piątek, 7 marca 2014

W gorsecie

Zajrzałam do Wikipedii, licząc na jakąś szybką, krótką definicję strachu. I nieoczekiwanie dowiedziałam się, że „psychopatologia odróżnia strach od lęku, którego obiekt jest zawsze irracjonalny”. Chyba zatem czas na zmianę terminologii codziennej. Nie odczuwam strachu przed tym, że nie stanę się nigdy perfekcyjną panią (domu), ale – lęk. Gdyż powód jest bardzo nieracjonalny.
Bo tak na zimno: co się stanie, jeśli nie będę perfekcyjną osobą? Czy w ogóle jest możliwe taką być? Nie sądzę. Nie z wygody czy lenistwa. ;) Po prostu parę sytuacji w życiu pokazało mi, że dążenie do perfekcji może człowieka – a na pewno mnie – w pewnych momentach obezwładnić i zrobić więcej krzywdy niż dać pożytku.
Jestem polonistką z wykształcenia i zamiłowania. Książki stanowią miłość mojego życia – i to pod różnym względem. Zarówno ich magiczna moc przenoszenia do innego świata, oderwania się od tego, jak też w ogóle – kreowanie tego innego świata za pomocą słowa. Sama nie miałam nigdy ambicji stworzenia czegoś zasługującego na miano epopei, powieści wszech czasów. Ot, pisałam pamiętniczki, jak każda romantyczna duszyczka, której wydaje się, że MUSI przelać na papier swoje myśli. Traktowałam to naturalnie, jak oddychanie. Nikt tego nie czytał, ale w czasach szkolnych moją potrzebę upubliczniania się w pełni zaspokajała konieczność pisania wypracowań. Bardzo rzadko pisałam je na brudno, bo też często pisałam pod impulsem myśli i skojarzeń. Potem poszłam na polonistykę, bardziej z braku pomysłu na siebie niż chęci rozkładania języka na czynniki pierwsze, ale odnalazłam się w tym świecie. W pewnym momencie aż za bardzo, niestety, i zostałam na studia doktoranckie. Czas ten było o tyle pożyteczny, że uzupełniłam specjalizację zawodową o redaktorską. Dzięki temu, gdy moje powołanie nauczycielskie umarło, mogłam w miarę szybko się przekwalifikować. (Do dzisiaj trochę żałuję, że tak późno, ale w sumie do emerytury – przy tym urodzaju na reformy – jeszcze trochę czasu mam). Doktoratu jednak nie napisałam. W pewnym momencie po prostu zabrakło mi właśnie nie wiedzy, a umiejętności pisania. Zwyczajnie nie potrafiłam napisać zwykłego referatu na konferencję (właśnie na konferencji na Krymie powiedziałam taki referat z głowy, tylko według punktów. Napisać nie umiałam!). Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Płakałam, chodziłam nieszczęśliwa, ale mimo że czytałam coraz mądrzejsze książki, prowadziłam zajęcia – jednym słowem: gromadziłam wiedzę, nie umiałam jej zapisać. Otwierałam kolejny plik w Wordzie, wpatrywałam się w migoczący kursor… i nic.
Co się działo? Teraz chyba już wiem. Paraliżował mnie lęk, że napisane zdanie nie będzie doskonałe. W owym czasie moim opiekunem naukowym (promotor jest powoływany dopiero po otwarciu przewodu doktorskiego) był profesor, na którego opinii zależało mi bardzo, a który oczekiwał ode mnie zbyt wiele. Lub ja tak to odbierałam… A ja, zamiast ocenić swoje możliwości i po prostu pisać zgodnie z nimi, dając sobie szansę na późniejszą poprawę i/lub zakładając możliwość fiaska, ale jednak wcześniej próbując – poddałam się. Uznałam, że albo muszę napisać OD RAZU doskonałą pracę – albo w ogóle jej nie zaczynać.
Tak, to nie m sensu. Tylko że ktoś, kto tak powie, pewnie nie miał w życiu sytuacji, w której czuł się gorszy, a zależało mu na czyjejś opinii. Mnie zależało na uznaniu profesora, a także pokazaniu mało życzliwemu otoczeniu, że jednak potrafię. I tak bardzo obawiałam się krytyki, że w końcu nawet nie spróbowałam.
Odeszłam z uczelni, jestem zaledwie panią magister, i czasem myślę, że mogłam mieć więcej. Z drugiej jednak strony, decyzja była słuszna. Wolę być zdrową „zaledwie” panią magister, zadowoloną z życia, mającą wciąż „coś” przed sobą, niż panią doktor w pokoju z miękkimi ścianami, i bez klamek… I znowu piszę! :)
Doktorat i związane z nim stresy to oczywiście duże wyzwanie i nie jest sprawą codzienną (w każdym razie nikomu specjalnie tego nie życzę). Istosta problemu może jednak wyglądać tak samo w przypadku każdej sytuacji. Często człowiek boi się podjąć jakiegoś wyzwania z lęku przed porażką. I jeśli ma konkretne ku temu powody – nie wiem, straci pracę, ryzykuje swoje lub czyjeś życie – to brawura jest niewskazana. Ale ile takich życiowych wyzwań mamy na co dzień? A ile lęku nieustannie nas jednak otacza? Pamiętam, jaki miałam nieraz problem, kiedy jeszcze mieszkałam wspólnie z rodzicami, żeby zrobić coś do jedzenia. Niejednokrotnie bałam się ukroić chleb, bo już w głowie słyszałam krytykę, że robię to „nie tak”. Pajdka za gruba, za cienka, po skosie, nie tak trzymam nóż… Ile razy denerwowałam się, że coś przypalę albo niedogotuję. Bo spotykała  mnie wtedy krytyka najbliższych, którzy przecież byli dla mnie ważni, ich ocena coś dla mnie znaczyła. Paradoksalnie rzadko mam ten problem w pracy. Oczywiście denerwuję się, kiedy nie udaje mi się wyłapać wszystkich literówek, kiedy zleceniodawca wytyka braki w mojej korekcie – bo może to się zwyczajnie przełożyć na wynagrodzenie. Ale kiedy szef, którego szanuję, mówi, że go zawiodłam, to jest mi z tym źle. I następnym razem nie oddaję już wykonanego zadania spokojnie, tylko jednak z bijącym sercem i lekko drżącymi dłońmi…
Źródłem tych wszystkich lęków jest więc najczęściej zaniżona samoocena. Potrzebujemy uznania innych, żeby pozwolić sobie na docenienie siebie. Różnie się to objawia. Czasem tym, że z drżeniem serca wyczekujemy pozytywnej opinii na nasz temat, czasem zaś – specjalnie szukamy takiego tła, takiego otoczenia, na tle którego na pewno wyglądamy korzystniej i wszyscy to widzą. Przede wszystkim jednak nie pozwalamy sobie pozbyć się gorsetu powinności, który pozwoliliśmy na siebie włożyć, co nie pozwala żyć i cieszyć się życiem.



Chyba więc nie warto dążyć do bycia perfekcyjną. Maniakalnie tępiąc wszystkie oznaki niedoskonałości, zabijamy tym samym radość życia! A po co? ;)

4 komentarze:

  1. pięknie opisałaś dokładnie to co mam w swojej głowie :)
    Przybij piątkę niedoszła Pani Doktor!
    podpisano: niedoszła Pani Mecenas :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaka tam niedoszła Mecenas? Niedoszła Radca Prawny! :P

      Usuń
  2. Odwieczny dylemat: co jest ważniejsze - natchnienie czy rzemiosło? Myślę, że jedno nie istnieje bez drugiego. Dzieki Twojemu tekstowi chyba odkurzę rozgrzebaną powieść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczułam się pożyteczna. :) Cieszę, że będę mieć swój udział w ukończeniu powieści. A co to za powieść? Powiesz coś więcej? :)

      Usuń