Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 marca 2014

Kocie sprawy

Kocio jest momentami bardzo zabawny. Pisałam już, jak podnosi łapki podczas mycia podłóg – zamiast, zgodnie z oczekiwaniami, przenieść się po prostu w inne miejsce. Ogromnie mnie bawi jego „bycie asystentem” każdej czynności – naturalnie po nic. Bo jeszcze rozumiem, że jest przy mnie w kuchni. Zawsze jest przecież szansa, że będzie można coś złasować. Ale po co przerywa sobie drzemkę, kiedy idę się kąpać? Po co zostawia zabawkę, gdy tylko ja się podniosę, i leci w niewiadomym jeszcze dla siebie kierunku? ;) Czasem specjalnie zatrzymuję się przed drzwiami i ich nie otwieram, tylko stoję, żeby sprawdzić jego reakcję. Jest niezawodna: ogląda się ponaglająco, próbuje wejść do zamkniętego pomieszczenia i spogląda na mnie co i raz z miną: „No otwieraj, szybciej, przecież tam czeka na nas jakaś niesamowita przygoda!”, a ciałko aż drży z niecierpliwości. Wchodzimy, ja coś odkładam i wołam: „Kociu, idziemy!”. Najczęściej wybiega jak strzała, szczęśliwy, że był pierwszy. ;) Niekiedy odwrotnie – przytaja się w jakimś kącie i im bardziej mi zależy, żeby stamtąd wyszedł, tym bardziej on nie wychodzi. Wystarczy jednak otworzyć szafkę, w której jest tuńczykowy przysmak… :)
Czasem muszę zorganizować sobie przestrzeń wolną od kota. Zazwyczaj jest to kuchnia albo łazienka, gdzie chcę zrobić coś sprawnie, szybko, bez konieczności sprawdzania co chwila, czy garnek jest wolny od kota, albo refleksji, dlaczego pranie w misce ma ogon. Staram się wykorzystać jakieś kocie zagapienie i myk! myk! – biegnę do potrzebnego mi pomieszczenia. Zamykam drzwi i robię, co trzeba, ale kocia obecność za drzwiami jest coraz bardziej wyczuwalna. Kiedy je wreszcie otwieram, przez moment widzę wyrzut na kocim pyszczku, ale to moment, bo kot właściwy śmiga koło nóg i jest w środku! Winner! Jednocześnie czuć w powietrzu wymówkę: „Jak mogłaś MNIE nie wpuścić!”, ale ja już pękam ze śmiechu, bo po chwili widać taką dezorientację pod tytułem: „Ale po co tu jesteśmy?”. I wychodzimy…
Czasem wyrzucam kota z pokoju w nocy, kiedy wyłazi z niego milion takich Kociów i wszystkie rozrabiają – i to BARDZO głośno. Tak było np. ze środy na czwartek. Nie dziwię się za bardzo tej energii, bo jak się cały dzień śpi, to się ma siły, ale ja osobiście życzyłam sobie ciszy i spokoju. Kocio zaś (i milion jego nieznośnych sobowtórów) robił hałas wyjątkowy. I nie dało się tego w żaden sposób zignorować. Wystawiłam więc zabawki i miski do przedpokoju, za nimi – kota, a za całym towarzystwem (zespołem :D) zamknęłam drzwi. Zapadła błoga cisza… Zasnąć jednak było wciąż trudno. Wstałam i wyjrzałam do przedpokoju (chyba nie było to pedagogiczne…). Kocio leżał przy drzwiach pokoju, milczący, skruszony (i już pojedynczy). Pogłaskałam go, a on się tak wdzięcznie przymiział. I za chwilę wdreptał nieśmiało, przytulił się do mnie – i po chwili już oboje spaliśmy. :)
Osobnym tematem jest zabawa. Lubię patrzeć wtedy na niego, często aktywnie uczestniczę w wygłupach, najczęściej robię jednak za podajnik elementów zabawowych (rzucam nakrętkę, poruszam laserkiem, macham wędką... takie tam). Tych zabawek jest masa. Niekiedy po przebudzeniu patrzę na pokój i zastanawiam się, czy mam kota, czy małe dziecko… ;)
Zabawki to też temat rzeka. Na samym początku oczywiście kupowałam dedykowane kotom rzeczy. Jakieś myszki, piłki na sznurku, grzechotki, robaczki – oczywiście z kocimiętką – domki drapaki i jeszcze inne leżaczki. Szybko zauważyłam jednak, że w większości przypadków opakowanie jest dużo większą atrakcją niż zabawka właściwa. Albo że Kocio woli biegać za nakrętką od butelki niż żółwikiem z kocimiętką. (Kiedy znalazłam wśród szpargałów kostkę do gier planszowych, kot mało nie oszalał ze szczęścia. Wtedy pierwszy raz wykąpałam się bez jego asysty, nienerwowo, w pianie, bez stresu, że za chwilę on do tej piany wpadnie, a ja w pośpiechu będę musiała go prać i suszyć). Śpi się natomiast najlepiej na łóżku lub parapecie (poduszki i kocyki nie są konieczne – przecież Kocio jest mężczyzną), a ukochany drapaczek to ten najtańszy.
Najlepiej, gdy mogę wypuścić kota na balkon. Jeszcze pogoda nie najlepsza, ale Kocio jest szczęśliwy, więc dopóki on wytrzymuje tę pogodę, to sobie tam rozrabia. Głównym zajęciem jest obserwacja otoczenia. Wskakuje na stolik i patrzy... Jest bezpieczny, bo zaopatrzyłam balkon w siatkę. Na niej zaczepiłam też trochę atrakcji, tak więc kot korzysta. Co jakiś czas biegnie do mieszkania – a to do miski, a to do kuwety, a to po nic – a potem znów na balkon. A potem śpi tak, że chyba wreszcie będę mogła mu spokojnie pazurki obciąć. :)
Wszystko, co opisuję, pewnie jest znane większości kociarzy. Niektórzy pewnie się uśmiechają z rozbawieniem, czytając, jak się tym emocjonuję. Może i faktycznie za bardzo przeżywam tego kota, za dużo o nim mówię, za bardzo nim żyję. Ale ja nie widzę w tym nic złego. To przecież żywa, kochana, czująca i myśląca istotka, którą wzięłam pod swój dach, więc jestem za nią odpowiedzialna. A naprawdę nie wystarczy tylko karmić.
Zanim pojawił się Kocio, w moim życiu była świnka morska, Agrafka. Kiedyś wracałam z nią od weterynarza (biedulka miała problemy, które niestety nie skończyły się dobrze), siedziała oczywiście w transporterku, ale było ją widać. Na pewno zwróciła uwagę wielu osób, ale przecież nikomu nie przeszkadzała. W pewnym jednak momencie zaczepił mnie pewien pan, chyba po kieliszku czy dwóch, więc rozmowny. Nie mógł pojąć, jak można zdecydować się na takie zwierzątko. No w głowie mu się to nie mieściło, więc zaczął mnie o to wypytywać. Na początku odpowiadałam kulturalnie, ale bardzo ogólnie. Nic mi się nie stanie, jak odpowiem, a jednak był po kieliszku, wolałam więc nie drażnić. Pan jednak wciąż naciskał i żądał wręcz wyjaśnień, po co mi takie zwierzątko. Wreszcie, gdy stwierdził (tzn. niby zapytał), że lepiej chyba było mieć męża niż świnkę morską, to najpierw parsknęłam śmiechem z tego zestawienia, ale potem spoważniałam. I patrząc panu prosto w oczy, powiedziałam: Tak, może i lepiej. Ale nie mam, a każdy potrzebuje kogoś do kochania. Pan się chyba trochę zmieszał, jakoś zaczął zagadywać temat, wypytał mnie jeszcze, czy wiem, co to semantyka (?!), a skoro wiem – to czemu świnka morska tak się nazywa. Wyraźnie jednak zagadywał temat. Wreszcie ukłonił się, podziękował za rozmowę i wysiadł. (Naturalnie ludziom w autobusie uszy urosły dwa razy takie, ale nikt się nie odezwał – bo po co? ;)).

A ja tak myślę, że powiedziałam panu coś mądrego. Kochałam Agrafcię i kocham Kocia. Nie oznacza to, że nie potrzebuję ludzi, i że zwierzęta mi ich zastępują. Nie uczłowieczam kota. Po prostu cieszę się, że mam o kogo się troszczyć i kim się zajmować. Każdy potrzebuje przyjaciela.


piątek, 7 marca 2014

W gorsecie

Zajrzałam do Wikipedii, licząc na jakąś szybką, krótką definicję strachu. I nieoczekiwanie dowiedziałam się, że „psychopatologia odróżnia strach od lęku, którego obiekt jest zawsze irracjonalny”. Chyba zatem czas na zmianę terminologii codziennej. Nie odczuwam strachu przed tym, że nie stanę się nigdy perfekcyjną panią (domu), ale – lęk. Gdyż powód jest bardzo nieracjonalny.
Bo tak na zimno: co się stanie, jeśli nie będę perfekcyjną osobą? Czy w ogóle jest możliwe taką być? Nie sądzę. Nie z wygody czy lenistwa. ;) Po prostu parę sytuacji w życiu pokazało mi, że dążenie do perfekcji może człowieka – a na pewno mnie – w pewnych momentach obezwładnić i zrobić więcej krzywdy niż dać pożytku.
Jestem polonistką z wykształcenia i zamiłowania. Książki stanowią miłość mojego życia – i to pod różnym względem. Zarówno ich magiczna moc przenoszenia do innego świata, oderwania się od tego, jak też w ogóle – kreowanie tego innego świata za pomocą słowa. Sama nie miałam nigdy ambicji stworzenia czegoś zasługującego na miano epopei, powieści wszech czasów. Ot, pisałam pamiętniczki, jak każda romantyczna duszyczka, której wydaje się, że MUSI przelać na papier swoje myśli. Traktowałam to naturalnie, jak oddychanie. Nikt tego nie czytał, ale w czasach szkolnych moją potrzebę upubliczniania się w pełni zaspokajała konieczność pisania wypracowań. Bardzo rzadko pisałam je na brudno, bo też często pisałam pod impulsem myśli i skojarzeń. Potem poszłam na polonistykę, bardziej z braku pomysłu na siebie niż chęci rozkładania języka na czynniki pierwsze, ale odnalazłam się w tym świecie. W pewnym momencie aż za bardzo, niestety, i zostałam na studia doktoranckie. Czas ten było o tyle pożyteczny, że uzupełniłam specjalizację zawodową o redaktorską. Dzięki temu, gdy moje powołanie nauczycielskie umarło, mogłam w miarę szybko się przekwalifikować. (Do dzisiaj trochę żałuję, że tak późno, ale w sumie do emerytury – przy tym urodzaju na reformy – jeszcze trochę czasu mam). Doktoratu jednak nie napisałam. W pewnym momencie po prostu zabrakło mi właśnie nie wiedzy, a umiejętności pisania. Zwyczajnie nie potrafiłam napisać zwykłego referatu na konferencję (właśnie na konferencji na Krymie powiedziałam taki referat z głowy, tylko według punktów. Napisać nie umiałam!). Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Płakałam, chodziłam nieszczęśliwa, ale mimo że czytałam coraz mądrzejsze książki, prowadziłam zajęcia – jednym słowem: gromadziłam wiedzę, nie umiałam jej zapisać. Otwierałam kolejny plik w Wordzie, wpatrywałam się w migoczący kursor… i nic.
Co się działo? Teraz chyba już wiem. Paraliżował mnie lęk, że napisane zdanie nie będzie doskonałe. W owym czasie moim opiekunem naukowym (promotor jest powoływany dopiero po otwarciu przewodu doktorskiego) był profesor, na którego opinii zależało mi bardzo, a który oczekiwał ode mnie zbyt wiele. Lub ja tak to odbierałam… A ja, zamiast ocenić swoje możliwości i po prostu pisać zgodnie z nimi, dając sobie szansę na późniejszą poprawę i/lub zakładając możliwość fiaska, ale jednak wcześniej próbując – poddałam się. Uznałam, że albo muszę napisać OD RAZU doskonałą pracę – albo w ogóle jej nie zaczynać.
Tak, to nie m sensu. Tylko że ktoś, kto tak powie, pewnie nie miał w życiu sytuacji, w której czuł się gorszy, a zależało mu na czyjejś opinii. Mnie zależało na uznaniu profesora, a także pokazaniu mało życzliwemu otoczeniu, że jednak potrafię. I tak bardzo obawiałam się krytyki, że w końcu nawet nie spróbowałam.
Odeszłam z uczelni, jestem zaledwie panią magister, i czasem myślę, że mogłam mieć więcej. Z drugiej jednak strony, decyzja była słuszna. Wolę być zdrową „zaledwie” panią magister, zadowoloną z życia, mającą wciąż „coś” przed sobą, niż panią doktor w pokoju z miękkimi ścianami, i bez klamek… I znowu piszę! :)
Doktorat i związane z nim stresy to oczywiście duże wyzwanie i nie jest sprawą codzienną (w każdym razie nikomu specjalnie tego nie życzę). Istosta problemu może jednak wyglądać tak samo w przypadku każdej sytuacji. Często człowiek boi się podjąć jakiegoś wyzwania z lęku przed porażką. I jeśli ma konkretne ku temu powody – nie wiem, straci pracę, ryzykuje swoje lub czyjeś życie – to brawura jest niewskazana. Ale ile takich życiowych wyzwań mamy na co dzień? A ile lęku nieustannie nas jednak otacza? Pamiętam, jaki miałam nieraz problem, kiedy jeszcze mieszkałam wspólnie z rodzicami, żeby zrobić coś do jedzenia. Niejednokrotnie bałam się ukroić chleb, bo już w głowie słyszałam krytykę, że robię to „nie tak”. Pajdka za gruba, za cienka, po skosie, nie tak trzymam nóż… Ile razy denerwowałam się, że coś przypalę albo niedogotuję. Bo spotykała  mnie wtedy krytyka najbliższych, którzy przecież byli dla mnie ważni, ich ocena coś dla mnie znaczyła. Paradoksalnie rzadko mam ten problem w pracy. Oczywiście denerwuję się, kiedy nie udaje mi się wyłapać wszystkich literówek, kiedy zleceniodawca wytyka braki w mojej korekcie – bo może to się zwyczajnie przełożyć na wynagrodzenie. Ale kiedy szef, którego szanuję, mówi, że go zawiodłam, to jest mi z tym źle. I następnym razem nie oddaję już wykonanego zadania spokojnie, tylko jednak z bijącym sercem i lekko drżącymi dłońmi…
Źródłem tych wszystkich lęków jest więc najczęściej zaniżona samoocena. Potrzebujemy uznania innych, żeby pozwolić sobie na docenienie siebie. Różnie się to objawia. Czasem tym, że z drżeniem serca wyczekujemy pozytywnej opinii na nasz temat, czasem zaś – specjalnie szukamy takiego tła, takiego otoczenia, na tle którego na pewno wyglądamy korzystniej i wszyscy to widzą. Przede wszystkim jednak nie pozwalamy sobie pozbyć się gorsetu powinności, który pozwoliliśmy na siebie włożyć, co nie pozwala żyć i cieszyć się życiem.



Chyba więc nie warto dążyć do bycia perfekcyjną. Maniakalnie tępiąc wszystkie oznaki niedoskonałości, zabijamy tym samym radość życia! A po co? ;)

czwartek, 6 marca 2014

Radość z małego

Smuteczki często biorą się znikąd. Przychodzą i odchodzą jak zły sen… Czasem mają konkretną przyczynę, wtedy można je nazwać, zrozumieć i szybciutko się z nimi rozprawić. Gorzej, gdy zaczynam dokopywać się do problemów egzystencjalnych w rodzaju: nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie… Chociaż… też mam na to patent. Po prostu idę spać. Bo takie „problemy egzystencjalne”, a raczej ich rozkminianie, to oznaka zmęczenia. Przecież jestem świadoma tego, jak żyję i to nie zmienia się z dnia na dzień. A kiedy zaczyna mnie to gryźć, a ja się temu poddaję i zaczynam nad sobą rozczulać – to i tak nic mądrego nie wymyślę.

Niekiedy jednak dopada mnie ból pod nazwą „Nie jesteś doskonała”. I wtedy jest już trudniej.
Zaczyna się podstępnie. Przykładowo dzieje się to tak:
Budzę się rano z dobrą energią w sobie. Czuję, że chciałabym zrobić dzisiaj coś fajnego, żeby mieć poczucie wymiernego sukcesu, żeby móc być z siebie zadowoloną. – I to jest podstawowy haczyk. Przecież nie muszę zasługiwać się sama sobie na swoją sympatię! – Wstaję więc, a w głowie pełno planów. Postanawiam wreszcie zrobić to, o czym dawno marzyłam, a co do tej pory odkładałam. Wyszukuję więc przepis na potrawę, której dawno już chciałam się nauczyć; decyduję się zapisać na fitness – i to jeszcze tego samego dnia pójść na zajęcia, a żeby już całkiem nie tracić czasu, to od razu do grupy zaawansowanej („najwyżej jeden dzień będę zmęczona trochę bardziej”) albo 6 razy w tygodniu (i najlepiej to jeszcze rano i wieczorem…); postanawiam od dzisiaj systematycznie sprzątać całe mieszkanie „jak przed świętami” – odsuwanie mebli, mycie okien, czyszczenie podłóg, pranie i prasowanie… Ach, i jeszcze jak rasowa kobieta wreszcie zajmę się domowym ogródkiem, a ponieważ mieszkam w mieście, to zagospodaruję balkon i parapety! Na pewno przy tym wszystkim wyrobię się z terminami korekty. Przecież pracuję w domu, sama sobie układam grafik, z pewnością więc uda mi się wszystko pogodzić.
Chyba już wiadomo, jak to się kończy… Nic z tego nie wychodzi, a jest nawet gorzej niż zwykle. Jeśli nawet nie spalę kuchni, to z pewnością potrawa nie będzie tak smaczna, jak zachwalają ją wszyscy (pomijam, czy ocena jest subiektywna, czy nie). A jeśli wyjdzie nawet znośnie, to po pierwsze, i tak oceniam się krytycznie i tracę wiarę w swoje zdolności kulinarne, po drugie – zaproszony na degustację gość patrzy na mnie krytycznie (w moim mniemaniu – wrogo) i traci wiarę w moje zdolności kulinarne, po trzecie – sama nie mam ochoty tego jeść, bo jestem wykończona porządkami i fitnessem (a uczciwie – nie mogę się ruszyć i jeszcze na zajęciach wszyscy się ze mnie śmiali. Nie pójdę tam więcej, pocieszę się czekoladą, a przy okazji jeszcze mam świadomość, że nie odzyskam kasy za zapłacone z góry zajęcia). O przydomowym, balkonowym ogródku przypominam sobie, gdy dostarczają mi 20 litrów ziemi (i co ja mam z nią zrobić? Posypać się nią?!), co uświadamia mi wreszcie, że do mojego balkonu nie dochodzi słońce, więc tak jakby uprawa mija się z celem… I kiedy wreszcie przychodzi wieczór, nie mogę zasnąć, bo wiem, że nie zrobiłam na jutro zlecenia…
To naturalnie trochę przejaskrawiony rozwój wydarzeń, taki minidzień świra, ale myślę, że często zdarza się, iż sami odbieramy sobie możliwość cieszenia się z drobiazgów, dążąc do perfekcji. Lepsze naprawdę bywa wrogiem dobrego. Oczywiście, jeśli nie ustawimy sobie ciut wyżej poprzeczki, to być może nie uda nam się zajść dalej – tylko pytanie, ile wynosi to „ciut”? Czy przypadkiem nie zabijamy w sobie radości, popychani nadmierną ambicją (lub chęcią zaspokojenia czyjejś)? Zamiast cieszyć się z poziomu „czwórkowego”, a nawet „trójkowego” – musimy mieć zawsze „pięć”. Tyle że, gdy to „pięć” już przychodzi, rzadko mamy siłę, by się z tego cieszyć



Jeśli wstaję rano i mam ochotę zrobić coś fajnego, to czemu nie? Ale nie musi to być zaraz zdobycie Mount Everestu. Dla kogoś wejście na małą górkę może być sukcesem – jego prywatnym, osobistym. Zresztą na takich górkach bywa się z reguły częściej. (Tylko nie zawsze docenia). Poza tym, cóż z Mount Everestu? Kiedy już tam się dotrze, to nagle okazuje się, że zmęczenie nie pozwala się tym cieszyć tak, jakbyśmy chcieli, a poza tym – jesteśmy tam sami. (Albo z grupką innych szaleńców). Super, jeśli to nam odpowiada. Ale jeśli dążymy tam, by coś sobie lub komuś udowodnić… to właściwie, Kociu, po co? ;)

Tyle jest wokół radosnych drobiazgów. Jeszcze dzisiaj się uśmiecham na wspomnienie tego podnoszenia Kocizmowych łapek przy sprzątaniu. I co z tego, że może dokładnie tej podłogi nie wymyłam? Gdyby nie było kota, może żyłabym w sterylnym pomieszczeniu, nie deptałabym ciągle po żwirku (na trasie kuweta – kocia jadalnia). Byłoby czyściej. Ale nie miałabym tylu powodów do uśmiechu.

piątek, 28 lutego 2014

Amazing! (2/3)

Miałam kiedyś znajomego, który odznaczał się – poza innymi – pewną ciekawą cechą wypowiedzi. Otóż miał problem, by skończyć zdanie. Słuchało się go fantastycznie, był ukochanym wykładowcą polonistów i do niego naprawdę nie chodziło się z obowiązku, a przede wszystkim dla przyjemności. Miał bardzo dużo do powiedzenia i wiele radości z tego, że może się swoją wiedzą dzielić. Ale było jej chyba za dużo, takie miałam przynajmniej wrażenie, gdy go słuchałam. Czasem już, już, myślałam, że powie ten ostatni wyraz, postawi kropkę i będzie można się zadumać nad głębią i wagą wypowiedzi. Prawie nigdy to się nie zdarzyło, bo przedostatni wyraz był punktem wyjścia do następnej refleksji. I dopiero zegar wymuszał zakończenie – też zresztą zazwyczaj niedokończone. Zdarzyło mi się być kiedyś protokolantką zebrania, w którym uczestniczył. Jak ja się bałam, że on zabierze głos! Nie umiałam sobie bowiem wyobrazić, jak zapisać jego ewentualną wypowiedź, jeśli jej nie skończy!

Mam chyba podobnie. (W sensie technicznym wypowiedzi, bo do porównań merytorycznych nawet nie podskakuję). Też czasem mam wrażenie, że temat wciąż nie zasługuje na kropkę. Po każdym „ostatnim” zdaniu pojawia się „jeszcze tylko jedna myśl”, którą koniecznie trzeba rozważyć. Tak jest z filmem „Ona”, o którym wczoraj pisałam. Skupiłam się najbardziej na wątkach samotności ludzkiej oraz radości z odkrywania świata. Ale jeszcze jedna kwestia przyszła mi do głowy.
Miałam bowiem wrażenie, że tempo filmu jest mało dynamiczne. Nie było dłużyzn, nie. Po króciutkim namyśle stwierdzam, że nie widziałam tam ani jednej niepotrzebnej sceny, ani jednego zdania, które uznałabym za możliwe do opuszczenia bez szkody dla filmu. Faktem też jest, że trudno mówić o dynamice w filmie, którego zasadniczym celem są rozważania o emocjach (tak najogólniej), ich obecności lub braku w życiu człowieka. Nie jest łatwo w ogóle zobrazować budowanie związku, a tym bardziej, gdy zadanie reżysera jest utrudnione – nie może on bowiem ukazać tego poprzez relacje fizyczne (dlaczego – to już film pokaże).
W pewnym momencie przestałam zastanawiać się jednak nad tym, czy akcja jest za wolna czy nie. Po prostu uświadomiłam sobie, że – wolniej czy szybciej – akcja się toczy. Toczy się życie Theodore’a, tak jak życie każdego z nas. Dzień i noc, dzień i noc. Wszystkie etapy związku, jakie przeżył bohater, w pewnym momencie stały się przeszłością. Wciąż było przed nim jutro, ale też miał za sobą więcej „wczoraj”. I odkryłam ponownie wielki banał, że czas mija. Wszystko – dobre i złe – zostaje za nami. Czy warto więc trzymać się kurczowo tego, co już jest historią? Czy warto gonić za czymś, poświęcając inne wartości? Tak czy owak, wszystko minie…
Osoby z depresją lub „tylko” załamane z pewnością nie poczują się lepiej po takim stwierdzeniu. Nie o to jednak chodzi, by usiąść i nic nie robić, „bo i tak czas mija, a żyje się po to, by umrzeć”. :) Trzeba sobie takie rzeczy uświadamiać po to, by nie skupiać się na zarządzaniu tym, na co nie mamy wpływu, ale kierować życiem w sposób dający chwile szczęścia. Oderwać się od trzymających nas kotwic, którymi są zazwyczaj trudna przeszłość i/lub strach. Zwłaszcza to drugie.
Naturalnie, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Sama o tym wiem. Myślę jednak, że warto zacząć choćby od uświadomienia sobie swoich lęków. Potem ich źródeł. I to uważam za połowę sukcesu. Boimy się bowiem tak najczęściej nieznanego. To przecież jest pomysłem na dobry horror czy thriller. Nie – pokazanie upiora, ale sprawienie, żebyśmy obawiali się go zobaczyć. Później jest już mniej strasznie. No brzydki ten upiór, brzydki, ale w sumie ja też nie za piękna, więc skoro nie boję się siebie w lusterku, to i gościa zaakceptuję, czyż nie? :)
Jeśli nazwiemy lęk po imieniu i zrozumiemy, skąd się on bierze, mamy szansę sobie z nim poradzić. Są takie, z którymi trudno walczyć, ale może tak naprawdę to szereg drobiazgów nie pozwala nam zająć się wymarzoną od lat pasją? Warto to na spokojnie zweryfikować. :)

środa, 26 lutego 2014

Przepraszam. Głupio mi.

Słowa kluczowe to wyrazy charakterystyczne dla danej osoby, używane przez nią najczęściej (definicja przystosowana dla potrzeb niniejszego tekstu, niemniej chyba zrozumiała?). Każdy na pewno zauważa u siebie, a na pewno u kogoś, ulubione i charakterystyczne zwroty. Wydaje mi się, że takie zwyczaje dużo mówią o charakterze jednostki i jej problemach. Bo u siebie zauważyłam, co następuje:

1) Nadmierne uogólnienia.
Coraz częściej dostrzegam, że nadużywam słów „zawsze” i „nigdy” oraz „na pewno” – to ostatnie, gdy chcę podkreślić jakąś swoją nieumiejętność. „Zawsze będę sama”, „To się nigdy nie uda”, „Na pewno (ktoś) nie zadzwoni”. Wiąże się to też z tendencją do popadania w skrajności. Albo jestem „załamana”, albo „fruwam ze szczęścia”. Bardzo trudno mi to wyważyć i poddać kontroli rozumu.
Ta skrajność w odczuwaniu emocji przyczynia się też do braku cierpliwości w czekaniu na coś. Bo czekanie wymaga spokoju, a spokój – to równowaga. Równowaga zaś nie jest możliwa, gdy uczucia szczęścia i nieszczęścia osiągają ekstremum.

2)  „Przepraszam. Głupio mi”.
Wręcz nadużywam tego określenia i jego pochodnych, mających na celu wyrażenie skruchy. Nie ma w tym nic złego, tylko że parę osób niekiedy zakłopotałam, a parę – zdziwiłam, bo nie wiedzieli, z jakiej winy się tłumaczę. A ja na to, że przecież zadzwoniłam, ale nie wiedziałam, czy mi wolno... Albo powiedziałam coś w zamierzeniu śmiesznego, a historyjka okazała się niezrozumiała. I wydawało mi się, że rozmówca czuł się zakłopotany, a to moja wina.

3) „Moja wina”.
Mea maxima cupla. Może gdybym wyhaftowała to krzyżykiem na rozpiętość ściany, odechciałoby mi się wciąż samobiczować – jak to ktoś mnie kiedyś podsumował. Może...

4) „Wydaje mi się”.
Zdecydowanie nie należę do osób pewnych siebie, co objawia się właśnie m.in. nadużywaniem trybu przypuszczającego. Czasem, kiedy czuję ogromną presję, bronię się agresywną pewnością (czy już wspominałam o popadaniu w skrajności? :)).

5) „Myślę”.
Naturalnie to dobrze (bo dzięki temu jestem). Ale czasem myślę za dużo. Analizuję, wałkuję, dzielę włos – już nie na czworo, a szesnaścioro. To już nie jest dobre. Wynika to jednak najczęściej z tego, że mam za dużo wolnego, niezorganizowanego czasu, który dodatkowo spędzam sama ze sobą. Takie nadmierne rozmyślanie prowadzi do tego, że „wydaje mi się”, że wszystko,  czego „na pewno” i „nigdy” nie osiągnę, jest „moją winą”. I chociaż są osoby, które mi pomagają i wspierają mnie w życiu, to „jest mi głupio”, ale nic z tego nie będzie”. Więc „przepraszam”. :)

6) „Wiem”
Bardzo kiedyś oberwało mi się w życiu za niewiedzę. Tylko zapomniano ze mną ustalić, jaki poziom jest uznawany za dopuszczalny. Ja też wtedy nie wiedziałam, że takie rzeczy trzeba – no właśnie, wiedzieć. Szybko jednak nauczyłam się, że szczere przyznanie się do nieznajomości lektury czy biografii pisarza nie jest doceniane. Kiwałam więc głową, robiłam skupione miny i nie wtrącałam się w dyskusję starszych i bardziej uczonych. A potem leciałam szybko w zacisze domu czy biblioteki, by nadrobić niewiedzę. Z książkami to pikuś. Nagle bowiem okazało się, że powinnam umieć zmieniać koło, rozróżniać elementy pokrycia dachu… Tu magiczne słówko „wiem” nie pomagało. Cóż, nauczyłam się wreszcie województw polskich i przypisanych doń oznaczeń rejestracyjnych samochodów. Ba! z własnej inicjatywy poszłam dalej i (prawie) umiem dopasować rejestracje do warszawskich dzielnic. Potem okazało się, że ta wiedza czy niewiedza nie ma nic do rzeczy. I tak mnie nie kochał. ;) Ale to „wiem” zostało mi do tego stopnia, że kiedyś wygłupiłam się w rozmowie z listonoszem. Mijał nas bowiem sąsiad, kiedy odbierałam swoją przesyłkę, a sąsiad był młodym chłopakiem. I listonosz mówi do mnie: On lubi długo spać, wie pani? A ja, na zwrot „wie pani” zareagowałam jak koń na trąbkę bojową, i mówię: Wiem. A listonosz otworzył szeroko oczy i mówi: Taak? A skąd…? :P
Zrozumiałam niedawno, że to wszystko bierze się stąd, że po prostu uważam przyznanie się do niewiedzy za wstyd i hańbę. Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że nie tylko ja mam ten problem. Ciekawe jest jednak, że ktoś taki „problem” może próbować rozwiązać, po prostu nieustannie się doszkalając. Ja wybrałam wersję dla leniwych – mówię „wiem”, a pytania szczegółowe są dla mnie ujmą. ;) Tylko że nieraz może to się obrócić przeciwko mnie – jak w sytuacji wyżej („i co teraz pan listonosz o mnie będzie myślał?”), albo gorzej – jak też się zdarzyło. Byłam w poradni zawodowej, gdzie miano pomóc mi przekwalifikować się, gdybym miała problem z zatrudnieniem w swoim zawodzie. Ale skoro większość wskazówek kwitowałam: „Tak, ja wiem”, to o mało nie straciłam szansy na uzyskanie tej pomocy. Bo skoro tak wszystko wiem, to nie trzeba mi pomagać. A ja miałam na myśli, że „wiem” w sensie „rozumiem”, ale mechanizm Pawłowa był silniejszy i zamieniał to na „wiem”.


Nie wiem, czy to wszystkie słowa, które mnie dominują. Ale staram się wzbogacać słownik o wyrazy lepiej mnie przedstawiające. Może powinnam pójść na kurs fachowego zarządzania marką? Albo na jakiś inny, by nauczyć się lepszej prezentacji samej siebie? Nie wiem… ;)

sobota, 15 lutego 2014

Kinder, Küche, Kirche

Z tych niemieckich "trzech K" pomaga mi kuchnia. Dzieci nie budzą we mnie awersji, ale ich nie mam, więc nie pomagają (chyba że przez ich brak. ;) Ale żeby nie wyszło, że mam z tym jakiś problem, bo szczerze - nie mam). O religii nie chcę pisać, a kościół jest jej elementem. Nie da się jednak ukryć, że dla osoby wierzącej powinien być wsparciem. Zasadniczo jednak troszczy się o to, by dobrobyt spotkał dopiero duszę, po śmierci, a doczesne cierpienia mają jej w tym pomóc. Tak jakby nie takiego wsparcia szukam, gdy mi smutno. :) Oczywiście to uproszczenie, ale z założenia nie chcę pisać na ten temat poważnie. A na pewno - nie tu i teraz.
Zostaje kuchnia. Odkąd należy do mnie, nie raz się przekonałam, że potrafi przywrócić mi dobry nastrój. Tak właśnie stało się dzisiaj. Poprzedni wpis chyba dobitnie ukazuje, że nie obudziłam się z radosną pieśnią na ustach, a przeciwnie - w refleksyjno-smętnym nastroju. I byłabym może hodowała ten smętek, ale się nie udało. :P Po pierwsze, pogoda za oknem fajna, więc szkoda mi się zrobiła kota (hm, też "K" :)), że tak siedzi w mieszkaniu. Ale żeby wypuścić go na balkon, trzeba było ten balkon umyć... Jak to zrobiłam, to już nos spuszczony na kwintę trochę poszedł w górę. Skoro zaś kot poszedł na balkon, to ja skierowałam się do kuchni. Okna kuchenne wychodzą na balkon (taki typu loggia), więc miałam "oko" na to, co robi kot (niedużo, obserwował. Prawdopodobnie po nic:)), a sama zabrałam się za "przerabianie towaru", który nakupowałam. Obrałam włoszczyznę, wstawiłam ukochany rosołek, zabrałam się za robienie ciasta, skroiłam i udusiłam pieczarki... Zapomniałam przy tym, że może na jedną osobę nie ma sensu gotować, że kto to wszystko zje. Nie gotuję potwornych ilości, przy jedzeniu niektórych rzeczy zawsze pomoże kot, a ciastem łatwo się podzielić (z siostrą, koleżanką, przygodnym kurierem...). Wszystkie zaś wymienione potrawy lubię, tym bardziej że mi wychodzą. :) A tak naprawdę - smakują mi, opinia reszty zaś mnie nie obchodzi. Tyle że dzisiaj ciasto przygotowałam nieudolnie. Zwyczajnie zrobiłam za rzadkie. Nie pomyślałam, żeby dosypać mąki albo coś, tylko wstawiłam je do pieca. To moje bardzo udające się ciasto (zmodyfikowany przepis od Kingi -znajduje się tutaj). Jakoś miałam nadzieję (sic!), że jednak tylko wydaje mi się zbyt lejące (konsystencja ciasta naleśnikowego, więc moja nadzieja na jego wyrośnięcie była naprawdę duża...). Po dziesięciu minutach zajrzałam - a tu nic się nie dzieje, ciasto nie rośnie. Zrobiło mi się źle. Tak się starałam, a tu nic mi nie wychodzi. :( Miałam chęć zawieźć ciasto we wtorek na Ursynów, a tu jak zwykle nic się nie udaje. No tak, taki dzisiaj beznadziejny dzień... I w tym momencie mówię sobie: STOP! Zauważyłam, że wskoczyłam w tryb negatywnego myślenia, zniekształceń poznawczych. A kiedy ostatnio mi się ciasto nie udało? - pomyślałam. Nie mogłam sobie przypomnieć... No cóż, myślałam sobie dalej, najwyżej będzie zakalec, ale zakalcowate ciasta są pyszne, lubię je, bo są wilgotne, a poza tym - przecież nikt nie musi wiedzieć, że TYM RAZEM ciasto mi nie wyszło (Pani Małgosiu, czyta to Pani? :)). Dla Joli na wtorek upiekę nowe, zresztą przecież nie muszę, bez ciasta też mnie przyjmie. I zajęłam się dalej robotą, kot sobie hasał po balkonie. Kiedy skończyłam gotować rosołek, makaron do niego, a pieczarki były już zdecydowanie martwe poprzez uduszenie, zapachniało ciasto. Wyrosło - może nie pokazowo, ale wyrosło, pękło ("uśmiechnęło się"), po sprawdzeniu patyczkiem okazało się, że jest bez zakalca... I kiedy uśmiechnięta jak ciasto wychodziłam z kuchni, przypomniałam sobie poranny wpis. :)
Nie chcę powiedzieć, że tamto straciło na aktualności. Ale nie chcę też gromadzić w swoim życiu - a już na pewno tu, na blogu - samych negatywów. Tyle rzeczy sprawia mi radość. Czasem brak tego najbliższego "ludzia", ale przecież mam tyle innych powodów do bycia zadowoloną.
I na sam koniec już dodam, że nie ośmieliłabym się tego wszystkiego, co wyżej napisałam, dzisiaj dodać, gdyby Kinia akurat wczoraj nie powiedziała mi, że gdy ona prowadziła prywatnego bloga, to dawała nieraz kilka wpisów dziennie. I akurat dzisiaj właśnie taką potrzebę uczułam, a chyba byłoby mi głupio, gdyby Kinia wcześniej mi tego nie powiedziała. Powiesz mi coś jeszcze...? :)

Brakuje mi ludzia

Wczoraj były walentynki. Myślałam, że uda mi się pominąć je wyniosłym milczeniem, ale jednak nie. Więcej – wzbudziły emocje dawno nieodczuwane. Niestety, nie chodzi o emocje pozytywne, a raczej dosyć smutne.
Jestem sama już jakiś czas. Nie z własnego wyboru, choć od pewnego momentu zaakceptowałam ten fakt i przestałam trwać w bojowej gotowości, by kogoś znaleźć. A raczej – sądziłam, że akceptuję ten fakt. Tak jest lepiej. Tym bardziej że nie jestem w związku nie z własnej winy. Chociaż… winy? Czy tu można mówić o jakiejś winie – mojej czy niemojej? Raczej tak się ułożyło. Źle wybierałam albo źle trafiałam, nie wiem. Może zresztą dobrze, tylko w nieodpowiednim czasie. Czy to ma zresztą teraz znaczenie? Poddałam się losowi, przeznaczeniu czy jak to jeszcze określić. I stwierdziłam, że łatwiej mi będzie, jeśli spojrzę na to metodą szklanki do połowy pełnej. Życie w pojedynkę ma swoje zalety. Na pewno można się do niego przyzwyczaić. Ma się czas na swoje pasje (o ile takie są… ale lepiej je mieć :D). Konsekwencje podejmowanych decyzji dotykają tylko mnie. Tak naprawdę życie nie różni się wiele od życia w parze. Też można chodzić do kina czy teatru, i to przecież też nie samotnie, jeśli się nie chce. Są przecież znajomi, przyjaciele. A święta typu walentynki obchodzi się szerokim łukiem ;) i nawet można powiedzieć, że to lepiej.;) Nie ma nerwów, czy on pamiętał, gdzie pójdziemy, niezręcznych sytuacji, że np. trzeba się dogadać, bo przecież walentynki, że trzeba coś kupić i cieszyć się z tego, że on w ogóle pamiętał i udawać, że prezent nie jest najważniejszy (lub czasem – udawać, że wybrał wspaniałe perfumy albo bieliznę, nie przypominać, że rok temu TEŻ kupił to samo i wtedy powiedziałam, że to akurat mi się nie podoba, albo zaakceptować film, jaki nasza druga połówka wybierze i przez cały seans tłumaczyć sobie: „najważniejsze jest to, że jesteśmy tu razem”:)). To przecież dzień jak każdy. Też trzeba zrobić korektę, ugotować obiad, nakarmić kota czy odkurzyć mieszkanie, a potem obejrzeć sobie serial.
Tak właśnie myślałam. W tym roku w ogóle podeszłam do tematu walentynek tak spokojnie, że zapomniałam o nich. Na pewno duże znaczenie ma fakt, że nie chodzę tyle co kiedyś po mieście, więc ominęły mnie reklamy marketingowe, które wykorzystują każdą okoliczność, by zarobić. A więc i takie amerykańskie święto. (Nie wiem zresztą, czy amerykańskie, ale na pewno nie ma korzeni w prasłowiańskich wierzeniach – nasza jest za to noc Kupały. Pamiętam, jak pewien pan mówił, że on woli celebrować to święto… I celebrował, nieledwie co noc, jeśli tylko miał z kim). Umówiłam się na ten dzień z koleżanką, zamówiłam żwirek dla kota z dostawą do domu, miałam zamiar coś upiec, żeby było na weekend coś słodkiego na deser. I miał to być miły weekend, jak zawsze.
Najpierw okazało się, że skoro w piątek walentynki, to spotkanie z koleżanką będzie trochę wcześniej, bo jednak wypada, by po powrocie z pracy mąż zastał ją w domu. Ok, fajnie że w ogóle nie uznała, że spotkanie jest niemożliwe „z powodu że walentynki”. Potem pani, która miała dowieźć żwirek, zadzwoniła, że idzie z mężem do kina, więc czy dostawa mogłaby być kiedy indziej… Jasne, nie ma większego problemu, zwłaszcza że zamieniła termin z piątku wieczór na sobotę rano, więc kot tego bardzo nie odczuje. ;) A pani przecież miła, znamy się już troszkę, bo często kupuję w zwierzowisko.pl. Już jednak wczesnym popołudniem zorientowałam się, że jeśli chcę z kimś porozmawiać, to… pewnie po weekendzie. Bo przecież walentynki, o których większość oczywiście mówi z przekąsem, że są ponad takie zwyczaje, ale już ostatecznie muszą/powinni/skoro kupił te bilety… Jeszcze może gdybym była zaniedbaną żoną, to spotkałabym się z większym zrozumieniem, dzwoniąc do kogoś czy proponując wspólny wypad gdzieś. Jestem jednak wyzwoloną singielką, więc powinnam sobie radzić sama.
Nie, ja nie mam pretensji do swoich znajomych. Przecież nie chciałabym umawiać się w walentynki na kolację dla trojga.;) Nie o to chodzi. Po prostu przy wczorajszej okazji zobaczyłam, ile jest dni, wieczorów, świąt, kiedy człowiek „pojedynczy” zostaje sam. Fajnie, że miałam chociaż kota przy sobie i razem z nim obejrzałam na dvd „Co się wydarzyło w Madison County”. (Nawiasem, nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jak oczekiwałam. Być może dlatego, że sztuka w teatrze „Po drodze do Madison” z Dorotą Segdą i Danielem Olbrychskim, którą widziałam w ubiegłym roku, była dla mnie o niebo lepsza. O wiele lepiej pokazała, jak rodzi się uczucie między bohaterami. Uwierzyłam w to uczucie. W filmie mnie ono nie przekonało za bardzo…). Taki jest porządek rzeczy, że stare panny tulą się do kota (na razie jednego – podkreślam: na razie… :)).
Bo nie czuję się singielką, tylko właśnie starą panną. Nie chodzi o stereotypy, tylko stan psychiczny. I właśnie – określenie źródła samotności. Wiem, że życie wciąż przede mną, że jeszcze mogę kogoś spotkać i z nim się związać. Wiem to… tylko że w to nie wierzę. I nie twierdzę tego z jakimś rozgoryczeniem, żalem do kogoś, złością czy pretensją. Tylko tak trochę ze smutkiem. Bo jaki sens ma takie życie w pojedynkę? Na pewno ma, ale dla mnie – ciut za mały. Staram się, jak pisałam wyżej, widzieć szklankę do połowy pełną. Ale chciałabym się nie starać, tylko po prostu ją widzieć. Brakuje mi swojego ludzia. Brakuje mi uczucia, że żyję dla kogoś. Wtedy tylko – w to wierzę – udałoby się nadać życiu sens.

środa, 12 lutego 2014

Emocjonalnie

Mam duży problemem ze swoimi emocjami. Przede wszystkim nie wiem, kiedy i z jakim natężeniem je odczuwać. A ponieważ emocje ciężko kontrolować, postanowiłam wybrać jedną z możliwości: albo po prostu im ulegać, albo wziąć je na smycz i pilnować. Tak, wiem, że najlepiej poszukać złotego środka i wyważać stany emocjonalne, niestety jednak u mnie mało jest kolorów. Albo biało, albo czarno. Albo histeria, albo posąg. Oczywiście wyolbrzymiam w tej chwili, bo nie stać mnie na zachowanie pokerzysty, ale też nie pozwalam sobie na tupanie nogami i wrzask, gdy mi się coś nie podoba. Na co dzień, między ludźmi, chyba potrafię wyważyć te stany tak, że być może większość nie domyśla się, co mną szarpie od środka. A tam dzieje się sporo... :)

Z tych trudności zdałam sobie sprawę jakoś tak chyba pod koniec studiów. Pierwsza praca, pierwsze problemy i pierwsze załamanie jeszcze mi nie pokazały wyraźnie tego problemu. Ot, uznałam, że jestem jeszcze niewprawiona w życie. Wprawdzie funkcjonuję w społeczeństwie od czasów zerówkowych, a od przeprowadzki i zmiany szkoły, gdy miałam 10 lat, nie miałam z górki (a wręcz przeciwnie), to jednak wciąż miałam wrażenie pewnego "nieprzystosowania" społecznego. Udowadniały mi to (moim zdaniem - jak wszystko, co tu piszę zresztą) kolejne nieudane przyjaźnie, znajomości. Do kolejnych szkół zdawałam sama, na kursy zapisywałam się sama. Tłumaczyłam sobie, że tak jest lepiej, bo po co mieć wokół siebie nieszczerych ludzi, lepiej polegać na sobie. I dać sobie jednocześnie szansę na znalezienie innego środowiska, w którym poczuję się być może lepiej. Ale nie znajdywałam. Mimo tej samotności szłam jednak przez życie do przodu. Teraz jednak, patrząc na to, wydaje mi się, że tak naprawdę stałam w miejscu. Może i więcej wiedziałam, ale życiowo byłam wciąż na poziomie dziecka. I tak jak dziecko radziłam sobie z emocjami. Czyli miałam nadzieję, że to się "samo rozwiąże", albo, co gorsza, wierzyłam, że rozwiąże je jakiś mądry dorosły. I tak szłam przez życie, ufna i naiwna.

Po studiach, jak wspomniałam, pierwszego pstryczka w nos dostałam równolegle w pracy i życiu osobistym. Ten w pracy mnie przeraził. Bo nagle zobaczyłam, że już jestem dorosła, że tak będę traktowana, a jeśli się rozpłaczę - to wzbudzę śmiech i politowanie. I na pewno w niczym to nie pomoże. Teraz wiem, że to moje pierwsze środowisko zawodowe było specyficzne i dzisiaj, gdybym tam trafiła, po prostu bym szybko odeszła. Albo prześlizgnęła się po wierzchu. Wtedy jednak nie rozumiałam i nie rozumowałam - tylko czułam. A to nie było miejsce na uczucia.

Potem świat wywrócił mi do góry nogami Miś. Oszalałam, prawie że dosłownie. Najpierw ze szczęścia, potem - z rozpaczy. Emocjonalnie było to tak, jakby pękła tama. Wszystkie uczucia, emocje, stany i zachowania, które były tłumione przez etykietę, zasady dobrego wychowania i wychowania w ogóle - popłynęły. Chyba nigdy nie byłam taką "sobą" - jeśli chodzi o uczucia. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej - niebezpiecznie. Kiedy raz to wszystko pękło, nie sposób było wyhamować. A Miś sobie nie życzył. Nie życzyli też sobie niektórzy znajomi, którzy dziwnie reagowali, gdy spontanicznie coś powiedziałam, z czegoś się ucieszyłam czy na coś nie zgodziłam. Nieledwie przerażeniem (jak się później od niektórych dowiedziałam) reagowali panowie, do których podchodziłam i mówiłam, że zapraszam na kawę. Kiedy zorientowałam się, że oni traktują to jak podryw i prawie że ofertę matrymonialną, poszłam dalej i też to mówiłam - to znaczy, że zapraszam ich na kawę, ale nie do łóżka czy ołtarza. Byli przerażeni jeszcze bardziej. :D Dodam, że nie mówiłam tego obcym mężczyznom. Kawę proponowałam na przykład koledze poznanemu w pracy czy internecie (NIE na stronie randkowej). Mówiłam niektórym, że są fajni i ładni, a oni patrzyli na mnie podejrzliwie. I tak spontanicznie szalałam. Z drugiej strony, na spotkaniach z Misiem wybuchałam często jak histeryczka, co z pewnością nie zachęcało go do mnie. Ale też już nie panowałam nad tym, a on doskonale o tym wiedział. Moim zdaniem często mnie prowokował do takich wybuchów, aczkolwiek nie było mi dużo do tego potrzebne. Rekord pobiłam przy którymś wyjściu do kina. Spotkaliśmy się niedużo wcześniej przed seansem, co było pierwszym zgrzytem, bo najczęściej umawialiśmy się wcześniej, by jeszcze porozmawiać. Wtedy Miś przyszedł bodajże kwadrans przed seansem. Kupiłam bilety i prowokacyjnie powiedziałam, by oddał mi pieniądze za swój bilet. Normalnie nie byłoby kwestii, ale... Właśnie. Nie było normalnie. Kiedy mi je oddał, podkreślająć, że tylko za jeden, za mój mam płacić sama, całe rozżalenie, jakie czułam, chwyciło się tego pretekstu i wreszcie znalazło ujście. W samym środku centrum handlowego zrobiłam łzawą, histeryczną awanturę. Nie pamiętam, co mówiłam, ale z pewnością było to coś w stylu "Bo ty uważasz, że ja...". Pamiętam "styl" dlatego, że natychmiast, nie dając mu dojść do głosu, odpowiedziałam na te zarzuty, twierdząc że to nieprawda itede. Gdybym tu skończyła, pewnie by coś powiedział mi do słuchu, dająć pożywkę nowej kłótni (albo i nie...). Natomiast ja, nie czekając na jego reakcję, wzięłam głęboki oddech i zawołałam: "Ale ty pewnie się z tym zgadzasz i uważasz, że...". W tym momencie coś mnie zatrzymało. Jakiś cień refleksji? ;) W kazdym razie Miś spojrzał na mnie uważnie i zapytał: "Czy ja ci jestem jeszcze do czegoś potrzebny?". Oprzytomniałam jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Nagle zdałam sobie sprawę, że zrobiłam awanturę, w której udział biorę tylko ja. Roześmieliśmy się, poszliśmy do kina i na chwilę znów było dobrze...

Kiedy Miś rozpłynął się we mgle, nie tak łatwo było się ogarnąć. Nie umiałam wrócić ani do dziecinnej spontaniczności, ani pogodzić się z pustką, fizyczną i namacalną - nie tylko wewnętrzną. Bałam się ludzi, a jednocześnie bardzo ich potrzebowałam. Przywiązywałam sie bardzo szybko, ale to było tak naprawdę uzależnianie się. Kiedy tylko się w tym zorientowałam, zaczęłam wznosić wokół siebie mur. Dystans, chłód i nieangażowanie się emocjonalne miały być budulcem tego muru. Tyle że tak naprawdę tego muru wcale nie chciałam. I tak jest do dzisiaj. Emocje wprawdzie trochę się wyciszyły, ale wciąż nie wiem, kiedy można do kogoś się szczerze uśmiechnąć, a kiedy - zachować dystans. Czyje zachowanie odbierać jako wyraz kultury, a czyje - jako sympatii. Łatwiej mi, kiedy jestem wśród ludzi, wtedy próbuję wyczuć kanon, styl zachowania grupy. Niekoniecznie po to, by się dołączyć, by się dostosować - bardziej po to, by wiedzieć, w co nie wierzyć i jakich emocji nie pokazywać, by nie zostać skrzywdzoną.