niedziela, 31 sierpnia 2014

Ludzka (nie)obyczajność

Ostatnie dwa dni spędziłam intensywnie między ludźmi. Tylko w dwóch przypadkach  chodziło o spotkanie czysto towarzyskie: z kumplem i pewną miłą kociarą. W pozostałych sytuacjach po prostu musiałam bratać się z tłumem spotykanym w przestrzeni publicznej. Obserwowane zachowania tak masy, jak i jednostek, niezmiennie wprawia mnie w zadziwienie.
W sobotnie południe jechałam autobusem. Kocio rozpoczął bowiem ranek od eksponowania swoich dolegliwości żołądkowych, a kiedy w wydzielinie zobaczyłam krew, bez namysłu zapakowałam go do transporterka i ruszyłam do weterynarza. Nie miałam akurat długookresowego biletu ani żadnego zapasu kartonikowych, więc oczywiście najbliższe kioski były zamknięte.
(Mogłam oczywiście pójść z Kociem bliżej. Mam na osiedlu przychodnię weterynaryjną, do której zabierałam Kocia właśnie w takich „awaryjnych” sytuacjach. Wprawdzie dźwiganie prawie pięciokilowego futra w transporterze mocno daje w kondyncję, ale czego się dla kota nie robi. Szkoda tylko, że czynna od godziny 10 przychodnia nie została o tej porze otwarta, budynek zaś sprawiał wrażenie, jakby nikt się do niego nie spieszył. Okej, może urlop, ale jednak fajnie byłoby wywiesić kartkę czy notkę na stronie internetowej – zwłaszcza w dobie smartfonów).
Mimo braku tego biletu wsiadłam więc do autobusu (bez biletomatu niestety) i wysiadłam przy pierwszym automacie biletowym – obok otwartego kiosku naturalnie. Miałam pełną świadomość, że jadę bez biletu, czego naprawdę nie praktykuję. Chociaż ceny biletów są, według mnie, nieadekwatne do tego, co pasażer otrzymuje w zamian, to nie uważam to za uzasadnienie, by oszukiwać. Jadąc te dwa przystanki na gapę, byłam przygotowana, że jeśli będzie kontrola, to po prostu zapłacę zasłużony mandat. I dziwi mnie, mimo wszystko, postawa ludzi, którzy właśnie jadąc bez biletu, uważają się za megacwaniaków i są szczerze oburzeni tym, że jednak od czasu do czasu w autobusach pojawiają się kontrole. I oczywiście to kanar jest winny, że gapowicz dostał mandat…
Podobnie jest z przechodzeniem przez ulicę w niedozwolonym miejscu czy na czerwonym świetle. Jasne, każdemu pewnie się zdarzy, z różnych powodów. Należy jednak zachować wtedy jeszcze większe niż zwykle środki ostrożności, zasadę ograniczonego zaufania (widać już, czemu jest to tak ważne). A i tak, w razie spotkania z przedstawicielem odpowiednich służb, przyznać, że popełniło się wykroczenie. No bo tak jest.
Osobiście od pewnego czasu wolę podejść nawet kilkadziesiąt metrów czy poczekać dodatkowe kilka minut (nawet przy kiepskich warunkach pogodowych), bo jednak moje bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Ciarki mnie jednak przechodzą, gdy widzę niekiedy (ale wcale nie tak rzadko) starszych ludzi (i nie tylko), którzy z siatkami czy wyładowanymi nimi wózeczkami na czerwonym świetle wchodzą na jezdnię. Albo na pasy w miejscu bez sygnalizacji, ale bez rozeznania, czy coś jedzie, czy nie. I potem są takie sytuacje, jakiej doświadczyłam, gdy już z Kociem od tego weta wracałam. Kierowca autobusu musiał prawie w miejscu stanąć przed takimi niefrasobliwymi pieszymi. Oczywiście pasażerowie oburzeni, jak on jedzie, przecież ktoś mógł się przewrócić… A ja podziwiałam kierowcę i jego refleks, tym bardziej że chwilę wcześniej z podporządkowanej ulicy próbował wjechać mu pod koła samochód osobowy. No faktycznie, jak ten kierowca autobusu jeździ…
Dzień wcześniej wybrałam się wieczorem na pocztę, by odebrać przesyłkę. Kolejna sytuacja: stoję przy pasach, światło czerwone. Chwilowo nic nie jedzie, ale światła dla samochodów niedawno się zmieniły, a cykl znam, więc wiem, że w każdej chwili coś się może (i ma prawo) pojawić. Więc stoję. Tymczasem do jezdni podbiega pan biegacz. Sportowiec oczywiście nie przejął się taką drobnostką, przebiegł po pasach i truchtał dalej… No tym razem miał szczęście, ale nie zawsze musi tak być. I wtedy ten sport nie wyjdzie mu na zdrowie.
O rowerzystach, nagminnie przejeżdżających po pasach DLA PIESZYCH, nie dla rowerów, już nie będę pisać, bo tego już nie potrafię całkowicie pojąć. Kiedy jeździłam samochodem, najbardziej bałam się, że na pasach znienacka pojawi mi się taki cyklista. I o ile była ścieżka rowerowa, to można było się na to przygotować. Ale rowerzyści, jak i motocykliści, są wszędzie…
Nie tylko jednak na ulicy widać ludzką bezmyślność. Odkąd jestem na Facebooku, zastanawia mnie fenomen lajkowania postów, które przekazują informację na przykład o smutnym wydarzeniu. Czy osoby, które „lubią” wiadomość o tym, że czyjeś zwierzątko pobiegło za Tęczowy Most, naprawdę przeczytały post? Rozumiem, że nie każdy ma chęć wpisywać komentarze, ale pod takim postem dać „lajka”… Momentami ta bezmyślność jest aż fascynująca.
A Kociowi na szczęście nic poważnego nie jest. J

1 komentarz:

  1. O, kiedyś babon na rowerze i na pasach dla pieszych jebnęła nam w drzwi i z ryjem na nas, że to nasza wina. Ale jak zadzwonilam po policję, to się okazało, że szybko jej sie poprawiło.

    OdpowiedzUsuń