Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzowisko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 czerwca 2014

Blondynka pod prysznicem

 Jeśli człowiek chce coś zobaczyć czy usłyszeć, to podświadomość często mu w tym pomaga.
No dobrze, może nie wszystkim, ale mi na pewno.
Jak pewnie większości wiadomo, dokładam wszelkich starań, by mojemu Kociu zapewnić jak najwięcej rozrywki. Mijane sklepy zoologiczne powodują u mnie efekt Francuza podczas walki – cofam się. :P Nieraz sprzedawcy, zwłaszcza w tych punktach samoobsługowych, gdzie można pochodzić między półkami i pooglądać towar, patrzą na mnie podejrzliwie i/lub nawet niechętnie. Bo kto wchodzi i zaczyna po kolei z identycznym wyrazem zachwytu na twarzy oglądać wszystko? Karmy, żwirki, transportery, zabawki? No właśnie ja. Ale to „wszystko” oglądam tylko za pierwszym razem. Później, gdy znam już rozkład pomieszczenia i usytuowanie towarów, zatrzymuję się już tylko przy zabawkach.
Ostatnio postanowiłam trochę odmienić sobie i Kociu asortyment zabawek. Przyznam, że staram się czasem zastąpić mu towarzysza zabaw i np. czasem bawimy się w berka. On to z pobłażliwością akceptuje i nawet się angażuje w gonitwę, ale niestety – przestrzeń za mała, a moja kondycja jest zdecydowanie niewystarczająca. Natomiast lubiane przez Kocia wędki są fajne, zgadza się, ale też trzeba machać nimi aktywnie i w pełnym skupieniu. Jak tylko odwróciłam wzrok na telewizję, bo słuchałam wiadomości albo jakiś kabaret leciał (w sumie… podobne…), już Kocio był niezadowolony. Przerywał zabawę i albo nabzdyczony wychodził z pokoju, albo zaczynał łazić po regałach i – niby przypadkiem, ot tak, od niechcenia – zrzucać wszystko, co było w zasięgu łap i ogona. Dodatkowo czułam wyrzuty sumienia, że nie wypełniam prawidłowo swoich obowiązków, a poza tym wiadomo – jak się kota nie wybawi w dzień, to on w nocy odbierze, co mu należne…
Wykorzystałam więc upodobanie Kocia do przebywania na balkonie. (Za każdym razem, swoją drogą, kiedy go tam wypuszczam, jestem wdzięczna Uli – że w odpowiednim czasie mi o konieczności osiatkowania balkonu powiedziała, i oczywiście chłopakom z Kociej Siatki). Pamiętałam z warsztatów, jak Julia mówiła o zabawkach hand-made, i postanowiłam sama coś takiego przygotować. Kocio jest wybredny, zresztą wiadomo, że zabawki czasem trzeba się też „nauczyć”. Skoncentrowałam się więc mocno i… jest: bingo! Wymyśliłam dla Kocia prostą, ale nową rzecz. Wzięłam miskę, napełniłam ją wodą, wrzuciłam tam piłeczkę (taką żeberkowaną, żeby było za co zaczepić pazurem) i całość wystawiłam na balkon. Łącznie z kotem. I co? Natychmiast wsadził tam łapę i z wyraźnym obrzydzeniem na pysiu (mokre!) zaczął piłeczkę łowić. Jak już ją wyrzucił, to ja wrzucałam ją na nowo. A on znowu, z tym zdegustowanym pysiem, wsadzał łapę…
Oczywiście, nie siedziałam na balkonie non stop, zresztą widzę, że on mnie tam toleruje, ale bez przesady. Mogę sprzątnąć, podać zabawkę czy jedzenie, poprawić pudełka, ew. dostawić właśnie zabawkę. Ale balkon to jego teren… Więc po prostu co jakiś czas zaglądałam tam, podrzucałam piłeczkę do miski… i po jakimś czasie słyszałam triumfalny chlup. :D
Wciąż jednak czułam, że to mało. Że Kociu na pewno chętniej bawiłby się na jakiejś większej powierzchni. Widziałam oczywiście w internetowych zoologach jakieś baseniki dla kota, ale szkoda mi było kasy. Basenik równie dobrze mogę właśnie balią zastąpić, a nie wiadomo, jak szybko znudzi się kotu zabawka. I co wtedy? Za to wyposażenie tego domowego jeziorka zaczęło mnie gryźć. Same piłeczki Kocio wyjmował za szybko. W poszukiwaniu inspiracji zaczęłam więc przeglądać Allegro. Może są jakieś zabawki do kąpieli? Sama miałam kiedyś taką nakręcaną rybkę…
I w tym stanie ducha, z głową pełną rybek w baseniku, którymi Kocio z lubością się bawi, poszłam sobie któregoś wieczoru do osiedlowego hipermarketu. Takiego, co to i artykuły spożywcze, i ubrania, i zabawki. Nie planowałam żadnych zakupów, ale pieniądze „w razie czego” w torebce były. Miałam chęć po prostu połazić, może jakieś promocje w ciuchach, może właśnie jakieś zabawki – ludzkie, ale uniwersalne – znajdę, i to tańsze nieco? A w każdym razie będzie można je od razu zobaczyć. Pokręciłam się trochę, ale w zasadzie na półkach leżało zwykłe badziewie. W każdym razie nic, co chwyciłoby mnie za serce (i portfel). No to wychodzimy. Ale skoro już jestem, to wezmę może chleb na jutro i coś do tego chleba. Ponieważ marketu nie znałam, to trochę pobłądziłam, zanim znalazłam to, czego szukałam. Kierując się już do kas, odkryłam alejkę z karmą i akcesoriami dla zwierząt. Karmy marketowej nie kupuję, ale skręciłam, by sobie popatrzeć. Ciekawiły mnie zwłaszcza akcesoria. Zainteresowały mnie kocyki, więc zatrzymałam się, by sprawdzić cenę. I wtedy zobaczyłam coś, co zaparło mi dech:
Było to akwarium dla kota. Nie w sensie lokum, tylko atrapa prawdziwego akwarium, żeby kot mógł sobie na to popatrzeć czy włożyć łapę, jednym słowem: mieć kocią satysfakcję. Natomiast człowiek nie ponosiłby kosztów drugiej hodowli, konserwacji sprzętu itd. Zachwycił mnie pomysł. U mnie w domu było kiedyś akwarium, ale obsługa tego wydawała mi się szalenie skomplikowana i nie podjęłabym się obecnie trzymania tego w domu. Zwłaszcza – nie oszukujmy się – tylko dla kota. Taka atrapa wydała mi się jednak czymś idealnym. Nawet wiedziałam, gdzie będzie stać… Czym prędzej chciałam zgarnąć z półki, ale ciężar mnie przystopował i sprawił, że spojrzałam na cenę. Niby miałam taką kwotę na koncie (niedużo powyżej stu złotych), kartę przy sobie – też… Ale wydatek w tym momencie nie pozostałby niezauważalny, a raczej nie był priorytetowy… A może w internecie znajdę taniej? I z tą myślą, z ciężkim sercem i lekkim poczuciem niespełnienia, poszłam do kasy.
Pół nocy spędziłam w internecie i nie znalazłam niczego podobnego. Owszem, rybki „jak prawdziwe” – jedna sztuka kosztowała ca. pięćdziesiąt złotych, akwaria dla nich… Ale wszystko w ogóle w dziale dziecięcym i w końcu pomyślałam, że trzeba iść spać. A rano – z powrotem do sklepu i dokładniej obejrzeć tę zabawkę. I markę, koniecznie markę znaleźć, wtedy może pani Emilka znajdzie coś podobnego w hurtowniach. Poszłam zresztą do niej przed ponowną wyprawą do marketu, ale ona o niczym takim nie słyszała. Zaleciła mi tylko właśnie spisanie marki, a najlepiej – zrobienie zdjęć.
I wreszcie stanęłam przed ową półką. Jest! Akwarium jeszcze było! Bez żenady cyknęłam fotki i zaczęłam wczytywać się w opis na pudełku.

…Gdybym kupiła to dzień wcześniej, nabyłabym prawdziwe akwarium na maksymalnie dwie złote rybki.


Już przestałam się wstydzić swojej głupoty; pozostał tylko zachwyt dla własnej kreatywności. Może przeczyta to jakiś producent zabawek i wykorzysta ten pomysł? Z pewnością kupię. :D


wtorek, 17 czerwca 2014

Krówka na wypasie

Jakoś tak niedawno dowiedziałam się od sympatycznej Pani w zoologicznym sklepie, że kastrowany kotek może wcześniej przejść na karmę dla dorosłych kotów. Przejęłam się tą uwagą, ale z drugiej strony – nie byłam do końca pewna jej słuszności. Nie, żebym Pani Emilce nie wierzyła, ale „weryfikowanie informacji” to moja naturalna pasja. I jaki świetny temat, by sobie z kimś porozmawiać! No, konsultacja z wetem w tej sprawie była, poza oczywistą przyjemnością (kolejna cudowna pani z Wetmedic), także kosztowna, ale za to miałam pewność, że kot będzie karmiony należycie. Zaraz też zresztą byłam z nim w przychodni na profilaktycznych badaniach, więc został zważony i oceniony pod względem prawidłowości wagi (jest idealny, jakżeby inaczej! :)). Kocio dostał karmę z półki „Adult” i uznałam, że pod tym względem sumienie mogę mieć spokojne.

A nie, nie do końca. Bo oprócz rodzajów karmy dla kota jest też kwestia częstotliwości jej podawania. Na samym początku, kiedy przyszłam z Kociem do domu, postawiłam mu miskę z suchym żarełkiem „na stałe”, a mokrą karmę porcjowałam. Chyba wyczytałam tę radę w internecie. Jeśli czytają to osoby, który uczestniczyły w moim procesie dojrzewania do podjęcia decyzji o przygarnięciu kota, to pewnie pamiętają, że najbardziej panikowałam właśnie pod tym względem, czyli: jak toto karmić? Nie tylko „czym”, ale i „jak”. Nie wiem, czy uzyskałam wtedy wyczerpującą odpowiedź, ale pewnie nie, skoro w momencie nieoczekiwanej wprowadzki nowego lokatora guglowałam te tematy.

Potem już było oczywiście spokojniej. Kot jadł to i tyle, co miał nasypane i nałożone, i jakoś sobie z tym radził. Widać było, że jest ok. Znaczy, że metoda dobra. Skonsultowałam to zresztą w przychodni, z której zabrałam Kocia, był akcept, więc nie widziałam problemu. Pojawił się on – najpierw w mojej głowie – trochę później. Zaczęłam się nagle, z różnych źródeł, dowiadywać, że niektórzy karmią koty kilka razy dziennie. W sensie, że karmę suchą i/lub mokrą wydzielają, a nie ustawiają w trybie całodobowej dostępności. Jeszcze się tym tak bardzo nie przejmowałam, bo Kocio, jako młodziak, miał prawo jeść, ile chcąc (tak uznałam), ale kiedy przeszliśmy na poziom „adult”, pomyślałam, że czas i to zmienić. Z lekkim bólem serca pochowałam miski, bo i dla mnie w sumie był to wygodny sposób obsługiwania kocurka. Skończy się spanie rankami, pomyślałam. Miałam rację, ale stało się tak z innego powodu... ;)

Po rozmowie z miłą panią wet przywróciłam dawne obyczaje. Miska z suchą karmą, dobraną idealnie do jego zaburzonego nieco przewodu pokarmowego, stoi na honorowym, niezmiennym miejscu, natomiast wędruje talerz z pokarmem mokrym. A to się na balkonie pojawi, a to w kuchni, a to obok suchego – wszystko zależnie od mojej (tak!) wygody. Kocio się nie kłóci i grzecznie zjada to, co dostanie (chyba że nie) i w tym miejscu, gdzie akurat się obaj (on i posiłek) znajdują. I to nie podlega dyskusji.

Natomiast niesamowicie kontrowersyjna okazała się sprawa tej całodobowej miski. Ot, w pewnym momencie kot mi zgłupiał i przestał spać w nocy. Bynajmniej nie z głodu, po prostu – przypływ adrenaliny, energii i „gimbusiarstwa”. P Po tygodniu takich bezsennych nocy uznałam, że chyba jest jakiś problem. Naprawdę, wcześniej AŻ TAK nie głupiał. ;) Bawiłam go wieczorami, pewnie, ale on z kolei często lekceważył moje starania o przyzwoitych porach. O tych nieprzyzwoitych (druga, trzecia nad ranem) to z kolei ja nie chciałam. :P Wreszcie, wyzuta z sił, wyżaliłam się na fejsbukowej kociej stronie. Niby pytałam o radę, ale sama i tak już dużo wiedziałam (zresztą byłam już po dwóch spotkaniach warsztatów PetBonTon), ale zawsze jest nadzieja, że ktoś… coś…

I tam dowiedziałam się, że miska z jedzeniem, dostępna na okrągło, jest paśnikiem. Co mnie zaskoczyło i bardzo mi się nie spodobało. Natomiast dzięki tej sytuacji przypomniałam sobie, że do wiedzy z internetu należy podchodzić z dużym dystansem. Bo czemu nie zgadzam się z tym poglądem? Otóż, po rozmowie ze znawcami tematu „w realu”, a do nich zaliczam też poglądy przedstawiane przez kociarzy na zajęciach PetBonTon, myślę, że kot, mający dostęp do miski z żarciem na okrągło, wcale nie będzie szybciej tył. Przeciwnie, ponieważ wie, że jedzenie jest stale dostępne, nie musi najadać się na zapas. Zje tyle, ile mu trzeba. Owszem, zgadzam się, że kot to myśliwy i bardzo podobają mi się koncepcje Julii z PetBonTon, by kotu czasem w jedzeniu „poprzeszkadzać”. A to je rozsypać (i niech szuka), a to rzucić,  a to podać np. w kratce po jajkach. Ale nie zawsze jesteśmy przy kocie. Ja, która spędzam w domu naprawdę dużo czasu ze względu na sytuację zawodową (a raczej jej prawie brak), nie byłabym w stanie tak wydzielać mu jedzenia, by móc kontrolować, ile on zjadł i kiedy. Za to jak nasypię określoną ilość „paszy” do miski  to wiem, co i jak, nawet jeśli mnie dłużej nie ma.

Oczywiście znów pada argument przeciwników „paśnika”: że karma wietrzeje. Cóż. Ustalmy, że w misce znajduje się np. dobowa lub dwunastogodzinna porcja żywności. Rzeczywiście, straty odżywcze będą niezmierzone. (Ironia, jeśli ktoś nie zauważył). A jak podaję uparowane mięso, to też jest bez pewnych elementów (nie tylko tych złych). Mówi się trudno. I tak wiem, że w przypadku Kocia jego karma jest dobrej jakości. Na tyle, że ewentualne straty podczas „wietrzenia” nie pozbawią jej całkiem wartości odżywczej.

A traktować Kocia jak krówki przy paśniku nie mam zamiaru i nie pozwolę nikomu nawet sugerować, że nią jest! O.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak sklep stracił klienta

Tym razem nie będzie to w formie punktów (jak „Śniadanie mistrzyni”), tylko krótkie – jak wiadomo, to pojęcie względne – zwierzenie osoby, która nie rozumie niektórych sprzedawców internetowych.
Kocio, zakochany w wędce z piórkami, zgodnie z przewidywaniami rozszarpał ją dość szybko. Od tamtej pory nasze dni nie były łatwe. ;) Ciężko mu było przestawić się na inne zabaweczki, choć ma ich spory wybór, ale widać było, że bawi się nimi z braku laku. Nawet laserek cieszył zaledwie chwilę. Łaził więc po regałach – mimo zakazów, wymuszał uwagę i ewidentnie marzył o piórkach. Przez moment bawił się właśnie nimi „luzem”, ale wiadomo, ani to nie fruwało „samo”, ani nie było gromadne – no po prostu nie to.
Nie, nie zostawiłabym Kocia w tym stanie. Już w momencie, gdy zorientowałam się w opłakanym stanie wędki, a chwilę przed jej wykończeniem, zamówiłam kolejną dostawę. Paradoksalnie problem polegał na tym, że są one stosunkowo tanie. Minimalna wartość zamówienia w sklepie, gdzie są dostępne, wynosi ok. 49 zł, a  żeby nie płacić za dostawę, warto zamówić za 99 zł. Mój błąd, być może, że nie zamówiłam po prostu wędek za tę ostatnią kwotę. Na jakiś czas mielibyśmy spokój. ;) Ale pomyślałam, że to będzie jednak przesada, zamówiłam więc wędek sześć, dwa razy po takim proponowanym „trójpaku”, atrakcyjniejszym cenowo. Uzupełniłam przy tym zapas karmy – to zawsze się przyda. Nawet wyliczyłam datę zamówienia tak, by pogodzić ją z terminem dostawy. Ostatnio bowiem miałam trochę problemów z obsługującą klientów tego sklepu firmą kurierską. Wszystko wyliczone, zapłacone z góry – znów nie pomyślałam o opcji „za pobraniem”, ale jakoś wolę robić przelewy. Wróć, wolałam. I czekamy z Kociem…
Jest, wczoraj siedzę w domu, dzwoni domofon, kurier z paczką! Ależ się wszystko ładnie udało! Biegnę do paczki szybciej niż do jakiegokolwiek sklepu z butami i torebkami, otwieram ją najszybciej jak mogę, a Kocio oczywiście siedzi mi prawie na głowie, względnie na plecach. Wszystko na pierwszy rzut oka jest, choć trochę nieporządniej niż zazwyczaj – tzn. jakieś opakowanie rozerwane, puszki się rozleciały, ale to puszki, nic się nie stało. Rozrzucam zawartośc, jak gdyby to był prezent od Mikołaja, szukam wędek. Jest! Jak to – jest? Miało być sześć, jest jedna…
Wyciągam rachunek, no na fakturze jest wyraźnie napisane, że zamówiono i opłacono sześć wędek. A w pudełku jedna… No cóż, myślę, dobrze, że chociaż jedna. Od razu „przegoniłam” kota, który fruwał prawie jak te uciekające przed nim piórka. Kiedy wreszcie mi padł i zasnął, napisałam do serwisu klienta. Przecież pomyłki się zdarzają, na pewno mi szybko pozostałe wędki doślą. Opisałam w formularzu sprawę, wysłałam. Odpowiedź przyszła szybko. W niej… zawarta była prośba o dokładniejsze przedstawienie problemu. Nie wiem, jak to inaczej i precyzyjniej można opisać… No nic, nie będę połowy dnia tracić na pisanie maili, szkoda czasu. Wzięłam telefon, zadzwoniłam na infolinię. I tam odbiłam się od miękkiej ściany.
Tak, ja wiem, że konsultanci nie odpowiadają za politykę firmy. Ale po pierwsze, przeraził mnie głos pierwszej pani, z którą rozmawiałam. Naprawdę mówiła tak, jakby konała, ale resztkami sił starała się jeszcze wykonywać swoją pracę. Polegającą na tym, by powiedzieć klientowi, że firmie się nie opłaca dosyłać mi towaru za taką kwotę, wolą zwrócić mi pieniądze. Próżno tłumaczyłam, że kot kocha te wędeczki, a ja – kota, że pieniędzmi nie będzie się bawił, że po prostu te wędki są niezbędne do zadbania o koci dobrostan. Nic nie trafiało, umierający automat odpowiadał wciąż to samo. Okej, pani nic nie może, rozumiem. Ale pani sama proponuje, że przełączy mnie gdzieś wyżej. Dało to tyle, że wzrósł mi rachunek za rozmowę, za to nie rozmawiałam z konającą. W związku z tym pozwoliłam sobie dobitniej i wyraźniej powiedzieć, co myślę o takim traktowaniu klienta. W kulturalnych słowach, żeby nie było. Ja jestem klientem w krawacie. Sprawy jednak nie załatwiłam.
Kiedy już odpoczęłam po rozmowie z infolinią, kiedy już uporządkowałam uczucia, postanowiłam sprawę zakończyć następująco. Zamówiłam taką ilość wędek, żeby mieć zapas do czasu, aż pani Emilia znajdzie ich producenta i sprowadzi do swojego sklepu. Któremu od tej pory będę już bezwzględnie lojalna. ;) Jednak Kocio musi się tymi piórkami bawić, służy to naszym wspólnym relacjom, więc zapas trzeba mieć.
Teraz drugi punkt programu. Wcześniej już zasygnalizowałam, iż firma kurierska obsługująca owego niefajnego zoologa również nie poprawia wizerunku sklepu. Bo ustalmy, przeciętnego klienta guzik obchodzi, że sklep to jedno, a dostawca to drugie. On płaci całość i ma mieć dostarczony towar zgodnie z umową. Wszelkie problemy firmy nie są jego sprawą. Starałam się być znowu nieprzeciętna, wyjść przed szereg i z empatią podejść do kurierów. Uwierzyłam, że ich los jest ciężki, pracy dużo, rąk mało, chłopaki się z paczkami nie wyrabiają. Pytanie, czemu ich jest mało. Dzisiaj, gdy pracy brakuje…? Czyżby firma olewała, brzydko mówiąc, jakość ich pracy i cięła koszty, zniechęcając potencjalnych kandydatów i zostawiając sobie tych najbardziej zdesperowanych, z kredytami bądź alimentami? Nie oszukujmy się, odbija się to na jakości. Sama tego doświadczyłam, a podkreślam, jestem klientem zazwyczaj nieawanturującym się. Tym razem jednak pomyślałam, że wezmę paczkę za pobraniem. Dotychczas płaciłam z góry, więc kurier miał w nosie, gdzie mi tę paczkę zostawi. Dla mnie nie było to obojętne, zwłaszcza przy ostatniej, około dwudziestokilowej paczce (40 litrów żwirku)…
Kiedy dziś kurier zadzwonił o siódmej rano, przestałam uważać swój pomysł za genialny. Pomijam drobiazg, że wczoraj zaczął mi się stan przedmigrenowy, który trzymam w szachu jakimiś lekami, niestety nieobojętnymi dla mojego żołądka. Rozumiem, że kurier ma więcej paczek i musi jakoś się zmieścić w czasie. Ale to znaczy, że ja mam siedzieć w domu i czekać od – do, bo inaczej jaśnie pan kurier nie przyjedzie? A musi, bo musi dostać pieniądze… Ciekawe, jak się to skończy, bo akurat dzisiaj i jutro mam lekarzy, w tym od lutego wyczekiwanego okulistę… Na infolinię sklepu nie zadzwonię, bo już kiedyś próbowałam, poza tą wczorajszą reklamacją, ustalić termin wysłania paczki. Nic się nie da, nic nie wiedzą i – co już nie jest zwerbalizowane, ale dla przeciętnego człowieka zrozumiałe – nic ich to nie obchodzi… I właśnie tego ostatniego nie rozumiem.
Mamy czasy, w których coraz więcej spraw można załatwić przez internet, a zakupy powinny należeć do tych mniej skomplikowanych. Rozumiem, że gdy wchodzę do supermarketu, jestem igłą w stogu siana i faktycznie nikt tam specjalnie nie będzie mnie dopieszczał. Tyle że akurat nie po to tam chodzę. ;) Spokojnie sama mogę zająć się sobą, nie potrzebuję specjalnych względów, ale też mam bezpośredni kontakt z towarem i odpowiadam sama za jego ilość i jakość. (Z ceną, wiadomo, bywa już różnie…). Oraz za doniesienie do domu. W sklepie internetowym, siłą rzeczy, jest inaczej. I może jestem naiwna, oczekując, że wszystko będzie w porządku. Jednak oczekuję. Bo sklep również ma korzyści, gdy wywiązuje się z zobowiązań. A zadowolony klient wraca. I oczywiście rozumiem, że może zdarzyć się wpadka. zgadzam się też, że polityka firmy „klient ma zawsze rację” nie zawsze musi się sprawdzić. Coś jednak powinien zrobić, by klient poczuł się usatysfakcjonowany.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdarzyło mi się kupować w kilku internetowych sklepach. Pierwszy i ostatni raz – zamówiłam w pewnej firmie krzesło biurkowe. Tak, to nie jest zakup, który będę często powtarzać. Ale przysłanie wszystkich elementów poza nóżką – to mnie trochę zdziwiło. Jeszcze bardziej – dosłanie części, gdy tylko wypełniłam automatyczny formularz braku. Nikt tego nie weryfikował? Czyżby założyli moją uczciwość, czy też wiedzieli, że tego nie dosłali…? Potem – zakupy spożywcze. Dostałam zgniłą cebulę. Po reklamacji dostałam przeprosiny, ale cebulę musiałam już kupić sama. ;) Okej, mój błąd, że kupuję taki towar przez internet. Następnym razem świeże rzeczy będę wybierać sama.

W obu przypadkach sprzedawca próbował jakoś zrekompensować mi brak. A zoolog się na mnie wypiął. Przejrzałam ich stronę na FB, moja opinia o dostawcy jest podzielana przez wielu. Na pewno nie od dzisiaj. Skoro nic nie robią, to znaczy, że nie zależy im na klientach? Nie szkodzi, ja z nimi skończyłam. I na pewno zadbam o antyreklamę. To pierwszy krok w tej sprawie. Za to energiczniej zaangażuję się w sprawę małych sklepów, gdzie klient i jego lojalność są doceniane nie kartami, ale po prostu solidnością transakcji, opartej na zaufaniu. Wierzę, że tak można.