Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 czerwca 2017

Sernik i duma

Któregoś dnia – dawno temu, gdy byłam mała –  przyszła mi do głowy niesamowita myśl. Patrzyłam bowiem na moją mamę, która wykonywała kolejną z miliona czynności domowych i w duchu zadałam sobie pytanie: skąd ona wie, co powinna robić i w jakiej kolejności? Przecież nikt jej tego nie mówi, sama podejmuje decyzje. Z poziomu dziecka w szkole podstawowej wydawało mi się to czymś wręcz fascynującym. Potem, już starsza, ale wciąż niesamodzielna, zastanawiałam się, jak ja sobie poradzę w życiu, skąd będę wiedziała na przykład, co gotować na obiady. Przecież potencjalny mąż, którego wtedy nawet nie umiałam sobie wyobrazić, mi tego nie powie. No bo skoro ja – kobieta, więc stworzona do tego przez naturę – nie wiem, to skąd facet ma takie rzeczy wiedzieć? Albo, co gorsze, będzie wiedział, zadysponuje potrawę, a ja nie będę umiała jej przygotować. I co wtedy? Pomysł, że sam może sobie zrobić, albo że można po prostu kupić, nie przyszedł mi do głowy. ;)
Od tamtego czasu minęło już sporo lat, nabyłam trochę doświadczenia życiowego i nawet umiem gotować. ;) Wciąż jednak zdarzają mi się takie rozkminki, które pokazują, że sztuka prowadzenia domu, choć nie jest to szlachecki dworek ze służbą, a zwykłe mieszkanie w mieście, wydaje mi się czymś znacznie bardziej skomplikowanym i zasługującym na uznanie niż praca zawodowa. W końcu nie ma obecnie szkół, które edukowałyby młode panienki pod kątem nie tylko gotowania (od biedy można by za takie uznać szkoły kucharskie), ale właśnie ogólnie prowadzenia domu. Nieraz „zawieszam się” podczas którejś z prac domowych, bo nie wiem, jak to ogarnąć, i cichutko marzę, by ktoś przyszedł i mi to wszystko po prostu zadysponował…
No, prawda jest taka, że gdyby ktoś się ośmielił coś takiego zrobić, na pewno nie byłabym szczęśliwa. :D Lubię dom, lubię o niego dbać, a najbardziej jednak chyba lubię gotować. W dzisiejszych czasach nie trzeba mieć książki kucharskiej, bo pełno w internecie wszelkiego rodzaju blogów kulinarnych, przepisów, można obejrzeć zdjęcia czy wideo, jak wykonać po kolei potrawę. Kiedyś tego nie było i jeśli mama nie nauczyła, to potem mogło być trudniej. ;) Na szczęście żyję tu i teraz, więc mogę korzystać z wszelkich tego typu porad, kiedy tylko chcę i mogę. A sprawia mi to olbrzymią frajdę i pomaga też odpocząć od nudnych godzin przy komputerze.
Mam niesamowitą radość, kiedy przyrządzę potrawę, której smak pamiętam jeszcze z dzieciństwa, albo upiekę coś, co do tej pory jawiło mi się jako arcydzieło sztuki cukierniczej. ;) Oczywiście, mam na to czas – pewnie byłoby z tym wszystkim inaczej, gdybym pracowała na etacie, miała dziecko i jeszcze milion innych obowiązków (niech każdy wstawi, jakie mu pasują). Ale ja mogę sobie pozwolić na pół dnia w kuchni – to sobie nie żałuję. :D
Najnowszą frajdą jest dla mnie odkrycie, że umiem upiec sernik. :D Taki prawdziwy, nie na zimno z torebki. ;) Przepis wzięłam z tego bloga, choć muszę powiedzieć, że mam lekką rękę do stosowania ilości składników, ale nie dlatego, że jestem tak zadufana, tylko rzadko kiedy chce mi się tak wszystko idealnie odliczać. Przepis jest dobry i ciasto smakowało wszystkim domownikom. Malutka foremka, ale to prawdziwy, tradycyjny sernik. I jestem z niego dzisiaj bardziej dumna niż ze znajomości InDesigna. ;)

(Nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo sernik został zjedzony szybciej niż powstał ten wpis).

poniedziałek, 29 maja 2017

Ile może być Rubikonów?

Pisałam już na blogu o zmianach – np. tu lub tu. Pisałam o trudnościach, jakie się z tym wiążą, ale przede wszystkim – o motywacji do zmian. Zacytuję sama siebie: „Pierwszym etapem dobrej, mądrej i trwałej zmiany jest uświadomienie sobie tej chęci. Potem – szybciej lub wolniej – przebywa się kolejne etapy, by wreszcie osiągnąć cel”. W poprzednim poście wspomniałam, że ostatnie dwa lata były dla mnie rewolucyjne. Co się do tego przyczyniło?
Może najpierw zmiany zawodowe – chyba łatwiej o tym pisać. ;) No i przyczyny są łatwiejsze do określenia. Odkąd skończyłam studia, nieustannie byłam związana z językiem polskim – najpierw jako nauczycielka, potem jako redaktor językowy/korektor. Nie każdy może powiedzieć o sobie, że pracuje w zawodzie wyuczonym, a ja byłam dumna, że mi się tak udało. Oczywiście, niczym złym jest praca w zupełnie innej branży, nie to chcę powiedzieć. Po prostu byłam szczęśliwa, że spełniają się moje marzenia. Wprawdzie to też troszkę naciągane, bo poszłam na polonistykę zasadniczo po to, by uczyć w szkole. Nie wyszło mi to marzenie. Podjęłam decyzję o przekwalifikowaniu się, bo jako nauczycielka czułam się niespełniona. Wciąż miałam uczucie, że moja praca pozostawia dużo do życzenia, że po prostu nie umiem uczyć. To było bardzo frustrujące, a jednocześnie ogromnie męczące. Zarazem uważałam – i wciąż tak myślę – że zawód nauczyciela to przede wszystkim powołanie, pasja, która wymaga poświęceń, która jest ogromnie odpowiedzialna. Czułam ogromny ciężar, gdy uświadamiałam sobie, że nie jestem w stanie temu podołać. Chyba to była jedna z pierwszych decyzji, polegająca na – uwaga! – rezygnacji z marzenia. Realnie oszacowałam swoje umiejętności i potrzeby, i zrozumiałam, że w tym miejscu nie mam czego szukać.
Co było najtrudniejsze? Uświadomienie sobie tego, a następnie – pogodzenie się z tym. Co było prostsze? Poszukanie nowych możliwości. Dlaczego nie uważam tego za bardzo trudne? Bo szukałam w sobie i zależało to tylko ode mnie. Nie od innych. Oczywiście, ponowne „wbicie się” na rynek zawodowy z innym fachem, gdy moi koledzy i koleżanki z roku już zdobyli doświadczenie i wyprzedzili mnie w zawodzie, było trudne. Nie ukrywam, że ktoś mi pomógł znaleźć pierwsze stanowisko. Ale to ja chciałam, ja szukałam, ja się wreszcie dokształcałam i goniłam tych bardziej doświadczonych. To mi dawało siłę, że sobie poradzę. Zresztą, wciąż bazowałam na latami gromadzonej wiedzy – jako redaktor i korektor mogłam (a nawet musiałam) wykorzystywać nabytą wiedzę z zakresu gramatyki ortografii czy interpunkcji. Resztę, czyli technikę zawodu, szlifowałam w praktyce, a doświadczenie przychodziło z każdym kolejnym tekstem.
Dzisiaj nadszedł czas, by powtórzyć to działanie. Od kilku lat pracowałam właściwie tylko jako freelancer, co brzmi może nawet i fajnie, ale konkrety są już często mniej przyjemne. Czyli: brak pewności, że praca (a więc i zarobek) będzie, nieprzewidywalność finansów, trudność w planowaniu czasu wolnego. Bywały miesiące, że z trudem udało mi się otrzymać jedno zlecenie, bywały i takie, że nie wiedziałam, jak zmieścić się w czasie. Oczywiście są i plusy – nienormowany czas pracy, możliwość pracy w domu (co też bywa ambiwalentne), ale najważniejszym – jednak – minusem dla mnie była niestabilność.
I ta właśnie niestabilność sprawiła, że mam jej serdecznie dość. Ponieważ przez lata zdobywania zleceń byłam wciąż aktywna na rynku zawodowym, dostrzegam w tym fachu raczej regres. Redakcja i korekta są już najczęściej outsourcingowane, rzadko zdarza się umowa inna niż cywilno-prawna (o działalności gospodarczej nie wspominam, bo uważam, że zarobione pieniądze są na to zbyt małe), o etatach można praktycznie zapomnieć. Trudno mi jednak było znaleźć w obszarze swoich zainteresowań, umiejętności i kompetencji coś, na czym mogłabym zawodowo bazować. Ostatnią ścieżką, jaką widziałam, było dziennikarstwo, ale co ja na to poradzę, że nie lubię pisać? ;) Naturalnie, na zamówienie. :D
Ale przekroczyłam Rubikon kolejny raz. Powiedziałam sobie, że muszę coś zmienić. Chcę coś zmienić. I teraz jest ten czas, by to zrobić.



Jestem teraz w o tyle lepszej sytuacji, że wciąż mogę pracować nad tekstami, nie muszę z nich rezygnować całkiem, tak jak zrezygnowałam ze szkoły. Przyczyny też są inne – nie czuję się gorsza od innych, może nawet wręcz przeciwnie. Chcę żyć tylko jak człowiek, mieć grunt pod nogami, który jednak umowa o pracę daje – bo daje możliwość zaplanowania urlopu, bo organizuje dzień, tydzień, rok, bo pozwala na bycie wśród ludzi. Chcę wiedzieć, że jeśli nawet zarobię najniższą krajową, to będę mogła tych pieniędzy co miesiąc być pewna.
Jeszcze nie mam nowego zawodu. Na razie poszłam na studia i to kompletnie z nie mojej dotychczasowej bajki. Znalazłam się jednak w miejscu, które może mi dać wiele satysfakcji, w którym będę mogła się zrealizować, które na pewno będzie dla mnie wyzwaniem. I w którym wykorzystam umiejętności, jakie mam, a jakich do niedawna nawet nie byłam świadoma.
I nie tylko ja to potrafię zrobić. Każdy może zmieniać swoje życie. Pomału albo gwałtownie. Często nie zależy to do końca od nas. Łatwiej chyba, gdy ma się wsparcie. Ale siły i chęci do zmiany muszą być w tym człowieku, który chce je przeprowadzić.

A odpowiadając na pytanie zawarte w tytule wpisu – najlepsze jest właśnie to, że jeśli otworzymy się na te zmiany, przestaniemy się ich bać, to nie muszą być one ostateczne i definitywne. Przecież jeśli coś się nie uda albo zaistnieją nowe okoliczności – znowu będzie można coś z tym zrobić. :)

poniedziałek, 22 maja 2017

Idzie nowe

Prawie dwa lata mi zajęło, żeby spróbować wrócić do bloga. Chociaż od samego początku był to mój niezależny, niewymuszony przez nikogo pomysł, nie byłam w stanie kontynuować tego projektu. W moim życiu zaszło tyle zmian, że nie sądziłam, że jest to możliwe w życiu. Na przestrzeni lat dziesięciu – jeszcze, ale dwóch? Trudno mi więc było podjąć jakikolwiek temat, gdy życie osobiste i zawodowe wirowało, pulsowało, dynamicznie zakręcało, by znów pobulgotać i na chwilę przycichnąć...
Jedyną stałą są dwa koty. :) Tak, Kocio i Fruzia mają się dobrze, chociaż mam wrażenie, że Fruzia przeszła/przechodzi podobną ewolucję jak ja. No, może nie aż na tylu płaszczyznach, ale podobnie jak ja musiała przystosować się do nowych sytuacji, które - chociaż dobre - stanowią jednak zmianę, a mam wrażenie, że obu nam zmiany przychodzą niełatwo. Mniej łatwo. :) Wyszłyśmy jednak z tego silniejsze, doroślejsze ;) – i może nawet obie wyładniałyśmy. :P

W każdym razie życie powoli znów się stabilizuje, nowości zaczynają być dniem codziennym, więc jest dobrze – i znów można zacząć pisać. O tych zmianach, o planach na przyszłość, wciąż o koteckach. :) O Gąsce i jej niesamowitych perypetiach. A także o placku z rabarbarem i – kto wie? – o Google Analytics. :D

środa, 27 maja 2015

Po co się zmieniać?

„Pytanie na śniadanie” jest niezłym źródłem inspiracji dla nowych wpisów. ;) Dzisiaj słuchałam krótkiej rozmowy o zmianach w naszym życiu. Wiadomo, że są konieczne, ale decyzja o ich podjęciu już bywa trudna. Pisałam już o tym w poście Mądre zmiany. Wtedy jednak zastanawiałam się nad konkretnym problemem – zmianą weterynarza, a przy okazji wysnułam parę refleksji na ten temat. Poza dyskusją pozostawał dla mnie jednak wtedy fakt, że jeśli coś niedobrego dzieje się w naszym życiu, nie należy w tym tkwić. Co innego – ulepszać coś, co w sumie nie jest najgorsze, za to znajome i bezpieczne.
Ale w dzisiejszym programie dyskusja toczyła się wokół faktu, że ludzie często tkwią w sytuacjach, które nie są dla nich komfortowe. Wtedy powinno być oczywistym, że trzeba coś zrobić. Tymczasem wielu z nas nie podejmuje żadnych działań. To nie jest aż takie trudne do pojęcia. Czasem po prostu wydaje nam się, że nie mamy wyjścia. I tkwimy w pracy, biurko w biurko z nielubianym, uciążliwym współpracownikiem, jeździmy na wykańczające nas psychicznie spotkania rodzinne, umawiamy się na randki z kimś, kto nie spełnia naszych oczekiwań. I znajdujemy wytłumaczenie dla takiego postępowania – bo przecież musimy tu pracować, bo przecież z rodziną trzeba się widywać, bo przecież powinnam z kimś się związać, a życie to nie bajka czy telenowela. Męczymy się, pocieszając się, że każdy musi mieć w życiu swój krzyż.
Nie wiedziałam jednak, i to była nowość z dzisiejszego programu, że są ludzie, którzy w takich sytuacjach tkwią latami dla własnej korzyści. Tak: korzyści. Profitem jest to, że mają na co narzekać, a więc w pewien sposób czują się uprzywilejowani i mogą patrzeć z góry na innych. „Patrz, jak mi źle w życiu”, „Zobacz, jaką jestem męczennicą/bohaterką” – tak mówią do innych lub do siebie w myślach te osoby. A otoczenie, które wie o tych problemach, musi odnosić się do takich cierpiętników delikatniej, uważniej, ostrożniej – bo przecież ich życie jest takie trudne…  A gdyby te osoby pozbyły się problemu, musiałyby z tej uwagi otoczenia zrezygnować.
Oczywiście, na nic wszystko, jeśli nie ma kto podziwiać tego „cichego bohaterstwa”. Zawsze jednak znajdzie się życzliwe ucho, bo przecież lubimy słuchać o cudzych problemach – wtedy możemy myśleć o sobie i swoim życiu lepiej. A jeśli już wykończymy tym marudzeniem najbliższe otoczenie, wtedy zawsze możemy pójść do psychoterapeuty. Lub do zwykłego lekarza. I tam, w poczekalni, przed wizyta, ponarzekać do czekających w kolejce pacjentów.


Oczywiście, nie oznacza to, że wszyscy, którzy mają problemy, cieszą się nimi. I nie każda sytuacja ma łatwe rozwiązanie. Jednak ja osobiście zastanowię się nad sobą i tym, czy nie jestem zbyt przywiązana do moich życiowych trudności. ;)

czwartek, 11 grudnia 2014

Święta za pasem

Mam wrażenie, że grudzień to najkrótszy miesiąc w roku. Teoretycznie ta obserwacja się nie zgadza, bo przecież to luty ma najmniej dni. Jednak nie chodzi mi o formalny kalendarz. W grudniu żyjemy czasem „do świąt”. Wszystko, co planujemy, odliczamy „do świąt”: pilniejsze prace, zakupy, porządki, wydatki… Tak jakby po 24. czas miał się zatrzymać…
W sumie tak jest. Mimo że po świętach jest jeszcze parę dni roboczych, mimo że nie wszyscy biorą urlopy (a nauczyciele są do dyspozycji dyrekcji i rodziców), to każdy, kto próbuje coś załatwić w tym czasie, odbija się od miękkiej ściany. Zdecydowana większość terminów różnych spraw (nie mam na myśli tych, które nas obowiązują) jest przesuwana na „po Nowym Roku” (taki zapis, gdyż tutaj w znaczeniu: 1 stycznia). Ba, w tym roku to w ogóle będzie szaleństwo, bo 6 stycznia blisko 1., a dni w tygodniu ułożyły się bardzo długoweekendowo. ;)
Oczywiście to zrozumiała tendencja. Staramy się wygospodarować jak najwięcej wolnego czasu dla siebie i bliskich. Przecież święta to taki rodzinny czas, gdy wreszcie możemy się spotkać i nacieszyć własnym towarzystwem. Naturalnie, za dobrze zastawionym stołem. Nie tylko w miarę naszych możliwości, bo idea „zastaw się, a postaw się” (swoją drogą, słyszałam z ust jakiejś celebrytki to powiedzenie w odwrotnej kolejności. Uśmiałam się) w narodzie wciąż żywa. Stąd nie tylko sklepy dobrze zarabiają w grudniu, ale i inne lichwiarskie instytucje, udzielające „chwilówek”, mają niezły zysk. To także nic dziwnego, że ludzie chcą się przez moment poczuć lepiej, zresztą często nie chodzi im o nich samych, ale o dzieci czy na przykład starszych rodziców.
Ten pośpiech mnie jednak drażni. Nie każdy przecież po świętach może kontynuować błogie lenistwo – czy to w domu, czy na wyjazdach. Zresztą, tak naprawdę, to chyba mniejszość może sobie na to pozwolić. Większość wraca do pracy. Dlaczego zatem tak na siłę upychamy w czasie wszystkie czynności?
Jedyne wytłumaczenie, jakie znajduję, jest takie, że chcemy rozpocząć święta w poczuciu, że wszystko jest już uporządkowane. Że mamy nie tylko wytrzepane dywany czy umyte okna, ale o niczym nie musimy pamiętać, o nic się martwić. A poza tym tak blisko koniec roku, naturalny moment do sporządzania bilansów – i tych księgowych, i tych życiowych. Rozumiem powód pośpiechu przy tych pierwszych, ale powinien przecież dotyczyć tylko tej grupy zawodowej. Że jestem elementem tej pracy – cóż. ;) Co do bilansów życiowych natomiast – nie ma się co tak wyrywać, zdążymy… :D
Tak naprawdę jednak myślę, że w tym pośpiechu nie mamy czasu zastanowić się nad jego prawdziwą przyczyną. Tak po prostu jest. Życie jest szybkie, coraz szybsze, a my chcemy zdążyć ze wszystkim. Wywiązać się z roli pracownika, domownika, organizatora itp. Zamiast jednak modyfikować zwyczaje, dokładamy sobie kolejno nowe obowiązki. Bo tak ma być.
Tak jak na przykład sprawa przedświątecznych porządków. Jest jakaś presja i nawet jeśli sprzątasz cały rok, to przed świętami musisz się umęczyć dodatkowo. Żeby lepiej poczuć święta. Są oczywiście rzeczy, które robi się rzadziej – mycie okien, trzepanie dywanów. Ale przed świętami trzeba to zrobić dokładniej. Nie jestem perfekcyjną panią domu. Ba, nawet nie zamierzam nią być. (Zresztą mam dwa koty, więc nawet gdybym miała takie ambicje, musiałabym je sobie schować do kieszeni). Nie wiem, czy ktoś mnie odwiedzi, ale zapraszam jedynie osoby, które przychodzą do mnie, a nie na kontrolę czystości. Zresztą, zapraszałabym nawet teraz, w ten przedświąteczny okres, do pokoju jeszcze bez nowych firanek – czekam z powieszeniem na święta. No właśnie... Jednak wychowanie bywa czasem silniejsze niż zdroworozsądkowe przemyślenia. I chociaż za każdym razem obiecuję sobie, że w tym roku podejdę do tego spokojnie, to… jakoś mi głupio, że nie stoję w kolejkach, nie odsuwam łóżek, nie zdjęłam już firanek i nie zapycham lodówki kolejnymi przysmakami. (I na koniec dnia nie padam na nos).
Ale kiedy już wszystko jest uprane, wymyte, przebrane, czyste, a z mieszkania na korytarz unosi się cudowny zapach świątecznych potraw, bywamy zazwyczaj tak zmęczeni, że nie mamy już siły na świąteczną atmosferę. Co gorsza, nie mamy siły na atmosferę zwyczajną, całoroczną. Zmęczenie powoduje, że siadamy do świątecznego stołu z najbliższymi, na których nie mamy ochoty patrzeć – i nie mamy siły tego ukryć.

Nie namawiam do luzu, polegającego na spędzaniu świąt w brudnym mieszkaniu. Nie namawiam do zachowania sił na udawanie miłości do bliskich. :D Ale myślę, że czasem warto spróbować zwolnić. Wiem, że nie jest to łatwe. Może jednak warto się nad tym choć trochę zastanowić. I postanowić, że – jeśli nie zdążymy nic zmienić w tym roku – to w przyszłe święta będzie już zupełnie inaczej.

sobota, 1 listopada 2014

Pamięć

Kolega miał parę dni temu urodziny. Oczywiście pospieszyłam (forma pośpieszyłam też jest poprawna) z życzeniami. Zadzwoniłam i chwilę pogadaliśmy, między innymi właśnie o tym, co sądzimy o obchodzeniu różnych świąt własnych. Ja osobiście bardzo lubię celebrować wszelkiego rodzaju okazje, swoje i nie swoje (nawet jeśli czasami niektórzy uważają je za naciągane. No to co?). Nie sprawia mi szczególnej trudności pamiętanie o datach – w końcu od czego kalendarze i przypomnienia? ;)
Ten sam kolega (od urodzin) kiedyś pisał, że nie lubi wymuszonego okazywania uczuć – tylko dlatego, że okoliczności tego wymagają. Oczywiście, że ma rację, twierdząc, że nie powinno się z tym czekać do konkretnego dnia i traktować tego zadaniowo. Ale z drugiej strony, jak bez powodu dostajemy od drugiej połówki prezent, to zamiast się cieszyć, patrzymy podejrzliwie i zastanawiamy się, co takiego próbuje nam zrekompensować. Nie jest tak? J A wśród znajomych? Jeśli bez powodu, znienacka, powiem koleżance, że dzisiaj spełniam jej życzenia, płacę za rachunek lub wręczam spontaniczny prezent, ot tak, to zamiast radości robię jej kłopot. Bo pewnie czegoś chcę, bo może oczekuję rewanżu, bo widać próbuję zacieśnić relację, bo nie wiadomo co… A im relacja dalsza, tym dla wszystkich kłopotliwsza.
Toteż uważam, że należy korzystać z okazji, jak tylko się da. Prawdę mówiąc, urodziny uważam za święto bardzo osobiste i nie zawsze oczekuję życzeń ani sama nie mam pewności, czy komuś je składać. Jeszcze dawniej, w prehistorycznych czasach, gdy nie było serwisów społecznościowych, ba – internetu nie było (mam na myśli powszechny dostęp) – takie daty faktycznie znali (albo i nie, ale mówię o założeniu) najbliżsi. Teraz wystarczy sobie ustawić odpowiednią opcję, a będzie o tym wiedzieć każdy.

Ale nieważne, jaka okazja, ważne, że jest. Wtedy jest dobry moment, by zadzwonić z miłym słowem, kupić miły drobiazg…  A już tak naprawdę w tym wszystkim najważniejsze jest to, by o tym kimś nie tylko pamiętać, ale mu to okazać. I właśnie dlatego o tym dzisiaj piszę. Bo dzisiaj i jutro wspominamy i odwiedzamy na cmentarzach tych, którzy odeszli od nas na zawsze. Możemy im zapalić znicze, położyć kwiaty na grobie, pomodlić się za nich, westchnąć… ale już nie pójdziemy z nimi na zakupy, piwo czy do kina. Nie przeprosimy za zaniedbania, nie przytulimy, nie wywołamy uśmiechu na twarzy i łez szczęścia w oczach. To są truizmy, ale warto je sobie czasem przypomnieć. I coś zmienić. Również po to są święta: by przystanąć na moment i zastanowić się nad tym, co akurat dla nas ważne. A może nie tylko dla nas?




...A jeśli ktoś nie zapalił dzisiaj światełka na cmentarzu, może symbolicznie uczynić to TUTAJ

wtorek, 9 września 2014

Mądre zmiany

Zastanawiam się nad zmianą weterynarza. A właściwie – przychodni weterynaryjnej. Ciocię Anię dalej lubimy, ale ten Wetmedic jest jednak stosunkowo daleko. No dobrze, nie na końcu świata i jednym autobusem da się dojechać. Tyle że nie jest to jakaś specjalistyczna przychodnia, a moje koty też na razie nie potrzebują wyszukanych konsultacji (odpukać). Ot, szczepienia i odrobaczenia. Więc właściwie może sensowniej będzie poszukać sobie jakiejś lecznicy na osiedlu? Po co jeździć? Ani to dla kota wygodne, ani dla mnie przyjemne, zwłaszcza że jeździmy autobusem, co nie jest tak bardzo komfortowe, a jak przyjdzie chłód, to i czekanie na autobus przyjemne nie będzie. A na osiedlu gabinetów weterynaryjnych może mniej niż salonów fryzjerskich, ale jednak sporo.
Bo właściwie to do Wetmedic zaczęłam jeździć ze świnką. Parę lecznic, które zwiedziłam na osiedlu, jakoś mnie do siebie nie zachęciły wizerunkowo, a i Agrafka nie była typowym pacjentem (bo jednak podstawowy „klient” to kot lub pies). Z Kociem nie chciałam też chodzić do lecznicy, z której go wzięłam, żeby mu się źle nie kojarzyło (albo zbyt dobrze :P). I tak jakoś zostałam przy cioci Ani. Ostatnio jednak, przyznam, zaczęły mnie zastanawiać ceny. Rozumiem, że wszystko kosztuje, a poza tym u weterynarza – w przeciwieństwie do lekarza „ludzkiego” – płaci się tylko raz (bo nie ma wymuszonej składki na ubezpieczenie, która bardzo mało daje). Mimo to chyba nikt nie lubi przepłacać. Sprawdziłam więc dzisiaj gabinet, którego reklamę zauważyłam parę tygodni temu. Wreszcie wyszłam wieczorem na spacer i zajrzałam, jak tam jest.
W sumie to mi się spodobało. Porozmawiałam z panią weterynarz, podpytałam trochę o ceny, ale i zabiegi, lekarzy, przy okazji rozglądając się i oceniając warunki. Jak na zwykłą profilaktykę to chyba nam wystarczy. Pójdę chyba z Fruzią niedługo na czipowanie (bezpłatne) – i zobaczymy. A jak nie, to chyba i tak mimo wszystko poszukam innego – bliższego i tańszego gabinetu. (Jak sobie przypomnę, ile się musiałam najść z tym biednym chorym Kociem ostatnio… a ile on musiał się naczekać, zanim wróciliśmy do domu…).
Dlaczego tyle o tym piszę? Nie chcę robić ani reklamy, ani antyreklamy żadnemu gabinetowi. Jeden znam i uważam za dobry, tyle że dalej. Drugi poznam, a na starcie ma dwa plusy: jest blisko i proponuje lepsze ceny. Ale zastanawiam się nad samym procesem zmiany. Nagle zdałam sobie sprawę, że po prostu nie jest mi łatwo zdecydować się na to. Lubię stałość, powtarzalność. Daje mi to poczucie spokoju i bezpieczeństwa, ale też – bycia w porządku. Teraz bowiem wydaje mi się, że zmiana weterynarza to jakaś nielojalność z mojej strony. Że skoro jesteśmy w bazie, że skoro tyle czasu tam chodzę – to powinnam chodzić dalej. A poza tym tak fajnie, że wchodzimy i jesteśmy rozpoznawalni… J
Tyle że możemy być rozpoznawani i w innych gabinetach, wystarczy tam pójść kilka razy. A co do tego, że „nie wypada” zmieniać lekarza i przychodni… cóż, tak czuję, ale to bardzo naiwne uczucie. Wygodne dla drugiej strony, ale nie dla mnie. I w ogóle w tym przypadku powinnam się kierować dobrem kotów, a dla nich bliżej = lepiej. To z pewnością.
Ale zmiany nie są na porządku dziennym mojego życia. Długo w ogóle mi przychodzi uświadomienie sobie, że jeśli coś mi nie odpowiada, to nie muszę w tym trwać. Kiedy zaś już przyjdzie, znów musi minąć okres, kiedy opadnie przerażenie spowodowane tymi zuchwałymi myślami, aż wreszcie uznam, że jestem gotowa TO zrobić. Obciąć włosy. Przefarbować je. Odejść z pracy. Skończyć niekorzystną znajomość. Zmienić weterynarza. Zacząć solić jajka.
I robię TO, pełna przerażenia, a zarazem przekonana, że teraz niebo spadnie mi na głowę. Najczęściej jednak nic się nie dzieje… albo dzieje się dobrze: otrzymuję wyrazy uznania, komplementy czy czuję się wreszcie zdrowsza i wcale nie tak samotna, jak może to wyglądać. A z wcześniejszych obaw chce mi się tylko śmiać.

Zmiany są potrzebne. Przecież nic nie trwa w tym samym kształcie – przeciwnie: rośnie, starzeje się, zmienia miejsce. I trzeba się z tym pogodzić i dopasować swoje „ja” do teraźniejszości. Tyle że trzeba też umieć ocenić, co należy zmienić i kiedy. Często „życzliwi” próbują nam w tym pomóc; czasem naprawdę mają dobre intencje. Ale jeśli sami czegoś nie będziemy chcieli zmienić, wysiłek zda się na nic.

Pierwszym etapem dobrej, mądrej i trwałej zmiany jest uświadomienie sobie tej chęci. Potem – szybciej lub wolniej – przebywa się kolejne etapy, by wreszcie osiągnąć cel. W moim przypadku niestety trwa to raczej dłużej niż krócej. Za to efekty są trwalsze. I to jest dobre.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Coś dla człowieków

Właśnie odkryłam, że BARDZO chcę iść do pracy. Nie zabrakło mi drastycznie pieniędzy. Nie nudzę się. Nie szukam męża czy znajomych. Przyczyna jest zupełnie inna. Mam dość widoku kuwet.

Dzisiaj zauważyłam (bardzo pomogła mi w tym pewna rozmowa), że zachowuję się jak młoda matka, która siedzi w domu z małym dzieckiem. Moje życie kręci się obecnie wokół jednego faktu: gdzie Fruzia załatwi swoje potrzeby. A każde celne „trafienie” powoduje taki przypływ radości, że mam ochotę obdzwonić z dobrą nowiną pół miasta i zamieścić zdjęcia na fejsie. (No, z tym ostatnim może trochę przesadzam. Ale tylko trochę :D).

W zasadzie nic dziwnego. Te problemy z kuwetą to nie tylko chwilowy dyskomfort, ale obawa, czy kocie relacje układają się prawidłowo, czy nie jest to wynik choroby… Przede wszystkim jednak: sprzątanie, wycieranie, zamiatanie, pranie. I kasa na kolejne porady, żwirki, odplamiacze. Trochę wkurz, że starszy, zamiast zachęcać młodszą do kuwety toaletowej, sam przeniósł się do sypialnianej.

Wszystko to absorbuje mnie prawie nieustannie. Na dźwięk chrobotu żwirku mam wrażenie, że zamiera cały dom. Sama zaczynam zmieniać się w stalkera, który śledzi koty w tak intymnej sytuacji. I jeszcze kradnie ich urobek, który nie daje się tak łatwo zutylizować jak przy drewnianym żwirku.

Wbrew pozorom, to wcale nie jest fajne. I z jednej strony mam świadomość, że dla zewnętrza mam „odpieluszkowe (odkuwetowe) zapalenie mózgu” – tak najkulturalniej rzecz ujmując, ale z drugiej, sytuacja jest naprawdę uciążliwa. Jestem bardzo wdzięczna tym nielicznym osobom, będącym ze mną duchem, ale wierzę, że mogą mieć dość. Sama nie wytrzymuję i gdybym jutro nie szła do biura, to chyba uciekłabym na cały dzień choćby do parku. ;)

I teraz myślę, że jednak nie dałabym rady stać się taką totalną kobietą domową. Inaczej pracuje się w domu, kiedy jest się samemu. Natomiast przebywanie dwadzieścia cztery godziny na dobę z niedorosłą istotą typu kotek czy niemowlak to prosta droga do szaleństwa. Nie zdawałam sobie z tego sprawy iks czasu temu, gdy zajmowałam się malutką siostrzenicą. Owszem, byłam na bieżąco w temacie, które pieluchy chłoną najlepiej. Jednak wtedy studiowałam, więc z konieczności przebywałam nie tylko z młodymi mamami. Zatem dziecko nie zaabsorbowało mnie tak bardzo, jak teraz koty.

Ha, nawet Kocio nie sprawił, że uciekałam z domu. Ale to był od samego początku ogarnięty koteczek, z którym jedyną trudnością było nawiązanie kontaktu fizycznego. Fruzia natomiast dała mi nieźle do wiwatu. Poczułam, że mam kota, i naprawdę, muszę odpocząć. Zaczęłam częściowo już dzisiaj, idąc na zakupy dla siebie. Wreszcie nie oglądałam kuwet, drapaków, myszek i karm. Nawet papier toaletowy był wspaniałą odmianą. Bo NIE DLA KOTÓW. J

Z drugiej strony, osoby z zewnątrz, które krytykują takie monotematyczne istoty (młode mamy czy kocie mamy), też powinny zrozumieć, że nie wiąże się z to ograniczeniem intelektu, tylko zwyczajnie wynika z konieczności życiowej. Jak boli ząb, też wciąż o nim myślimy. Jak dziecko czy kot nie ogarnia jakiejś czynności albo zwyczajnie jest za małe i trzeba to zrozumieć, co nie jest przecież równoznaczne z nową pasją. I niech ten mąż wracający z pracy nie dziwi się, że ona nie ma siły rozmawiać o czymś innym niż kupki i kaszki. Zwyczajnie, tym żyje i jutro też będzie musiała to przerabiać. Więc dla niej korpoproblemy są o tyle istotne, o ile przekładają się na kolejne problemy. Jak nie, to szkoda jej sił na rozmowę o tym. Przecież jeszcze trzeba dziecko nakarmić i przewinąć. I to naprawdę są ważniejsze kwestie.

Dla własnego zdrowia psychicznego jednak trzeba czasem to wszystko zostawić. Przy kotach jest łatwiej. J I dlatego uśmiecham się już do jutrzejszego dnia, jaki by nie był. Ale wśród ludzi. I bez kuwety. J

wtorek, 19 sierpnia 2014

Szkodliwe paczenie

Poszłam dzisiaj z Fruzią do wet. Sama nie wiem, na co liczyłam, w końcu „na oko” lekarz nie oceni, czy problem pozakuwetowania ma przyczynę w zapaleniu pęcherza, a nie miałam w domu głupiej strzykawki, by zebrać ostatnie siuśki z podłogi i zawieźć do analizy. Czekanie na następne było jednak trochę ponad moje siły… Pani doktor, po obejrzeniu małej i zrobieniu porządnego wywiadu, stwierdziła, że jednak przyczyna jest behawioralna. Po opowiedzeniu jej niektórych szczegółów z zachowania Kocia tylko się w tym upewniła. Zaleciła feromony, ewentualnie jakieś KalmAidy czy inne bajery (kto miał problem, wie, o co chodzi). No i mimo wszystko, gdyby się udało, powiedziała, by jednak zebrać siuśki do analizy, aczkolwiek zapalenie pęcherza jest praktycznie niemożliwe u kici.
Wracałam przygnębiona. Głównie tym, że upewniłam się, gdzie leży przyczyna stresu Fruzi. Niby sama mówiłam (i pisałam), że Kocio jest stalkerem, ale tak naprawdę rozważałam to w kategoriach żartu. No jak taki Kocio słodki, kastracik, pierdołka – i agresor? A jednak.


Kocio nie robi niby nic takiego strasznego. On „tylko” paczy na Fruzię. Dowiedziałam się jednak, że to trzeci – przedostatni – poziom kociej agresji. Pierwszą informacją dla intruza jest znaczenie terenu. Drugim – wokalizacja swojego niezadowolenia, połączona ze stroszeniem futra, taką wizualną demonstracją. Ostatnim aktem agresji są łapoczyny, mające na celu przepędzenie intruza. Chyba że ten wcześniej nie wytrzyma presji kociego wzroku.
Raz wyraźnie dostrzegłam te Kociowe paczałki. Naprawdę, gdybym była kotem, udałabym, że szłam akurat gdzie indziej. Od tamtego czasu (kilka dni) coraz bardziej widziałam, jak Kocio łazi za małą, niemal dyszy jej w kark, cokolwiek by ona nie robiła. Myślałam wciąż jednak, że to po prostu takie zainteresowanie drugim kotem… Tymczasem to agresja. Może obronna? Bo Fruzia na zastraszoną nie wygląda, a to siusianie poza (i nie tylko siusianie…) to może właśnie też jakaś forma zagarniania terytorium? I Kocio na ten pierwszy etap odpowiada trzecim?
Jak by jednak Fruzia nie była dzielna, rozumiem jej stres. Pani wet też mi to w rozmowie dosadnie dosyć przybliżyła. Słuchając bowiem jej wywodów, ogromnie ciężko było mi przyznać, że mam w domu takiego agresora. Nie Kocio! I jakoś niemrawo próbując go tłumaczyć, mówię, że przecież on nie zawsze na nią tak paczy. To czemu ona ma się denerwować…? A pani wet na to: „A jakby pani mieszkała z mężem, który bije tylko czasem, a pani nie wie nigdy, kiedy?”. Przemówiło do mnie.


Bo w sumie nie trzeba bić… Wyobraźmy sobie, że jest w naszym życiu osoba, która nas nieustannie obserwuje. Nie krytykuje. Nie chwali. Po prostu patrzy. I teraz taki dzień (dla uproszczenia wersja relacji damsko-męskiej): Wstaję rano i idę do kuchni robić śniadanie. On idzie za mną i siada przy stole. Nie czyta gazety, nie włącza radia, nie wyciąga talerzy. Patrzy na mnie, jak ja kroję chleb, gotuję wodę, nalewam herbatę czy kawę do szklanek. Stawiam to na stół. To wszystko w milczeniu, wciąż obserwowana. Cud, że tym razem nic nie upuściłam ani nie wylałam. Innym razem przyszywam guzik. On siedzi obok i patrzy. Myję podłogę. On patrzy (i wcale nie ma zakusów erotycznych, po prostu ocenia płynność ruchów). Wieszam pranie, a on patrzy. Nic nie mówi, ale sama nerwowo sprawdzam, czy nie ma załamań i czy wszystko się doprało. Rozpakowuję zakupy, a on patrzy. Z przykładów pozadomowych natomiast. Jadę samochodem (w sensie: kieruję), a on siedzi obok. Oczywiście mało który facet by tylko patrzył krytycznie, ale kiedy wreszcie zamilknie, większość kobiet czuje się chyba gorzej.
Szczerze? Też bym chyba zaczęła sikać po kątach, gdyby to leżało w ludzkiej naturze. Taka ciągła obserwacja, kontrola bez słów sprawia, że ręce zaczynają się trząść, a w środku wszystko dygocze jeszcze mocniej. Im teren mniejszy, im osoby bliższe – tym jest to bardziej odczuwane. W końcu nie przypadkiem pojawiają się w założeniu dowcipne karteczki z cenami usług, gdzie za obserwowanie fachowca podczas pracy klient dopłaca procent od całej sumy. ;) A on przecież tylko paczy… ;)




niedziela, 20 lipca 2014

Lajkowanie życia

Świat jest rzeczywiście dziwny. Ludzie, zamiast żyć ze sobą w pokoju, nieustannie prowokują konflikty. Nie chcą czy nie potrafią żyć w zgodzie? Widać to przecież zarówno w dużych społecznościach, jak i w mniejszych, lokalnych, nieraz jednostkowych. Kraje rywalizują o wpływy ekonomiczne, miasta domagają się większych dotacji (większych niż uzyskują inne miejscowości, dodajmy). W jednym mieście kibice klubów sportowych są dla siebie zagrożeniem – i bynajmniej nie wzorują się na sportowych zasadach fair play (które i w rywalizacji sportowej często zanikają, co potwierdzają coraz częstsze afery związane z nielegalnymi dopingami). Mało który wreszcie człowiek nie ma jakiegoś wroga. Co gorsza jednak, mam wrażenie, że tych wrogów szukamy sobie sami. Wynika to stąd, że nie potrafimy szanować poglądów innych ludzi, a domagamy się, żeby oni przyjmowali nasze. Bo przecież żyjemy w świadomości, że my jesteśmy mądrzejsi, lepsi, szlachetniejsi. I nasza racja jest jedyna słuszna.
Takim szczególnym przypadkiem człowieka, który nie może żyć bez wroga, jest hejter. Na pewno każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z wirtualną rzeczywistością, miał z kimś takim do czynienia. Hejter, nazywany przez media „specjalistą od nienawiści”, to w zasadzie człowiek bardzo nieszczęśliwy. Zasadniczym celem jego egzystencji jest szerzenie nienawiści, obrażanie wszystkich i wszystkiego. Ale co dzięki temu zyskuje? Na pewno nie przyjaźń czy szacunek społeczny (nawet innych hejterów, jak mniemam :D). Dlatego oceniam go jako nieszczęśliwca.
Ciekawe jest jednak, że hejtera nie tak łatwo spotkać w świecie pozainternetowym (choć młodzi chyba coraz mniej wierzą, że taki świat istnieje). A dlaczego? Otóż dlatego, że bardzo łatwo jest być odważnym w sieci, gdzie ma się bezpieczne poczucie anonimowości (nie do końca słuszne, aczkolwiek są eksperci, którzy potrafią się nieźle zakamuflować). Natomiast w świecie realnym, wygłaszając jakąś opinię, należy liczyć się z szybkim wzięciem za nią odpowiedzialności. Kto nie jest na to gotowy, albo siedzi cicho, albo starannie waży słowa.
Pamiętam, że jak chodziłam do podstawówki, na murze ktoś namazał „graffiti”. Pod nazwiskiem nielubianej nauczycielki namalowano dwa wielkie cyce. Pani uczyła tak wdzięcznego przedmiotu, jakim jest fizyka, a była – jak się dzisiaj poprawnie określa – puszysta. (Do tego stopnia, że kiedyś, siadając na krześle, zgniotła podłożoną złośliwie pinezkę). Szał twórczości. Na więcej owych „artystów” nie było stać. Na pewno jednak mieli satysfakcję, że farba, którą owo „dzieło” zamalowano, co jakiś czas spływała (po każdym większym deszczu)... a napis zostawał. Ciekawa jestem jednak, na co odważyliby się dzisiaj, mając do dyspozycji internet i gwarantowaną (ich zdaniem) anonimowość. Boję się, że na wiele. Sama tego doświadczyłam, jako nauczycielka i wykładowczyni. Na popularnych podówczas stronach społecznościowych – Grono i nk.pl – znalazłam interesujące wpisy. Nie było to miłe. Zastanowiło mnie jednak już wtedy poczucie bezkarności autorów. Niewyszukanym językiem przedstawiali opinie, których jednak nie mieliby śmiałości powiedzieć mi, patrząc w oczy. Bo to nie były złe dzieci. Przeciwnie – kwiat młodzieży: uczniowie warszawskiego liceum im. Batorego oraz studentki polonistyki.
Dzisiejsi hejterzy, to jak sądzę, dzieci Neostrady, które mają za dużo wolnego czasu i niekontrolowany dostęp do sieci. I uważam, że na tym właśnie należy się skupić, mówiąc o hejterstwie. Same słowa, choć często bardzo wulgarne i obraźliwe, są konsekwencją takiego stanu rzeczy. Bezstresowego wychowania. Chyba jednak nie ma co wyolbrzymiać problemu ani dodawać mu rangi – np. takimi powiedzeniami, że „Hejterstwo to nie zawód. To powołanie”. Nie. To dziecinada. I wyraźna informacja, że ten człowiek potrzebuje pomocy. Jeśli nikt nie zajmie się nim teraz, gdy wylewa swoją frustrację w internecie, może wyrosnąć z niego naprawdę groźny psychopata. A w najlepszym przypadku – skrzywdzony, „sprawny emocjonalnie inaczej” człowiek.


A na marginesie tych rozważań o wrogości między ludźmi i nienawiści. Któregoś dnia programy informacyjne zalały nas informacjami o kolejnych tragediach. Wypadki samochodowe, rajd sopockiego szaleńca, utonięcia. I oczywiście zestrzelenie malezyjskich linii lotniczych. Zwłaszcza to ostatnie budzi mój ogromny lęk, bo konsekwencje tego zdarzenia mogą być dalekosiężne. Premier Ukrainy zaapelował do innych państw m.in. o wsparcie militarne. Nie wiadomo, co przyniosą najbliższe dni. A my tymczasem wciąż wzajemnie się „hejtujemy”, zamiast „lajkować”. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie lepiej unikać sporów, nie prowokować ich, nie rozdmuchiwać? Nie chcę uprawiać czarnowidztwa i wieszczyć niczym Kasandra. Ale nawet jeśli konflikt rosyjsko-ukraiński nie przeniesie się poza te granice, to skąd wiemy, ile czasu nam zostało? Jeśli dużo – to tym bardziej warto postarać się, by żyć w pokoju i radości. I po prostu lubić swoje życie i siebie nawzajem.

środa, 25 czerwca 2014

Bez puenty

Czasem wydaje ci się, że masz wpływ na swoje życie. Analizujesz przyczyny swoich dotychczasowych niepowodzeń, mniejszych lub większych porażek, i postanawiasz wreszcie to zmienić. Przecież możesz, bo każdy jest kowalem swojego losu. Trzeba tylko zmienić perspektywę, zrobić pierwszy krok (od którego zaczyna się najdłuższa droga), a wtedy wszechświat nagnie się do twoich pragnień – jak to ma w zwyczaju wobec tych, którzy tak bardzo o czymś marzą.
Najpierw więc uznajesz, że koniec z dotychczasową izolacją i zamykaniem się przed ludźmi. Bo przecież oni chcą się z tobą kontaktować, ale ty dotychczas na to nie pozwalałeś. Wprawdzie nie przypominasz sobie, kiedy ostatnio odrzuciłeś zaproszenie na imprezę… ale na pewno tak było. A jeśli nie, to też z pewnością dlatego, że zniechęciłeś innych do swojego towarzystwa. Czym? No cóż, sam dobrze wiesz. Swoimi dziwnymi poglądami na popularne tematy, optymizmem, niepoddawaniem się, nawet w sytuacjach uznawanych przez innych za porażki. A już asertywność doprowadzała ich do białej gorączki. Tylko że może oni rozumieli to inaczej. Nie oryginalne spojrzenie, ale niezgodne z powszechnie przyjmowanym światopoglądem grupy. Hm, to może niektórym przypomnieć, że może jest więcej niż jedno spojrzenie na dany temat? A trzeba pamiętać, że różnorodność zdań w grupie utrudnia jej kontrolowanie. Zawsze przecież jest jakiś lider. Jeśli zaś masz inne zdanie niż druga osoba, to może ona czuć niepokój, rodzący się z niepewności co do własnej umiejętności oceny sytuacji. Łatwiej więc przerzucić to uczucie na ciebie, ty do tej pory chętnie je przyjmowałeś. I przepraszałeś za swoją opinię – słowami lub zachowaniem. Na drugi, najdalej zaś trzeci raz, czekałeś ze swoją wypowiedzią na odgórne wytyczne… Jednak to też nie było słuszne, bo przestawałeś być interesującym towarzystwem, a jedynie papugą, powtarzającą cudze poglądy, bo nie stać jej na własne.
Optymizm w dzisiejszych czasach bywa bardzo podejrzany. No bo jak wierzyć, że wszystko będzie dobrze, kiedy wiadomo, że wszystko zmierza ku złemu? Potwierdzają to doniesienia mediów, które  w każdych wiadomościach informują o kolejnej aferze, wojnie, wybuchu epidemii czy powodzi. Systematycznie podają liczbę zabitych w wypadkach drogowych, zmarłych na nieuleczalne choroby albo w wyniku błędnej diagnozy lekarskiej. A ty cieszysz się, bo jesteś zdrowy i twoja rodzina blisko ciebie? Lub nie musisz z drżeniem serca czekać na powrót dziecka do domu (bo go nie masz)? Jesteś egoistą. Za każdym razem, kiedy się uśmiechasz, budząc się rano, powinieneś natychmiast przypomnieć sobie o tych wszystkich tragediach i szybko zajrzeć do gazet, by zaktualizować dane. O, wtedy będziesz wreszcie dostosowany do społeczeństwa i pożądanym towarzystwem. – Tyle że nie.


Przyjrzyj się swoim codziennym obowiązkom. Pracujesz jako freelancer, prowadzisz własną działalność i realizujesz zlecenia w domu. Dla wielu osób w naszym społeczeństwie (zwłaszcza dla ludzi starszych, ale nie tylko) oznacza jedno: nic nie robisz. Praca w domu (w sensie: zawodowa) nie jest traktowana jako praca. Kto się jej nie podjął, zazwyczaj myśli, że taki człowiek wysypia się do południa, potem wstaje, żeby zjeść – i ma wolne. Nikt nie myśli, kiedy on wykonuje swoje obowiązki. Zresztą pewnie nie jest ich dużo i są proste. Każdy mógłby to robić. Jeśli nawet nie, bo np. prowadzisz studio fotograficzne (aczkolwiek… większość osób, robiących w życiu zdjęcia najczęściej komórkami lub prostymi aparatami typu małpka), ale mieści się ono w twoim domu, to przecież można ciągle wpadać do ciebie z wizytą lub dzwonić. Przecież jesteś u siebie, w domu – ergo: masz dużo czasu. I nie chcesz go poświęcać innym? Wstydź się. Więc wstydzisz się i zaniedbujesz pracę oraz inne obowiązki zawodowe. (Gdyby ktoś sobie tego nie uświadamiał, to np. robienie zdjęć nie kończy się w momencie przyciśnięcia tego guziczka w aparacie. A korekty nie da się robić ciągiem i po każdej partii tekstu trzeba zrobić przerwę. I nie da się efektywnie pracować o dowolnych porach doby). Po czym jakość wykonywanych przez ciebie usług spada, więc klienci przestają przychodzić, a zleceniodawcy – podpisywać kolejne umowy. I wtedy stajesz się bezrobotnym.
Nie myśl, że teraz będziesz dobrym towarzystwem dla innych. Na początku wydaje ci się, że tak, że chociaż nadrobisz właśnie zaległości towarzyskie. Przecież masz wreszcie czas, by spełnić wszystkie oczekiwania, jakie inni mieli względem ciebie. Możesz zawsze odebrać telefon, jesteś w każdej chwili gotowy, by wyjść na spotkanie. Nie masz żadnych historii do opowiedzenia – więc jesteś świetnym słuchaczem. Poza tym starasz się nie załamywać swoją sytuacją i wierzysz, że prędzej czy później, ale jakaś praca się znajdzie. Nie obarczasz więc innych swoimi troskami, czasem tylko spytasz, czy nie słyszeli o jakimś wakacie. Moment, wróć. Nie zapytasz tak prędko. Twoje życie towarzyskie bowiem wcale nie rozkwita, a nawet jakby się kurczy… Bo pracujący znajomi nie mają czasu nawet na telefoniczne pogaduszki. Ty się wysypiasz do południa (swoją drogą, a po co masz wcześnie wstawać? By dzień bez perspektyw był dłuższy?), a oni skoro świt pędzą do swoich korpo. Generalnie jest ci lepiej. O, gdyby oni mieli tyle czasu, co ty! Ale niestety, nie mają, więc musisz zrozumieć. Albo i nie, w zasadzie to bez znaczenia. No dobrze, zresztą czasem znajdą czas na pogadanie – między powrotem z pracy a zakupami dla domu, które i tak trzeba zrobić, więc ostatecznie w galerii, tak przed osiemnastą. Początkowo się wahasz, w końcu nie bardzo cię stać, by wydawać pieniądze tak lekką ręką w kawiarniach… więc nieśmiało proponujesz, że może jednak spotkacie się u ciebie. Zrobisz pyszną kawę lub herbatę, a od mamy masz jeszcze znakomite ciasto. Ale nie, znajomi nie mają czasu. To w galerii masz czas posiedzieć? – pytasz naiwnie. Jakie posiedzieć, przecież mówię, że muszę zakupy dla rodziny zrobić. Może ty też zrobisz dla siebie, a potem najwyżej usiądziemy sobie na ławeczce przed wejściem, na jakiś kwadrans. Za pierwszym razem nawet jedziesz, przyjmując to za dobrą monetę. Tłumaczysz sobie, że od biletu nie zbiedniejesz (tak, jesteś uczciwy, nie jeździsz na gapę… zresztą, ewentualny mandat kosztowałby więcej), ubierasz się i jedziesz. Potem czekasz jak głupi, nie możesz się dodzwonić, ale wreszcie znajomy wpada. Cóż, w pracy musiał zostać trochę dłużej, a potem jeszcze te korki. I niestety, nie usiądziecie już na ławeczce, żeby pogadać. Ty tego nie rozumiesz, naturalnie, masz mnóstwo czasu i nie pracujesz. Ale następnym razem na pewno się uda. Tyle że nie.
Zaczynasz rozumieć, że jakoś nie możesz dogadać się ze światem. Cóż. Niech świat się martwi. Ty wciąż masz wiarę, że będzie lepiej i że twoje sprawy się ułożą. Nie poddajesz się depresji, aktywnie szukasz pracy, przygarniasz zwierzątko. Jest dobrze. Powoli za to zaczynasz rozumieć, że otaczający cię ludzie nie życzą ci dobrze. Nie, żeby zaraz źle. To przecież też wymagałoby emocji i skupienia uwagi na tobie. Ale nie interesują ich twoje potrzeby tak, jak ciebie interesowały ich. Rozumiesz, że choć starałeś się spełniać ich oczekiwania (zobacz wyżej), to wciąż coś było nie tak. Bo nie chodziło o ciebie, ale o ich pragnienia, które miałeś spełniać. A pragnienia się zmieniają, czyż nie? Poza tym, kiedy spełniałeś te oczekiwania, też irytowałeś, bo tracili powód do narzekań.
Kiedy więc wreszcie zrozumiałeś, że trzeba skupić się na sobie i że to nic złego dbać o siebie, zaczynasz szkolić asertywność. Za pierwszym czy drugim razem masz jeszcze wyrzuty sumienia, odmawiając wyświadczenia przysługi, która naprawdę koliduje z twoimi planami (tak! Też je masz, choć sam – nie szef w biurze – narzucasz sobie grafik) albo po prostu wtedy, kiedy wiesz, że dana osoba cię po prostu wykorzystuje. Może nawet nieświadomie, nie przeczysz. Tyle że później to ty czujesz się jak odrzucony śmieć. Oczywiście, taka postawa znakomicie weryfikuje, kto jest naprawdę ci życzliwy. Nikt? Cóż, chyba lepiej, że już wiesz.
Zamykasz się w domu. Izolujesz od rzeczywistego świata, ograniczając kontakt z nim do niezbędnego minimum. Właściwie jest ci dobrze. Pracujesz nad budowaniem dystansu wobec świata i coraz lepiej ci to wychodzi. Jesteś… spokojny, choć może nie powiesz, że: szczęśliwy. Ale czym jest szczęście i jaka jest jego definicja?


I kiedy już zbudowałeś tę swoją niezależność, a doskwierające poczucie osamotnienia zmieniło się w codzienność, przychodzi ktoś, kto burzy ten świat. Nie, żeby wielka miłość. Po prostu na twojej drodze staje ktoś, kto wyrywa cię z tego marazmu, zmusza do okazania emocji – bo jego są tak wielkie, że przebijają się przez barierę twej obojętności. Wreszcie wierzysz, że tej osobie będziesz potrzebny. Mur, który tak pracowicie budowałeś, rozsypuje się w drobny pył.


I cała zabawa zaczyna się na nowo...

wtorek, 20 maja 2014

Zatruwacze życia

Tekst inspirowany obrazkiem:




Może nie są widoczne na pierwszy rzut oka, ale nieźle potrafią dać w kość. I czasem są bardziej odczuwane przez osoby z zewnątrz, którzy akurat mieli pecha znaleźć się w pobliżu takiego nośnika trucizny (czyli narzekacza, krytykanta, zamartwiacza, niewybaczacza, plotkowacza). A już najgorzej, gdy trafi się na kogoś takiego wtedy, gdy na przekór wszystkiemu, co w życiu złe, człowiek zaczyna się uczyć takiej zwykłej, codziennej radości…
Dlaczego to takie groźne trucizny? Przecież gdybyśmy w ogóle wyzbyli się tych cech, bylibyśmy tacy… nieprawdziwi. Sztuczni. Podobni cyborgom – niby funkcje życiowe się toczą, ale jakoś tak bez emocji. Nawet te negatywne przecież czasem są potrzebne. A już na pewno lepiej je wylać niż dusić w sobie, by fermentowały i niszczyły nas od środka. Dobrze jednak zachować tyle empatii, by nie obdarzać nimi otoczenia wciąż i wciąż.
Narzekanie jest bardzo powszechne. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w końcu otaczająca nas rzeczywistość daje ku temu aż nadto powodów. Czasem trzeba po prostu sobie ponarzekać, by nie gryźć się czymś nieustannie od środka. Zwłaszcza tym, czego nie sposób zmienić, na co nie mamy wpływu. Z drugiej strony jednak, warto zachować umiar. Bo nie dość, że otoczenie zacznie nas postrzegać jako malkontenta, który wciąż marudzi i nigdy nie jest mu dobrze, to na dodatek sami uwierzymy, że wciąż jest nam źle i wszystko jest do niczego. I że to nie nasza wina, jedynie splot niekorzystnych (dla nas) czynników. Bo taki narzekacz rzadko szuka przyczyny problemu w sobie, a już prawie nigdy – sposobu rozwiązania. Bywa, że faktycznie problem leży na zewnątrz. Na przykład wczoraj byłam u lekarza i weszłam godzinę później niż byłam zapisana. Wina lekarza? Nadmiaru pacjentów? Złej organizacji pracy przychodni? Na pewno nie moja – jak rzadko byłam pewna. Kolejka podchodziła do tego różnie, ale zadziwiła mnie pani, która obszernie skomentowała tę sytuację i obarczyła winą za całokształt przyjmującego właśnie lekarza. Nie przypuszczała chyba, że jej  przenikliwy głos słychać było w gabinecie (pielęgniarka mi później powiedziała). A ona do tego lekarza też przecież czekała. Nawet nie próbowała zastanowić się, że może jest jakiś powód obiektywny tej sytuacji. Co jej dywagacje zmieniły? Nic. Może tyle, że szybciej upłynął jej czas, ale ciśnienie z pewnością jej nie dziękowało. A musiała poczekać tak jak wszyscy. Ja tymczasem sobie przysiadłam w kąciku z inna panią i rozmawiałyśmy o zwierzątkach (pani ma yorka). Wyszło nam zdecydowanie bardziej na zdrowie. ;)
Ciekawe, że każdy zawsze wie lepiej, jak coś powinno wyglądać, działać, być zrobione. Krytykanctwo, to obok narzekania, chyba naprawdę nasza druga narodowa cecha. Stojący z boku zawsze mają dobre rady i cenne wskazówki dotyczące naszego życia i pracy. Czasem są one podawane delikatnie, ale mało kto potrafi naprawdę kulturalnie skrytykować zachowanie czy pracę, oddzielając je od negatywnego oceniania osoby. A ile osób potrafi taką krytykę spokojnie przyjąć? Sama krytyka to jednak nic w porównaniu z krytykanctwem, czyli – jak definiuje to pojęcie Słownik Języka Polskiego: „niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania”. Czyli: nie jestem lekarzem, ale wiem lepiej, jak powinno przebiegać zszywanie rany. Nie jestem Kubicą, ale nikt poza mną nie wie, jak kierować pojazdem. Nie jestem fotografem, ale najlepiej oceniam ostrość i ogólną jakość zdjęcia. Nie jestem rodzicem, ale wiem, jak się wychowuje dzieci. Nie jestem w związku, ale wiem, że małżeństwa wokół sobie nie radzą ze wspólnym życiem. Co więcej, nie znam konkretnego męża/żony, ale moje rady są dla tego związku bezcenne… I przy tym ani odrobiny pokory i krytycznego spojrzenia na siebie. Jak to się kończy? Nie dość, że otoczenie jest wykończone, to my sami nie jesteśmy później w stanie niczym się cieszyć – bo czym, skoro wszystko wokół takie niedoskonałe? A że może byśmy poprawili? Nie no, skąd, nie będziemy się wtrącać…
Martwienie się jest czasem nieuniknione. Chyba nie da się tak żyć, by nie było ku temu powodów. Tylko jaki jest sens zamartwianiem się problemami, które sami tworzymy w naszej głowie, na zasadzie: a jeśli się stanie to lub  nie stanie się tamto? W sumie nieistotne wtedy, czy obawy się spełnią, bo i tak pozbawiliśmy się w dniu dzisiejszym radości. A czy warto? ;)a
(Rada z  ostatniej chwili: jeśli nie wiesz, jak przestać się martwić, poczekaj, aż zapukają do Twoich drzwi świadkowie Jehowi – a prędzej czy później to się stanie. ;) Kiedy wreszcie pójdą, poczujesz się, że życie jest piękne i proste. :D).
Wybaczanie krzywd jest trudną rzeczą, ale wartą podjęcia wysiłku. Nieumiejętność wybaczania bowiem jest chyba największą trucizną, wpływającą zarówno na nas, jak i nasze otoczenie. Pielęgnowanie uraz niszczy nas, blokuje, nie pozwala otworzyć się na innych. Natomiast ten, kto nas skrzywdził – czasem nieumyślnie, ale czasem świadomie, lecz pragnie naprawić swój błąd – też czasem potrzebuje świadomości, że mu wybaczono, dano drugą czy nawet kolejną szansę. Brzemię poczucia winy może być dla niego niekiedy zbyt trudne do udźwignięcia.
I tak tylko myślę czasem, że wybaczanie nie musi oznaczać zapomnienia. To się, według mnie, nie wyklucza. Bo jeśli ktoś naprawdę zniszczył jakąś krzywdą część mojego życia, to moje wybaczenie polega na tym, że nie rozpamiętuję wiecznie tej krzywdy, tylko idę dalej. Ale nie zawsze jestem w stanie zaufać ponownie. Z tym niestety ta osoba musi się liczyć. Różnica polega na tym, że kiedy się spotkamy, możemy spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać bez poczucia winy. To jest też bardzo, bardzo ważne.
Na koniec zostawiłam sobie taki detal, jakim jest plotkowanie. Pozornie najbardziej niewinne – ale podstępne. Jak plotka może zniszczyć czyjeś życie, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. To może warto następnym razem zastanowić się, zanim bezmyślnie (często) puścimy w świat newsa, który wraz z przebywaną trasą zmieni się z paproszka w śmiercionośny pocisk.

Właściwie zawsze chyba warto pomyśleć, zanim się coś powie czy zrobi. A jak nie wiemy co, to też się zastanówmy, kogo poprosić o radę. Bo jeśli trafimy na kogoś, kto najpierw ponarzeka z nami, potem się pomartwi, następnie skrytykuje nasze podejście, obrazi się, gdy nie przyjmiemy jego rady – czego nie wybaczy – a następnie opowie wszystkim, jacy jesteśmy niewdzięczni? Będziemy mieć przechlapane…

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bzdety internety

Ostatnio coraz częściej słyszę od znajomych osób, że oni to nie mają profilu na Facebooku albo jeśli nawet mają, to nie bardzo mają ochotę przeznaczać na to czas. Nawet nie to, żeby świadomie, po prostu jest tyle innych rzeczy wokół do zrobienia. W podobnym tonie padają nieraz wypowiedzi na temat oglądania seriali. Mało kto przyzna się do ich regularnego oglądania, bo przecież obciach. Chyba że chodzi o zaplanowane oglądanie na płytkach dvd, ew. w internecie. O, to tak. Natomiast oglądanie seriali w telewizji – przypomnijmy: systematyczne – świadczy o nadmiarze wolnego czasu i nieumiejętności zagospodarowania go. Podobnie jest z siedzeniem w necie.
Co do serwisów społecznościowych, to nie ukrywam, że długo nie umiałam z nich korzystać. Wolałam raczej czytać teksty ciągłe (nawet jeśli były w sieci), ew. dyskusje na forum, ale nie brałam w nich czynnego udziału. Byłam na jakimś Gronie, potem ­– naszej-klasie, teraz na Facebooku. I co? W pewnym momencie miałam wrażenie, że znajomych raczej zaczęło ubywać. Pozornie można było spotkać za to wiele nowych osób. Owszem, z Grona wyniosłam jedną, do dziś trwającą znajomość. Za to reszta… No nie wiem, może to ja miałam złe podejście. Wydawało mi się bowiem, że skoro ktoś zaczepia czy dodaje do znajomych, to chce naprawdę się zapoznać. Oczekiwałam jednak „skonsumowania” tej znajomości w świecie realnym. Internet miał być takim punktem zaczepienia, ale nie środowiskiem życia. Sądziłam tak, odwiedzając serwisy randkowe (i myślę, że sporo innych osób też, ale ci, którym się tam nie udało, niespecjalnie lubią się do tego przyznawać), miałam na to nadzieję, fajnie pisząc z kimś z forum tematycznego – ale dzień lub dwa, a nie parę lat. Wydawało mi się to oczywistym, bo skoro nie jesteśmy bytami wirtualnymi, to i takie powinno być nasze życie. Realne, konkretne, namacalne...
Im bardziej jednak tej rzeczywistości łaknęłam, tym mniej jej miałam. Stopniowo zaczęłam się na to godzić. Przestałam proponować spotkania na kawę czy wspólne wyjścia (nie mówię o randkach), nie było potrzeby wysyłania sms-ów, w sumie nawet nie trzeba było dzwonić i pytać, co słychać, bo wystarczyło zerknąć na status. Życie przeniosło się „tam”.
Znów, nie zaczęłam od serwisów społecznościowych. Wciągnęły mnie fora tematyczne, a bardziej od artykułu prasowego interesowały mnie komentarze internautów, choć szokowały mnie niektóre poglądy, ale i forma wypowiedzi – niekiedy bardzo agresywna. Zaczęłam łapać zasady netykiety oraz internetowe słownictwo. Nie mam o nim najlepszego zdania. Poza skrótami, nie ukrywam, że czasem przydatnymi (ileż szybciej pisze się „btw.” niż „swoją drogą” albo „IMO” niż „moim zdaniem” – a jaka oszczędność w sms-ach na znakach), jest ono niestety na coraz niższym poziomie, nawet w porównaniu do jego poziomu sprzed dziesięciu lat (tak, wtedy już istniał ten świat – czego czasem nie ogarnia współczesna młodzież). Wypowiadający się w sieci czują się anonimowi, więc bezkarni, zatem wydaje im się, że mogą pisać, co i jak chcą: niegramatycznie, nieortograficznie, wulgarnie i prymitywnie. O ile te dwie pierwsze cechy można jakoś przeżyć (jak też celowo niewypunktowany brak polskich znaków, bo to niekiedy wiąże się z możliwościami sprzętu, którego używamy), to dwie pozostałe bardzo zasmucają. Choć jest to również jakiś znak czasów: mnie się wydaje (słowo klucz), że ktoś odważnie bluzga, tymczasem bywają środowiska, gdzie tak po prostu się mówi – a więc i pisze.
Widać to na stronach serwisów społecznościowych. Facebook ma dumną zasadę, że należy podawać prawdziwe dane, więc mniej jest osób kryjących się za pseudonimami, zresztą znajomi i tak często je znają, tak samo zresztą jak bogactwo i skład osobniczej leksyki. Tu jednak akurat mniej o formę mi chodzi. Nawet bowiem jeśli ktoś pisze nad wyraz wzorcowo, to wciąż wolałabym, żeby tak do mnie… mówił. Po prostu. Tymczasem prawdziwy kontakt zaczyna być zastępowany zdawkowymi formułkami, statusami i udostępnianymi ciekawostkami. Z jednej strony, owszem, poznajemy być może inną stronę danej osoby, dotychczas mniej znaną. Ale z drugiej, czy nie fajniej byłoby o tym po prostu się dowiedzieć…? Takie „poznawanie się” to trochę jakby podglądactwo. Zresztą czasem bez tego „jakby”, bo w sieci – nawet jeśli bardzo się staramy – trudno ukryć się przed obserwacją. Kończy się na tym, że pozornie dużo wiemy o danej osobie, nie widzimy zatem potrzeby, by się z nią częściej widywać (albo wcale do tego nie dążymy), bo po co? Powstaje przy tym złudzenie, że prowadzimy jakieś niesłychanie bogate życie towarzyskie, że jesteśmy w centrum uwagi lub sami znajdujemy się bliżej kogoś przez nas cenionego (nie mam na myśli „elyty celebryckiej”). A potem przychodzi długi weekend i wpatrujemy się z oczekiwaniem w ekran, czekając na to, by ktoś pojawił się na czacie. Sami przy tym się ukrywamy z naszą obecnością, bo wstyd przyznać, że nie mamy innych planów. I czekamy…
Nie należy jednak demonizować. Owszem, czasem wpadam w pułapkę zacierania się granic świata realnego i netowego, i od awatarów oczekuję bycia ludźmi. ;) Ale przecież serwisy społecznościowe to nic złego. Jak wspominałam wyżej, mam przynajmniej jednego kumpla z takich stron. Zaczynają też pojawiać się też nowe osoby, czas pokaże, co z tego wyniknie. Ważne jednak, by świat wirtualny nie przesłonił nam rzeczywistego oraz by mądrze korzystać z jego zasobów. Fajnie, że coraz więcej rzeczy w sieci można kupić czy wypromować. Również dzięki netowi zaczynam poznawać kociarzy i powoli wchodzić w kocie środowisko. Z drugiej strony, nie musiałam sięgać po pomoc Facebooka, by poznać przemiłą panią ze sklepu zwierzowisko, z którą bardzo fajnie mi się rozmawia – chociaż ona nie ma kota.;) A gdyby nie było Facebooka, to chcąc mieć kontakt z kociarzami, musiałabym wybrać się do rzeczywistego schroniska czy domów opieki nad kotami.

Myślę, że gdybym miała więcej obowiązków, kwestia serwisów społecznościowych rozwiązałaby się sama w sposób naturalny. Jednak jest, jak jest, i nie widzę powodu, by nie korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Ważny jest umiar i złoty środek, jak zwykle zresztą. Pilnuję poza tym przestrzegania zasady: nie dyskutuje się z idiotami. Sprowadzą cię do swojego poziomu, a potem pokonają doświadczeniem. Dziękuję, wolę ten czas przeznaczyć na cokolwiek innego :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jestę zasobę

Na drugim spotkaniu warsztatów PetBonTon podobno dowiem się już absolutnie wszystkiego na temat tak ważnych kocich zasobów, niezbędnych do zapewnienia kotu idealnych warunków bytowych, jak m.in. kuweta i transporter. Naturalnie równie istotnymi są jedzenie i picie oraz miejsca zabawy, wypoczynku i schronienia – jednym słowem: terytorium, z i na którym kot robi, co chce. I oczywiście – na co mu pozwolimy, ale z tym pozwalaniem i zabranianiem bywa różnie… ;)
Za to już na trzecich zajęciach będzie – przynajmniej ja tak rozumiem ten temat – omówienie ostatniego, ale równie ważnego, jak mniemam, zasobu (last but not least) – czyli człowieka. Tak, podczas pierwszych zajęć zrozumiałam bowiem, że nie jestem dla kota właścicielem, opiekunem, ciocią, mamą czy pańcią. Oczywiście też – nie jestem dużym kotem. Jestem za to zasobem, który jest kotu potrzebny właśnie jak kuweta czy jedzenie. Zasobem istotnym, jak widać, usprawniającym proces zaspokajania innych potrzeb kota.
Od kiedy to zrozumiałam, diametralnie zmieniło się moje nastawienie – nie tylko do układów z Kociem, ale też w ogóle, z ludźmi. Z Kociem to jasne. Czasem wprawdzie staram się być kocicą alfa w naszym domowym stadzie i egzekwuję pewne zachowania, chociaż pamiętam o swoich obowiązkach i staram się je należycie wypełniać – ale znam swoje miejsce. ;) I wcale się nie obrażam – cóż znowu, wręcz przeciwnie. Kuweta w życiu człowieka (choć nazywamy ją zazwyczaj inaczej) jest równie istotna, o czym wie każdy, kto nie mógł na czas jej znaleźć albo kto bezskutecznie ją odwiedzał w chwilach problemów żołądkowych. ;) Pamiętam, jak brałam do domu Kocia, całkowicie na wariata. Pisałam o tym już we wcześniejszych postach, ale teraz zwróciłam sama uwagę na to, że gdzieś tam, intuicyjnie, zastanawiałam się, czy mogę zdecydować się na tak spontaniczne działanie. Szalę na „tak” przeważyło przypomnienie, że w domu mam żwirek i kuwetę. Karmę na pierwsze dni dostałam w pakiecie, plus jeszcze butelkę wody Żywiec. Śmiesznie to zresztą wyszło, bo pani weterynarz, przekazując mi informacje o nim, podkreśliła m.in., że on pije tylko Żywca. „Ale chodzi o wodę?”, spytałam, zanim się zastanowiłam nad absurdalnością tego pytania. Chociaż, z drugiej strony... ;) No ale tak, chodziło o wodę, Kocio bowiem miał biegunki i woda, taka zwykła, mu w tym stanie nie służyła. Teraz jednak pije wodę z kranu – zdecydowałam tak, bo skoro widziałam, że zlizuje ją w umywalkach i gdzie tylko może, to uznałam, że lepiej, aby pił jedną i taką samą. I nic mu nie jest. ;) A i tak najważniejsze, by miski były mądrze rozmieszczone i (przypominam) daleko od kuwety – na pewno nie tak:


A gdyby tak przenieść to spojrzenie – czyli uznanie się za zasób – na relacje z ludźmi? Dużym kłopotem w nich bywa czasem bowiem hierarchia. Osobiście przyznaję, że czasem targa mną uczucie zazdrości, że ktoś jest ważniejszy dla kogoś tam dla mnie ważnego. Albo przeciwnie, mam wrażenie, że relacje na jednym tylko poziomie (np. służbowym) mogą być w pełni dobre jedynie wtedy, jeśli będą funkcjonować w każdym aspekcie życia. Jeśli jednak spojrzeć na te relacje – nie na człowieka, ale na relacje – w aspekcie zasobu? Coś nam ta relacja daje, skoro ją stworzyliśmy, a jeśli nie nam osobiście, to może społeczeństwu? Grupie? Rodzinie? Ważne, by zasób był wartościowy. Nie muszę być potrzebna zawsze i wszędzie, tak samo jak nie każdy jest potrzebny mi. Z jedną koleżanką fajnie się wymienia przepisami kulinarnymi, z drugą narzeka na parszywe zarobki, z kolejną rozmawia o zwierzątkach, z inną – analizuje rzeczywistość, filtrując ją przez poglądy Junga. A inna osoba emanuje takim spokojem, że sam jej widok koi zszargane nerwy.
Nie oznacza to, że zachęcam do traktowania siebie i innych przedmiotowo. Ważne jest jednak, według mnie, by w każdym dostrzec coś, co ubogaca nasze życie i być dla kogoś takim bogactwem. Wielu moich byłych znajomych wspominam z wdzięcznością, bo dzięki nim coś poznałam, czegoś się nauczyłam – a więc zyskałam. Jeszcze cieplej myślę o tych, którzy są wokół, bo wciąż mogę czerpać z ich mądrości, rad, wskazówek – w miarę chęci i możliwości – jednocześnie starając się dać tym, którzy potrzebują ode mnie, równie wiele. Najfajniejsze w tym jest, że te zasoby są niewyczerpane i wciąż odnawialne (o ile stoją za tym czyste intencje, a nie na przykład wampiryzm energetyczny. Przed czymś takim trzeba się bezwzględnie chronić). Tak więc bądźmy dla siebie zasobami! :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Ponadczasowa lektura

Na długo w moją świadomość zapadła książka Mary Shelley Frankenstein. Mało osób wie lub pamięta, że nie jest to pełny tytuł; w całości brzmi bowiem Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. Przeczytałam tę książkę w wakacje po obronie dyplomu. Od jesieni miałam zacząć studia doktoranckie i jednocześnie zajęcia ze studentami. Miałam możliwość przygotować program autorski, a ponieważ jeszcze nie otrząsnęłam się z fascynacji gotycyzującymi powieściami młodego Zygmunta Krasińskiego (o których, swoją drogą, też niewiele osób wie), to postanowiłam przyjrzeć się bliżej właśnie Frankensteinowi.
Pamiętam, że na lekturę wybrałam pewien letni, słoneczny dzień. Nie tylko dlatego, że nie pracowałam i miałam w ciągu dnia dużo czasu. Przyznam się: trochę się bałam, bo – myślę że jak większości – Frankenstein kojarzył mi się z nakręconymi na jego podstawie horrorami (których zresztą nie widziałam, ale świadomie: po prostu się bałam). Książki obawiałam się nawet ciut bardziej, bo czym innym jest bać się monstrum na ekranie, a czym innym – własnych projekcji. Te drugie są dużo gorsze i znacznie trudniej je wyrzucić z głowy. Mimo to wzięłam się do lektury, bo po pierwsze, podejrzewałam, że moje lęki mogą być nieco na wyrost, po drugie, uznałam, że warto znać tę książkę (jak na szanującą się panią magister filologii polskiej przystało), a po trzecie wreszcie postanowiłam, że jeśli uznam lekturę za zbyt dla mnie straszną, to po prostu nie dokończę czytania, a nikt nie musi o tym wiedzieć.
Więc pewnego letniego i słonecznego dnia usiadłam na trawie (byłam na wywczasach wiejskich), otworzyłam książkę… i przepadłam. (Prawie tak, jak niedługo później przy Wywiadzie z wampirem – ale to innym razem). Książka mnie zaczarowała. Do tego stopnia, że później obłożyłam się ekranizacjami, artykułami, i oczywiście zamęczałam tym tematem na zajęciach swoich studentów.
Książka wydała mi się niezwykła przede wszystkim z takiego powodu, że choć napisana na początku dziewiętnastego wieku, i to jeszcze w wyniku konkursu na opowiadanie o duchach, jest moim zdaniem niezwykle wręcz aktualna. Bohaterem jest bowiem człowiek, który szuka remedium na śmierć. I szuka go nie w magii, czarach, religii – lecz w nauce. Człowiek może osiągnąć wiele, ale wobec śmierci jest bezradny. Mimo upływu lat, mimo odkryć geograficznych, rozwoju kultury, sztuki i nauki – mimo osiągnięć własnych i społecznych nieodmiennie każdego z nas czeka danse macabre. I Wiktor Frankenstein, tytułowy bohater książki Mary Shelley, postanawia wreszcie położyć temu kres.
Na marginesie: warto pamiętać (przypomnieć sobie lub dopiero się dowiedzieć), że to właśnie naukowiec, nie jego „dzieło” nazywa się Frankensteinem. To film doprowadził do przesunięcia nazwy z twórcy na stwora. Ja osobiście starałam się zawsze unikać określenia „potwór”, gdyż według mnie jest zbyt nacechowane pejoratywnie. Aby więc nie mylić nazw i pomóc zapamiętać studentom, że to naukowiec był Frankensteinem, a nie wytwór jego nielegalnej działalności, stwora określiłam cieplejszym mianem, według mnie równie poprawnym – mianowicie: Junior. Niektórym ze studentów może trudno było to zaakceptować, ale większości się chyba podobało.
Swoją drogą, nie chodzi o to, że Junior był fajny i dobry, i dlatego nie chciałam go nazywać potworem. Nie, chociaż film zrobił z niego koszmarną istotę – tak fizycznie, jak psychicznie. Ja natomiast starałam się nie mówić o nim źle, gdyż uważałam, że jest to jedna z ciekawszych postaci romantycznych. Na pewno Junior miał typową ich cechę: nosił w sobie niewyobrażalną samotność, wynikającą z odrzucenia go przez jego stwórcę, świat, a także z powodu, iż świadom był własnej odmienności. Ten powód osamotnienia nie zmienia się przez wieki. I nawet nie trzeba być do tego pozszywanym z ludzkich szczątków monstrum…
Kolejną ważną – może nawet ważniejszą, a na pewno trudniejszą do oceny moralnej – kwestią poruszoną w książce jest sprawa wkroczenia człowieka w kompetencje boskie. Wiktor Frankenstein tworzy bowiem Juniora nie po to, by mieć potomstwo. W tym celu mógł wykorzystać dużo łatwiejszy i – jak twierdzą niektórzy: przyjemniejszy sposób, a partnerkę na pewno by znalazł. Nie, nie chodziło o przedłużenie gatunku. Chodziło o zapanowanie nad śmiercią. Czyli nie stworzenie nowego człowieka, a podtrzymanie, przedłużenie życia człowieka już żyjącego. Według mnie wiąże się z tym mimo wszystko kolejny problem – odpowiedzialności za powołane do życia istnienie (a więc świadome rodzicielstwo), ale jednak wymieniony w podtytule „współczesny Prometeusz” – tytan zbuntowany przeciw bogom Olimpu – sugeruje, że to jest istota książki. I jak by nie patrzeć, to chyba do dzisiaj jest to rzecz wciąż bardzo kontrowersyjna.
Nauka rozwija się w niesamowitym tempie. Z pewnością o wielu odkryciach, ba! o prowadzonych badaniach nie wiemy. Wiadomo jednak, że wciąż trwają prace nad klonowaniem, a niedawno zatrzymała moją uwagę podana w jednych z newsów telewizyjnych informacja o… czaszce wydrukowanej na drukarce 3D. Wszczepionej żywej pacjentce. Szczerze mówiąc, na początku nie uwierzyłam. Z drugiej jednak strony, w porównaniu z przeszczepami organów, jakie wciąż są wykonywane, taki „wydruk” jest pewnie czymś błahym. Mimo to ogarnia mnie czasem przerażenie. Czy człowiek nie popełnia błędu, czy nie posuwa się za daleko w swoich badaniach? Czy nie powinna istnieć jakaś granica, której naukowcy nie powinni przekraczać? Tak, wiem, że celem jest poprawa życia ludzkiego, podniesienie jego jakości, przedłużenie procesu starzenia. Może nie uda się zapanować nad śmiercią, ale chociaż odsunąć jej moment? Na pewno nikt nie powie, że ta idea jest zła. Pytanie, czy przyniesie to dobre skutki. Pytanie, czy nie obróci się przeciwko nam. Pytanie, czy nie stworzymy jak Wiktor czegoś, nad czym nie będziemy w stanie zapanować.
Nie odpowiem, bo nie znam odpowiedzi. Po prostu się zastanawiam. I nie wiem, czy żałuję, że pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi…

środa, 2 kwietnia 2014

Gdzie jesteś?

Trudno mi uwierzyć, że dzisiaj dziewiąta rocznica śmierci Papieża. Myślę, ile już lat minęło i jak bardzo zmieniło się moje życie od tamtego czasu.
To nie tak, że myślę wyłącznie o sobie. Owszem, wspominam Jana Pawła II, ale czy nie jest tak, że stratę nawet kogoś bliskiego postrzegamy przez pryzmat właśnie braku, jaki nam to sprawia? Przecież żałobę czujemy nie ze względu na cierpienie tej zmarłej osoby – jej przecież jest już lepiej. Jeśli nawet ktoś nie wierzy w życie po śmierci, to przynajmniej może sobie powiedzieć, że ta osoba już nie cierpi. My natomiast zostajemy sami, bez tej osoby. I często takie doświadczenie zmusza nas do przewartościowania wielu kwestii. Pytanie, na ile trwale. Kiedy zmarł Papież – a nawet wcześniej, kiedy jeszcze żył, ale było już wiadomo, że choroba wkrótce zabierze mu resztki sił – cała Polska zjednoczyła się we wspólnych modlitwach, marszach, czuwaniach i pielgrzymkach. Dużo ludzi wypowiadało się publicznie, jak ważny był dla nich Jan Paweł II i Jego nauki. Pewnie w tamtym momencie mówili szczerze, pewnie w to wierzyli, a może to byli akurat ci, którzy myśleli tak niezależnie od tego, czy On żył, czy nie. Ale tak szczerze, to jestem sceptyczna, patrząc na to, co wokół nas się dzieje.
A ja dziewięć lat temu, tamtego pamiętnego wieczora, siedziałam u koleżanki ze studiów, które już obie miałyśmy za sobą. Obie też zaczynałyśmy dorosłe życie i obu nam wydawało się, że czas na to najwyższy. Ja wprawdzie ślizgałam się jeszcze po powierzchni prawdziwego dorosłego życia, w sensie samodzielności mieszkaniowej, ale już trochę zarabiałam, już byłam na studiach doktoranckich, już miałam za sobą pierwsze doświadczenia w zawodzie nauczycielskim – i zaczynała się moja przygoda z Misiem. Nie wiem, jak ja miałam na to siły, ba! chęci, żeby wytrzymać te wszystkie emocje. ;) A to dopiero był początek. Te dziewięć lat było tak naprawdę dla mnie drogą, której wprawdzie nie chciałabym jeszcze raz przechodzić (a śni mi się to nieraz, brr…), ale która sprawiła, że teraz widzę dużo silniejszą osobę. Uważam, że ten czas był bardzo bogaty w doświadczenia. Zmieniłam zawód i czuję się w nim dużo szczęśliwsza. Przede wszystkim jednak czuję się silniejsza psychicznie niż kiedyś. Z pewnością zawdzięczam to wielu osobom, które w tym czasie znalazły się w moim życiu. Nawet niekiedy przelotnie, na krótko (by nie rzec: na jedną noc :P). Każdy wnosi coś w nasze życie. Jeśli nawet próbuje nas skrzywdzić, to przynajmniej dzięki temu doceniamy bardziej tych dotychczas niedocenianych. Ktoś inny może zarazić nas wspaniałą pasją. Inny znów – wydobędzie naszą zaletę, o której dotychczas nie wiedzieliśmy.
Te dziewięć lat to dla mnie również praca nad tym, by nauczyć się cieszyć życiem z samą sobą. Oczywiście są w moim życiu bliżsi i dalsi ludzie, rodzina, znajomi, kochane zwierzątka, ale coraz bardziej doceniam też czas spędzony ze mną. ;) To też, w jakiejś mierze, zawdzięczam tym, którzy z mojego życia odeszli.
Dziewięć lat temu bałam się tego, co przyniesie mi los. Miałam marzenia, których niespełnienie wydawało mi się największym nieszczęściem na świecie. Teraz jestem dużo spokojniejsza. A z tych, którzy byli ze mną w tamtym czasie, zostało niewiele. Kiedyś było to dla mnie ogromnie trudne do przeżycia, że ktoś znika z mojego świata, choć wciąż mieszka obok albo pracuje blisko mnie. Teraz cieszę się tymi, którzy są. Tu i teraz. Staram się nie martwić na zapas ani tęsknić za przeszłością. Jest dobrze. Jestem w dobrym miejscu.

A Ty gdzie jesteś?