Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2017

Jak skutecznie szukać pracy (3). Jeszcze o CV




Wysyłaj dużo CV
Kiedyś robiłam tak, że po przejrzeniu ofert wysyłałam CV w miejsce, które z jakichś względów najbardziej mi się spodobało. Potem z zapartym tchem czekałam na odpowiedź… i czekałam na odpowiedź… Ewentualnie ktoś się odzywał, dostawałam zaproszenie na rozmowę i/lub zadanie rekrutacyjne (najczęściej tak było przy zleceniach), i potem miałam czekać, aż dadzą znać – „nawet w przypadku negatywnej decyzji”. Ja czekałam, czas leciał, nikt się nie odzywał… I z reguły mijał miesiąc, zanim złapałam, że nie ma na co czekać i trzeba zacząć szukać od nowa.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Jak skutecznie szukać pracy (2). Przygotowanie CV

Jak zabrać się za szukanie pracy? Od czego zacząć?

Najważniejsze jest aktywne szukanie. Nie warto się też ograniczać do jednej strony lub ograniczonego zestawu stron, ale szukać wszędzie, gdze tylko się da. W ciągu ostatniego roku najwięcej zleceń dostałam dzięki FB. Serio serio. Myślałam najpierw, że to specyfika branży (redakcje i korekty to głównie outsourcing, więc zleceniobiorców szuka się też jak najmniejszym kosztem :D), ale w sumie obecną pracę też znalazłam za pośrednictwem tego serwisu. Oczywiście w internecie jest pełno stron z ogłoszeniami, ale trzeba tam regularnie, systematycznie zaglądać. Najlepiej codziennie. Może być to nużące, wiem, ale już wcześniej wspomniałamszukanie pracy to praca. Wyczerpująca. Ale jeśli ktoś się solidnie przyłoży, to wysiłek na pewno się opłaci i uda się znaleźć coś fajnego (albo chociaż dobrze płatnego) – a już na pewno w dużym mieście.

sobota, 19 sierpnia 2017

Jak skutecznie szukać pracy (1)

Przychodzi taki moment, że trzeba znaleźć pracę. Pierwszą w życiu, kolejną. W nowym zawodzie, bo ze starej nas zwolnili albo firma padła, albo zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Albo chcemy zmienić coś w życiu. W każdym razie decyzja podjęta – więc czas zabrać się za realizację tego planu.
Szukanie pracy bywa męczące, czasem stresujące. Nieraz bywa zabawnie, chociaż to śmiech przez krótką chwilę. Najważniejsze jednak, żeby się udało. Żeby dostać pracę – z fajnymi pieniędzmi, wygodnym dojazdem, ciekawymi perspektywami, no i normalnymi ludźmi. Brzmi nierealnie, co nie? Ale da się – jestem tego przykładem. :)
Jednak takiej pracy nie znajduje się ot tak. Samo szukanie pracy jest ciężką pracą i nieraz łatwo się poddać. Też miałam okresy zniechęcenia, kiedy wysyłałam kolejne CV i nikt się nie odzywał. Wtedy myślałam, że mam za wysokie wymagania, jakieś wygórowane oczekiwania i co ja sobie w ogóle myślę, że po jednym semestrze studiów ktoś mnie zatrudni w nowej branży.

Teraz jednak, kiedy się udało, wiem, że warto zacisnąć zęby i nie odpuszczać, a prędzej czy później się uda. Tak jak mi. Też nie wierzyłam, bo ostatnie lata byłam raptem na jednej! rozmowie w sprawie pracy! Reszta to spotkania w sprawie zleceń (a i też nieraz były to ustalenia przez e-mail). Co w takim razie się zmieniło? W kolejnych wpisach chętnie podzielę się sekretami mojego sukcesu. :) 

poniedziałek, 29 maja 2017

Ile może być Rubikonów?

Pisałam już na blogu o zmianach – np. tu lub tu. Pisałam o trudnościach, jakie się z tym wiążą, ale przede wszystkim – o motywacji do zmian. Zacytuję sama siebie: „Pierwszym etapem dobrej, mądrej i trwałej zmiany jest uświadomienie sobie tej chęci. Potem – szybciej lub wolniej – przebywa się kolejne etapy, by wreszcie osiągnąć cel”. W poprzednim poście wspomniałam, że ostatnie dwa lata były dla mnie rewolucyjne. Co się do tego przyczyniło?
Może najpierw zmiany zawodowe – chyba łatwiej o tym pisać. ;) No i przyczyny są łatwiejsze do określenia. Odkąd skończyłam studia, nieustannie byłam związana z językiem polskim – najpierw jako nauczycielka, potem jako redaktor językowy/korektor. Nie każdy może powiedzieć o sobie, że pracuje w zawodzie wyuczonym, a ja byłam dumna, że mi się tak udało. Oczywiście, niczym złym jest praca w zupełnie innej branży, nie to chcę powiedzieć. Po prostu byłam szczęśliwa, że spełniają się moje marzenia. Wprawdzie to też troszkę naciągane, bo poszłam na polonistykę zasadniczo po to, by uczyć w szkole. Nie wyszło mi to marzenie. Podjęłam decyzję o przekwalifikowaniu się, bo jako nauczycielka czułam się niespełniona. Wciąż miałam uczucie, że moja praca pozostawia dużo do życzenia, że po prostu nie umiem uczyć. To było bardzo frustrujące, a jednocześnie ogromnie męczące. Zarazem uważałam – i wciąż tak myślę – że zawód nauczyciela to przede wszystkim powołanie, pasja, która wymaga poświęceń, która jest ogromnie odpowiedzialna. Czułam ogromny ciężar, gdy uświadamiałam sobie, że nie jestem w stanie temu podołać. Chyba to była jedna z pierwszych decyzji, polegająca na – uwaga! – rezygnacji z marzenia. Realnie oszacowałam swoje umiejętności i potrzeby, i zrozumiałam, że w tym miejscu nie mam czego szukać.
Co było najtrudniejsze? Uświadomienie sobie tego, a następnie – pogodzenie się z tym. Co było prostsze? Poszukanie nowych możliwości. Dlaczego nie uważam tego za bardzo trudne? Bo szukałam w sobie i zależało to tylko ode mnie. Nie od innych. Oczywiście, ponowne „wbicie się” na rynek zawodowy z innym fachem, gdy moi koledzy i koleżanki z roku już zdobyli doświadczenie i wyprzedzili mnie w zawodzie, było trudne. Nie ukrywam, że ktoś mi pomógł znaleźć pierwsze stanowisko. Ale to ja chciałam, ja szukałam, ja się wreszcie dokształcałam i goniłam tych bardziej doświadczonych. To mi dawało siłę, że sobie poradzę. Zresztą, wciąż bazowałam na latami gromadzonej wiedzy – jako redaktor i korektor mogłam (a nawet musiałam) wykorzystywać nabytą wiedzę z zakresu gramatyki ortografii czy interpunkcji. Resztę, czyli technikę zawodu, szlifowałam w praktyce, a doświadczenie przychodziło z każdym kolejnym tekstem.
Dzisiaj nadszedł czas, by powtórzyć to działanie. Od kilku lat pracowałam właściwie tylko jako freelancer, co brzmi może nawet i fajnie, ale konkrety są już często mniej przyjemne. Czyli: brak pewności, że praca (a więc i zarobek) będzie, nieprzewidywalność finansów, trudność w planowaniu czasu wolnego. Bywały miesiące, że z trudem udało mi się otrzymać jedno zlecenie, bywały i takie, że nie wiedziałam, jak zmieścić się w czasie. Oczywiście są i plusy – nienormowany czas pracy, możliwość pracy w domu (co też bywa ambiwalentne), ale najważniejszym – jednak – minusem dla mnie była niestabilność.
I ta właśnie niestabilność sprawiła, że mam jej serdecznie dość. Ponieważ przez lata zdobywania zleceń byłam wciąż aktywna na rynku zawodowym, dostrzegam w tym fachu raczej regres. Redakcja i korekta są już najczęściej outsourcingowane, rzadko zdarza się umowa inna niż cywilno-prawna (o działalności gospodarczej nie wspominam, bo uważam, że zarobione pieniądze są na to zbyt małe), o etatach można praktycznie zapomnieć. Trudno mi jednak było znaleźć w obszarze swoich zainteresowań, umiejętności i kompetencji coś, na czym mogłabym zawodowo bazować. Ostatnią ścieżką, jaką widziałam, było dziennikarstwo, ale co ja na to poradzę, że nie lubię pisać? ;) Naturalnie, na zamówienie. :D
Ale przekroczyłam Rubikon kolejny raz. Powiedziałam sobie, że muszę coś zmienić. Chcę coś zmienić. I teraz jest ten czas, by to zrobić.



Jestem teraz w o tyle lepszej sytuacji, że wciąż mogę pracować nad tekstami, nie muszę z nich rezygnować całkiem, tak jak zrezygnowałam ze szkoły. Przyczyny też są inne – nie czuję się gorsza od innych, może nawet wręcz przeciwnie. Chcę żyć tylko jak człowiek, mieć grunt pod nogami, który jednak umowa o pracę daje – bo daje możliwość zaplanowania urlopu, bo organizuje dzień, tydzień, rok, bo pozwala na bycie wśród ludzi. Chcę wiedzieć, że jeśli nawet zarobię najniższą krajową, to będę mogła tych pieniędzy co miesiąc być pewna.
Jeszcze nie mam nowego zawodu. Na razie poszłam na studia i to kompletnie z nie mojej dotychczasowej bajki. Znalazłam się jednak w miejscu, które może mi dać wiele satysfakcji, w którym będę mogła się zrealizować, które na pewno będzie dla mnie wyzwaniem. I w którym wykorzystam umiejętności, jakie mam, a jakich do niedawna nawet nie byłam świadoma.
I nie tylko ja to potrafię zrobić. Każdy może zmieniać swoje życie. Pomału albo gwałtownie. Często nie zależy to do końca od nas. Łatwiej chyba, gdy ma się wsparcie. Ale siły i chęci do zmiany muszą być w tym człowieku, który chce je przeprowadzić.

A odpowiadając na pytanie zawarte w tytule wpisu – najlepsze jest właśnie to, że jeśli otworzymy się na te zmiany, przestaniemy się ich bać, to nie muszą być one ostateczne i definitywne. Przecież jeśli coś się nie uda albo zaistnieją nowe okoliczności – znowu będzie można coś z tym zrobić. :)

wtorek, 16 września 2014

Bez nagrody

Pisałam na początku lipca o tym, że niektóre wydawnictwa nie odpowiadają na ogłoszenia (Puste losy). Motywacją do podzielenia się tamtymi przemyśleniami była oczywiście konkretna sytuacja: rekrutacja w wydawnictwie, w której wzięłam udział, zostałam wybrana do drugiego etapu – próbnej korekty (choć nie wiem, czy było doprecyzowane, czy ma być to redakcja, czy korekta. Zrobiłam na pewno to, co uznałam za stosowne) – i wtedy zapadła cisza. Musiałam się bardzo postarać, żeby uzyskać jakąś informację. Na szczęście maila wysyłałam na konkretne nazwisko, więc – chyba dzięki zaskoczeniu po tamtej stronie – dodzwoniłam się i dowiedziałam, że tak, zostałam zweryfikowana (a raczej jakość mojej pracy) pozytywnie. Super, więc podałam proponowaną przeze mnie stawkę, z wyraźnym dopiskiem, że jestem otwarta na negocjacje. I zapadła cisza.

Był okres wakacyjny, więc wiadomo, urlopy itede – ale w takim razie czemu prowadzono rekrutację w takim momencie? Poza tym, niezależnie od pory roku, prace redakcyjne powinny iść normalnym trybem. Może nieco wolniejszym, co dla większości jest zrozumiałe (sama to odczułam, gdy redagowałam pracę zbiorową. Ciężko było połapać autorów, by zaakceptowali poprawki. Na szczęście zleceniodawca rozumiał), ale jednak trwają. To może być dobry moment, by dać komuś szansę i coś zlecić potencjalnej nowej osobie. (Na normalną umowę, oczywiście). Prace dzięki temu aż tak bardzo się nie opóźniają, a kandydat na stałego współpracownika (bo nie bądźmy śmieszni, nie mówmy o etatach) może wykazać się swoimi kompetencjami. Tak więc sobie tłumaczyłam, czemu robią rekrutację w połowie czerwca.

A może inaczej było? Może ogłoszenie musiało się ukazać, ale było już wiadomym, że odpowiednia osoba na to stanowisko już dawno jest? No to robimy formalnie rekrutację, ALE: w momencie, gdy wiele osób robi sobie przerwę wakacyjną (tak, freelancerzy też czasem urlopują) i wtedy, gdy można przeciągać czas wysłania odpowiedzi. Jedni się zniechęcą tym czekaniem i machną ręką, a nadgorliwcom w moim typie powie się, że ojej, nie ma kogoś tam, są urlopy i dlatego tyle to trwa. W końcu i taka osoba się połapie, o co chodzi.

Niedawno zajrzałam na forum wydawnicze, gdzie wypowiada się wiele osób z branży, znających rynek lepiej niż ja. Tam dowiedziałam się, że nie mam już co czekać, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji: pozytywnie oceniona próbka – podanie stawki – cisza. Przypuszczam jednak, że nawet gdyby się odezwali, zawarłabym umowę i wykonała pracę, to na pieniądze czekałabym długo. Wierzę, że bym je dostała, ale nie sądzę, że w terminie. I nie jest to pomówienie, bo ja tylko tak uważam, ale jak mało kiedy jestem tych mniemań pewna. Na tyle, by nie żałować.

Co oczywiście w żaden sposób nie poprawia mojej sytuacji zawodowej. Na co dzień jakoś jest, ale znów zaczynam mieć uczucie, że walę głową w ścianę. Z rozpędu, bo co jakiś czas zapominam, że to nie ma sensu. I wysyłam CV, i molestuję znajomych, i sama się ogłaszam… I co miesiąc zastanawiam się, czy to się kiedyś zmieni na lepsze.

piątek, 5 września 2014

Czy panowie muszą...?

Poranki w ostatnim tygodniu przypominają Dzień świra. (Swoją drogą, w tym filmie analogii do swojego życia znajduję aż za dużo). Myślę, że każdy, kto chociaż raz oglądał ten film, pamięta scenę, gdy pod oknami Adasia panowie robotnicy zaczynają swoje hałaśliwe prace.
Dla przypomnienia:


Więc u mnie ostatnimi czasy poranki bywają równie hałaśliwe, bo w moim bloku zakładany jest nowy hydrant przeciwpożarowy. Panowie do pracy przystępują przed ósmą, obowiązkowo – od włączenia wiertła. Moim zdaniem: największego, jakie mają. (Może korzystają, że jeszcze UE nie wprowadziła przepisów o zmniejszeniu mocy tych urządzeń?). Tak więc osoby, które z różnych względów nie wychodzą przed tą godziną z domu (a nawet mogłyby nie wychodzić wcale), nie pośpią sobie krzynkę dłużej. O nie. Ciekawe, że te pobudki wzmacniają moje pozytywne myślenie. Za każdym razem, kiedy zostaję wyrwana z błogiego snu (od czasu, gdy kuweta wróciła na właściwe miejsce i nie ma już jej w pokoju, śpię dużo lepiej, a i koty to uwzględniają), wprawdzie nie puszczam wiązanki jak Adaś, ale nie da się ukryć, że w pierwszej chwili zionę agresją. Potem jednak uzmysławiam sobie, że:
1)      Jak dobrze, że nie mam małego dziecka.
2)     Jak dobrze, że chwilowo odpuściły migreny (i trwaj, chwilo…).
3)     Jak dobrze, że nie wróciłam właśnie z nocnej zmiany.
4)     Jak dobrze, że mogę odespać w ciągu dnia.

Widzicie, ile pozytywów? Wcześniej ich tylu nie widziałam. J

Jednak problem zaczyna się wtedy, gdy muszę usiąść do pracy. I to jest bezsprzeczny minus. Przy redagowaniu tekstów naprawdę cisza jest konieczna. Myślę wtedy o tych hałasach (i ich sprawcach) naprawdę brzydko. :P Ale… z drugiej strony, to w biurze czasem warunki nie są lepsze. Czasem hałas ogólnych rozmów, dzwoniące telefony, szum drukarek i innych tego typu urządzeń nie pozwalają się skupić w znacznie większym stopniu. Wiertarka przynajmniej brzmi równo. A jeśli nie – to z kolei krótko. Poza tym, właściwie nie muszę wtedy pracować. Zazwyczaj sama ustalam czas pracy. W czasie wierceń mogę iść na zakupy, zająć się domem, gotowaniem… A do pracy usiąść, gdy panowie zakończą dniówkę. W biurze za to nie mogę narzucić sobie ani godzin wykonywanej pracy, ani też nakazać innym zapewnienia mi odpowiedniej atmosfery. Nieraz wprawdzie zakładałam na uszy słuchawki, by nieco odizolować się od dźwięków… ale po pierwsze, wydaje mi się to nieeleganckie. Po drugie, nie słyszy się pytań współpracowników. Po trzecie, dalej nie ma się ciszy, tylko inne źródło dźwięków – wprawdzie bardziej jednolite, ale jednak nie jest to cisza. Nie ma więc dobrego rozwiązania.

Taak… dobrze umieć pracować w domu. Żeby jeszcze tylko więcej zleceń było. J

środa, 9 lipca 2014

Puste losy

W liceum miałam kolegę, który po studiach historycznych poszedł pracować do IPN. Parę lat temu złapaliśmy na nowo kontakt, przy okazji jego ślubu. Pomyślałam więc, że może spytam go, czy nie wie o jakichś wakatach. Nie chodziło mi o protekcję, raczej wiedzę o możliwościach, ewentualnie – zwyczajach rekrutacji. Rozmowa była… dziwna, bardziej jak przesłuchanie czy rozmowa przedwstępna, a nie jak koleżeńska rozmowa. W każdym razie jedynym jej owocem była rada, żebym się o tę pracę modliła. Nawet się specjalnie nie zdziwiłam, słyszę nieraz takie podpowiedzi (albo żebym ogłoszenia czytała). Ale, jak wiadomo, żeby wygrać na loterii, najpierw trzeba kupić los. Tylko większość jest niestety pustych.

Szukam nieustannie pracy, ale teraz raczej zleceń niż etatu Już chyba nawet do tego szukania przywykłam. Kilka lat bez zatrudnienia zrobiło swoje. Przyzwyczaiłam się też do siedzenia w domu, pokonałam związaną z tym depresję, udaje mi się tak organizować sobie czas, by z rzadka budzić się rano bez planu. Lubię grafiki, ale przecież sama mogę sobie je tworzyć. Więc nie jest źle. Oczywiście, pewną „niedogodnością” takiego stylu życia jest brak stałych dochodów i niemożność planowania wydatków. Jednak i z tym można się oswoić, zwłaszcza gdy ma się na utrzymaniu tylko siebie i kota. Pisałam już trochę o tym, jak sobie próbuję z tym radzić (np. w Ekonomii biedaka), także o problemie niewypłacania na czas zarobków (Święto pracy).

Teraz jednak chciałabym przedstawić, na jakie przeszkody natyka się człowiek, który stara się tylko o pracę zgodnie ze swoimi umiejętnościami, bez specjalnych (zdaniem niektórych: wydumanych) wymagań, typu umowa na etat lub wynagrodzenie w wysokości średniej krajowej brutto.

Jak wspomniałam na początku, przyzwyczaiłam się do pracy na zlecenia. Jednak taka decyzja (swoją drogą, drażni mnie, gdy niektórzy próbują wmówić mi, że to mój wybór, a ja gardzę etatowcami. To nie jest tak. Po prostu tak mi się ułożyło, więc staram się widzieć to pozytywnie. Tyle i aż. Na pewno nikogo nie wytykam, ale też i nikomu nie zazdroszczę) obarczona jest ryzykiem, że to się skończy. Zleceniodawca w każdej chwili może zakończyć współpracę, więc dobrze jest na bieżąco wyszukiwać ogłoszenia i odpowiadać na nie. Oferty się pojawiają, ale...
No właśnie, ale. „Ale” polega na tym, że często są to ogłoszenia dawane nie wiadomo po co. Na pewno jednak nie po to, by znaleźć pracownika. Rozumiem, że są portale niewiarygodne, i tam rzeczywiście można wysyłać swoje aplikacje w kosmiczną próżnię. Ale jeśli odpowiadam na ogłoszenie z branżowej strony, to jednak bym oczekiwała odpowiedzi…
Oprócz stron z ogłoszeniami staram się też zbierać informacje i opinie na temat wydawnictw, które proponują pracę. Tajemnicą poliszynela jest powód, dla którego wydawnictwo Amber średnio raz w miesiącu szuka nowego zleceniobiorcy – tłumacza, korektora, redaktora, sekretarza redakcji… Przyczynę takiego stanu stanowi fakt, że wydawnictwo po prostu nie płaci za wykonaną pracę, wykorzystuje luki w umowach, by przynajmniej opóźnić te płatności, w ostateczności proponuje „staże” lub inne „praktyki”. Mimo tego wciąż znajdują osoby, które im wierzą (albo się chociaż łudzą), bo przecież co roku na rynku pojawiają się nowi adepci zawodu, chcący móc wpisać cokolwiek do CV. I ja to rozumiem.
Na marginesie, znalazłam kolejną informację o wydawnictwie, które stanie przed sądem za oszustwa finansowe (przyjmowanie zaliczek finansowych na poczet zleceń, które w efekcie nigdy nie zostały zrealizowane, a także niezrealizowane umowy na druk i sprzedaż książek). Ciekawa jestem, jaki – a przede wszystkim: KIEDY – zapadnie wyrok. I czy pokrzywdzeni odzyskają swoje pieniądze…

Tymczasem ja bym chciała je zarobić. I złości mnie każde kolejne ogłoszenie, które za każdym daje mi nadzieję chyba tylko po to, by potem ją odebrać. Jeśli bowiem po wysłaniu aplikacji dostanę odpowiedź, że przeszłam pierwszy etap i teraz muszę tylko wykonać próbną redakcję, to mam prawo wierzyć, że drugi etap zależy już ode mnie i moich umiejętności. Ślęczę więc nad tymi stronami... by po odesłaniu pliku przez kolejne kilka tygodni ciszy ze strony oferenta stopniowo znów tracić wiarę w sens swoich starań.
Kiedyś chodziłam na szkolenia dotyczące zachowań na rynku pracy. Uczono mnie tam, że należy wykazać aktywność przy staraniu o pracę, nie tylko wysyłając aplikację, ale też dowiadując się o jej losy. Cóż. To w sumie dobra rada. Pamiętam dwie rozmowy telefoniczne (może było ich więcej, ale dwie zapadły mi w pamięć), które zaoszczędziły mi czasu oczekiwania i stresu. Nie, nie powiedziano mi wprost, ze nie. Ale jeśli słyszy się okrągłe zdania lub – przeciwnie – nerwowe, spychologiczne frazesy, to nie trzeba być Einsteinem, by skumać, o co chodzi. Więc należą się pani podziękowania, pani Mariolu, za tę bezcenną radę. :)

Wiem, że to, o czym piszę, nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach. Możliwe, że moje oczekiwanie na chociaż odpowiedź oraz zdziwienie, że to nie następuje, jest nieco zabawne i świadczy o naiwności. Większość przecież zdaje sobie sprawę z tego typu praktyk. Z drugiej strony, nie wiem, czy to dobrze. Kiedyś mnie tak pocieszano, gdy pierwszy raz straciłam etat: Oj, nie martw się, nie ty jedna jesteś bezrobotna. Wiele osób ma podobne problemy. A mnie właśnie to jeszcze bardziej przybiło. Bo skoro problem jest masowy, to znaczy – poważny. I tym trudniej mi, jednostce, może być sobie z nim poradzić. Podobnie widzę ten problem.
Na znajomym blogu można też co nieco przeczytać o nieskuteczności szukania pracy przez ogłoszenia (zob. TU, po drugie). Podobny temat, wychodzący od przykładu konkretnego wydawnictwa, pojawił się na forum wydawniczym. Rozumiem wszystkie argumenty i w większości zgadzam się z nimi. Tylko… co ja mam robić? Nie wysyłać ofert? Cud tym bardziej się nie zdarzy. Więc próbuję. I czekam, co innego mi pozostało? Ale to jednak trochę przykre…

sobota, 10 maja 2014

Korekcja

Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora wyszła mi zdecydowanie na dobre. Przede wszystkim pozostałam w tej samej tematyce. Nie miałam więc uczucia, że pięć lat studiów – w tym przypadku polonistycznych – całkiem się zmarnowało. Owszem, może niepotrzebnie poświęcałam czas i nerwy na specjalizację nauczycielską… Z drugiej strony, kierunek studiów wybrałam właśnie po to, by móc spełnić swoje marzenie i zostać nauczycielką. Wyszło inaczej, ale przynajmniej mogłam swoje pragnienie zrealizować i przekonać się – chyba wtedy po raz pierwszy – że marzenia często przegrywają z rzeczywistością. Mimo to warto je realizować. (Drugi raz przekonałam się o tym przy Misiu, ale obu sytuacji nie żałuję). Dodatkowym smaczkiem w mojej pamięci jest wciąż wspomnienie o momencie wyboru owej specjalizacji. Na drugim roku studiów, kiedy podejmowało się taką decyzję, na tablicy pojawiło się ogłoszenie, że studenci proszeni są o zgłoszenie, jaką specjalizację zawodową wybrali. Plus informacja, że do wyboru jest tylko nauczycielska… ;)

Te czasy już jednak za mną. Teraz sensem mojego zawodowego życia jest redakcja i/lub korekta. Na początku w tej pracy najwięcej radości dawał mi fakt, że już nie muszę użerać się z rodzicami uczniów. Najgorszy, najkłótliwszy autor jawił mi się jako ideał, bo był dorosły i sam załatwiał swoje sprawy. Co więcej, gdyby powiedział coś niemiłego, mogłabym mu odpowiedzieć – bez strachu, że zostanę wezwana do kuratorium, a rodzice założą sprawę o znieważenie dziecka i spowodowanie u niego traumy psychicznej.
Od samego początku jasne dla mnie było, że z pewnością nowy zawód ma swoją specyfikę, którą stopniowo muszę poznawać. Nie sądziłam jednak, że najtrudniejsze okaże się przyswojenie… nazwy zawodu. Szczerze, nie przywiązuję specjalnej wagi, jeśli ktoś zapyta mnie o jakiś aspekt pracy korektorki. Zresztą, choć wiadomo, że zakres obowiązków redakcji jest większy niż korekty, to jednak jakoś się one przenikają i uzupełniają. Powiedzmy, że na redaktorze spoczywa większa odpowiedzialność za jakość tekstu. Niemniej wielu osobom spoza branży praca nad tekstem – redaktora czy korektora – kojarzy się i tak jedynie z poprawianiem interpunkcji i literówek. To byłoby super, ale jednak zakres zadań jest szerszy. Z drugiej strony, nie zawsze chce mi się wyjaśniać te wszystkie niuanse, bo absolutnie wystarczy mi, że ja wiem, co mam zrobić. (O ile rzeczywiście wiem, bo niestety czasem też się gubię :P).
I wcale nie uważam, że muszę pompować swój prestiż, tłumacząc, ileż to skomplikowanych czynności muszę dokonać, by tekst miał „ręce i nogi”. A jeśli ktoś uważa, że każdy by mógł to robić… No to niech robi. I wtedy się przekona, na ile pytań musi sobie każdego dnia odpowiadać pracujący nad tekstem redaktor bądź korektor. Ile dylematów językowych rozstrzygać, ile razy zgadywać intencje autora – i ile razy czytać dany tekst, by na pewno niczego nie przeoczyć. W tym wszystkim zaś przykre jest to, że końcowy efekt ocenia się często przez pryzmat niewychwyconych usterek. I chociaż udało mi się poprawić wiele kalk językowych, znaleźć błędny frazeologizm i szereg innych drobiazgów, to i tak pamiętane jest, że nie zauważyłam „l” zamiast „ł”. Cóż jednak robić, taka praca…
W wydawnictwach szybko nauczyłam się też, że dobra współpraca między poszczególnymi działami na kolejnych etapach procesu wydawniczego znacznie ułatwia życie. Oczywiście, każdy ma swoją specjalizację i grafik nie powinien kwestionować składni, a ja – sposobu kadrowania zdjęć. Niemniej super, jeśli składającemu tekst nie będzie obojętne, czy wlewa „KÓRA” czy „KURA”, a korektorowi wolno spytać, czy to zdanie ma sens. To ułatwia pracę i służy wspólnemu dobru. Dlatego też, niestety, ale coraz trudniej mi pracować tylko zdalnie. Za to gdy jestem w biurze i mam obok autorów i grafika, to zaraz wszystko idzie sprawniej. Szybciej nanosi się poprawki, podmianki tekstów i korekt idą na bieżąco, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko, że do oficjalnej wersji pójdą teksty niepoprawione. A w końcu wszystkim, którzy nad danym wydawnictwem pracują, zależy, by wszystko było w porządku.

Zdarza się jednak i tak, że trafia się tekst napisany językiem nietuzinkowym. Nie – że błędnym, ale np. specjalistycznym. Lub, jeśli mamy do czynienia z beletrystyką, po prostu oryginalnym stylem. Czasem autor ma swoje wymagania, jak np. (co nie jest tajemnicą) Beata Pawlikowska, która nie życzy sobie – i zaznacza to w każdej swojej książce – aby korekta czy redakcja poprawiała jej interpunkcję. Zdarzyło mi się akurat kiedyś dostać taką książkę do korekty. Na początku było to dla mnie trudne. Ręka mi drżała, by dostawić lub usunąć przecinek… ale nie. Nie wolno, to nie wolno.
Tym łatwiej było mi się z tym pogodzić, że ogólnie jestem zdania, iż autorem książki jest ten, kto ją napisał. Redaktor i korektor mają za zadanie jedynie wyeliminować błędy oraz poprawić usterki. Ewentualnie – zasugerować zmiany, które udoskonalą książkę. Niestety, często spotykało się to z krytyką pracodawców – na zasadzie: za mało pani pozmieniała. (Czyli: nie napracowała się pani...). Jeszcze mogę pojąć, że czasem teksty w zbiorówce muszą prezentować określony styl, np. naukowy. Mimo to, nawet w takim tekście, każdy autor ma ambicję się wyróżnić – nie tylko treścią, ale i sposobem jej przedstawienia. Czasem nawet pytałam się, czy celowo modyfikował frazeologizm, bo np. chciał coś wyakcentować za pomocą zmiany leksykalnej. Najczęściej nie chciał. ;) Z reguły jednak czuł się dowartościowany przypisaniem mu takiej intencji. Generalnie autorzy lubili (i chyba nadal lubią) to, że nie poprawiam ich tekstów a priori, tylko pozwalam na pewną swobodę stylu i dyskutuję, jeśli moim zdaniem przekracza ona słownikowe normy. Miałam kiedyś przyjemność zająć się książką pani Ireny Landau. Autorka osobiście powiedziała mi (a szkoda, że nie mam tego na piśmie…), że jestem dobrym redaktorem. Bo nie piszę za autora. Wydawało mi się to oczywiste, ale to był zaledwie trzeci rok mojej pracy w tym zawodzie, a pierwszy rok miałam do czynienia z tekstami innymi niż specjalistyczne wydawnictwa wojskowe.

Wszystko to przypomniało mi się niedawno, bo… sama przecież zaczęłam pisać. I o ile tu, na blogu, nikt mi się nie wtrąca (czasem tylko dostanę jakąś info o literówce, ale rzadko :P), to ostatnio odesłano mi sprawdzoną przez korektę moją recenzję, pisaną dla „Creatio Fantastica” (wspominam o niej TUTAJ). Ku mojemu zdziwieniu, poprawki dotyczyły głównie interpunkcji. W zasadzie – zlikwidowano mi wielokropki, którymi czasem lubię kończyć akapity. Przejęłam się tym troszkę, bo wiadomo, własny tekst to trochę jak dziecko (a tu nagle ktoś je modyfikuje), ale ponieważ wychodzę z założenia, że na własnych błędach człowiek uczy się najlepiej, postanowiłam to zapamiętać, by w późniejszej pracy własnej tego już nie popełniać. Tylko – tak szczerze – nie rozumiałam, co z tymi wielokropkami jest nie tak. Najprościej zapytać, więc to zrobiłam. Odpowiedź była szybka: „Zdaniem Pratchetta ludzie z zaburzeniami osobowości używają dużo wielokropków”.
Nawet osoby zaburzone mają prawo pisać. ;) A bardziej serio: to nie jest argumentacja. Poza tym korekta i redakcja nie mogą zmieniać czegoś tylko dlatego, że wolą przecinki zamiast półpauzy albo nie lubią jakiejś formy językowej czy interpunkcyjnej. W takiej sytuacji wolno im jedynie zasugerować zmiany, jeśli sądzą, że dzięki nim tekst zyska na jakości. Poprawiać z góry można jedynie ewidentne błędy. (I nawet wtedy autor może się nie zgodzić. Miałam taki przypadek, że autorka nie zgodziła się na odmianę nazwiska węgierskiego zgodnie z fleksją węgierską. Musiałam się zgodzić na rekomendowany przez nią wzorzec angielski, choć wszystko we mnie krzyczało: nieee!). Co do autorytetów zaś, to dla mnie Pratchett nim nie jest. Dla innych nie jest nim Mirosław Bańko z poradni językowej PWN, więc chyba nie jestem aż taka najgorsza…
Piszę o tym nie dlatego, że mam żal o poprawkę. Nie, nie. Wielokrotnie, odkąd pracuję, spotykałam redaktorów z ambicjami. Moim zdaniem – za wysokimi. Ta konkretna sytuacja zmotywowała mnie więc do tego, by wreszcie przedstawić mój punkt widzenia na ten konkretny zawód. Kolejny, który mam okazję poznać z obu stron. To bardzo wzbogaca i pomaga się doskonalić, a zyskują na tym przecież wszyscy.

Praca nad książką jest ciekawa, ale żmudna i czasochłonna, i naprawdę nie można jej porównywać ze sprawdzaniem wypracowań w szkole. (Bo wypracowanie niestety trzeba po sprawdzeniu ocenić – a później z tej oceny tłumaczyć się przed zdenerwowanym, i to bynajmniej nie na własne dziecko, rodzicem). Ale ani przez moment nie żałuję, że tym się zajęłam. W ostatecznym rachunku przyczyniam się przecież do udoskonalenia sztuki, tym samym – stając się jej częścią. Wiem też, że dzięki mnie czytelnik nigdy nie będzie zmuszony przecierać oczu nad bzdurkami, jakie z różnych powodów mogą pojawić się w tekście. Na przykład takimi  lub takimi (ta strona będzie w miarę możliwości rozwijana). J

czwartek, 8 maja 2014

Byłam kobietą z klasą

Kiedyś miałam klasę. Dawne dzieje...



Ale wreszcie nadszedł ten wielki dzień i porzuciłam pracę w szkole, myśląc, że będzie już tylko piękniej. Nie, żebym tak bardzo znów nie lubiła uczyć. Przeciwnie, do dzisiaj mam w sobie imperatyw dokształcania ludzi wokół. To niestety spotyka się z różnymi reakcjami. Często bowiem bywa, że gdy ośmielę się poprawić jakąś błędną formę wypowiedzi, widzę co najmniej sceptyczną minę lub słyszę sympatyczną ripostę: „Oj tam, oj tam, nie bądź grammar nazi”. Nie jestem. I nie pracuję dwadzieścia cztery na dobę. Owszem, zauważam błędy (najczęściej na piśmie), ale muszą być wyjątkowe, żebym zwróciła na nie większą uwagę. (Kiedyś dostałam maila zaczynającego się od „Czejść”. Przysięgam). Na ogół jednak nie czytam maili ani wypowiedzi na czacie przez pryzmat słownika. Ba, czasem sama zrobię błąd – i to nie zawsze specjalnie.;) A poprawiać ośmielam się zazwyczaj osoby, które lubię i na których mi zależy. Nie robię tego jednak ze złośliwości, lecz kieruje mną troska i mam na uwadze wyłącznie ich dobro.
Podobnie chętnie opowiadam w ogóle o wszystkim, co wiem. Nie traktuję swojej wiedzy jako tajemnej – może błąd. Ja jednak nie widzę problemu, by podać swój zmodyfikowany i dzięki temu łatwiejszy (moim zdaniem) przepis na ciasto czy patent na oszczędzanie.;) Przeciwnie, cieszę się, że mogę na coś się przydać, być pomocna, rozwinąć czyjąś pasję czy ułatwić wykonywanie obowiązków. Dotyczy to również wiedzy zawodowej, choć często zdaję sobie sprawę, że to jednak w pewnym sensie wykorzystywanie mnie. Wiedza ta jest bowiem ogólnodostępną, tylko nie zawsze chce się zajrzeć do słownika.
Uwaga: nie znaczy to, że uwielbiam wykonywać zadania za kogoś. Przeciwnie, jako wciąż duchem nauczycielka staram się raczej przekazać umiejętność, pomóc ją nabyć czy rozwinąć. Natomiast robić za kogoś nie lubię i nie chcę.
Niemniej praca nauczyciela to nie tylko samo przekazywanie wiedzy. To niestety również papierologia, biurokracja, nieustanne użeranie się z rodzicami i uczniami – a zmieniły się role: teraz uczniowie mają prawa, nauczyciele zaś obowiązki. To także praca domowa, obszerna zwłaszcza  w przypadku nauczycieli przedmiotów humanistycznych. A ja nie mogę jej nie odrobić i po prostu zgłosić nieprzygotowania… I jeszcze jeden myk: kompletnie dla mnie niezrozumiały model nauczania. Zgadzam się, że należy uczyć nie tylko konkretnej wiedzy, ale i umiejętności. Tylko że wydaje mi się, iż obecnie środek ciężkości przesuwa się w kierunku usprawniania umiejętności na niekorzyść zdobywania wiedzy. „Po co wkuwać na pamięć, gdy wszystko w tej chwili jest powszechnie dostępne? Uczmy lepiej, jak rozumieć te fakty, jak je selekcjonować”. Świetna idea, tyle że jak większość z nich – w praktyce wygląda inaczej. Wydaje mi się bowiem, że większość umiejętności jednak należy ćwiczyć na bazie jakiejś wiedzy jednak… Tyle że znowu zgadzam się, że program nauczania – a już lektur zwłaszcza – należałoby zmodyfikować. Naprawdę.
Któregoś dnia, kiedy uczyłam w ostatniej mojej szkole, a było to jedno z najlepszych warszawskich liceów, zostałam zapytana, po co mamy omawiać jakiś tekst. Fałszywe zapewnienia o konieczności i pożytku lektury ugrzęzły mi w gardle. Nie umiałam powiedzieć tego kłamstwa. Natomiast nie mogłam powiedzieć też, że po nic. Doskonale rozumiałam uczniów, że nie widzą sensu w czytaniu sonetów Sępa-Szarzyńskiego czy Pamiętników Paska. Bo oczywiście, dla pasjonującego się epoką humanisty będzie to ciekawa lektura, ale komu poza tym się przyda? Czemu w szkołach multum czasu traci się na lektury dinozaurów i nigdy prawie nie wystarcza czasu na teksty współczesne – rozumiane jako literatura powojenna, czyli Różewicz, Miłosz i Nałkowska? Zajrzałam sobie jeszcze do kanonu lektur dla maturzysty, posiedziałam na ustnych maturach, wysłuchałam prezentacji – i zrozumiałam, że nie mogę być dalej nauczycielką.
Plusem tej decyzji był fakt, że wreszcie przestałam żyć rytmem roku szkolnego i nie musiałam już odrabiać prac domowych, minusem – konieczność znalezienia innego zawodu. I pracy. Miałam wprawdzie przygotowanie do zawodu redaktora/korektora – poświadczone dyplomem z uczelni – ale to dopiero pierwszy krok. Zaczęłam rozglądać się za praktykami zawodowymi, na szczęście parę osób mi pomogło i jakoś weszłam na ten rynek. Na którym z mniejszymi lub większymi sukcesami, ale trwam.
I w zasadzie o tej pracy redaktorskiej miałam dzisiaj napisać, ale to już może następnym razem, żeby nie mieszać tematów. ;)


czwartek, 1 maja 2014

Święto Pracy

Od wczoraj jestem trochę… zdenerwowana. Bo nie wypłacono mi w terminie należnych pieniędzy i nie wiem, kiedy to nastąpi.
Nie chcę, żeby ktoś uważał mnie za materialistkę, ale za pieniądze się – jak do tej pory – żyje. Zatem nie ma co sobie mydlić oczu, że są ważniejsze rzeczy i powinno się wznosić ponad wstrętną mamonę. Zgadzam się, że powinna być ona środkiem do wielu celów, nie celem samym w sobie. Jednak bardzo trudno koncentrować mi się na strawie duchowej, gdy ta zwykła, codzienna, musi być za każdym razem szczegółowo przemyśliwana, by nie odbiło się to na zdrowiu.
Bezrobocie w kapitalizmie to w sumie nic zaskakującego. Państwo nie ma obowiązku gwarantować posad i części ludzi to odpowiada. Nie wnikam w te upodobania, bo nie stykam się z takimi osobami. Natomiast znam coraz więcej freelancerów, którzy cenią wolność pracy poza etatem, i sama powoli wchodzę do tej grupy. Na razie jedną nogą. Jedną zarazem wychodząc z grona stricte bezrobotnych. Nie muszę już bowiem dramatyzować nad swoją sytuacją zawodową. Powoli się ona prostuje, jakieś zlecenia się pojawiają, zaczynam wyrabiać sobie – choć z mozołem, ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo – nazwisko i znajomości w swojej branży. Niestety, za ilością propozycji potencjalnych zleceń często nie stoją pieniądze. I tu właśnie zaczyna się mój – nazwijmy to elegancko – nerw.
Mówi się, że obecnie mamy rynek pracodawcy. Oznacza to, że pracobiorca musi poddać się pewnym, często mniej atrakcyjnym dla niego warunkom, jak rodzaj umowy czy kwota wynagrodzenia. I ludzie się godzą na więcej rzeczy, niż może by chcieli – bo muszą zarobić. A zdecydowana większość jednak uważa, że czasem lepiej zarobić mniej, ale w ogóle coś zarobić. Jaki jest tego efekt? Otóż pracodawcy zaczynają obniżać kwoty świadczeń – ale nie obniżają wymagań. Czasem nawet je podwyższają. Dlaczego? Bo zawsze przyjdzie ktoś, kto na takie warunki się zgodzi. Że czasem idzie za to osłabienie jakości? Cóż, w takim razie tego się zwolni, a znajdzie kogoś, kto poprawi – za pół ceny albo w ramach stażu…
I znów nie to jest jeszcze dla mnie najgorsze. Nie mogę zgodzić się na to, że mimo śmieciowych warunków – umowy i wynagrodzenia, a też niekiedy specyficznie rozumianego komfortu pracy – dający pracę domaga się za to niewolniczego poddaństwa. Ja rozumiem to tak: ktoś daje mi możliwość zarabiać, więc owszem, fajnie – ale pieniądze dostaję nie od instytucji charytatywnej, a od człowieka, dla którego coś wykonuję. Dzięki mojej pracy, za którą mi płaci, on ma zysk. Więc jesteśmy kwita. Nie czuję potrzeby zachowywania się w sposób uniżony i wiernopoddańczy. Moim zdaniem wystarczy zwykła kultura. Nie rozumiem oczekiwania, że będę bez słowa znosić wielkopańskie fanaberie „szefa” – bo to żaden szef, tylko zleceniodawca. W pracy etatowej też nie rozumiem obowiązku służbowego, polegającego na wazeliniarstwie. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, każdemu należy się szacunek, niezależnie od tego, co robi. Natomiast jeśli ktoś próbuje się poczuć ważny za pomocą tego, że zatrudnia na umowę zlecenie, a potem każe de facto żyć w rytmie dnia etatowego ósma szesnasta – niezależnie, czy jest co robić, czy nie ma – to jak dla mnie mija się z celem. Nie jest wcale ważniejszy, chyba że liczy się tylko ranking wśród podobnych jemu bufonów.
Znoszenie takich zachowań to jedno. Można je pominąć milczeniem, najwyżej raz na jakiś czas gdzieś sobie ulżyć – wpisem czy rozmową przez telefon albo na fitnessie. Drugim przykrym aspektem jest niestety sprawa pieniędzy, a dokładniej ich wypłacania... Rzadko, ale zdarzało mi się, że trafiałam na nieuczciwych zleceniodawców. Tylko jeden po prostu nie zapłacił mi za wykonane zlecenie – kwota powyżej dwóch tysięcy. Mój błąd być może, że dopuściłam do wzięcia zlecenia bez zakończonej procedury formalnej, ale była to dotychczas zaufana instytucja. Zresztą – mój błąd, ale wciąż ich oszustwo. Częściej jednak zdarza się, że zleceniodawcy nie dotrzymują terminów płatności i odwlekają je najdłużej, jak tylko się da. Jeśli ktoś żyje z małych pieniędzy, to dla niego ma to duże znaczenie… Pół biedy, jeśli ktoś mnie na czas poinformował, że z takich czy innych powodów płatność się opóźni. Ale zdarzało mi się, że na konto umowy pożyczałam na krótko pieniądze (niepłacenie rachunków w terminie to zbyt kosztowny luksus), bo wiedziałam, kiedy i z czego je oddam. I co potem miałam zrobić? Jestem osobą przyzwoitą, pożyczałam najczęściej (jeśli już musiałam) od bliskich osób, znających moją sytuację. Ale co z tego? Mnie było wstyd, choć nie ja powinnam go czuć.
Potrafię gospodarować pieniędzmi, nawet jeśli mam ich mało (niedługo zresztą będzie o tym wpis). Nie rozumiem jednak, dlaczego jeszcze o te grosze muszę się upominać. To nie są prezenty, tylko wynagrodzenie za moją pracę. Czy w takim razie lepiej będzie, jak stanę i wyciągnę rękę? Albo poszukam sponsora? Najgorsze, że nie potrafiłabym ani jednego, ani drugiego. Zostało mi uczciwie żyć i liczyć na taką zapłatę. Jeśli możliwe, jeszcze na tym świecie... ;)