają za zadanie jedynie wyeliminować błędy oraz poprawić usterki. Ewentualnie – zasugerować zmiany, które udoskonalą książkę. Niestety, często spotykało się to z krytyką pracodawców – na zasadzie: za mało pani pozmieniała. (Czyli: nie napracowała się pani...). Jeszcze mogę pojąć, że czasem teksty w zbiorówce muszą prezentować określony styl, np. naukowy. Mimo to, nawet w takim tekście, każdy autor ma ambicję się wyróżnić – nie tylko treścią, ale i sposobem jej przedstawienia. Czasem nawet pytałam się, czy celowo modyfikował frazeologizm, bo np. chciał coś wyakcentować za pomocą zmiany leksykalnej. Najczęściej nie chciał. ;) Z reguły jednak czuł się dowartościowany przypisaniem mu takiej intencji. Generalnie autorzy lubili (i chyba nadal lubią) to, że nie poprawiam ich tekstów a priori, tylko pozwalam na pewną swobodę stylu i dyskutuję, jeśli moim zdaniem przekracza ona słownikowe normy. Miałam kiedyś przyjemność zająć się książką pani Ireny Landau. Autorka osobiście powiedziała mi (a szkoda, że nie mam tego na piśmie…), że jestem dobrym redaktorem. Bo nie piszę za autora. Wydawało mi się to oczywiste, ale to był zaledwie trzeci rok mojej pracy w tym zawodzie, a pierwszy rok miałam do czynienia z tekstami innymi niż specjalistyczne wydawnictwa wojskowe.

Wszystko to przypomniało mi się niedawno, bo… sama przecież zaczęłam pisać. I o ile tu, na blogu, nikt mi się nie wtrąca (czasem tylko dostanę jakąś info o literówce, ale rzadko :P), to ostatnio odesłano mi sprawdzoną przez korektę moją recenzję, pisaną dla „Creatio Fantastica” (wspominam o niej TUTAJ). Ku mojemu zdziwieniu, poprawki dotyczyły głównie interpunkcji. W zasadzie – zlikwidowano mi wielokropki, którymi czasem lubię kończyć akapity. Przejęłam się tym troszkę, bo wiadomo, własny tekst to trochę jak dziecko (a tu nagle ktoś je modyfikuje), ale ponieważ wychodzę z założenia, że na własnych błędach człowiek uczy się najlepiej, postanowiłam to zapamiętać, by w późniejszej pracy własnej tego już nie popełniać. Tylko – tak szczerze – nie rozumiałam, co z tymi wielokropkami jest nie tak. Najprościej zapytać, więc to zrobiłam. Odpowiedź była szybka: „Zdaniem Pratchetta ludzie z zaburzeniami osobowości używają dużo wielokropków”.
Nawet osoby zaburzone mają prawo pisać. ;) A bardziej serio: to nie jest argumentacja. Poza tym korekta i redakcja nie mogą zmieniać czegoś tylko dlatego, że wolą przecinki zamiast półpauzy albo nie lubią jakiejś formy językowej czy interpunkcyjnej. W takiej sytuacji wolno im jedynie zasugerować zmiany, jeśli sądzą, że dzięki nim tekst zyska na jakości. Poprawiać z góry można jedynie ewidentne błędy. (I nawet wtedy autor może się nie zgodzić. Miałam taki przypadek, że autorka nie zgodziła się na odmianę nazwiska węgierskiego zgodnie z fleksją węgierską. Musiałam się zgodzić na rekomendowany przez nią wzorzec angielski, choć wszystko we mnie krzyczało: nieee!). Co do autorytetów zaś, to dla mnie Pratchett nim nie jest. Dla innych nie jest nim Mirosław Bańko z poradni językowej PWN, więc chyba nie jestem aż taka najgorsza…
Piszę o tym nie dlatego, że mam żal o poprawkę. Nie, nie. Wielokrotnie, odkąd pracuję, spotykałam redaktorów z ambicjami. Moim zdaniem – za wysokimi. Ta konkretna sytuacja zmotywowała mnie więc do tego, by wreszcie przedstawić mój punkt widzenia na ten konkretny zawód. Kolejny, który mam okazję poznać z obu stron. To bardzo wzbogaca i pomaga się doskonalić, a zyskują na tym przecież wszyscy.

Praca nad książką jest ciekawa, ale żmudna i czasochłonna, i naprawdę nie można jej porównywać ze sprawdzaniem wypracowań w szkole. (Bo wypracowanie niestety trzeba po sprawdzeniu ocenić – a później z tej oceny tłumaczyć się przed zdenerwowanym, i to bynajmniej nie na własne dziecko, rodzicem). Ale ani przez moment nie żałuję, że tym się zajęłam. W ostatecznym rachunku przyczyniam się przecież do udoskonalenia sztuki, tym samym – stając się jej częścią. Wiem też, że dzięki mnie czytelnik nigdy nie będzie zmuszony przecierać oczu nad bzdurkami, jakie z różnych powodów mogą pojawić się w tekście. Na przykład takimi  lub takimi (ta strona będzie w miarę możliwości rozwijana). J