czwartek, 17 lipca 2014

Parę słów o filmie „Powstanie Warszawskie”

Dawno nie byłam w kinie i nawet nie bardzo już wiedziałam, co grają. Czasem na FB widziałam, że ktoś na coś się wybiera, ale jakoś mnie nie korciło, a i budżet był na tyle skromny, że wolałam coś tam pooglądać w domu. Któregoś razu jednak zerknęłam na repertuar Cinema City w Promenadzie (niedaleko mnie) i zobaczyłam, że jeszcze grają Powstanie Warszawskie, które na ekrany weszło przecież 9 maja. Pomyślałam, że pójdę. Wybierałam się już, ale przyznam, że wciąż trudno mi uświadomić sobie, że do kina można iść samej. Nie wiem, czemu to dla mnie takie trudne – może to kwestia długiego bloku reklamowego, który łatwiej przetrwać w towarzystwie? ;) Tym razem jednak postanowiłam (jak co kwartał mniej więcej), że teraz to się zmieni i nawet sama, ale będę chodzić co jakiś czas do kina. Dodatkowo wypatrzyłam, że w środy bilety kosztują 14 zł. No, tyle dam radę. Moje osobiste odwrotne prawo Murphy’ego zadziałało natychmiast i gdy tylko powiedziałam o swoim planie siostrze, natychmiast do mnie dołączyła. :)

Film Powstanie Warszawskie to produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego. Na tle innych filmów o tematyce wojennej i historycznej wyróżnia się niezwykłą autentycznością. Nie jest to bowiem wizja reżyserska, rekonstrukcja faktów, ale zmontowana z dokumentalnych materiałów archiwalnych fabuła (jej autorem jest Jan Komasa, reżyser innego filmu o tematyce powstańczej – Miasto 44, który ukaże się we wrześniu tego roku), ukazująca prawdziwe oblicze sierpniowej walki stolicy. Materiały były kręcone na zlecenie dowództwa AK, a ich pierwsza projekcja odbyła się w kinie „Palladium” już w trakcie walk powstańczych. Ze zrozumiałych względów – by widz mógł łatwiej prześledzić materiał – wprowadzono bohaterów (a w zasadzie ich głosy), czyli operatora filmowego i jego młodszego brata. Komentują oni filmowaną rzeczywistość, ale jednocześnie rozmawiają ze sobą o sprawach codziennych, bliskich – im i współczesnym im ludziom.

Początkowo nie byłam pewna, czy ten pomysł mi odpowiada. Nastawiona byłam na dokument, nawet nie brałam pod uwagę jakiegoś ciągu przyczynowo-skutkowego zdarzeń. A tu coś takiego… Głosy Karola i jego brata Witka, wyraźnie dobiegające ze studia, „napisane” dialogi, trochę mnie rozpraszały. Przypomniałam sobie jednak wstęp do Zośki” i „Parasola”, w którym autor informuje czytelnika, iż dla łatwiejszego odbioru spisanej historii czyni kogoś niejako jej bohaterem – jednak naprawdę wciąż jest to historia walczących o Warszawę powstańców (przytaczam z pamięci, więc może niedokładnie, ale myślę, że sens zachowałam). I rzeczywiście, trochę łatwiej było przedzierać się w ten sposób przez i tak już niełatwy (ze względu na treść) dokument. Podobny zabieg, jak sądzę, został zastosowany i w omawianym przeze mnie filmie.

Wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Temat powstania jest dla mnie ważny, choćby z tego powodu, że mieszkam w Warszawie. Ale nie tylko. Pamięć o historii własnego narodu, jakkolwiek by to szumnie nie brzmiało, a także szacunek dla tej przeszłości, jest – nie tylko moim zdaniem – czymś, co ten naród tworzy i pozwala mu trwać. Uważam, że takie filmy (nie tylko o sierpniu 1944, ale dotyczące okresu drugiej wojny światowej) powinny wciąż powstawać, by ta pamięć mogła trwać.

W filmie można zobaczyć autentycznych ludzi, żyjących w tamtych czasach. Pełna lista ich nazwisk jest wyświetlana po zakończeniu projekcji. Niestety, nie sposób przeczytać wszystkich. Szkoda, że nie pomyślano o tym, by np. wydrukować to na małych ulotkach i wręczać razem z biletem (jak np. wręczano guziki przy filmie Katyń).

Film Powstanie Warszawskie ma niewątpliwie ogromną wartość poznawczą. Ukazuje walczących o wolność ludzi nie tylko z karabinem w ręku, nie tylko w momentach dokonywania bohaterskich czynów – ale kiedy jedzą, kąpią się, przygotowują obiady, broń i materiały opatrunkowe. Zauważyłam, że kobiety upinały wtedy włosy i ani jedna nie miała grzywki! Wiele filmów wojennych pokazuje tylko wzniosłe momenty. Tymczasem rzadko mówi się o muchach, łażących po rannych, o tym, ile czasu i wysiłku kosztowało wyprodukowanie jednego granatu czy przygotowanie roznoszonych przez harcerzy ulotek. Obok walczących chłopców i dziewcząt pokazano też ludność cywilną. Zaskakujące, jak wielu ich trwało w mieście w czasie walk…

Czy było warto, czy ta walka miała sens? W filmie nie padają oceny. Nie muszą. Fakty mówią same za siebie. Nie ma ocen politycznych, pada dosłownie jedno zdanie o Sowietach znajdujących się po drugiej stronie Wisły. Kiedy jednak patrzy się na zrujnowane miasto, na ludzi, którzy giną w jego obronie, stosy ciał leżące na ulicach pod koniec powstania, to serce ściska jedynie żal. Zarazem – budzi się myśl: czy my, dzisiaj, potrafilibyśmy zdobyć się na tak wielką odwagę? I czy doceniamy, że nie musimy tego sprawdzać?

Uciekamy na co dzień od patosu, pochłaniają nas problemy, zajmują narzekania na to, co dzieje się w kraju. Ale mimo wszystko, teraz, kiedy sierpień jest blisko, może warto wspomnieć tych ludzi, którzy „za nasze jutro – oddali swoje dzisiaj”?

A jeśli ktoś nie słyszał, to na zakończenie piosenka promująca film. Pierwszy raz widziałam w ogóle ludzi, którzy po filmie nie zrywali się z foteli, ledwo tylko zgasł obraz. Może zatrzymała ich również muzyka, a może musieli najpierw wytrzeć łzy...?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz