Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 listopada 2014

"Kwiat pustyni", czyli dwa światy

Zdarzyło mi się obejrzeć film Kwiat pustyni. W telewizji pokazywali, a ja często ją oglądam. Nie za często, ale tyle, ile potrzebuję, ile lubię, ile chcę. Zauważyłam wprawdzie ostatnio trend na nieoglądanie telewizji (albo takie deklarowanie). Może to wcale nie jest większość, może ja trafiam na takie osoby. Niemniej pamiętam, z jaką dumą Miś podkreślał, że on słucha wiadomości w radiu, a nie telewizji. Jak się nie ma telewizora, to trudno mówić o wyborze… chociaż twierdził, że decyzja o niekupowaniu telewizora była świadoma. Pewnie prawda, biorąc pod uwagę, ile czasu mógłby poświęcić na oglądanie telewizji między jedną randką a drugą, pracą i dziećmi. I jeszcze trzeba by było odbiornik kupić, podłączyć… Ale fajnie było przedstawić to jako ideologię. Poza Misiem jednak jest w moim otoczeniu jeszcze parę osób, które czasem potrafią spytać takim specjalnym tonem: „Ty oglądasz telewizję?”. Słychać w tym pytaniu i zdziwienie, że mam na to czas, i zdumienie, że znajduję tam coś, co mi odpowiada. Tak – na oba zdziwienia. Nieraz wystarczy trochę poszukać. Są kanały – i to w telewizji publicznej – które w swojej ofercie często mają ambitne programy (nie tylko „misyjny” Klan :D) i pokazują dobre filmy. Nie każdy zaś może obejrzeć je w inny sposób – w kinie, online, na dvd.
Właśnie wieczorem 1 listopada o godz. 20:10 TVP2 pokazała wspomniany na początku film Kwiat pustyni. Godzina dobra, jak sądzę, bo większość jednak już wróciła z cmentarzy, a pewnie i z krótkich wizyt rodzinnych. (To à propos narzekań, że jak coś dobrego, to w środku dnia albo w późnonocnych godzinach. Owszem, zdarza się, ale myślę, że telewizja coraz bardziej musi brać – i bierze – pod uwagę głosy i potrzeby widzów). Mnie się niestety nie udało obejrzeć filmu w całości, bo przegapiłam początek, a jak już się zorientowałam, to okazało się, że film leci w oryginalnej wersji językowej. Trochę się zeszło, zanim się dowiedziałam, że mam taki nowoczesny teleodbiornik. Obejrzałam połowę i wiem, że muszę zobaczyć – tym razem całość – jeszcze raz.
Film jest historią Waris Dirie – Somalijki, która w swojej autobiograficznej powieści (film jest adaptacją) opowiada o swoim życiu i karierze modelki. Ale przede wszystkim ujawnia światu okrucieństwo, jakie wciąż – mimo postępu cywilizacji – ma miejsce. Mowa  o okrutnym i wciąż praktykowanym obrzędzie obrzezania kobiet. Słyszałam o tym, oczywiście, ale przyznam, że dopiero wczoraj dowiedziałam się dokładnie, na czym to polega. Nie potrafię nawet tego powtórzyć i wciąż jestem wstrząśnięta tym faktem. Jak można pozwalać na takie okrucieństwo i barbarzyństwo, służące jedynie jeszcze większemu upokorzeniu i podporządkowaniu kobiety? Jak mówi sama Waris Dirie, o tym procederze nie wspomina Koran, nie jest więc to zalecenie religijne. A więc wymyślili to mężczyźni. Dzisiaj, mimo iż mamy XXI wiek, mimo iż o tych praktykach słychać od czasu publikacji książki (a więc koniec lat 90. minionego wieku), mimo oficjalnego zakazu ich stosowania, wciąż jest on obecny. I to nie tylko w krajach afrykańskich, ale i na kontynentach europejskim i amerykańskim.
Scena, kiedy Waris Dirie opowiada przed Zgromadzeniem ONZ, na czym polega zabieg obrzezania, była z pewnością jedną z bardziej wstrząsających. Ale duże wrażenie zrobiły też na mnie te pokazujące jej relacje z mężczyznami, jej postawa wobec nich. Spuszczone oczy i głowa, a przede wszystkim splatanie ramion, by jeszcze trochę się okryć… Przejmujący  jest też moment wizyty Waris u ginekologa. Przychodzi pielęgniarz, Somalijczyk, który ma tłumaczyć słowa lekarza. Okazuje się jednak, że mówi do dziewczyny zupełnie coś innego. Lekarz wyraża ogromne współczucie dla cierpienia, jakiego Waris musiała doświadczyć i wciąż doświadczała z powodu „wycięcia”, i obiecuje jej pomóc, by dłużej nie musiała żyć w bólu. Tymczasem pielęgniarz obrzuca ją oskarżeniami, mówi o zdradzie rodziny, tradycji i ojczyzny, i wyraża pogardę dla niej i jej zachowania – swobodnego, niezgodnego z zachowaniem porządnej somalijskiej kobiety…
Zwłaszcza ta scena dała mi dużo do myślenia. Faktu obrzezania, barbarzyństwa, jakie się za tym kryje, nie trzeba komentować, nawet nie sposób. Ale skoro tak, to dlaczego ta praktyka wciąż trwa, dlaczego rodzice tych małych dziewczynek na to pozwalają? Matki przecież przeżyły to samo cierpienie i powinny bronić przed nim swe córki. Jednak są światy, w których władza mężczyzny nad kobietą jest wciąż bardzo silna i prowadzi właśnie do takich niekontrolowanych okrucieństw, na które panuje pełne przyzwolenie społeczne lub obojętność, opisywane jako tolerancja dla innych kultur i wyznań.
Tymczasem kobiety światów zachodnich wciąż walczą o swoje prawa. Oburzają się, że społeczeństwo tkwi w kulturowych stereotypach, które każą kobiecie ograniczać swoje zainteresowania do domu, rodziny i dzieci. Są niezadowolone, gdy ktoś krytykuje ich niechęć do posiadania dzieci – coraz więcej kobiet odkłada na później macierzyństwo lub w ogóle z niego rezygnuje. Domagają się parytetów na stanowiskach. Wymuszają na partnerach większe zaangażowanie w rodzicielstwo. Wiele  z tych postulatów jest spełnianych, a stereotypowe oczekiwania wobec kobiet zaczynają odchodzić do lamusa – broni ich starsze pokolenie oraz skostniałe środowiska katolickie. Tak naprawdę jednak nawet w mniejszych miejscowościach kobiety są coraz bardziej wolne. Mają prawo do planowania własnego życia według swoich wzorców. Jedyną przykrością, na jaką są narażone, jest krytyczny komentarz… Mogą decydować o sobie w coraz większym zakresie i co najwyżej otrzymają za to łatkę feministki. Mimo to narzekają, że wciąż tego równouprawnienia za mało.

Ja, po obejrzeniu Kwiatu pustyni, zrozumiałam, jak wiele mam wolności, niezależności i wciąż możliwości. Wszystko zależy ode mnie – nie od mężczyzny. Bez niego też jestem kimś. Człowiekiem. Nie muszę walczyć, jak Waris i jej podobne, o podstawy, odcinać się od rodziny, uciekać przez pół świata, by zyskać godność należną każdej ludzkiej istocie. Naprawdę, warto czasem docenić to, co mamy, i nie robić dramatu, gdy ktoś nazwie nas „ministrem”, a nie „ministrą”…

czwartek, 31 lipca 2014

Miasto 44




Byłam wczoraj na Stadionie Narodowym, by obejrzeć przedpremierowy pokaz filmu Jana Komasy Miasto 44. Bilety dostałam dzięki udziałowi w konkursie ogłoszonym przez Telewizję Polską – jednego ze sponsorów filmu. Oficjalna premiera zaplanowana jest na 19 września br.
Data prapremiery nie była przypadkowa. Obecny tydzień poświęcony jest przecież obchodom 70. rocznicy wybuchu powstania. Podczas pokazu, obok „zwykłej” publiczności oraz przedstawicieli władz Warszawy, reżysera i przedstawicieli sponsorów, byli ci, których odbioru reżyser obawiał się pewnie najbardziej: sami powstańcy.

Pokaz zorganizowano na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jak podają media, obecnych było około 10–12 tysięcy widzów. Trochę było mi przykro, że jednak nie wszyscy wciąż potrafią zachować się w miejscu publicznym. Owszem, klaskano podczas przemówień poprzedzających premierę filmu, owszem, uhonorowano obecnych powstańców. Nigdy jednak nie zrozumiem swoistego „fenomenu”, jaki ostatnio obserwuję nawet w teatrze (chyba tylko w operze jeszcze się to nie zdarzyło). Dlaczego ludzie tak bardzo pędzą do wyjścia wraz z pierwszymi zwiastunami końca spektaklu, filmu? Niedawno byłam na innym filmie o Powstaniu. To naprawdę był chyba jedyny raz, gdy ludzie naprawdę doczekali do białej planszy, informującej, że dalej już na pewno nic nie będzie. ;) Tymczasem wczoraj większość zerwała się z miejsc już standardowo. Wychodząc z tym tłumem (nie da się za bardzo posiedzieć i przeczekać, zresztą to już nie ma sensu), widziałam dużo walających się po podłodze pustych butelek po wodzie, plastikowych kubków i innego śmiecia. Przykrym jest obserwować taki brak elementarnej kultury. :/
Oczywiście też, wychodząc, słuchałam już pierwszych komentarzy – za sobą, przed sobą, obok siebie. Opinii było pewnie tyle, ilu ludzi. Naturalnie też miałam swoją i też omówiłam ją z moją osobą towarzyszącą. ;)

A Miasto 44 chyba będzie budzić mieszane uczucia. Dzisiaj w mediach słyszałam już opinie, że powstańcy ogólnie odebrali film pozytywnie, nie podobał im się jednak ogólny wydźwięk przegranej sprawy, ich zdaniem dominujący w tym przekazie. Także nie zgadzali się na sposób ukazania relacji damsko-męskich. Ich zdaniem, w czasie walk nie poświęcano im aż takiej uwagi, jak widać było w Mieście 44. Wiadomo jednak, że to szczególna grupa odbiorców i sądzę, że oba zarzuty nie będą dla reżysera druzgoczące.

Natomiast zastanawiam się, jak film został i zostanie oceniony przez współczesnych. W końcu to nie pierwszy film, którego tematyką jest powstanie czy ogólniej czasy drugiej wojny światowej. O ile jednak dawniejsze filmy musiały posługiwać się często mową ezopową (jak inaczej pokazać bierność wojsk radzieckich, kiedy rządzą komuniści?), to teraz można powiedzieć wszystko. I Komasa mówi. Według mnie próbuje zrobić to językiem zrozumiałym dla współczesnego pokolenia. To dla nich są efekty specjalne, jak wyjęte z gry komputerowej. Dla mnie jednak podkreślały też, jak często doświadczenia są zbyt silne, by je przetrwać – a przez to tracą na realności. Coś jest tak okropne (strzelanina na cmentarzu, śmierć ludzi, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się, rozmawiali i mieli plany na przyszłość) lub tak piękne (pierwsze doświadczenie miłosne), że jedynym sposobem na przetrwanie tych chwil jest ich odrealnienie. Tak ja odbierałam te „komputerowe” sceny.

Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że w ogóle tematyka powstania w Warszawie jest dla mnie bardzo ważna i wszystkie traktujące o niej książki, pamiętniki, filmy bardzo przeżywam. Miasto 44 pokazuje walki w mieście bardzo rzetelnie, momentami brutalnie, ale też nie jest to obraz ciągły, lecz najważniejsze jego etapy. Mimo tej epizodyczności wyraźnie widać, jak zmienia się walka i jak dorastają biorący w niej udział młodzi ludzie. Obserwujemy, na przykładzie głównego bohatera – Stefana – początkową euforię powstańców i wraz z nim doświadczamy kolejnych dni przynoszących stopniową utratę nadziei.

Jedna z recenzji filmu ma  w tytule stwierdzenie: „koniec Wajdy w polskim kinie”. Podoba mi się. Z całym szacunkiem dla twórczości Andrzeja Wajdy, myślę, że ten film bardziej przemówi do młodego widza (choć lepiej, by nie za młodego – niektóre sceny mogą naprawdę wstrząsnąć). Nie tylko z powodu wspomnianego już wcześniej zrozumiałego dla niego języka przekazu. Filmy Wajdy są z reguły tak patetyczne i tak czarno-białe (w sensie oceny postaw bohaterów), że niekiedy nie sposób przez nie przejść. Jak można przy tym je skrytykować, skoro ich temat dotyczy polskich świętości? A jednak nie każdy i nie zawsze jest jednowymiarowy. W filmie Komasy postaci są naprawdę żywe, choć wiele z  nich ginie zbyt szybko, by zdążyć się do nich przywiązać.

I jeszcze jedna pochwała. Reżyser do udziału w swoim filmie zaprosił mało znanych aktorów. Pozwalało to (przynajmniej ja tak miałam) patrzeć na nich jak na Stefana, Kamę i Biedronkę, a nie – Zakościelnego czy Cielecką (jak niestety czasem mam podczas oglądania Czasu honoru).

Bardzo mnie cieszy, że temat wciąż odżywa w sztuce. Ludzie muszą pamiętać i wiedzieć, że zawsze istnieje coś ważniejszego niż życie czy śmierć. Ale nigdy nie jest łatwo wybrać, trwać w tym i nie dać się złamać zwątpieniu. I Miasto 44 to pokazuje.

czwartek, 17 lipca 2014

Parę słów o filmie „Powstanie Warszawskie”

Dawno nie byłam w kinie i nawet nie bardzo już wiedziałam, co grają. Czasem na FB widziałam, że ktoś na coś się wybiera, ale jakoś mnie nie korciło, a i budżet był na tyle skromny, że wolałam coś tam pooglądać w domu. Któregoś razu jednak zerknęłam na repertuar Cinema City w Promenadzie (niedaleko mnie) i zobaczyłam, że jeszcze grają Powstanie Warszawskie, które na ekrany weszło przecież 9 maja. Pomyślałam, że pójdę. Wybierałam się już, ale przyznam, że wciąż trudno mi uświadomić sobie, że do kina można iść samej. Nie wiem, czemu to dla mnie takie trudne – może to kwestia długiego bloku reklamowego, który łatwiej przetrwać w towarzystwie? ;) Tym razem jednak postanowiłam (jak co kwartał mniej więcej), że teraz to się zmieni i nawet sama, ale będę chodzić co jakiś czas do kina. Dodatkowo wypatrzyłam, że w środy bilety kosztują 14 zł. No, tyle dam radę. Moje osobiste odwrotne prawo Murphy’ego zadziałało natychmiast i gdy tylko powiedziałam o swoim planie siostrze, natychmiast do mnie dołączyła. :)

Film Powstanie Warszawskie to produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego. Na tle innych filmów o tematyce wojennej i historycznej wyróżnia się niezwykłą autentycznością. Nie jest to bowiem wizja reżyserska, rekonstrukcja faktów, ale zmontowana z dokumentalnych materiałów archiwalnych fabuła (jej autorem jest Jan Komasa, reżyser innego filmu o tematyce powstańczej – Miasto 44, który ukaże się we wrześniu tego roku), ukazująca prawdziwe oblicze sierpniowej walki stolicy. Materiały były kręcone na zlecenie dowództwa AK, a ich pierwsza projekcja odbyła się w kinie „Palladium” już w trakcie walk powstańczych. Ze zrozumiałych względów – by widz mógł łatwiej prześledzić materiał – wprowadzono bohaterów (a w zasadzie ich głosy), czyli operatora filmowego i jego młodszego brata. Komentują oni filmowaną rzeczywistość, ale jednocześnie rozmawiają ze sobą o sprawach codziennych, bliskich – im i współczesnym im ludziom.

Początkowo nie byłam pewna, czy ten pomysł mi odpowiada. Nastawiona byłam na dokument, nawet nie brałam pod uwagę jakiegoś ciągu przyczynowo-skutkowego zdarzeń. A tu coś takiego… Głosy Karola i jego brata Witka, wyraźnie dobiegające ze studia, „napisane” dialogi, trochę mnie rozpraszały. Przypomniałam sobie jednak wstęp do Zośki” i „Parasola”, w którym autor informuje czytelnika, iż dla łatwiejszego odbioru spisanej historii czyni kogoś niejako jej bohaterem – jednak naprawdę wciąż jest to historia walczących o Warszawę powstańców (przytaczam z pamięci, więc może niedokładnie, ale myślę, że sens zachowałam). I rzeczywiście, trochę łatwiej było przedzierać się w ten sposób przez i tak już niełatwy (ze względu na treść) dokument. Podobny zabieg, jak sądzę, został zastosowany i w omawianym przeze mnie filmie.

Wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Temat powstania jest dla mnie ważny, choćby z tego powodu, że mieszkam w Warszawie. Ale nie tylko. Pamięć o historii własnego narodu, jakkolwiek by to szumnie nie brzmiało, a także szacunek dla tej przeszłości, jest – nie tylko moim zdaniem – czymś, co ten naród tworzy i pozwala mu trwać. Uważam, że takie filmy (nie tylko o sierpniu 1944, ale dotyczące okresu drugiej wojny światowej) powinny wciąż powstawać, by ta pamięć mogła trwać.

W filmie można zobaczyć autentycznych ludzi, żyjących w tamtych czasach. Pełna lista ich nazwisk jest wyświetlana po zakończeniu projekcji. Niestety, nie sposób przeczytać wszystkich. Szkoda, że nie pomyślano o tym, by np. wydrukować to na małych ulotkach i wręczać razem z biletem (jak np. wręczano guziki przy filmie Katyń).

Film Powstanie Warszawskie ma niewątpliwie ogromną wartość poznawczą. Ukazuje walczących o wolność ludzi nie tylko z karabinem w ręku, nie tylko w momentach dokonywania bohaterskich czynów – ale kiedy jedzą, kąpią się, przygotowują obiady, broń i materiały opatrunkowe. Zauważyłam, że kobiety upinały wtedy włosy i ani jedna nie miała grzywki! Wiele filmów wojennych pokazuje tylko wzniosłe momenty. Tymczasem rzadko mówi się o muchach, łażących po rannych, o tym, ile czasu i wysiłku kosztowało wyprodukowanie jednego granatu czy przygotowanie roznoszonych przez harcerzy ulotek. Obok walczących chłopców i dziewcząt pokazano też ludność cywilną. Zaskakujące, jak wielu ich trwało w mieście w czasie walk…

Czy było warto, czy ta walka miała sens? W filmie nie padają oceny. Nie muszą. Fakty mówią same za siebie. Nie ma ocen politycznych, pada dosłownie jedno zdanie o Sowietach znajdujących się po drugiej stronie Wisły. Kiedy jednak patrzy się na zrujnowane miasto, na ludzi, którzy giną w jego obronie, stosy ciał leżące na ulicach pod koniec powstania, to serce ściska jedynie żal. Zarazem – budzi się myśl: czy my, dzisiaj, potrafilibyśmy zdobyć się na tak wielką odwagę? I czy doceniamy, że nie musimy tego sprawdzać?

Uciekamy na co dzień od patosu, pochłaniają nas problemy, zajmują narzekania na to, co dzieje się w kraju. Ale mimo wszystko, teraz, kiedy sierpień jest blisko, może warto wspomnieć tych ludzi, którzy „za nasze jutro – oddali swoje dzisiaj”?

A jeśli ktoś nie słyszał, to na zakończenie piosenka promująca film. Pierwszy raz widziałam w ogóle ludzi, którzy po filmie nie zrywali się z foteli, ledwo tylko zgasł obraz. Może zatrzymała ich również muzyka, a może musieli najpierw wytrzeć łzy...?


wtorek, 1 kwietnia 2014

Niebezpieczny świat Pana Kleksa

Cieszę się, że nie mam dzieci. Bałabym się bowiem wypaczenia ich umysłów treściami przekazywanymi przez media. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele zła mogą przekazywać programy przeznaczone dla dzieci…
Oczywiście nawiązuję do problemu, zauważonego bodaj w 2007 roku przez Ewę Sowińską, rzeczniczkę praw dziecka, która uznała teletubisia Tinky za geja. Tak szczerze, to sprawa mnie wtedy nie obeszła, ale nie sposób było o niej nie wiedzieć. Nie tylko publikacje prasowe, ale i sztuka zareagowała na te spekulacje pani rzecznik – ot, piosenka „Homotubisie” Big Cyca czy może mniej znany skecz kabaretu „Słoiczek po cukrze”: „Przedszkole”. Naturalnie reakcje artystyczne były krytyką, prześmiechem, bo jak potraktować serio takie spekulacje? Pani Sowińska może i miała dobre intencje, może chciała chronić dzieci przed złem, ale po pierwsze, czy na tym etapie dzieci postrzegają postaci bajkowe przez pryzmat ich preferencji seksualnych, czy raczej jest im to obojętne? No, oczywiście wiem, propagowanie prawidłowych wzorców (prawidłowych i jedynie słusznych z pewnego punktu widzenia, naturalnie, a z innego – szerzenie nietolerancji dla odmienności, ale to już inna sprawa, w tej chwili drugorzędna), dzieci widzą przecież, że Rumcajs miał żonę, a inna postać nie, i mogą to później zapamiętać. Podświadomość, przekazy podprogowe itepe. Po drugie, idąc tym tropem, możemy uznać, że większość bajek dla dzieci zawiera niezdrowe treści.
A może to wcale nie są wymysły? Zastanawiam się nad tym, bo mam wrażenie, że odkryłam coś strasznego podczas dorosłego oglądania Akademii Pana Kleksa. Większość pewnie widziała ten polsko-radziecki film z Piotrem Fronczewskim w roli głównej, jak również i kolejne części. Ja też widziałam, pamiętam wiele piosenek – Kaczkę Dziwaczkę czy Wyspy Bergamuta – i ogólnie ciepło wspominam ten film. Jako że lubię wracać do świata baśni, postanowiłam obejrzeć cały cykl jeszcze raz. Nie mam dzieci, nie mogłam więc tego uczynić pod pretekstem oglądania z nimi. ;) Postanowiłam za to, by oglądanie nie było całkiem bezproduktywne, starać się patrzeć na film analitycznie. Żałuję tej decyzji, gdyż świat pana Kleksa już nigdy nie będzie dla mnie taki sam…
Cóż takiego bowiem odkryłam? Fabuła niezmiennie przecież pozostaje taka sama. Jest uczony, Ambroży Kleks, który prowadzi swoją Akademię, gdzie naucza w sposób przyjemny, nieszablonowy, przyjazny. Wzorzec przyszłej edukacji, można by powiedzieć. Przecież w latach osiemdziesiątych, gdy powstawał film, szkoła była zupełnie innym miejscem niż obecnie. Uczeń miał obowiązki, a nie jedynie prawa – jak jest w większości dzisiaj. Lekcje prowadzone były według schematu, nie słyszało się o kreatywnym myśleniu, nacisk był na wiedzę pamięciową, nie oczekiwano oryginalności (wręcz przeciwnie, wydaje się). I przede wszystkim dominowała szarość. Nie tylko w szkole, w codziennym życiu też. To przecież widać w pierwszych scenach filmu, gdy Adaś Niezgódka ukazany jest na swoim rzeczywistym podwórku. Kolory pojawiają się dopiero wraz z przybyciem do bajkowego świata pana Kleksa. Wszystko pięknie, super, nic, tylko tam być. Gdzie więc tkwi podstęp?
Otóż, przyglądając się bliżej Akademii, można zauważyć kilka niepokojących kwestii. Akademia została zbudowana tylko dla chłopców. Niby nie ma w tym nic tak bardzo dziwnego, w końcu nie ma obowiązku zakładania tylko szkół koedukacyjnych. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że poza panem Kleksem nie ma tam żadnego innego dorosłego (Golarz Filip, który sporadycznie odwiedza Akademię, nie poprawia pozytywnie tej statystyki, szpak Mateusz zaś się nie liczy). Chłopcy, około dziesięcioletni, są więc sami z profesorem. Nie ma kadry nauczycielskiej, ale nie ma też opiekunów, dozorców, kucharzy, sprzątaczek. Sami chłopcy i pan Kleks… Czy wystarczająco jasno to piszę? Gdyby chłopcy przychodzili na lekcje, a później wracali do domów, to można byłoby to zlekceważyć. Ale oni są tam cały czas, pozbawieni kontaktów z zewnętrznym światem, na dodatek pod nieustanną obserwacją profesora. Wprawdzie nie ma mowy o tym, by profesor obserwował ich podczas porannej kąpieli w sypialnianej fontannie (nawiasem mówiąc, czy gdyby to była kreskówka, również pokazana byłaby ich nagość?), ale czy szpak Mateusz nie jest tam obecny? A może istnieje jakieś sprzężenie, pozwalające widzieć panu Kleksowi oczami szpaka (by nie budzić niepotrzebnych skojarzeń słowem: ptak...)? Nie jest to powiedziane, ale nie jest też wprost zanegowane. A pan Kleks słynie z różnych wynalazków…
Uczniowie nie mogą nawet śnić swobodnie, gdyż sny ukazują się w lusterkach, co ranek oglądanych przez pana Kleksa. Mało tego, z tych snów pan Kleks wytwarza substancje, które uczniowie następnie zażywają, by sny były coraz bardziej kolorowe… A z czego przyrządza obiady? Z kolorowych farbek i szkiełek. Dodam, że co jakiś czas zażywa pigułki – twierdzi, że na porost włosów, ale przecież to tylko jego słowa. A chłopcy z kolei na twarzach mają naklejane piegi; czy mocująca substancja nie może zawierać czegoś szkodliwego…?
Świat Akademii Pana Kleksa jest bardzo podejrzany… Warto dodać, że w kolejnych częściach, nawet tam, gdzie ukazane są dzieci, nie ma już tylu niepokojących dwuznaczności, nawet gdy mamy do czynienia również ze światem szkoły (Pan Kleks w kosmosie). A Tryumf Pana Kleksa jest po pierwsze, częściowo animowany, po drugie, prezentuje słuszne wartości etyczne i rodzinne – zaręczają się zarówno dorosły Adaś Niezgódka z panną Rezedą, jak i rysujący komiks Tomasz z Agnieszką. Tak więc jedyne niebezpieczeństwo niesie oglądanie Akademii

Na koniec pragnę zwrócić uwagę tych, którzy krytykę Akademii Pana Kleksa potraktowali serio, na dzisiejszą datę. ;) Miłego dnia!

sobota, 1 marca 2014

Amazing! (3/3)

Po filmie „Ona”, o którym nie mogę przestać myśleć, lawiną potoczyły się wspomnienia o innych, które zapadły mi w pamięć głęboko. Na pewno ogromnego wzruszenia dostarczył mi musical „Mamma mia!”, ale bardziej z powodu sytuacji życiowej, w jakiej wtedy byłam, niż sam z siebie. Kupiłam później dvd, ale nie obejrzałam ani razu… jeszcze. Obejrzę kiedyś. Na pewno. Głównie po to, żeby go odczarować.

Innym takim filmem było „Przeczucie – z Sandrą Bullock. To moja ulubiona aktorka. Z tym filmem wiążą się dwojakie wspomnienia: emocji wywołanych samym filmem, ale głównie – okoliczności towarzyszących. „Przeczucie” na ekranach pojawiło się w 2007 roku. Wspominam ten rok jako jeden z bardzo trudnych (jeśli nie najtrudniejszych) w moim życiu. Bardzo dużo wtedy się zadziało, ale na szczęście – co okazało się później – niektóre rzeczy wyszły mi na dobre, a i poznałam wielu różnych ludzi. Niektórzy z nich do dzisiaj są obecni w moim życiu, jak Kasia czy Paweł. Niestety, poznawałam też innych. Teraz te wspomnienia mnie bawią, ale wtedy złościły. Może gdyby przeczucie z filmu udzieliło mi się choć trochę, byłoby mi łatwiej. A może nie? W końcu fabuła pokazała, że nie da się uniknąć przeznaczenia.
To film sprzed dobrych kilku lat, więc chyba już mogę odwoływać się do fabuły. Film opowiada historię pewnej kobiety – Lyndy (Sandra Bullock), której mąż ginie w wypadku samochodowym. Następnego dnia rano jednak Lynda budzi się obok swojego małżonka, żywego i zdrowego… Kobieta w końcu orientuje się, że do wypadku jeszcze nie doszło, że to była jedynie wizja. Szereg kolejnych wydarzeń wskazuje jednak, że może ona się spełnić. Lynda próbuje znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla tego zjawiska, ale kolejne osoby, którym się zwierza, niewiele mogą jej pomóc. Kiedy nadchodzi wreszcie krytyczny dzień, Lynda wreszcie pojmuje, w jaki sposób ma dojść do katastrofy i próbuje jej zapobiec…
W moich wspomnieniach „Przeczucie” jest jednym z filmów określanych od przedwczoraj – amazing! (Sama nie wiem, czemu tak ulubiłam sobie to słowo). ;) Trafiłam na niego przypadkiem, ale na film z Sandrą Bullock idę w ciemno. Oglądałam go na wstrzymanym oddechu, wyszłam zapłakana – właściwie nie wiem, czemu – i po prostu trzęsłam się z emocji przez połowę drogi do domu. Nie było mi dane jednak skupić się na tych wrażeniach, bo mój towarzysz na to nie pozwolił. Tak, wiem, co można pomyśleć, ale to ja. Moja sytuacja. Więc nie rozpraszały mnie słodkie komplementy czy próby mizianek w miejscu publicznym (mówię o powrocie, podczas filmu, nawet jeśli coś się działo, to nie zauważyłam), ale męcząca konwersacja. A ja próbowałam być kulturalna (zawsze staram się być uprzejma, gdy widzę, że ktoś jest ewidentnie nieogarnięty, chyba że już ostro przegina – wtedy zaskakuję nawet samą siebie mistrzowską ripostą), chociaż w środku byłam po prostu wściekła. Dlaczego?
Ano dlatego, że wieczór znowu nie spełnił moich oczekiwań. Był 2007 rok, Miś rzucił mnie po raz pierwszy, a ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mi wybaczy to rozstanie (tak, wiem co piszę), myślałam że jest to rozstanie definitywne i po prostu nie wiedziałam, co robić. Byłam wtedy na tym etapie życia, że po prostu i zwyczajnie nie było przy mnie nikogo, komu odważyłabym się zaufać. Dawne przyjaciółki się pokończyły, nowym znajomym nie umiałam jeszcze zaufać, rodzinie tym bardziej (niestety). Siedziałam więc na czatach, randkowych i innych stronach i po prostu szukałam kogoś, do kogo można się odezwać. Poznałam wtedy m.in. księdza, który twierdził, że szuka kogoś do rozmowy po polsku (był kolejny rok poza krajem), ale naprawdę w 2007 roku nie było innych serwisów po polsku niż ilove? Chyba wtedy poznałam też Bena, Niemca, z którym poszłam na przykład do Muzeum Powstania Warszawskiego i pamiętam, że kazałam mu się nie odzywać za dużo. ;) Rozmawialiśmy po niemiecku, angielsku i polsku oraz za pomocą pokazywania rękami. I było fajnie. No i poznałam też właśnie bohatera dzisiejszego wpisu. Kompletnie nie pamiętam, jak miał na imię. Na pewno za to był doktorantem – niestety, chodzą mi po głowie dwa skrajne skojarzenia: filozofii albo prawa. Nieistotne. Poznaliśmy się więc na jakiejś stronie, przeszliśmy na czat i Doktorant zaproponował spotkanie. Bardzo było to po mojej myśli, więc się zgodziłam, ale wciąż czekałam na jego inicjatywę, z czego zresztą ochoczo skorzystał. W efekcie umówiliśmy się na piątkowy wieczór do kina „na jakąś prostą amerykańską komedię” – poprosiłam. Spotkaliśmy się zgodnie z planem, a dalej już było tylko gorzej. Po pierwsze, okazało się, że źle sprawdził repertuar i filmu, na który byliśmy umówieni, już nie grają. Wtedy ja wskazałam palcem na plakat „Przeczucia” i zaproponowałam, że w takim razie może to. Nieświadomie w ten sposób zamieniłam koncepcję lekkiej amerykańskiej komedii na thriller (może to było nawet podświadomie? Jako odwzorowanie tego, co działo się w moim życiu? Chciałam, by było pogodnie, a zamiast tego dostałam dreszczowiec…). Poszliśmy więc do kasy. Stałam obok z niepewnym uśmiechem, a kiedy przyszła nasza kolej, Doktorant poprosił o dwa bilety, z tym że on płaci tylko za jeden, a za drugi ona – i wskazał na mnie. Nie tylko mi z hukiem spadła szczęka na podłogę, widziałam że pani też zaokrągliły się oczy. Miałam pieniądze, nie w nich rzecz. Tylko było dla mnie wtedy oczywiste, że takie rzeczy załatwia się wcześniej. Jeśli już – bo w gruncie rzeczy byłam przekonana, że jeśli zostałam zaproszona, to będę i „zapłacona”. Tym bardziej – powtarzam – że wcześniej nie było żadnych ustaleń. Przyjęłam zatem konwencję, że „randka w ciemno” to też randka. Widać jednak jego konwencja nie pokrywała się z moją. Więc przy tej kasie zrobiło mi się jakoś niesmacznie, wstyd i w ogóle. Poprosiłam więc Doktoranta, żeby teraz zapłacił, a ja mu zaraz oddam. Chciałam jak najszybciej zejść z oczu pani w kasie i ludziom w kolejce. Tylko odeszliśmy od kasy, a Doktorant przypomniał o pieniądzach: bo wiesz, ja jestem biednym doktorantem…

Dygresja: wtedy myślałam, że chłopak wybił się nad innych „ciemnorandkowiczów”, ale moja koleżanka spotkała się kiedyś w takiej sytuacji z kimś, kto zaprosił ją na spacer… po Empiku. Podobno wzięła go do McDonalda i nakarmiła. :)

Oddałam za bilet, naprawdę nie mam z tym kłopotu. Tak naprawdę rzecz nie w forsie, ale jakoś nieładnie według mnie to wyszło. Teraz bym tego nie przeżywała, może nawet nie zauważyła, może nawet mu postawiła…? (Bilet, naturalnie). Nie przeczuwałam jednak wtedy, co będę o tym myśleć w przyszłości.
Powrót był też średnio ciekawy, bo ja wyszłam rozdygotana z emocji, a on „taktownie udawał, że tego nie widzi”. Pytał mnie o książki – co czytam, ile tygodniowo, dlaczego nie takie – ale to było pretekstem, by mógł się pochwalić, ile ich ostatnio przeczytał, i jakie sobie kupuje, i gadał, gadał, gadał. A ja potrzebowałam ciszy, jeśli nie chciał mówić o filmie. Poprosiłam o to, ale nie zrozumiał, o co mi chodzi i czego chcę. A ja się trzęsłam po prostu…
Więcej się nie spotkaliśmy. Nie dlatego, że nie było mnie na to stać. ;) Jakoś nie było chęci po obu stronach, potem rozmowy na czacie zawężały się do wysyłania sobie dowcipów, aż i to się skończyło. A na „Przeczucie” poszłam drugi raz, bo za pierwszym naprawdę się spłakałam tak, że mało co zrozumiałam. Za drugim razem płakałam mniej. Trzeciego od tamtej pory nie było, bo wciąż trochę się boję. ;)

Żeby nie zakończyć smutno, na koniec coś kociego. Koledzy, z którymi współpracuję w pewnej redakcji, uznali, że z powodu nadmiernego „zakocenia” życia (dodatki, biżuteria, kot w pełnej krasie i myślenie o drugim) mogę zostać starą panną (jakbym już nią nie była). Bo podobno wszyscy ich kumple, których partnerki mają koty, na te koty są uczuleni (moja riposta: a co mają mówić?). Odpowiedziałam z pewnością, która mi ostatnio powoli wraca: Znajdę męża. Mam mieszkanie, zarabiam, dobrze gotuję, jestem inteligentna, ale w domu mogę być głupia.

Wrócili bez słowa do pracy. :)




piątek, 28 lutego 2014

Amazing! (2/3)

Miałam kiedyś znajomego, który odznaczał się – poza innymi – pewną ciekawą cechą wypowiedzi. Otóż miał problem, by skończyć zdanie. Słuchało się go fantastycznie, był ukochanym wykładowcą polonistów i do niego naprawdę nie chodziło się z obowiązku, a przede wszystkim dla przyjemności. Miał bardzo dużo do powiedzenia i wiele radości z tego, że może się swoją wiedzą dzielić. Ale było jej chyba za dużo, takie miałam przynajmniej wrażenie, gdy go słuchałam. Czasem już, już, myślałam, że powie ten ostatni wyraz, postawi kropkę i będzie można się zadumać nad głębią i wagą wypowiedzi. Prawie nigdy to się nie zdarzyło, bo przedostatni wyraz był punktem wyjścia do następnej refleksji. I dopiero zegar wymuszał zakończenie – też zresztą zazwyczaj niedokończone. Zdarzyło mi się być kiedyś protokolantką zebrania, w którym uczestniczył. Jak ja się bałam, że on zabierze głos! Nie umiałam sobie bowiem wyobrazić, jak zapisać jego ewentualną wypowiedź, jeśli jej nie skończy!

Mam chyba podobnie. (W sensie technicznym wypowiedzi, bo do porównań merytorycznych nawet nie podskakuję). Też czasem mam wrażenie, że temat wciąż nie zasługuje na kropkę. Po każdym „ostatnim” zdaniu pojawia się „jeszcze tylko jedna myśl”, którą koniecznie trzeba rozważyć. Tak jest z filmem „Ona”, o którym wczoraj pisałam. Skupiłam się najbardziej na wątkach samotności ludzkiej oraz radości z odkrywania świata. Ale jeszcze jedna kwestia przyszła mi do głowy.
Miałam bowiem wrażenie, że tempo filmu jest mało dynamiczne. Nie było dłużyzn, nie. Po króciutkim namyśle stwierdzam, że nie widziałam tam ani jednej niepotrzebnej sceny, ani jednego zdania, które uznałabym za możliwe do opuszczenia bez szkody dla filmu. Faktem też jest, że trudno mówić o dynamice w filmie, którego zasadniczym celem są rozważania o emocjach (tak najogólniej), ich obecności lub braku w życiu człowieka. Nie jest łatwo w ogóle zobrazować budowanie związku, a tym bardziej, gdy zadanie reżysera jest utrudnione – nie może on bowiem ukazać tego poprzez relacje fizyczne (dlaczego – to już film pokaże).
W pewnym momencie przestałam zastanawiać się jednak nad tym, czy akcja jest za wolna czy nie. Po prostu uświadomiłam sobie, że – wolniej czy szybciej – akcja się toczy. Toczy się życie Theodore’a, tak jak życie każdego z nas. Dzień i noc, dzień i noc. Wszystkie etapy związku, jakie przeżył bohater, w pewnym momencie stały się przeszłością. Wciąż było przed nim jutro, ale też miał za sobą więcej „wczoraj”. I odkryłam ponownie wielki banał, że czas mija. Wszystko – dobre i złe – zostaje za nami. Czy warto więc trzymać się kurczowo tego, co już jest historią? Czy warto gonić za czymś, poświęcając inne wartości? Tak czy owak, wszystko minie…
Osoby z depresją lub „tylko” załamane z pewnością nie poczują się lepiej po takim stwierdzeniu. Nie o to jednak chodzi, by usiąść i nic nie robić, „bo i tak czas mija, a żyje się po to, by umrzeć”. :) Trzeba sobie takie rzeczy uświadamiać po to, by nie skupiać się na zarządzaniu tym, na co nie mamy wpływu, ale kierować życiem w sposób dający chwile szczęścia. Oderwać się od trzymających nas kotwic, którymi są zazwyczaj trudna przeszłość i/lub strach. Zwłaszcza to drugie.
Naturalnie, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Sama o tym wiem. Myślę jednak, że warto zacząć choćby od uświadomienia sobie swoich lęków. Potem ich źródeł. I to uważam za połowę sukcesu. Boimy się bowiem tak najczęściej nieznanego. To przecież jest pomysłem na dobry horror czy thriller. Nie – pokazanie upiora, ale sprawienie, żebyśmy obawiali się go zobaczyć. Później jest już mniej strasznie. No brzydki ten upiór, brzydki, ale w sumie ja też nie za piękna, więc skoro nie boję się siebie w lusterku, to i gościa zaakceptuję, czyż nie? :)
Jeśli nazwiemy lęk po imieniu i zrozumiemy, skąd się on bierze, mamy szansę sobie z nim poradzić. Są takie, z którymi trudno walczyć, ale może tak naprawdę to szereg drobiazgów nie pozwala nam zająć się wymarzoną od lat pasją? Warto to na spokojnie zweryfikować. :)

czwartek, 27 lutego 2014

Amazing! (1/3)

Najpierw pączek ode mnie dla wszystkich, którzy tu zaglądają:  Smacznego i niech idzie... tam, gdzie jest najbardziej potrzebny! ;)

A teraz do rzeczy. :)

Wczoraj obejrzałam melodramat s-f „Ona”. Byłam ciekawa, co wyjdzie z takiego miksu gatunków – czy będzie to opowieść o nieszczęśliwej miłości do robota? Albo w ogóle robotów? Czy scenerią będą gwiazdy nie tylko w przenośni? Obawiałam się nieco groteski albo po prostu nudy. Wyobrażałam sobie koncepcję typu świat Jetsonów, a ponieważ to wytwór amerykański, to nastawiałam się przy tym raczej na coś nieskomplikowanego, może z lekkim uśmiechem w stronę zakochanych. Zawsze to piękne uczucie, nawet gdyby mieli nim do siebie pałać marsjański wulkan (o, nawet fajnie ;)) i jakaś asteroida. Mogłam oczywiście sprawdzić recenzję, ale nie lubię za bardzo tego robić, zazwyczaj zdradzają one za dużo treści. W końcu zerknęłam, dowiedziałam się, że ludzie na pewno będą, wątek uczuciowy też, więc resztę tekstu ominęłam. I poszłam, nie wiedząc, że jeszcze cały następny dzień na myśl o tym filmie będę myśleć: był amazing! *
Napisałam już własną recenzję filmu, znajuje się TUTAJ. Nie chcę psuć nikomu przyjemności oglądania – bo bardzo gorąco do tego namawiam – dlatego postaram się nie odwoływać do konkretnych scen i rozwiązań fabuły. Pewnie jednak nie obędzie się bez zdradzenia paru rzeczy, postaram się jednak, by nie wykraczały poza to, co można znaleźć na stronie filmweb. Reszta – to moje przemyślenia.

Dla mnie głównym, zasadniczym problemem filmu „Ona” jest ludzka samotność. Samotność w pewien sposób wybrana, która jednak nie daje tego – może nawet nie szczęścia, a zadowolenia tym, którzy się na nią zdecydowali. Chociaż to chyba niewłaściwe słowo „zdecydowali”. Raczej – tak się ułożyło.
„Tak się układa” nie tylko bohaterom filmów, ale nam wszystkim. Każdemu może się zdarzyć, że zostanie sam. Zostanie porzucony, partner odejdzie lub czujemy się samotni mimo bycia we dwoje. Nie to jednak jest najgorsze, lecz – brak nadziei na lepsze, który nie pozwala nam zdecydować się na podjęcie wysiłku, by zmienić cokolwiek w naszym życiu. Wyjść z domu, ale DO LUDZI. Nie do salonu gier czy centrum handlowego, gdzie w tłumie nadal jesteśmy samotni i anonimowi. Samotność nie zniknie sama z siebie. Nie zastąpi jej nawet najciekawsze hobby. Owszem, dostarczy na moment adrenaliny, poprawi krążenie, fajnie, gdy wywoła pogodny wyraz twarzy. Ale hobby nie przytuli nas w nocy tak, jak uczyni to ktoś bliski. Najinteligentniejsza maszyna, choćby segregowała nam pocztę i wyławiała nasze najciekawsze teksty – nie zestarzeje się z nami. A ludzie, zamiast wybierać ludzi, coraz bardziej zamykają się w świecie. Rzeczy. Marzeń. Nigdy niezrealizowanych planów na jutro. Używek poprawiających nastrój.
Dlaczego tak się dzieje? Ja odpowiedź znalazłam wczoraj w filmie (co nie oznacza, że jest właściwa albo jedyna). Człowiek dojrzały, który doświadczył porażki w związku, ma do wyboru: spróbować jeszcze raz albo zamknąć się ze strachu przed ponowną porażką, kolejnym cierpieniem, następnym odrzuceniem. I większość się boi. W świecie coraz bardziej zaawansowanym technologicznie emocje są wciąż najtrudniejsze do opanowania.
A przecież związki międzyludzkie to nie tylko relacje damsko-męskie (i damsko-damskie oraz męsko-męskie, jeśli ktoś lubi) w sensie erotycznym, miłosnym. To relacje, więzi rodzinne, przyjacielskie, społeczne. Tylko jeśli zamiast wychodzić z domu, będziemy nieustannie czatować, smsować czy blogować ;), to później nie będziemy umieli niczego zbudować w realnym świecie. Im człowiek starszy, tym bardziej boi się samotności (zazwyczaj), ale też trudniej nauczyć się czegoś nowego – jak na przykład życia z kimś. Nie tylko obok niego. Warto o tym pomyśleć, zanim będzie to zbyt trudne. :)

Film „Ona” poruszył mnie niezwykle mocno również z innego powodu. Z jednej strony opisana wyżej samotność, ale z drugiej – nieustanne odkrywanie świata przez kogoś, kto dotąd go nie znał. Kiedy słucha się po wielokroć wygłaszanych zachwytów nad wszystkim, co żyjącemu człowiekowi wydaje się oczywiste (do tego stopnia, że nawet nie wiem, jakim przykładem się posłużyć), można oczywiście uśmiechnąć się z pobłażaniem. To przecież zachwyt dziecka, dorosły przecież zna świat, nie musi już go odkrywać i doskonale wie, że nie ma wielu powodów do zachwytu. Czy na pewno? Odkrywanie świata może odbywać się codziennie, nikt tego nie broni. Spojrzenie na świat oczami i emocjami dziecka może pomóc odzyskać ufność i przełamać lęk – a przynajmniej spróbować go przełamać. Nie tylko wrażliwych dotyka strach przed odrzuceniem. Nie tylko romantycy potrzebują uczucia. All you need is love.
Nie wiem, czy wystarczająco udało mi się oddać słowami uczucia, które wzbudził we mnie film. Wydaje mi się, że wciąż coś można dodać, ale z drugiej strony – może niedosyt sprawi, że po przeczytaniu tego ktoś zechce pójść i zobaczyć ten film. Albo zaprosić mnie na jakiś inny. ;)

-----------------------------------------------------------------------------------

* O używaniu angielskich słówek i językach obcych w ogóle przy okazji któregoś z najbliższych wpisów.