piątek, 19 września 2014

Żegnaj, Gąsko! (Aneks do historii „Przy rowerach”)

(Wcześniejsze losy Gąski i Daniela możecie poznać, zaglądając TU).

Minęło trochę czasu, od kiedy Gąska zdecydowała się zakończyć znajomość z Danielem. Sama trochę była zaskoczona swoją decyzją i szybkością jej realizacji. Początkowo jednak nie chciała się nad tym zastanawiać. Bała się, że zmieni zdanie, że przestraszy się samotności… Więc rzuciła się głową w życie. Co drugi dzień jakiś wysiłek fizyczny – basen, siłownia czy po prostu spacer w dobrym tempie (rowery na razie omijała!), również mycie podłóg (a jak! Nieźle można się zmęczyć, a jak człowiek zmęczony, to i sił na smętki nie ma). Codzienne zakupy – i to bez kupowania na zapas, by następnego dnia musieć wyjść. Gotowanie małych porcji obiadowych powoli wchodziło jej w nawyk i pilnowała się, by nie myśleć nad sensem gotowania dla jednej osoby. Dość późnymi wieczorami włączała jeszcze film na dvd, ale rzadko miała siłę obejrzeć go do końca, tak była zmęczona. Rano wstawała może nie skoro świt, ale z budzikiem, by po śniadaniu umalować się, wyszykować i… zasiąść przy swoim biurku, przed swoim komputerem, do pracy. Po określonej liczbie godzin robiła krótką przerwę na drugie śniadanie, a potem znów pracowała. Następnie przebierała się i szła na spacer czy basen…
Wreszcie jednak doszła do wniosku, że minęło już trochę czasu i musi to przemyśleć. Wybrała pogodny, słoneczny dzień, spakowała coś do jedzenia i picia, sprawdziła, czy ma bilet i pieniądze, i pojechała do Powsina. Trochę spacerowała, trochę siedziała, potem znów chodziła… Przede wszystkim jednak myślała.
Sytuacja z Danielem rozwinęła się zupełnie inaczej, niż sądziła. Przecież gdy go poznała, wydawało się jej, że przeżyła już wystarczająco dużo niepowodzeń, by pakować się w kolejną znajomość, by dać się nabrać na czułe słówka. A jednak – złapała się. I na dodatek znów wpadła w swój ulubiony schemat – facet z problemami. „Po co dałam się w to wciągnąć?”, myślała. „Zaraz… ale przecież właśnie nie pozwoliłam na to! No tak, ale jednak później, nie od razu, kiedy dowiedziałam się o Mariannie… Ale w końcu chciałam dać sobie szansę, nie można tak od razu przekreślać człowieka”.
Zatrzymała się na ostatnim zdaniu, a raczej jego pierwszej części. „Szansę? Na co? Na miłość czy… brak samotności?”. Cóż, musiała spojrzeć prawdzie w oczy. Oczywiście, że miłość może się zdarzyć w każdym wieku i w każdej, najbardziej niespodziewanej i nieprawdopodobnej chwili. Ale wtedy, przy tych rowerach, i po pierwszych spotkaniach, wiedziała, że czuje co najwyżej sympatię. Za to wreszcie miała z kim wyjść, ktoś do niej dzwonił, miała o kim opowiadać koleżankom… Tylko jakim koleżankom? Tym, których już praktycznie nie miała, bo poszły swoją drogą? A te wyjścia? Przecież szybko stały się dla niej stresem, a potem – po prostu uciążliwością, podczas której jednak starała zachować się elegancko. Starała – kolejne słowo-klucz. Potem albo bolała ją głowa po wypitym alkoholu (w dawkach przecież minimalnych, no ale jak to, dorosła kobieta i nie ma ochoty na lampkę wina?), albo była zła za opowieści o Mariannie. A często też była niezadowolona, bo traciła czas na darmo, zamiast robić coś z korzyścią dla siebie. Owszem, jego bliskość na początku była czymś ekscytującym – ale szybko poczuła niechęć do jego dotyku. Stało się to dosyć niezauważalnie i początkowo wiązała to ze złym samopoczuciem czy złością na niego za jakieś słowo. Teraz jednak widziała, że i ciało broniło się przed tą relacją.
„Nie potrzebuję faceta, jak widać” – pomyślała zaskoczonona Gąska. Od razu sama się zaśmiała: „To co, szukam kobiety”. Zaśmiała się jeszcze raz. Potem jednak posmutniała. „Czyżbym miała zostać sama? Na to wygląda. Ale przecież… to nie znaczy, że będę samotna. Jaki jednak sens szukać kogoś na siłę, wiązać się z nim tylko po to, by zaspokoić społeczne oczekiwania? Pewnie, że łatwiej byłoby płacić rachunki we dwoje. Ale jakoś sobie dotychczas radziłam. Za to nie przybędzie mi kłopotów”.

Dwa dni później opowiadała te swoje przemyślenia Jackowi na terapii. Wprawdzie nie byli po imieniu, ale idąc na spotkania, tak właśnie o nim myślała. Pomagały jej te spotkania i czasem żałowała, że nie trafiła do niego wcześniej. Może uniknęłaby choćby tej ostatniej sytuacji. A może nie… Ważne, aby nauczyła się wyciągać wnioski.
– Już to pani robi. I to dobrze – powiedział pan Jacek.
– Naprawdę?
– Naprawdę. – Odwzajemnił uśmiech, choć było w nim trochę rozbawienia. Spojrzała szybko w lusterko przy drzwiach. No tak, znów miała twarz jak szczęśliwe pięcioletnie dziecko. Emocje wyłożone na talerzu. Ale co tam, tutaj mogła się odsłonić. Jacek mówił dalej:
– Wydaje mi się, że wreszcie zaakceptowała pani siebie i swoją sytuację, że przestaje pani szukać potwierdzenia swojej wartości u zewnętrznych osób, zwłaszcza przypadkowych.
– Tak… to chyba prawda, choć może za wcześnie, bym mogła być tego pewna.
– No, nad poczuciem pewności musi pani na pewno – zaśmiał się – jeszcze trochę popracować.
Porozmawiali jeszcze chwilę, dostała kilka informacji na temat ciekawej lektury, jaka mogłaby jej ewentualnie pomóc w pracy nad sobą, umówili się na następną sesję, i wreszcie wróciła do domu.

Następne dni upływały znacznie wolniej. Już nie zamęczała ciała, by wyłączyć myślenie, choć zauważyła, że brakuje jej czasem większego wysiłku. Szła wtedy na basen. Ze zdziwieniem odkryła, że lubi pływać, i że nie potrzebuje do tego towarzystwa. Nie izolowała się od znajomych, ale nie uzależniała od nich swojego planu dnia. Zresztą, tych znajomych zrobiło się jeszcze mniej. Nie bez powodu – wreszcie odkryła, że większość z tych relacji była nietrafiona, z prostej przyczyny: ceniono nie ją, lecz jej naiwność. Kiedy przestała brać każde słowo za dobrą monetę, kiedy wreszcie nauczyła się odmawiać – opustoszało. Miała już pewność. To samotności bała się najbardziej w życiu i to ten lęk skazywał ją na ciągłe porażki. Nie wybierała tego, co dla niej dobre, ale to, co się trafiło, co znalazło się akurat pod ręką – albo wyciągnęło rękę po nią.
Kiedy wreszcie to zrozumiała, poczuła się wolna. Teraz już się nie bała. I teraz zaczęli pojawiać się ludzie, których wcześniej nie dostrzegała lub nie dawała się im dostrzec. Nie rzucała się już jednak głową naprzód. Była ostrożniejsza, wolniej otwierała się na innych, choć nie zamykała się przed ludźmi.


I nie była już Gąską.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz