piątek, 8 sierpnia 2014

Mój kochany Kocio

Mój kochany Kocio

Obecność drugiego kota w domu sprawiła, że inaczej widzę tego pierwszego. Obserwacje i wnioski są bardzo fajne. J

Przede wszystkim Kocio bardzo w moich oczach wydoroślał. Ma zaledwie roczek, ale w porównaniu z prawie trzymiesięczną Fruzią zdaje się po prostu poważnym kocurem. No… trochę tej powagi traci wieczorem, gdy rusza gonitwa. Ach, ile jest wtedy zapału, emocji i niespożytej, wydawałoby się, energii. J Ale tak w ciągu dnia to zachowuje dużo więcej godności. Fakt, jest to typ kota-filozofa, który się nie spieszy, nie miauczy na widok wyciąganej z szafy puszki (po prostu wskakuje na stół, gdzie czeka naszykowana już miseczka ;)). Niemniej udawało mi się go często wybić z tego marazmu w ciągu dnia: a to piórkiem mu pomachałam przed nosem, a to laserek zaświeciłam… Teraz jednak jest inaczej. Kocio przyjął rolę obserwatora. Trochę jest to jego wybór, a trochę konieczność – Fruzia po prostu szybciej reaguje na bodźce. I zanim się Kocio zdecyduje łapą machnąć, to piórko zostało już kilka razy „zabite”. Chyba więc uznał, że lepiej okazać brak zainteresowania niż rywalizować w takiej prostackiej zabawie. ;) Albo po prostu jest dżentelmenem. ;)

Upewniam się też co do Kociowej aspołeczności. Nie w stosunku do Fruzi, skąd! Stworzą z pewnością przemiłe stadko (tak, wiem, że koty nie tworzą stada sensu stricte, ale nie o definicje teraz chodzi), bo już teraz widać, że się lubią. Ale Fruzia od samego początku naszej znajomości ;) jest równie chętna do innych kotów, jak i ludzi. Szybko nabrała do mnie zaufania, ale równie smacznie posapywała w kolejnych objęciach. Kocio zaś był dzikuskiem. Teraz się nieco zsocjalizował, ale dalej woli być „obok”. Dotyk jest rzadko mile widziany i zazwyczaj musi być to jego inicjatywa. Dawno przestałam z tym walczyć, ale co jakiś czas było mi po prostu przykro, że mam takiego niedotykalskiego kota. Martwiłam się, że jakoś go do siebie zraziłam, że nie czuje się przy mnie bezpieczny…

A teraz, jak pojawiła się Fruzia, zobaczyłam, że jednak więź między nami jest całkiem konkretna. Cóż, że mało fizyczna. J Czasem mam wrażenie, że patrzymy na siebie ze zrozumieniem, jak Fruźka szaleje, albo jak nie mogłam poradzić sobie z jej kuwetowaniem – a wtedy Kocio wziął sprawę w swoje „łapy”. ;) Ostatnio wręcz zareagował na konkretne zdanie. Wycisnęłam mu bowiem na futerko trochę pasty odkłaczającej, którą zresztą bardzo lubi. Na talerzyku jednak z reguły coś zostawia, więc wolę dawać na futerko. A gapulek nie zauważył chyba i wyskoczył w tej paście na balkon. Usiadł na stoliku i zapatrzył się smętnie w dal. Więc wołam: „Kociu! Futerko sobie wyliż!”. Odwrócił się, spojrzał na mnie rozumnie, po czym zaczął się wylizywać z pasty…

Cudna jest w ogóle ta jego reakcja na imię. Oczywiście, jak na prawdziwego – więc dumnego i niezależnego kota przystało – zdarza się, że wołam, a on nie reaguje.


Jest jednak na to sposób i przyznam, że nieraz nadużywam Kociowej dobrej woli... ;) Otóż, odkąd zrobiło się ciepło, balkon w mieszkaniu (a często i okna) jest otwarty bez przerwy. W związku z tym zaczęła się inwazja różnego rodzaju owadów. Nie lubię ich. Nie życzę sobie, by wlatywały do pokoju, gryzły czy nawet tylko brzęczały. Za to Kocio uwielbia na nie polować. Najpierw musiał je usłyszeć czy zobaczyć, by ruszyć do ataku. Teraz jednak wystarczy, że zawołam: „Kociu, mucha!” (czy ćma, wszystko jedno), a on pędzi z drugiego końca mieszkania. Naprawdę. Sama czasem nie wierzę. Oczywiście nie wołam go słodkim głosikiem, a tonem, w którym ewidentnie czuć panikę.

I na tym się właśnie zasadza moje oszustwo… Czasem właśnie takim spanikowanym tonem wołam go, bo po prostu chcę go zobaczyć. I on przychodzi. Rozgląda się czujnie, po czym, widząc, że alarm był fałszywy, dostojnie wraca na miejsce, z którego przybiegł. Czasu jednak wystarczy, by go pogłaskać. J

Nie nadużywam tego patentu, bo jednak często wołam go do prawdziwej zwierzyny, lepiej więc, by nie przestał reagować. A on wiernie przybiega i broni przed tymi paskudami. Nawet teraz potrafi przerwać gonitwę z Fruzią, by spełnić swój koci obowiązek. Jaki sam na siebie włożył, żeby nie było. U mnie koty nie muszą zarabiać na jedzenie. J

O Fruzi będzie innym razem, a tymczasem parę jej zdjęć:


Mała królewna J

Pełne skupienie...

Fruzia akrobatka

A to już po prostu baletnica J

Tygrysia łapeczka






2 komentarze:

  1. Piękne opisy! Ja tam czuję, i po zdjęciach widzę, że jesteście bardzo zżyci - mówię o Kociu ;-) A i Fruzia jest obfotografowywana - świetna jest ta mała, wcale się nie boi, chociaż ma pyszczek pełen zdziwienia. Piękne to :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tygrysia łapka mnie rozbraja :))) Pięknie :)

    OdpowiedzUsuń