sobota, 6 grudnia 2014

Fruzia urządza mieszkanie

Cześć! Jestem Fruzia. Przeglądałam bloga i zauważyłam, że Kocio kiedyś tu pisał. To ja też coś opowiem, bo ostatnio trochę się dzieje. Zwłaszcza w moim mieszkaniu (dzielonym z Kociem i pańcią).

Kiedy się wprowadziłam, miałam zaledwie kilka tygodni, ale szybko zrozumiałam, że do tej pory nikt nie potrafił odpowiednio przystosować mieszkania, by stało się ono wygodną siedzibą kotów. Chociaż niby mieszkał już tam jeden kocurek, ale facetowi wystarcza do szczęścia tak niewiele…
Przede wszystkim, jak tylko się trochę oswoiłam z nowym miejscem, postanowiłam, że muszą być minimum dwie kuwety. Na początku owszem, byłam zadowolona, że w ogóle jest wydzielone miejsce do załatwiania tych potrzeb. Kocio korzystał z dużej, zakrywanej kuwety, która była wypełniona drewnianymi bryłeczkami. Nie miał nic przeciwko, żebym ja również tam chodziła. Zresztą, jeśli chodzi o Kocia, to owinęłam go sobie wokół ogonka. Od razu zauważyłam, że jest mną zachwycony. (I dalej jest). Normalka. Wtedy jeszcze byłam malutka, dużo mniejsza od niego, więc ten zachwyt był mi bardzo na łapę. Nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby mnie nie polubił i atakował. Teraz bym sobie poradziła, ale wtedy byłby problem. Ale, jak mówiłam, zachwycił się mną i od samego początku robił, co chciałam. Mogłam wszystko: zabrać mu każdą zabawkę, położyć się w jego ulubionych miejscach (trzeba było sprawdzić, czy serio są tak dobre) – no, jednego nie sprawdziłam, ale nie chce mi się wskakiwać na ten regalik… zresztą nie widziałam tam żadnego kocyka. 
Kocio leży i paczy. Jak zwykle.

Tam musi być okropnie twardo i w ogóle nie rozumiem, jak on tam wytrzymuje. Fakt, że widzi wtedy więcej… ale niech tam ma sobie tę jedną miejscówkę. Niech się cieszy. Ja wolę mięciuśko, ale tego też nie brakuje.
O, albo wyleguje się  tutaj. Ja tam bym nie mogła.




Wolę na kocyczku (w razie potrzeby świetnie służył jako kuweta... i nie rozumiem, czemu nie mogę go znaleźć!).



Może być i na parapecie, ale obowiązkowo musi być kocyk!


Najlepiej mi jednak tutaj...





...w moim ulubionym łóżeczku.


Idealnie, prawda?

Teraz niestety urosłam i wyglądam prawie jak Kocio - a tak się z niego nabijałam, jak próbował zrewanżować się i podebrać mi miejsce. Wiedziałam, że długo nie wytrzyma i wróci na podłogę.
Właśnie tak. ;)

Jak tu przyjechałam mieszkać, to znalazłam sporo dobrych legowisk, niezależnie od Kocia. Pańcia widać przeczuwała, że przyda się da mnie. Tylko skąd ona wiedziała, że zdecyduję się tu zostać?

Poza tym Kocio bardzo chętnie dzieli się swoim jedzeniem. Cha, cha, wiem, wiem – nie zawsze to jego dobra wola. Prawdę mówiąc, nawet rzadko… Ale on tak grymasi przy jedzeniu, tak wolno przeżuwa każdy kęs, czasem wącha i wącha, jakby myślał, że od jego wąchania ta paćka w misce zmieni się w mysz. A ja przecież rosnę, więc muszę dużo jeść. Poza tym, skoro on nie chce, to co się będzie zmuszał… Zresztą, ja tylko kontrolnie podchodzę do jego miseczki i patrzę, czy coś zostało. (Oj, czasem on jeszcze nie zjadł, wiem, ale tak stoi nad tą miską i nie może się zdecydować, to tak, jakby już zostawił niezjedzone, prawda…?). Nieraz mnie pańcia odgania, to idę, przecież się nie kłócę. Albo miska pusta – ale to rzadko, najczęściej, jak nam pańcia rybę daje, i też wtedy pilnuje, czy jemy swoje porcje. A czasem… ale to obciach dla kota, a ja Kocia w sumie lubię, choć taka ciapa, więc tylko tak w sekrecie powiem… czasem pańcia Kocia karmi! Z ręki jej je, no jak tak można! Ja też, owszem, nieraz z jej ręki dostanę, ale to sobie złapię i zaniosę gdzieś dalej. No, ale oni mają takie swoje dziwne relacje. Kocio to w ogóle chyba uważa, że to jego mamusia. Moją nie jest na pewno, moja mieszka daleko ode mnie, ale mamy kontakt (przez pańcię) i nawet mam najnowszą focię mojej mamusi:
To Monti, moja mama.
Więc tak jak mówiłam, Kocio jest fajny i dzieli się wszystkim. Tylko że trochę nie rozumiem, jak on mógł dotychczas żyć w takim niekocim mieszkaniu. No dobra, może dlatego, że był jeden, no i facet. Co on wie o tym, jak mieszkanie urządzić? Więc wzięłam sprawy w swoje łapki, a pańcia okazała się kumata i wprowadza zmiany po kolei. J
Bardzo podobało mi się, że mieszkanie, do którego przyszłam, miało osiatkowany balkon. I okna. Wcale nie czułam się jak w więzieniu. Miasto mnie przeraża i nie chciałabym znaleźć się nagle po tamtej stronie balkonu. Najgorsze, że mogłabym znaleźć się tam znienacka. Niektórzy sądzą, że koty są głupie i dlatego wypadają z okien i balkonów. Nic podobnego! Ostatnio biegłam za takim czerwonym, ruszającym się punkcikiem (swoją drogą, strasznie trudno wtedy Kocia wyprzedzić!), i wpadłam do łazienki! A wcale nie chciałam, tylko światełko skręciło, a ja już nie zdążyłam… Nic się na szczęście nie stało, ale na balkonie byłoby dużo gorzej!
A do tej łazienki wpadłam dolnym wejściem! Bo tak, teraz nie musimy (ja i Kocio) czekać, aż drzwi się otworzą, by tam wejść! Zarządziłam bowiem przede wszystkim, że będą dwie odkryte kuwety. Nie wiem, jak Kocio mógł siedzieć w tej zamkniętej budce. Przecież w takich momentach po pierwsze, musimy wciąż kontrolować otoczenie, po drugie – móc swobodnie się umościć, więc żadne ograniczenia nie są wskazane. A poza tym ten zapach w środku! No człowieki, nie bądźcie takie! Nie róbcie tego kotom! U nas już tego nie ma na szczęście. Załatwiłam, że mamy z Kociem dwie odkryte kuwety. Wprawdzie bym nie narzekała, jakby była i trzecia… ale pańcia już przy tej drugiej się krzywiła, więc na razie ustąpię. Nie mamy już też z Kociem tego okropnego drewna w kuwetach. Uważam, że kotu przystoi tylko żwirek z prawdziwego zdarzenia. Nie obraziłabym się za prawdziwy piaseczek, ale i ten bentonit nie jest zły. Fajnie się do niego załatwia, a jak super kopie! I Kocio też lubi, nawet bardziej niż ja. I właściwie dzięki niemu pod kuwetami szybko pojawiły się dywaniki. Różne, widzę, że pańcia kombinuje i nie może się zdecydować. Teraz mamy takie czarne gumowe płachty, lekko rowkowane. Pańcia uważa, że dzięki temu nie będzie deptać po żwirku. Nie rozumiem, czemu tego nie lubi, przecież to super! Kocio też tak uważa i widzę, że próbuje ją przyzwyczaić do faktu, że żwirek jest wszędzie, ale chyba jeszcze trochę czasu to potrwa…
A, miałam o tych otworach w drzwiach mówić. Bo jak była jedna kuweta, to drzwi do pomieszczenia, gdzie stała, były cały czas uchylone. Ale czasem nam się zamknęły, jak się goniliśmy z Kociem, a czasem przychodziły inne człowieki i oni zamykali… I jak stanęła druga kuweta, to pańcia powiedziała, że nie ogarnie. Najpierw myślałam, że kuwety, i się zdziwiłam, bo to przecież łatwizna, ale potem się okazało, że miała na myśli otwieranie i zamykanie drzwi. Pomyślała, jak nam ułatwić dostęp, i proszę: mamy specjalne wejścia w drzwiach. Zdjęła jakieś kratki na dole, potem coś skrobała, potem śmierdziało (podobno to się nazywa: malowanie farbą), ale wreszcie mamy swoje wejście. (Widziałam jeszcze, jak pańcia się martwi, czy Kocio się zmieści. Wtedy się śmiałam, ale teraz rozumiem wagę problemu… Trzeba się pilnować po prostu, i już).
A na koniec najlepsza zmiana: dzięki mnie będziemy mieć nowe firanki! Podobno nawet już mamy, ale jeszcze nie wiszą. Słyszałam, jak pańcia komuś opowiada, że są ładne i nie wie, czy przy kotkach powinny wisieć. No a przy kim, jak nie przy kotkach, ja się pytam? Już się nie mogę doczekać, kiedy je zobaczę… Ale właśnie, dlaczego dzięki mnie. Nie, nic nie porwałam ani nie poszarpałam! Nawet na nich nie wisiałam ani razu (w przeciwieństwie do Kocia, który podobno kilka kilogramów temu wskoczył na nie – i ponoć od razu spadł). 
Jestem za firanką!
Ale one są za długie, jak chodzę przy podłodze albo wspinam się po swoim ukochanym słupeczku, który stoi obok okna, to się jakoś w nich plączę… O, i nie mogę przez nie mieć hamaczka na grzejniku! A przecież zimą bliskość grzejnika to podstawa! 
Może faktycznie przeszkadza, ale to sobie odsunę!
Ale mam nadzieję, że niedługo pojawią się nowe firanki (naprawdę, nie będę się ich czepiała… w każdym razie nie tak strasznie. A poza tym to co: kotu firanki żałować?!), a wraz z nimi hamaczek.


Bo teraz byłoby ok.


Ja tak w ogóle dobrze się z Kociem dogaduję i świetnie razem wychodzimy na zdjęciach. Na przykład tak:


Kocio i ja. Wciąż ten sam wyraz pysia...

... o ile mnie akurat nie wylizuje. Ta pasja mu nie przeszła... Czasem myślę, że to rewanż za wyjadanie mu z miseczki...

Zawsze jesteśmy blisko... i muszę z tym żyć. :P


A podobno niedługo będzie jakaś choinka! Jestem strasznie ciekawa, co to takiego i jak smakuje… J




Jeśli chcesz zobaczyć więcej zdjęć moich i Kocia, zajrzyj na fanpage bloga – https://www.facebook.com/sajrinka. Możesz oglądać foty (powinny się pokazywać), nawet jeśli nie masz konta na Facebooku. A naszych zdjęć być może w ogóle niedługo będzie więcej, bo marzy nam się sesja w studiu Happy Time Photography – no co, przecież dzieci i zwierzątka są równie kochane… J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz