Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miś. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Trzy sny

Były jej urodziny. Pojechała do rodziców, tak bardziej z obowiązku niż potrzeby serca. Ale… też oprócz nich właściwie nikogo nie miała. A im już nie chciało się nigdzie jeździć, ale zapraszali bardzo serdecznie. Dawali przy tym do zrozumienia, że mają niezwykły, wyjątkowy prezent. – Spełniliśmy Twoje marzenie – mówili z tajemniczymi uśmiechami, gdy już przyjechała. Cóż to może być, zastanawiała się. Przecież ja sama nie wiem, co bym chciała dostać. No ale starali się, trzeba robić dobrą minę, niezależnie od tego, co dostanę. Wbrew sobie była jednak coraz bardziej zaintrygowana. Rodzice prowadzili ją w kierunku budynku, oddalonego od ich domu kilkaset metrów. Co to może być, głowiła się, choć za chwilę miała się przecież dowiedzieć. Zresztą, na pewno nie będzie to prezent moich marzeń. Skąd mieliby wiedzieć, że jedynym szczęściem byłoby dla mnie… dostać Misia z powrotem. Spojrzała raz jeszcze na ich twarze. Byli tacy zadowoleni z siebie, że za chwilę spełnią najtajniejsze pragnienie córki. Naiwni, pomyślała, ale z czułością. Doceń starania, upomniała samą siebie i powoli otworzyła drzwi budynku. Był to właściwie dawny garaż, wielkości średniej stodoły. Rodzice zostali na zewnątrz, a ona weszła do środka. Szła w głąb budynku, bo wydawało się jej, że w kącie ktoś jest. To był… Miś. Uśmiechnięty, wpatrujący  się z nią z wytęsknionym przez nią uczuciem.
Rodzice mieli rację. Dostała wymarzony prezent.
Kiedy szok powoli mijał, a Miś wciąż stał przed nią, uśmiechnięty i kochający, zaczęła dostrzegać to, czego nie widziała na początku. Uśmiech był sztuczny, z wyraźnym trudem trwał na jego twarzy. Zrozumiała, że rodzice w jakiś sposób dowiedzieli się o jej uczuciu, więc znaleźli go i zapłacili mu, by choć ten jeden dzień udawał, że ją kocha… Zaczęła się cofać w kierunku wyjścia i wtedy Miś też powoli zaczął niknąć i rozpływać się w niebycie…

*          *          *

Usiedli przy kawiarnianym stoliku. Ot, przypadkowe, niezobowiązujące spotkanie. Oboje byli dorosłymi, kulturalnymi ludźmi, więc nic nie stało na przeszkodzie, by napić się wspólnie kawy, skoro już się spotkali. – Co u ciebie? – spytał Miś i, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Zastanawiam się, co zamierzasz zrobić, żeby mnie odzyskać. Nie, żebym ci coś obiecywał, ale ciekaw jestem twoich pomysłów i na co cię dla mnie stać. – Ton był lekki, w głosie brzmiało znajome Misiowe ciepło. Odwzajemniła uśmiech i równie swobodnym głosem odparła: – Gdybym tylko chciała cię odzyskać, to coś bym na pewno wymyśliła…

*          *          *

I wreszcie doczekała się telefonu od wspólnego przyjaciela z wymarzoną, wyczekiwaną, informacją. Miś jest sam, kobieta, dla której ją porzucił, odeszła. Gąska rzuciła wszystko i pobiegła do autobusu. Wiedziała, gdzie go znaleźć, choć minęło już przecież tyle lat… Im jednak była bliżej celu, tym bardziej zastanawiała się, po co właściwie jedzie. Przecież nie on do niej dzwonił… Wcale nie wiadomo, czy będzie chciał z nią rozmawiać… Autobus jednak zatrzymał się na przystanku, więc musiała wysiąść. Szła bezwolnie, jak w transie. Chciała zawrócić, ale nogi nie słuchały. I oczywiście ją zobaczył. – Cześć. – Cześć. – Patrzyli na siebie w milczeniu. Nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież on musiał sobie zdawać sprawę, że nie znalazła się tu przypadkiem. Wresczie on się odezwał: – Pewnie wiesz, że rozstałem się z Anną. – Kiwnęła głową. On mówił dalej: – Dobrze, że przyjechałaś. Wiesz, po tym rozstaniu zdałem sobie sprawę, jak wiele krzywd ci wyrządziłem, gdy byliśmy razem. Możesz mi wybaczyć? – A ty wybaczysz mi? Też przeze mnie cierpiałeś. – Zaskoczyła jego, ale i siebie. Mówiła jednak szczerze, bo właśnie w tej sekundzie, gdy on ją przepraszał, zrozumiała, że właśnie tak było. Chwilę trwało, zanim odpowiedział: – Masz rację. – Patrzył na nią z radosnym zastanowieniem. Uśmiechali się do siebie. Po chwili jednak na twarzy Misia zagościł lekki niepokój. – To… może pójdziemy na kawę? Porozmawiamy… Pewnie tego chcesz. Może powinniśmy do siebie wrócić, spróbować jeszcze raz…
Mówił te wszystkie wymarzone słowa, na które przecież czekała od chwili, gdy odszedł. Przez sekundę czuła pokusę, by powiedzieć: TAK, chwycić go za rękę i już nigdy nie puścić… Ale to była tylko chwila.
– To nie ma sensu. Za bardzo oboje się zraniliśmy, by móc wrócić do siebie i udawać, że tej przeszłości nie było. Wybaczyliśmy sobie, ale nie musi to oznaczać powrotu do naszej relacji ani nawet znajomości. Życzę ci dużo szczęścia, ale nie powinniśmy się już nigdy więcej spotkać.
– Znowu masz rację – powiedział Miś.
Uśmiechnęli się do siebie jeszcze raz i każde poszło do swojego życia...

------------------------------------------------------------------------

To był ostatni sen o Misiu. Od tej pory wreszcie mogła budować swoje życie na nowo. Zrozumiała bowiem, że dotychczas żyła marzeniami o powrocie do przeszłości. Tymczasem nie jest to możliwe. Wybaczenie dawnych uraz pomaga zamknąć dawne czasy, ale nie oznacza to, że powinno się do nich wracać. Przeciwnie. Podczas rozłąki ludzie się zmieniają, chcą czy nie chcą – idą dalej. Dlatego przy ponownym spotkaniu są już kimś innym, niż druga strona pamięta. Sen był mądrzejszy od niej samej. I chociaż Miś być może nigdy się o tym nie dowie – ona wybaczyła i już naprawdę pozwoliła mu odejść. I nie pragnie jego powrotu.


poniedziałek, 17 marca 2014

Idź na prawko

Powinnaś zrobić prawko. To wstyd, żeby baba w twoim wieku nie miała prawa jazdy, mówił Miś. Więc się zapisała, choć bała się bardzo. Że okaże się, że nie jest w stanie się tego nauczyć. Ale Miś chciał – chciał czegoś od niej! – więc poszła. Pierwszy dzień teorii wspomina jak baśniowy sen. Zajęcia teoretyczne rozplanowano na dwie soboty, po osiem godzin. Siedziała w szkolnej ławce, starała się wszystkiego uważnie słuchać, ale i tak w głowie brzęczała myśl: Po kursie jadę do Misia, czeka na mnie! Uśmiechała się więc radośnie w czasie przerw do wszystkich, trzepała rzęsami, nawet zainteresował się nią Tomek z mazurskiej wsi. Wysoki, śniady… ;) A Miś przysyłał sms-ki, na które nie odpisywała od razu – jak wzorowa uczennica skupiona na tym, co mówił instruktor. I wreszcie koniec, poleciała do Misia. Dosłownie to jechała tramwajem, niechcący chyba najbardziej okrężną trasą, jaka była (gapa!), ale serce leciało. Czekał uśmiechnięty, przytulił, ucałował, zagonił do wanny, by zmyła z siebie zmęczenie dnia. Do tej wanny przyniósł kieliszek wina... Pytał z ogromnym zainteresowaniem o jej wrażenia. Znał kobiety, wiedział, że chcą mówić o swoich uczuciach. Ona jednak myślała, że zna , że rozumie jej potrzeby… Opowiedziała o wszystkim, co zapamiętała z całego dnia, szczęśliwa, ufna. Opowiedziała też o tym mazurskim koledze. Miś, kochany, uśmiechnięty i czuły, kiedy usłyszał, że Tomek zaproponował jej spotkanie po kursie, a ona odmówiła (bo przecież jechała do Misia!), zganił ją za to. – Trzeba było się z nim spotkać, chłopak na pewno czuje się samotny, mówiłaś, że jest w Warszawie sam. To może zaprosimy go tu na wieczór? Rozpłakała się. Mówiła o tym przecież tylko po to, by podkreślić, jak nie obchodzą jej inni… Miś oczywiście się zirytował. Teraz doceniłaby tę irytację, bo znaczyła ona, że dostrzega ją – nawet negatywnie – wtedy jednak wciąż wierzyła, że znaczą dla siebie tyle samo. A on chce, by spotykała się z kimś innym? Magiczny nastrój się skończył, choć niby wszystko później było w porządku. Niby...
Kolejne lekcje kursu też przeżywała razem z nim. Każdą jazdę dokładnie mu relacjonowała, a ponieważ kończyły się w pobliżu jego domu, to najczęściej były to sprawozdania osobiste. Cieszyła się, bo kurs zaczął jej się bardzo podobać, a dodatkowo miała kolejne tematy do rozmów z Misiem. On słuchał tego cierpliwie, choć momentami z wyraźnym wysiłkiem. Wyraźnym, ale nie dla niej… Pewnego razu pomyliła się w terminie jazdy, a właściwie to instruktor źle zapisał datę w kalendarzu. Znalazł na szczęście czas jeszcze tego samego dnia, ale dwie godziny później. Musiała więc poczekać. Pomyślała, że najlepiej będzie pojechać do Misia. Wiedziała, że ma wolny dzień. Na szczęście Gąsce przyszło do głowy zadzwonić i jednak uprzedzić. Dobrze zrobiła. Misia nie było. Obudziły się uśpione potworki w głowie. Przecież miał siedzieć w domu i pracować, a skoro nie odbiera… Wiedziała już przecież, co to znaczy. Randka? Na pewno. Czuła już nosem jakąś kolejną inną: lepszą, mądrzejszą, bogatszą, mniej wymagającą – w każdym razie inną. Oczywiście rozmawiali o tym później, oczywiście usłyszała, że on ma prawo do własnego życia, a ona ma przestać się czepiać i go kontrolować. Nie umiała, choć naprawdę chciała spełnić wszystkie jego oczekiwania. Ale przecież nie o to chodziło…
Potem były egzaminy, na które jeździli razem. Zdawała trzy razy. Po pierwszych dwóch nieudanych podejściach zabrał ją do kawiarenki, na pyszne lody, szarlotkę z bitą śmietaną. Pocieszał, upewniał, że w nią wierzy… Kiedy wreszcie zdała, nie starczyło już na to czasu. Było późno. Oczywiście nie było to ważne, nawet dla niej, taka była przecież szczęśliwa. Zdała, spełniła jego oczekiwania! I dopiero, kiedy szli do autobusu, spojrzała na niego – był taki nieobecny – i tknięta impulsem zapytała, czy teraz, kiedy już zdała, on ją rzuci. – Skąd Ci to przyszło do głowy, zapytał. – Bo przecież wiem, że czułeś się odpowiedzialny za mój egzamin, że chciałeś, abym czuła się „zaopiekowana” przez Ciebie w tym czasie. A teraz zdałam, więc już nie masz żadnego obowiązku dalej się starać. – Kochanie, co ty mówisz, odpowiedział. Kiedy wreszcie dotarła do domu, niemal natychmiast dostała smsa: „Kochanie, idę na imprezkę, nie gniewaj się na Misia, że wychodzi i że nie pogadamy na gg, tak jak się umawialiśmy, dobrze?”. Odpisała: „Baw się dobrze, Misiu”. Choć wszystko w niej krzyczało z rozpaczy, że znowu idzie bez niej. Znała go przecież, znała te wyjścia. Ale nie chciała o tym myśleć. Był przecież dla niej taki dobry przez cały ten czas, tyle dla niej zrobił, naprawdę chciała w to wierzyć…
Dwa tygodnie później wykrzyczał jej, że ma jej dosyć, że nienawidzi, że tylko czekał, aż zda egzamin, żeby ją rzucić. – Przecież pytałam o to po egzaminie?Tak, odparł, ale wtedy nie chciałem mówić, żeby nie psuć Ci tego dnia.

Rzucił ją jeszcze trzy razy. Za ostatnim, po decydującej rozmowie, odwiozła go do domu. ;)

środa, 12 lutego 2014

Emocjonalnie

Mam duży problemem ze swoimi emocjami. Przede wszystkim nie wiem, kiedy i z jakim natężeniem je odczuwać. A ponieważ emocje ciężko kontrolować, postanowiłam wybrać jedną z możliwości: albo po prostu im ulegać, albo wziąć je na smycz i pilnować. Tak, wiem, że najlepiej poszukać złotego środka i wyważać stany emocjonalne, niestety jednak u mnie mało jest kolorów. Albo biało, albo czarno. Albo histeria, albo posąg. Oczywiście wyolbrzymiam w tej chwili, bo nie stać mnie na zachowanie pokerzysty, ale też nie pozwalam sobie na tupanie nogami i wrzask, gdy mi się coś nie podoba. Na co dzień, między ludźmi, chyba potrafię wyważyć te stany tak, że być może większość nie domyśla się, co mną szarpie od środka. A tam dzieje się sporo... :)

Z tych trudności zdałam sobie sprawę jakoś tak chyba pod koniec studiów. Pierwsza praca, pierwsze problemy i pierwsze załamanie jeszcze mi nie pokazały wyraźnie tego problemu. Ot, uznałam, że jestem jeszcze niewprawiona w życie. Wprawdzie funkcjonuję w społeczeństwie od czasów zerówkowych, a od przeprowadzki i zmiany szkoły, gdy miałam 10 lat, nie miałam z górki (a wręcz przeciwnie), to jednak wciąż miałam wrażenie pewnego "nieprzystosowania" społecznego. Udowadniały mi to (moim zdaniem - jak wszystko, co tu piszę zresztą) kolejne nieudane przyjaźnie, znajomości. Do kolejnych szkół zdawałam sama, na kursy zapisywałam się sama. Tłumaczyłam sobie, że tak jest lepiej, bo po co mieć wokół siebie nieszczerych ludzi, lepiej polegać na sobie. I dać sobie jednocześnie szansę na znalezienie innego środowiska, w którym poczuję się być może lepiej. Ale nie znajdywałam. Mimo tej samotności szłam jednak przez życie do przodu. Teraz jednak, patrząc na to, wydaje mi się, że tak naprawdę stałam w miejscu. Może i więcej wiedziałam, ale życiowo byłam wciąż na poziomie dziecka. I tak jak dziecko radziłam sobie z emocjami. Czyli miałam nadzieję, że to się "samo rozwiąże", albo, co gorsza, wierzyłam, że rozwiąże je jakiś mądry dorosły. I tak szłam przez życie, ufna i naiwna.

Po studiach, jak wspomniałam, pierwszego pstryczka w nos dostałam równolegle w pracy i życiu osobistym. Ten w pracy mnie przeraził. Bo nagle zobaczyłam, że już jestem dorosła, że tak będę traktowana, a jeśli się rozpłaczę - to wzbudzę śmiech i politowanie. I na pewno w niczym to nie pomoże. Teraz wiem, że to moje pierwsze środowisko zawodowe było specyficzne i dzisiaj, gdybym tam trafiła, po prostu bym szybko odeszła. Albo prześlizgnęła się po wierzchu. Wtedy jednak nie rozumiałam i nie rozumowałam - tylko czułam. A to nie było miejsce na uczucia.

Potem świat wywrócił mi do góry nogami Miś. Oszalałam, prawie że dosłownie. Najpierw ze szczęścia, potem - z rozpaczy. Emocjonalnie było to tak, jakby pękła tama. Wszystkie uczucia, emocje, stany i zachowania, które były tłumione przez etykietę, zasady dobrego wychowania i wychowania w ogóle - popłynęły. Chyba nigdy nie byłam taką "sobą" - jeśli chodzi o uczucia. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej - niebezpiecznie. Kiedy raz to wszystko pękło, nie sposób było wyhamować. A Miś sobie nie życzył. Nie życzyli też sobie niektórzy znajomi, którzy dziwnie reagowali, gdy spontanicznie coś powiedziałam, z czegoś się ucieszyłam czy na coś nie zgodziłam. Nieledwie przerażeniem (jak się później od niektórych dowiedziałam) reagowali panowie, do których podchodziłam i mówiłam, że zapraszam na kawę. Kiedy zorientowałam się, że oni traktują to jak podryw i prawie że ofertę matrymonialną, poszłam dalej i też to mówiłam - to znaczy, że zapraszam ich na kawę, ale nie do łóżka czy ołtarza. Byli przerażeni jeszcze bardziej. :D Dodam, że nie mówiłam tego obcym mężczyznom. Kawę proponowałam na przykład koledze poznanemu w pracy czy internecie (NIE na stronie randkowej). Mówiłam niektórym, że są fajni i ładni, a oni patrzyli na mnie podejrzliwie. I tak spontanicznie szalałam. Z drugiej strony, na spotkaniach z Misiem wybuchałam często jak histeryczka, co z pewnością nie zachęcało go do mnie. Ale też już nie panowałam nad tym, a on doskonale o tym wiedział. Moim zdaniem często mnie prowokował do takich wybuchów, aczkolwiek nie było mi dużo do tego potrzebne. Rekord pobiłam przy którymś wyjściu do kina. Spotkaliśmy się niedużo wcześniej przed seansem, co było pierwszym zgrzytem, bo najczęściej umawialiśmy się wcześniej, by jeszcze porozmawiać. Wtedy Miś przyszedł bodajże kwadrans przed seansem. Kupiłam bilety i prowokacyjnie powiedziałam, by oddał mi pieniądze za swój bilet. Normalnie nie byłoby kwestii, ale... Właśnie. Nie było normalnie. Kiedy mi je oddał, podkreślająć, że tylko za jeden, za mój mam płacić sama, całe rozżalenie, jakie czułam, chwyciło się tego pretekstu i wreszcie znalazło ujście. W samym środku centrum handlowego zrobiłam łzawą, histeryczną awanturę. Nie pamiętam, co mówiłam, ale z pewnością było to coś w stylu "Bo ty uważasz, że ja...". Pamiętam "styl" dlatego, że natychmiast, nie dając mu dojść do głosu, odpowiedziałam na te zarzuty, twierdząc że to nieprawda itede. Gdybym tu skończyła, pewnie by coś powiedział mi do słuchu, dająć pożywkę nowej kłótni (albo i nie...). Natomiast ja, nie czekając na jego reakcję, wzięłam głęboki oddech i zawołałam: "Ale ty pewnie się z tym zgadzasz i uważasz, że...". W tym momencie coś mnie zatrzymało. Jakiś cień refleksji? ;) W kazdym razie Miś spojrzał na mnie uważnie i zapytał: "Czy ja ci jestem jeszcze do czegoś potrzebny?". Oprzytomniałam jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Nagle zdałam sobie sprawę, że zrobiłam awanturę, w której udział biorę tylko ja. Roześmieliśmy się, poszliśmy do kina i na chwilę znów było dobrze...

Kiedy Miś rozpłynął się we mgle, nie tak łatwo było się ogarnąć. Nie umiałam wrócić ani do dziecinnej spontaniczności, ani pogodzić się z pustką, fizyczną i namacalną - nie tylko wewnętrzną. Bałam się ludzi, a jednocześnie bardzo ich potrzebowałam. Przywiązywałam sie bardzo szybko, ale to było tak naprawdę uzależnianie się. Kiedy tylko się w tym zorientowałam, zaczęłam wznosić wokół siebie mur. Dystans, chłód i nieangażowanie się emocjonalne miały być budulcem tego muru. Tyle że tak naprawdę tego muru wcale nie chciałam. I tak jest do dzisiaj. Emocje wprawdzie trochę się wyciszyły, ale wciąż nie wiem, kiedy można do kogoś się szczerze uśmiechnąć, a kiedy - zachować dystans. Czyje zachowanie odbierać jako wyraz kultury, a czyje - jako sympatii. Łatwiej mi, kiedy jestem wśród ludzi, wtedy próbuję wyczuć kanon, styl zachowania grupy. Niekoniecznie po to, by się dołączyć, by się dostosować - bardziej po to, by wiedzieć, w co nie wierzyć i jakich emocji nie pokazywać, by nie zostać skrzywdzoną.