czwartek, 21 sierpnia 2014

Coś dla człowieków

Właśnie odkryłam, że BARDZO chcę iść do pracy. Nie zabrakło mi drastycznie pieniędzy. Nie nudzę się. Nie szukam męża czy znajomych. Przyczyna jest zupełnie inna. Mam dość widoku kuwet.

Dzisiaj zauważyłam (bardzo pomogła mi w tym pewna rozmowa), że zachowuję się jak młoda matka, która siedzi w domu z małym dzieckiem. Moje życie kręci się obecnie wokół jednego faktu: gdzie Fruzia załatwi swoje potrzeby. A każde celne „trafienie” powoduje taki przypływ radości, że mam ochotę obdzwonić z dobrą nowiną pół miasta i zamieścić zdjęcia na fejsie. (No, z tym ostatnim może trochę przesadzam. Ale tylko trochę :D).

W zasadzie nic dziwnego. Te problemy z kuwetą to nie tylko chwilowy dyskomfort, ale obawa, czy kocie relacje układają się prawidłowo, czy nie jest to wynik choroby… Przede wszystkim jednak: sprzątanie, wycieranie, zamiatanie, pranie. I kasa na kolejne porady, żwirki, odplamiacze. Trochę wkurz, że starszy, zamiast zachęcać młodszą do kuwety toaletowej, sam przeniósł się do sypialnianej.

Wszystko to absorbuje mnie prawie nieustannie. Na dźwięk chrobotu żwirku mam wrażenie, że zamiera cały dom. Sama zaczynam zmieniać się w stalkera, który śledzi koty w tak intymnej sytuacji. I jeszcze kradnie ich urobek, który nie daje się tak łatwo zutylizować jak przy drewnianym żwirku.

Wbrew pozorom, to wcale nie jest fajne. I z jednej strony mam świadomość, że dla zewnętrza mam „odpieluszkowe (odkuwetowe) zapalenie mózgu” – tak najkulturalniej rzecz ujmując, ale z drugiej, sytuacja jest naprawdę uciążliwa. Jestem bardzo wdzięczna tym nielicznym osobom, będącym ze mną duchem, ale wierzę, że mogą mieć dość. Sama nie wytrzymuję i gdybym jutro nie szła do biura, to chyba uciekłabym na cały dzień choćby do parku. ;)

I teraz myślę, że jednak nie dałabym rady stać się taką totalną kobietą domową. Inaczej pracuje się w domu, kiedy jest się samemu. Natomiast przebywanie dwadzieścia cztery godziny na dobę z niedorosłą istotą typu kotek czy niemowlak to prosta droga do szaleństwa. Nie zdawałam sobie z tego sprawy iks czasu temu, gdy zajmowałam się malutką siostrzenicą. Owszem, byłam na bieżąco w temacie, które pieluchy chłoną najlepiej. Jednak wtedy studiowałam, więc z konieczności przebywałam nie tylko z młodymi mamami. Zatem dziecko nie zaabsorbowało mnie tak bardzo, jak teraz koty.

Ha, nawet Kocio nie sprawił, że uciekałam z domu. Ale to był od samego początku ogarnięty koteczek, z którym jedyną trudnością było nawiązanie kontaktu fizycznego. Fruzia natomiast dała mi nieźle do wiwatu. Poczułam, że mam kota, i naprawdę, muszę odpocząć. Zaczęłam częściowo już dzisiaj, idąc na zakupy dla siebie. Wreszcie nie oglądałam kuwet, drapaków, myszek i karm. Nawet papier toaletowy był wspaniałą odmianą. Bo NIE DLA KOTÓW. J

Z drugiej strony, osoby z zewnątrz, które krytykują takie monotematyczne istoty (młode mamy czy kocie mamy), też powinny zrozumieć, że nie wiąże się z to ograniczeniem intelektu, tylko zwyczajnie wynika z konieczności życiowej. Jak boli ząb, też wciąż o nim myślimy. Jak dziecko czy kot nie ogarnia jakiejś czynności albo zwyczajnie jest za małe i trzeba to zrozumieć, co nie jest przecież równoznaczne z nową pasją. I niech ten mąż wracający z pracy nie dziwi się, że ona nie ma siły rozmawiać o czymś innym niż kupki i kaszki. Zwyczajnie, tym żyje i jutro też będzie musiała to przerabiać. Więc dla niej korpoproblemy są o tyle istotne, o ile przekładają się na kolejne problemy. Jak nie, to szkoda jej sił na rozmowę o tym. Przecież jeszcze trzeba dziecko nakarmić i przewinąć. I to naprawdę są ważniejsze kwestie.

Dla własnego zdrowia psychicznego jednak trzeba czasem to wszystko zostawić. Przy kotach jest łatwiej. J I dlatego uśmiecham się już do jutrzejszego dnia, jaki by nie był. Ale wśród ludzi. I bez kuwety. J

1 komentarz:

  1. Boski post :D I jakiż trafny, zarówno jeśli chodzi o zmęczenie pieluchami, jak i kuwetą :D

    OdpowiedzUsuń