czwartek, 14 sierpnia 2014

Przy rowerach (10/10)

Wcześniejsze odcinki znajdziecie pod tymi adresami: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty

Mijał już miesiąc od tamtego spotkania, a Gąska wciąż miała mętlik w głowie. W końcu jednak poczuła, że musi uporządkować ten chaos. Od czasu pamiętnej propozycji Daniela miała wciąż wrażenie, że życie zaczyna wymykać się jej spod kontroli, a tego nie chciała. Nie znosiła bałaganu w swoim życiu. Wolała mieć szufladki, półeczki, stały grunt pod nogami i pewność, co będzie jutro – nawet kosztem wyrzeczenia się chwil ekscytacji. Świetnie jednak zdawała sobie sprawę, że po każdym uniesieniu następuje upadek, a tych miała już dość. Zdecydowanie.

Kiedy Daniel zaproponował, by poznała jego Eksię i córkę, na moment zaniemówiła. Nie wiedziała, czy jest zła na niego – że wymyślił coś takiego, czy na siebie – że znów dała się wmanewrować w tak idiotyczną sytuację. Milczała więc, zdając sobie sprawę, że każde słowo, które teraz wypowie, będzie bardzo ważne dla ich dalszej relacji. Mężczyzna jednak również milczał, tylko patrzył wyczekująco i tak jakoś… ufnie?
– Ale po co mamy się poznawać? – spytała wreszcie.
Daniel się ożywił.
– Wiesz, tak naprawdę to był mój pomysł. Gosia musi przenieść się na trochę do mnie, bo Marianna wyjeżdża na zagraniczny kontrakt i nie może przecież wziąć małej ze sobą. Nie wiedziała, co zrobić z córką, ale przecież Gosia ma ojca! – podkreślił z dumą. – Więc powiedziałem, że wezmę ją do siebie. Marianna nie chciała się zgodzić, bo uważa, że nie dam sobie rady. No, to wtedy powiedziałem, że ty mi pomożesz… bo pomożesz, prawda? – popatrzył na nią ufnie. – I zaproponowałem, żeby przyjechały teraz do Warszawy, to się poznacie. Wtedy będzie pewna, że Gosia zostaje w dobrych rękach. Ja zresztą też – zaśmiał się.
Gąska siedziała oniemiała. Zastanawiała się, czy ten koleś jest naprawdę aż tak naiwny, czy przeciwnie – za taką uważa ją? Między nimi nie padły jeszcze żadne wiążące słowa, żadne wyznania, ustalenia. Ba, przecież miała zamiar powiedzieć mu o swoich wątpliwościach spowodowanych nadmierną obecnością w jego życiu Eksi. A ten z czymś takim teraz wyskakuje… Siedziała zaskoczona, ale wciąż z lekkim uśmiechem, jaki przywołała na twarz na samym początku rozmowy. Tymczasem Daniel odebrał widać ten uśmiech jako pozytywną reakcję na jego słowa, bo mówił dalej:
– Wiesz, nie masz się czego obawiać. Marianna na pewno cię polubi, tak samo jak Gosia…
– Daniel – przerwała mu. – Dlaczego ty się właściwie rozwiodłeś z Marianną?
– O co ci chodzi? – spytał zaskoczony.
– O to, czemu się rozwiedliście. Przecież ty cały czas o niej mówisz, jakbyście wciąż byli razem. Ja wiem, łączy was dziecko, ale na litość! Jesteś dorosły! A musisz jej się tłumaczyć ze swoich znajomości? Pokazywać mnie?! Bo bez tego nie zostawi u ciebie waszego dziecka?!  A jest w ogóle jakaś inna opcja, jeśli się na to nie zgodzi?
Zaskoczony mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale Gąska nie dawała mu dojść do głosu. Niestety, wzburzenie ją poniosło i przestała kontrolować ilość wypowiadanych słów. Na szczęście jakość jeszcze ogarniała… Powiedziała mu, co sądzi o wysłuchiwaniu niemal od samego początku ich znajomości relacji rodzinnych. Dobitnie podkreśliła, że nie przeszkadza jej słuchanie o Gosi, lecz o wciąż obecnej w jego życiu byłej żonie. Dodała, że cierpią na tym ich relacje, a także, że nie wie wciąż, „jaki status związku ma opublikować na Facebooku”. Sądziła, że ironia jest wyraźna, ale myliła się, bo w tym momencie Daniel wreszcie jej przerwał:
– To ty chcesz publikować informacje o naszym związku na Facebooku? Jesteś aż tak dziecinna? – Niedowierzanie i rozczarowanie w jego głosie było aż nadto czytelne.
– No przecież nie o to chodzi!
– To o co? Przecież sama powiedziałaś…
Gąsce opadły ręce. No bo o czym tu jeszcze było rozmawiać. Otworzyła usta, by coś dodać, ale wreszcie powiedziała tylko, że musi iść. Mężczyzna patrzył na nią jakby urażony, jakby to ona zachowała się niestosownie. Cóż, możliwe. Wzruszyła w duchu ramionami i poszła.

* * *
Cały następny tydzień minął jak w złym śnie. Daniel nie dzwonił, czego początkowo nie zauważała, bo była wściekła. Na niego. Była to dla niej nowość, bo zazwyczaj siebie obarczała winą za wszelkie nieporozumienia i niezręczne sytuacje. Tymczasem teraz nawet nie była w stanie przeanalizować tamtego spotkania i rozważyć wszelkich „za” i „przeciw”. Po prostu wciąż była zła. W końcu zadzwoniła do Maćka. Potrzebowała męskiego oglądu tych zdarzeń, no i w końcu to Maciek radził jej po prostu powiedzieć, że coś się jej nie podoba. Tyle że do konfrontacji doszło szybciej i jednak pod przymusem…
Maciek jednak nie mógł się spotkać, wyjechał na tygodniowy urlop, a rozmowa zdecydowanie nie była na telefon. Krótko wspomniała mu tylko, że chyba nie wyszło najlepiej, na co kolega kazał jej się tym nie martwić i spokojnie poczekać na ewentualny rozwój wydarzeń. Tyle że cierpliwość nie była cnotą Gąski. Coraz bardziej miała ochotę zadzwonić do Daniela i powiedzieć, jak bardzo zezłościło ją jego zachowanie. Nie bardzo jednak wiedziała, co chce tą rozmową osiągnąć, więc odkładała telefon z dnia na dzień. W końcu jednak, któregoś ranka, zdecydowanie sięgnęła po słuchawkę i wybrała jego numer.
Nie odebrał. Zastopowana w swoim rozpędzie, po raz drugi w ciągu krótkiego czasu Gąska poczuła się oszukana. Przez Daniela, życie, świat. Chociaż akurat to, że nie odebrał, mogło nie być niczyją winą, ale mieć prozaiczną przyczynę. Samo jednak to, że dzwoniła, że on się o tym dowie, było irytujące. Cóż, trudno, nie cofnie tego. Zerkała jednak nerwowo na telefon i w końcu się doczekała. Oddzwonił.
Zanim odebrała, patrzyła chwilę na ekran telefonu. Ale się na początku cieszyła, gdy widziała, kto się wyświetla! A teraz… trochę się bała. W końcu jednak wcisnęła zieloną słuchawkę i powiedziała „cześć”.
– No cześć, dobrze że dzwonisz. Przepraszam, że nie odebrałem, ale akurat miałem zebranie w pracy.
Gąskę z lekka zamurowało. Te dwa tygodnie milczenia (no dobrze, może dziesięć dni) to nieważne? A gdyby nie zadzwoniła, to dalej by milczał? Nie wiedziała, co powiedzieć. Na szczęście on wciąż był w pracy i nie mógł rozmawiać. Obiecał skontaktować się wieczorem.
Dotrzymał słowa. Rozmawiali jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Ani tamto spotkanie przy stoliku i jego propozycja, ani jej słowa i przerwanie spotkania, ani to długie milczenie. Ale też nie było w jego głosie tej nutki czułości, którą jednak (jednak!) słyszała na początku znajomości. Był taki… koleżeński. Wyjaśniło się to pod koniec rozmowy. Okazało się, że Gosia mieszkała już u niego. Teraz była w kinie, więc mógł swobodnie rozmawiać. Przeprosił w końcu za milczenie, ale nie chciał dzwonić przy Gosi, by ta nie powtórzyła matce. Marianna bowiem, gdy dowiedziała się o przebiegu spotkania („Tak, opowiedziałem jej, że nie byłaś zadowolona, że macie się poznać, a czemu nie?”), uznała, że Gąska jest niepoważna i nieodpowiedzialna. Zostawiła więc córkę w Warszawie pod warunkiem, że Daniel nie będzie spotykał się z Gąską. Teoretycznie tylko podczas bytności Gosi u ojca…
Po tej rozmowie Gąska nie miała już złudzeń. W nocy napisała maila do Daniela, w którym wreszcie wypunktowała całe swoje rozczarowanie jego zachowaniem i sytuacją, do jakiej doszło. Zapisała kopię w roboczych i poszła spać. Uznała bowiem, że nie każdemu należy się wgląd w jej myśli i uczucia, zresztą obawiała się, że przeczyta to Marianna. Wolała więc w dzień przeczytać tekst jeszcze raz i nieco go „urzeczowić” w miejsce emocjonalnych wtrętów.

* * *
Maciek w końcu wrócił z urlopu. Trochę przedłużył wyjazd, ale ponieważ pracował w wolnym zawodzie, mógł sobie na to pozwolić. Od pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już trochę czasu, a Gąska wciąż nie wysłała swojego maila. Daniel próbował raz czy dwa skontaktować się z nią, przysłał też kilka sms-ów z pytaniem o to, czemu milczy, ale nie odpowiadała. Tylko mail się wydłużał. ;)
Siedząc z Maćkiem przy piwie, które piła naprawdę w wyjątkowych okolicznościach, wreszcie wyrzuciła z siebie wszystko. I żal do Daniela, i wkurzenie na niego, i rozgoryczenie, że tak jej się nie układa z facetami. Dobrze jej to zrobiło. Maciek specjalnie nie komentował wydarzeń, bo wiedział, że ona po prostu potrzebuje się wygadać. Kiedy jednak zorientował się, że skończyły się fakty, a zaczyna mantra: „I co ja mam zrobić?”, przerwał jej, mówiąc:
– Słuchaj, daj sobie spokój z tym facetem. Przecież widzisz, że nic z tego nie wyjdzie.
– Maciek, ale mi z żadnym facetem nie wychodzi! Czy ja zawsze muszę trafiać na takich idiotów?
– No widać masz pecha… A słuchaj… myślałaś kiedyś, by znaleźć sobie dziewczynę?
– Dziewczynę?
– No tak. Ja bym chętnie znalazł…
Maciek na moment się rozmarzył, co sprawiło, że Gąska wreszcie się zaśmiała.
– Dzięki, poprawiłeś mi nastrój. A co do dziewczyny dla mnie… wiem, że mówiłeś pół żartem, pół serio, ale obawiam się, że wychodziłoby mi to jeszcze gorzej. Przecież ja nawet żadnej przyjaciółki nie mam!
– Ale masz mnie.
– Ale ty nie jesteś dziewczyną. Czy o czymś nie wiem? – uśmiechnęła się, ocierając wzbierające w kącikach oczu łzy.
– Nie jestem – zaśmiał się i on. – Ale nie przejmuj się, a już na pewno nie tym palantem. Co ci się stało? – zaniepokoił się nagle, widząc, że szklanka wysuwa się jej z ręki. Złapał ją w ostatniej chwili, zanim zdążyła się stłuc.
– Daniel idzie. Chyba z Gosią. Zaraz mnie zobaczy…
Maciek nic nie powiedział. Obejrzał się dyskretnie, by wiedzieć, o kogo chodzi, po czym szybko przysunął krzesło bliżej niej. Objął Gąskę i przytulił tak, że ktoś patrzący z boku mógł pomyśleć, że się całują.
I tak pewnie pomyślał Daniel, ale tego Gąska już nie zobaczyła…

* * *
Fajnie było się do kogoś przytulić. Nawet „tylko” do kumpla. A może nawet lepiej, że do kumpla? Wierzyła w jego serdeczność i bezinteresowność, w końcu znali się już ładnych parę lat. Taka relacja przywraca wiarę w drugiego człowieka. A tej nie miała już zbyt wiele.
Kiedy Daniel z prawdopodobną Gosią poszedł (o czym powiedział Maciek, obserwujący kątem oka ulicę), usiedli z powrotem naprzeciw siebie. Zamówili po jeszcze jednym piwie. Gąsce było już dzisiaj wszystko jedno, mogła nawet się upić. Maciek wrócił do przerwanej rozmowy.
– Zaraz… powiedziałaś, że nie masz żadnej przyjaciółki? Jak to możliwe?
– No właśnie sama nie wiem do końca. Ale tak to wygląda… Jedna po prostu rozpłynęła się we mgle, wcześniej wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jestem nikim ważnym w jej życiu. Kolejna zawiodła bardzo moje zaufanie, ale wybaczyłabym i zapomniała – tyle że jej na tym nie zależało. Nie miała czasu, no. A ja mimo to dalej wierzyłam ludziom. Jeszcze raz się nacięłam w podobny sposób jak z Alą, tyle że relacja trwała krócej – to i mniej bolało. Teraz, owszem, mam koleżanki, bardziej może: znajome…
– Czekaj, czekaj – przerwał Maciek. – Czyli chcesz mi powiedzieć, że twoje przyjaźnie wyglądały tak jak twoje związki z facetami?
– W sumie chyba tak. Po prostu w pewnym momencie buntowałam się, nie dawałam się wykorzystywać, więc przestawałam być potrzebna.
Gąska zamyśliła się na chwilę, ale drugie piwo nie pozwoliło jej za długo trwać w tym stanie. Maciek, którego niezmiennie bawiła jej nieodporność na ten trunek, przyglądał się jej z uśmiechem. Po chwili sięgnął po telefon i zamówił taksówkę. Wiedział, że dla niej wieczór się skończył, a sama nie da rady wrócić do domu.

Kolejny tydzień mijał spokojniej. Gąska w końcu uznała, że z całej sytuacji wyszła z tarczą. Nie dała się wplątać w relację z kimś, kto chyba sam nie wiedział, czego chce. Nie zdążyła się jeszcze zbyt mocno zaangażować, więc tylko trochę bolała urażona duma. Na takie drobiazgi Gąska jednak nie zwykła zwracać uwagi. Szkoda, że nie wyszło… ale przecież „cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Tego samego. Postanowiła też nie wysyłać maila. Po co? Niczego to już nie zmieni.

„Wreszcie” – uśmiechnęła się do siebie w lustrze. „Wreszcie to zrozumiałam. Jacek będzie ze dumny”. Podśpiewując cichutko starą piosenkę Kasi Sobczyk, jeszcze raz zerknęła w lustro, po czym wzięła torebkę i poszła na spotkanie do swojego psychoteraputy.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Niedzielny sprzedawca

Podobno nauczyciele mają podpisywać deklarację wiary (więcej pod TYM ADRESEM). Na początku, gdy usłyszałam o tym po raz pierwszy, pomyślałam, że to jakiś żart. Bo przecież wiele ich się pojawiło po słynnej przecież aferze związanej z decyzją prof. Chazana. Jednak, jako że wszystko jest możliwe (kto się spodziewał przy ostatnich wyborach do naszego parlamentu takiego poparcia dla Janusza Palikota albo niedawno – przy okazji eurowyborów – dla Janusza Korwin-Mikkego?), to chyba troszkę to pośledzę. Akurat deklaracja nauczycielska mnie specjalnie nie dotyczy – nie uczę już w szkole, a dzieci też nie mam, by je tam posyłać. Mimo to zastanawiam się, jak daleko pójdziemy w tym absurdzie.
To nie jest tak, że chciałabym, aby ludzie wyrzekali się swoich zasad. Ale żyjemy w państwie świeckim, nie obowiązuje żadna konkretna religia. Każdy ma prawo do wyznania, jakie uważa za słuszne. Jak więc teraz – w miejscu publicznym – pogodzić zasady katolika, świadka Jehowy czy też żyda? Już przy debatach nad klauzulą sumienia lekarzy zwróciło moją uwagę, że praktycznie sprawa dotyczy podejmowania przez lekarzy decyzji w związku z antykoncepcją i aborcją. Przynajmniej te dwie kwestie zostały medialnie nagłośnione. Oczywiste, gdyż są to sprawy, w których Kościół katolicki głosi zasady, często stojące w sprzeczności z zachowaniami powszechnymi w dzisiejszym świecie. Rozumiem i szanuję ludzi, którzy chcą żyć w zgodzie z tymi naukami. Tylko… jeśli słyszę w telewizji wywiad z panią doktor (nie był to przebrany profesor Chazan), która twierdzi, że prawo boskie jest ponad przepisami prawa, to zaczynam się bać. Niezależnie od swoich prywatnych poglądów. Bo co, jeśli ja lub ktoś z moich bliskich podczas operacji będzie potrzebować transfuzji, a operujący lekarz powie, że nie zgadza się na to jako świadek Jehowy? Jakim prawem ktoś ma decydować o moim życiu?
No dobrze, powie obrońca tych deklaracji wiary, ale to są zasady, których ten człowiek pragnie przestrzegać. Proszę uprzejmie. Tylko niech zmieni zawód. A jeśli nie, to czemu w takim razie deklaracji wiary nie zaczną podpisywać sprzedawcy w sklepie, którzy muszą pracować również w niedzielę? Przecież to również łamanie zasad Kościoła. Czy ktoś wyobraża sobie taką rozmowę z pracodawcą? Jego reakcja wydaje mi się aż nazbyt oczywista.
Nauczyciele, którzy chcą uczyć zgodnie ze swoim światopoglądem, mają jeszcze łatwiej. Otóż zawsze mogą iść uczyć do szkół wyznaniowych, a już najlepiej – jako katecheci/katechetki. Tylko cichutko przypomnę, że jeśli pozostaną przedmiotowcami, to nawet w przyzakonnej szkole obowiązuje podstawa programowa (jeśli się mylę, proszę mnie poprawić).

Tak w ogóle, to sądzę, że wszystko, co powyżej napisałam, dla zwykłych ludzi jest oczywiste. Problemy z „klauzulą sumienia” (spotkałam się kiedyś z zapisem: „klauzura sumienia” :P) tworzą chyba ci, którzy mają na to czas. I nie wiedzą, co z tym zrobić, bo nie muszą łamać sobie głowy, z czego zapłacą rachunki za miesiąc. Naprawdę, nie wracajmy znowu do dyskusji, czy na Wiejskiej powinien wisieć krzyż. 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Pozytywne myślenie

Niedawno znajoma pomogła mi  w pewnej urzędowej sprawie, wykorzystując przy tym swoją fachową wiedzę. Żadna bliska koleżanka, po prostu się jakoś tam znamy. Dzięki niej miałam idealnie przygotowane dokumenty. Dziękując, wyraziłam się pochlebnie na temat jej zawodowych umiejętności, ale też i życzliwości. Ona odparła, że to nic takiego. Po chwili jednak złapała się za usta i mówi: „Ojej! Powinnam zaprzeczyć!”.

Nie po raz pierwszy obserwuję takie zachowania (również i u siebie). Kiedyś zrobiłam taki mały eksperyment. Kilku napotkanym koleżankom powiedziałam coś miłego na temat wyglądu. I jakie były reakcje? Przykładowo mówię: „Masz ładną fryzurę”. „A weź, nie pamiętam, kiedy byłam u fryzjera”. „Fajna bluzka”. „Ta? A to stary ciuch, sprzed roku, gdzieś w szmateksie kupiłam”. „Taka promienna dzisiaj jesteś”. „Oj, nie czepiaj się, nie zdążyłam się umalować, na zakupy szybko wyszłam”. I tak w ten deseń. J

Ciekawe, że faceci reagują inaczej. Najbzdurniejszy komplement potrafią przyjąć z godnością, często zresztą go nie zauważają – bo to przecież oczywistości. Nawet nie w sensie, że są zarozumiali. Mówię kumplowi, że dobrze wygląda w tej marynarce (bo naprawdę tak było). Najczęściej mówi „dzięki”, po czym przechodzimy do następnego tematu. Tymczasem kobieta nie dość, że zaprzeczy, to potem będzie dwa dni myślała, o co mi tak naprawdę chodziło, dlaczego jestem taka złośliwa – i dojdzie do wniosku, że powinna schudnąć. :P

Czasem oczywiście są komplementy trudne do udźwignięcia. Nie umiałam poradzić sobie z zachwytem pani, która na przystanku pochlebnie wyraziła się o moim  biuście. Nawet podziękować było mi trudno. ;) Ale abstrahując od ekstremów, na co dzień kobietom trudno wyzwolić się z tej presji fałszywej skromności, jaką często wpaja się małym dziewczynkom (czy wpajało, teraz jest ponoć inne wychowanie, bezstresowe). Miały siedzieć cicho w kącie, nie odzywać się, a już na pewno nie powinny mówić o sobie dobrze. To inni mają nas chwalić, a my jeszcze powinnyśmy mówić, że to nic takiego, przypadek… Jak potem dorosłe kobiety mają sobie radzić na rynku pracy? Jak podczas potencjalnej rozmowy w sprawie pracy przedstawiać się jako tę najwłaściwszą na dane stanowisko kandydatkę, skoro to „nie wypada”?

Dziewczyny! Nauczymy się cenić siebie i swoje umiejętności. Zacznijmy od drobiazgów. Jeśli ktoś chwali nasze ciasto, nie mówmy, że wyjątkowo nie wyszedł zakalec, albo że pół godziny skrobałyśmy spód i w zasadzie według przepisu powinno być dwa razy większe. (Ba, są takie mistrzynie, które stawiają obiad na stół i od razu mówią, że pewnie nie jest smaczny, no ale trudno… :D). Kiedy usłyszymy komplement, po prostu za niego podziękujmy. A jeśli wprawi nas w zakłopotanie i nie wiemy, co powiedzieć – wystarczy czasem się uśmiechnąć.

I bądźmy z siebie zadowolone. J


piątek, 8 sierpnia 2014

Mój kochany Kocio

Mój kochany Kocio

Obecność drugiego kota w domu sprawiła, że inaczej widzę tego pierwszego. Obserwacje i wnioski są bardzo fajne. J

Przede wszystkim Kocio bardzo w moich oczach wydoroślał. Ma zaledwie roczek, ale w porównaniu z prawie trzymiesięczną Fruzią zdaje się po prostu poważnym kocurem. No… trochę tej powagi traci wieczorem, gdy rusza gonitwa. Ach, ile jest wtedy zapału, emocji i niespożytej, wydawałoby się, energii. J Ale tak w ciągu dnia to zachowuje dużo więcej godności. Fakt, jest to typ kota-filozofa, który się nie spieszy, nie miauczy na widok wyciąganej z szafy puszki (po prostu wskakuje na stół, gdzie czeka naszykowana już miseczka ;)). Niemniej udawało mi się go często wybić z tego marazmu w ciągu dnia: a to piórkiem mu pomachałam przed nosem, a to laserek zaświeciłam… Teraz jednak jest inaczej. Kocio przyjął rolę obserwatora. Trochę jest to jego wybór, a trochę konieczność – Fruzia po prostu szybciej reaguje na bodźce. I zanim się Kocio zdecyduje łapą machnąć, to piórko zostało już kilka razy „zabite”. Chyba więc uznał, że lepiej okazać brak zainteresowania niż rywalizować w takiej prostackiej zabawie. ;) Albo po prostu jest dżentelmenem. ;)

Upewniam się też co do Kociowej aspołeczności. Nie w stosunku do Fruzi, skąd! Stworzą z pewnością przemiłe stadko (tak, wiem, że koty nie tworzą stada sensu stricte, ale nie o definicje teraz chodzi), bo już teraz widać, że się lubią. Ale Fruzia od samego początku naszej znajomości ;) jest równie chętna do innych kotów, jak i ludzi. Szybko nabrała do mnie zaufania, ale równie smacznie posapywała w kolejnych objęciach. Kocio zaś był dzikuskiem. Teraz się nieco zsocjalizował, ale dalej woli być „obok”. Dotyk jest rzadko mile widziany i zazwyczaj musi być to jego inicjatywa. Dawno przestałam z tym walczyć, ale co jakiś czas było mi po prostu przykro, że mam takiego niedotykalskiego kota. Martwiłam się, że jakoś go do siebie zraziłam, że nie czuje się przy mnie bezpieczny…

A teraz, jak pojawiła się Fruzia, zobaczyłam, że jednak więź między nami jest całkiem konkretna. Cóż, że mało fizyczna. J Czasem mam wrażenie, że patrzymy na siebie ze zrozumieniem, jak Fruźka szaleje, albo jak nie mogłam poradzić sobie z jej kuwetowaniem – a wtedy Kocio wziął sprawę w swoje „łapy”. ;) Ostatnio wręcz zareagował na konkretne zdanie. Wycisnęłam mu bowiem na futerko trochę pasty odkłaczającej, którą zresztą bardzo lubi. Na talerzyku jednak z reguły coś zostawia, więc wolę dawać na futerko. A gapulek nie zauważył chyba i wyskoczył w tej paście na balkon. Usiadł na stoliku i zapatrzył się smętnie w dal. Więc wołam: „Kociu! Futerko sobie wyliż!”. Odwrócił się, spojrzał na mnie rozumnie, po czym zaczął się wylizywać z pasty…

Cudna jest w ogóle ta jego reakcja na imię. Oczywiście, jak na prawdziwego – więc dumnego i niezależnego kota przystało – zdarza się, że wołam, a on nie reaguje.


Jest jednak na to sposób i przyznam, że nieraz nadużywam Kociowej dobrej woli... ;) Otóż, odkąd zrobiło się ciepło, balkon w mieszkaniu (a często i okna) jest otwarty bez przerwy. W związku z tym zaczęła się inwazja różnego rodzaju owadów. Nie lubię ich. Nie życzę sobie, by wlatywały do pokoju, gryzły czy nawet tylko brzęczały. Za to Kocio uwielbia na nie polować. Najpierw musiał je usłyszeć czy zobaczyć, by ruszyć do ataku. Teraz jednak wystarczy, że zawołam: „Kociu, mucha!” (czy ćma, wszystko jedno), a on pędzi z drugiego końca mieszkania. Naprawdę. Sama czasem nie wierzę. Oczywiście nie wołam go słodkim głosikiem, a tonem, w którym ewidentnie czuć panikę.

I na tym się właśnie zasadza moje oszustwo… Czasem właśnie takim spanikowanym tonem wołam go, bo po prostu chcę go zobaczyć. I on przychodzi. Rozgląda się czujnie, po czym, widząc, że alarm był fałszywy, dostojnie wraca na miejsce, z którego przybiegł. Czasu jednak wystarczy, by go pogłaskać. J

Nie nadużywam tego patentu, bo jednak często wołam go do prawdziwej zwierzyny, lepiej więc, by nie przestał reagować. A on wiernie przybiega i broni przed tymi paskudami. Nawet teraz potrafi przerwać gonitwę z Fruzią, by spełnić swój koci obowiązek. Jaki sam na siebie włożył, żeby nie było. U mnie koty nie muszą zarabiać na jedzenie. J

O Fruzi będzie innym razem, a tymczasem parę jej zdjęć:


Mała królewna J

Pełne skupienie...

Fruzia akrobatka

A to już po prostu baletnica J

Tygrysia łapeczka






niedziela, 3 sierpnia 2014

Początki pewnej znajomości, czyli Kocio i Fruzia

Dokładnie rok temu za Tęczowy Most pobiegła Agrafka. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że po tym czasie będę miała dwa koty, nie uwierzyłabym. A jednak tak się stało. ;)

O przybyciu Fruzi już pisałam TUTAJ. Teraz czas na sprawozdanie z pierwszego tygodnia. J
Przede wszystkim: gdy tylko potwierdziło się, że to dziewczynka, mała dostała imię Fruzia. Oficjalne, bo chwilowo bardziej zasługuje na miano „Srajtka” bądź „Siksa”. :P Ale to przecież minie... Kitka przecież jest jeszcze mała, i choć ogólnie ideę kuwety złapała, to czasem działa jak dziecko: po prostu zapomina. Albo nie zdąży... Radzi jednak sobie coraz lepiej i pod tym względem na pewno wyrośnie „na koty”.
Fantastyczna jest jej relacja z Kociem. A tego obawiałam się najbardziej... Pierwsze spotkanie za dużo mi nie powiedziało, tyle że się zobaczyli. Następnej doby jednak, mimo wyraźnych przeciwskazań behawiorystów, którzy zalecają początkową izolację nowego lokatora i powolne zapoznawanie przez wymianę zapachów, postawiłam ich naprzeciwko siebie. Kocio po prostu wychodził z siebie, tak był ciekaw małego gościa. A ten po dobie już wylazł zza foteli i sprawiał wrażenie znacznie mniej oszołomionego niż w chwili przybycia. Dałam im więc pół godziny w mojej asyście. Wzięłam patyczek z piórkami, jeden z ukochanych Kocia, ale bawiła się tylko Fruzia. Kocio siedział nieopodal i... paczył. W pewnym momencie jednak nie wytrzymał i skoczył na małą. Po krótkiej kotłowaninie udało mi się złapać Kocia i wynieść z pokoju. Choć sama się trochę bałam go dotknąć, bo kitę miał co najmniej dwa razy większą. Jednak pod dotykiem mojej ręki spotulniał i wyszedł. Jeszcze tego samego wieczoru przylazł do łóżka się pomiziać... ;)
Kolejne dni upływały na zacieśnianiu kontaktów. Brałam już Fruzię do wspólnego pokoju, gdzie stały i kocie miski (Fruźka natychmiast dorwała się do tej NIE DLA NIEJ – podobnie jak Kocio), i leżały zabawki, no i ja mogłam coś robić, jednocześnie obserwując koteły. A te szybko się dogadały. Już w czwartek mogłam zobaczyć takie widoki:

Zaraz będziemy spać.


Fruzia, tylko nie spadnij! – Oj dobrze, przecież uważam.



(Nie wymaga komentarza J).

Ja tam się najadłam.

A chwilę potem ułożyły się do snu:


Kocio: jestem wyczerpany. Fruzia: ale jak się obudzisz, to już wiem, gdzie będę się chować...
Kolejne dni mijają na zacieśnianiu więzi. Widać, że w tej parze ona będzie grała pierwsze skrzypce. Na razie jest malutka, ale i tak widać, że próbuje rządzić. A Kocio zasypuje za nią zawartość kuwety i pozwala pierwszej dobiec do piórka. Z kolei, kiedy on się rzuca na drzemkę, a jej akurat się nie chce spać, to podchodzi do niego i gryzie go w ogon. Co jest swoistym zaproszeniem do gonitwy i zapasów. ;) Natomiast on jej snu nie przerywa. J
Wczoraj natomiast była pierwsza noc, kiedy nie zamknęłam Fruzi w pokoju. Część nocy spała ze mną, potem obudził mnie jakiś tupot małych stópek :D, a potem... do łóżka na mizianki wtarabanił się Kocio (była piąta trzydzieści). Patrzę zaspana, że coś w jego wyglądzie się zmieniło... Czyżby na grzbiecie wyrosły mu uszy? – Tak, Fruzia już siedziała za nim. ;)

Polubiły się dzieciaki. J A niżej jeszcze trochę ich fotek. Zwraca uwagę, że Kocio uważnie obserwuje kotełka, natomiast ten nie ogląda się za siebie. J









czwartek, 31 lipca 2014

Miasto 44




Byłam wczoraj na Stadionie Narodowym, by obejrzeć przedpremierowy pokaz filmu Jana Komasy Miasto 44. Bilety dostałam dzięki udziałowi w konkursie ogłoszonym przez Telewizję Polską – jednego ze sponsorów filmu. Oficjalna premiera zaplanowana jest na 19 września br.
Data prapremiery nie była przypadkowa. Obecny tydzień poświęcony jest przecież obchodom 70. rocznicy wybuchu powstania. Podczas pokazu, obok „zwykłej” publiczności oraz przedstawicieli władz Warszawy, reżysera i przedstawicieli sponsorów, byli ci, których odbioru reżyser obawiał się pewnie najbardziej: sami powstańcy.

Pokaz zorganizowano na Stadionie Narodowym w Warszawie. Jak podają media, obecnych było około 10–12 tysięcy widzów. Trochę było mi przykro, że jednak nie wszyscy wciąż potrafią zachować się w miejscu publicznym. Owszem, klaskano podczas przemówień poprzedzających premierę filmu, owszem, uhonorowano obecnych powstańców. Nigdy jednak nie zrozumiem swoistego „fenomenu”, jaki ostatnio obserwuję nawet w teatrze (chyba tylko w operze jeszcze się to nie zdarzyło). Dlaczego ludzie tak bardzo pędzą do wyjścia wraz z pierwszymi zwiastunami końca spektaklu, filmu? Niedawno byłam na innym filmie o Powstaniu. To naprawdę był chyba jedyny raz, gdy ludzie naprawdę doczekali do białej planszy, informującej, że dalej już na pewno nic nie będzie. ;) Tymczasem wczoraj większość zerwała się z miejsc już standardowo. Wychodząc z tym tłumem (nie da się za bardzo posiedzieć i przeczekać, zresztą to już nie ma sensu), widziałam dużo walających się po podłodze pustych butelek po wodzie, plastikowych kubków i innego śmiecia. Przykrym jest obserwować taki brak elementarnej kultury. :/
Oczywiście też, wychodząc, słuchałam już pierwszych komentarzy – za sobą, przed sobą, obok siebie. Opinii było pewnie tyle, ilu ludzi. Naturalnie też miałam swoją i też omówiłam ją z moją osobą towarzyszącą. ;)

A Miasto 44 chyba będzie budzić mieszane uczucia. Dzisiaj w mediach słyszałam już opinie, że powstańcy ogólnie odebrali film pozytywnie, nie podobał im się jednak ogólny wydźwięk przegranej sprawy, ich zdaniem dominujący w tym przekazie. Także nie zgadzali się na sposób ukazania relacji damsko-męskich. Ich zdaniem, w czasie walk nie poświęcano im aż takiej uwagi, jak widać było w Mieście 44. Wiadomo jednak, że to szczególna grupa odbiorców i sądzę, że oba zarzuty nie będą dla reżysera druzgoczące.

Natomiast zastanawiam się, jak film został i zostanie oceniony przez współczesnych. W końcu to nie pierwszy film, którego tematyką jest powstanie czy ogólniej czasy drugiej wojny światowej. O ile jednak dawniejsze filmy musiały posługiwać się często mową ezopową (jak inaczej pokazać bierność wojsk radzieckich, kiedy rządzą komuniści?), to teraz można powiedzieć wszystko. I Komasa mówi. Według mnie próbuje zrobić to językiem zrozumiałym dla współczesnego pokolenia. To dla nich są efekty specjalne, jak wyjęte z gry komputerowej. Dla mnie jednak podkreślały też, jak często doświadczenia są zbyt silne, by je przetrwać – a przez to tracą na realności. Coś jest tak okropne (strzelanina na cmentarzu, śmierć ludzi, którzy jeszcze przed chwilą śmiali się, rozmawiali i mieli plany na przyszłość) lub tak piękne (pierwsze doświadczenie miłosne), że jedynym sposobem na przetrwanie tych chwil jest ich odrealnienie. Tak ja odbierałam te „komputerowe” sceny.

Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. Może dlatego, że w ogóle tematyka powstania w Warszawie jest dla mnie bardzo ważna i wszystkie traktujące o niej książki, pamiętniki, filmy bardzo przeżywam. Miasto 44 pokazuje walki w mieście bardzo rzetelnie, momentami brutalnie, ale też nie jest to obraz ciągły, lecz najważniejsze jego etapy. Mimo tej epizodyczności wyraźnie widać, jak zmienia się walka i jak dorastają biorący w niej udział młodzi ludzie. Obserwujemy, na przykładzie głównego bohatera – Stefana – początkową euforię powstańców i wraz z nim doświadczamy kolejnych dni przynoszących stopniową utratę nadziei.

Jedna z recenzji filmu ma  w tytule stwierdzenie: „koniec Wajdy w polskim kinie”. Podoba mi się. Z całym szacunkiem dla twórczości Andrzeja Wajdy, myślę, że ten film bardziej przemówi do młodego widza (choć lepiej, by nie za młodego – niektóre sceny mogą naprawdę wstrząsnąć). Nie tylko z powodu wspomnianego już wcześniej zrozumiałego dla niego języka przekazu. Filmy Wajdy są z reguły tak patetyczne i tak czarno-białe (w sensie oceny postaw bohaterów), że niekiedy nie sposób przez nie przejść. Jak można przy tym je skrytykować, skoro ich temat dotyczy polskich świętości? A jednak nie każdy i nie zawsze jest jednowymiarowy. W filmie Komasy postaci są naprawdę żywe, choć wiele z  nich ginie zbyt szybko, by zdążyć się do nich przywiązać.

I jeszcze jedna pochwała. Reżyser do udziału w swoim filmie zaprosił mało znanych aktorów. Pozwalało to (przynajmniej ja tak miałam) patrzeć na nich jak na Stefana, Kamę i Biedronkę, a nie – Zakościelnego czy Cielecką (jak niestety czasem mam podczas oglądania Czasu honoru).

Bardzo mnie cieszy, że temat wciąż odżywa w sztuce. Ludzie muszą pamiętać i wiedzieć, że zawsze istnieje coś ważniejszego niż życie czy śmierć. Ale nigdy nie jest łatwo wybrać, trwać w tym i nie dać się złamać zwątpieniu. I Miasto 44 to pokazuje.

wtorek, 29 lipca 2014

O kocich adopcjach

Dokładnie: o wymaganiach.

Nie lubię prowadzącego Kocie Porady Behawioralne (na Facebooku i swoim prywatnym blogu). Nie dlatego, że nazywa (pośrednio, ale jednak) mojego Kocia „krówką na wypasie”. Bardziej nie podoba mi się jego zachowanie, sposób bycia (oczywiście to mój odbiór jego wirtualnej osobowości), który nazwałabym bucowatością, choć pewnie jego intencją jest wypowiadanie się w sposób autorytatywny. Ale to chyba nie tak…
Zaabsorbowana nowym futrzastym nabytkiem, usiadłam przy kompie późną wieczorową porą. Zajrzałam do kocich grup, które obserwuję. Wypatrzyłam wydarzenie dotyczące adopcji kotki, będącej na DT (dom tymczasowy) w Piastowskim Domu Tymczasowym, który prowadzi właśnie autor wspomnianych KPB. Chciałam zobaczyć, jak kota wygląda, tyle. Ale zatrzymał mnie opis warunków adopcji i fragment rozmowy na ten temat. Przytaczam, jak leci:

[Regulamin]
Opiekun stały zobowiązany jest do:
– zabezpieczenia okna/balkonu,
– regularnych wizyt u lekarza weterynarii,
– wizyt po adopcyjnych, i utrzymania stałego kontaktu z Domem Tymczasowym,  
– podpisania umowy adopcyjnej, 
Informacja ogólna: Jeśli któryś z punktów z wymagań nie pasuje do Twojego postrzegania, nie sil się na negocjacje z Domem Tymczasowym, wymagania nie są do dyskusji.
[Jak wygląda rozmowa adopcyjna:]

Warto wspomnieć jak wygląda rozmowa adopcyjna i dalszy kontakt w Kocim Domu Tymczasowym w Piastowie, który z żoną prowadzę:
1). Rozmowa przez telefon.
2). Przyjazd zainteresowanego domu + wywiad.
3). Przemyślenie nowego domu.
4). Decyzja na tak lub na nie.
 
5). Przyjazd, wypełnienie umowy + dalszy ciąg wywiadu z pytaniami. Podpisanie umowy. Zabranie kota. 
6). Stały kontakt telefoniczny i mailowy (zdjęcia, filmy, opis). 
7). Wizyta po adopcyjna.
[Rozmowa w komentarzach  – również na stronie wydarzenia na FB]
PDT: Zadajemy pytania bardzo prywatne i szczegółowe. Jeśli chce koś adoptować kota nie czuje się przez nie poniżony ani urażony. Moim zadaniem jest zapewnić kotu najlepszy dom, to jest dla mnie jedyny wyznacznik dobrej rozmowy. 
– A wizyta przedadopcyjna? 
PDT: Nie zawsze jest możliwa, dlatego tez wywiad przed trwa około 8–10 godzin, do tej pory nie udało się przeprowadzić żadnego. Ale do tej pory każdy z domów, nie próbował mnie oszukiwać. Zresztą nie jest to rozsądna decyzja J

Tymczasem regulamin strony adopcyjnej Kociej Łapki wygląda tak:

 [Ogólne informacje]
Dla naszych kotów szukamy kochających i odpowiedzialnych opiekunów, którzy chcą zapewnić im opiekę przez całe życie. Decydując się na adopcję zwierzęcia pamiętaj: 
 – kot to żywa, czująca istota
– nie oddajemy kotów na prezent
– zadbany i zdrowy kot żyje nawet do 20 lat, a nie do chwili gdy się znudzi lub nie będzie dla niego miejsca 
– wymagamy bezpiecznego domu: niewychodzącego z osiatkowanym balkonem/oknem lub wychodzącego z dala od ruchliwych ulic 
– adoptując kota zobowiązujesz się do zapewnienia mu właściwej opieki: właściwego żywienia i stałej opieki weterynaryjnej 
– warunkiem adopcji jest podpisanie umowy adopcyjnej zobowiązującej do należytej opieki nad kotem 
– wymagamy posiadania bezpiecznego transportera do przewożenia kota 
– po rozmowie adopcyjnej, przywozimy kota do nowego miejsca zamieszkania.
A jakie są już konkretne warunki adopcji?

§ 1
Adoptujący potwierdza, że jest osobą pełnoletnią, świadomą odpowiedzialności wynikającej z poniższej umowy i ustawy o ochronie praw zwierząt. 
§ 2 
Adoptujący oświadcza, iż przyjmuje kota wyłącznie dla siebie, a nie dla pośredników lub osób trzecich.
§ 3
Adoptujący zobowiązuje się:

  1. Zapewnić kotu właściwe wyżywienie, czystą wodę i ciepłe schronienie.
  2. Zapewnić odpowiednią opiekę weterynaryjną w przypadku choroby zwierzęcia, a także regularne szczepienia ochronne oraz odrobaczać kota zgodnie z zaleceniem lekarza weterynarii.
  3. Powiadomić Opiekuna tymczasowego w razie poważnej choroby, zaginięcia lub śmierci zwierzęcia.
  4. Oddać zwierzę Opiekunowi tymczasowemu, w przypadku gdy kot nie spełnił oczekiwań Adoptującego lub zmusi go do tego sytuacja życiowa (nie odda go innym osobom, do schroniska lub go nie wyrzuci).
  5. Nie rozmnażać powierzonego zwierzęcia – wykastruje kota po osiągnięciu dojrzałości płciowej (nie dotyczy kotów oddanych do adopcji już po zabiegu).
  6. Udzielać informacji (poprzez list, e–mail, telefon) Opiekunowi tymczasowemu o przystosowaniu się kota do nowych warunków życia.
  7. Zapewnić kotu bezpieczny dom: niewychodzący z osiatkowanym balkonem/oknem (nie zabiera kota np. na działkę, do parku czy do znajomych – gdyż jest to dla kota niepotrzebny stres) lub wychodzący z dala od ruchliwej ulicy. W przypadku kota wychodzącego wyposażyć kota w bezpieczną obrożę (z tzn. plastikowym, łatwo rozpinającym się zapięciem zatrzaskowym) i adresatkę z telefonem kontaktowym.
  8. Umożliwić Opiekunowi tymczasowemu (lub osobie wskazanej przez nią) odwiedzenie zwierzęcia w nowym miejscu zamieszkania w celu sprawdzenia warunków bytowych, a także potwierdzenia wypełnienia warunków niniejszej umowy.
 § 4
Jeśli zobowiązania będące przedmiotem niniejszej umowy nie zostaną przez Adoptującego wypełnione, zobowiązuje się on do oddania kota bez protestu Opiekunowi tymczasowemu.
§ 5
  1. Opiekun tymczasowy oświadcza, że przekazał Adoptującemu wszelkie informacje o:
–  ogólnym stanie psychicznym i fizycznym kota,–  dolegliwościach i przebytych chorobach niewidocznych przy odbiorze kota,–  leczeniu (udokumentowanym książeczką zdrowia zawierającą opis leczenia i przeprowadzonych badaniach/testach). 2.  W przypadku jakichkolwiek problemów z kotem, Opiekun tymczasowy zobowiązuje się (w ramach swoich możliwości i posiadanej wiedzy) pomóc Adoptującemu w rozwiązaniu problemu, jeśli ten o takową pomoc poprosi. 
§ 6

  1. Niniejszy dokument jest zobowiązaniem adopcyjnym, nie zaś umową kupna zwierzęcia.
  2. Niniejsza umowa sporządzona została w dwóch jednakowych egzemplarzach.
  3. Każda ze stron oświadcza, że zapoznała się z treścią umowy, a także otrzymała po jednym z egzemplarzu niniejszego dokumentu.
  4. Dane osobowe zawarte w umowie nigdy nie zostaną rozpowszechniane, ani nie zostaną wykorzystane w żaden niepożądany sposób przez strony. 

Przyjmuję do wiadomości, że w razie złego traktowania zwierzęcia grozi mi odpowiedzialność karna na podstawie Ustawy o Ochronie Zwierząt z dnia 21.08.1997 r., a umowa niniejsza ulega natychmiastowemu rozwiązaniu.

I co? Można kulturalnie sformułować w sumie podobne wymagania? Można. Oczywiście, nie wątpię, że zarówno Kocia Łapka, jak i Piastowski Dom Tymczasowy mają na celu TYLKO I WYŁĄCZNIE dobro adoptowanych kotów. Ale ktoś, kto jest pełen najlepszej woli, też nie chce być traktowany jak potencjalny zwyrodnialec, który zamierza krzywdzić koty.
Wielu osobom, poza koniecznością osiatkowania okien i/lub balkonów (Siatka niezgody), nie podoba się też punkt dotyczący wizyt poadopcyjnych oraz zobowiązania do przekazywania informacji (e-maili, zdjęć). Zrozumiałe. Ale nie wierzę, że wolontariusze nie mają nic innego do roboty, tylko nawiedzać domy z wyadoptowanymi kotełami (przecież te osoby mają również swoje życie – a przynajmniej próbują ;)).
W przedstawionej przez Kocią Łapkę umowie bardzo podoba mi się § 5. To jeszcze bardziej pokazuje, że najważniejszy w tej umowie jest KOT. Po prostu.
Kotów jest nawet za dużo, by wszystkie znalazły dom. Osoby, które zapewniają im chociaż tymczasowy, wykonują kawał dobrej roboty, i chwała im za to. Najwyraźniej jednak niektórzy uważają, że nikt inny nie ma szans być równie doskonały. Szkoda, że zniechęcają w ten sposób ludzi, którzy naprawdę chętnie zajęliby się takim kocim biedakiem…

poniedziałek, 28 lipca 2014

Nie miała baba kłopotu...

..., więc wzięła drugiego kota.

Wczoraj spontanicznie pojechałam do rodziców na grilka. Ot, niedziela po południu, można dwie, trzy godziny posiedzieć i porozmawiać. Pojechałam. I wróciłam z kotem.
Kotek to potomstwo kotki starszej siostry. Były w miocie trzy, dwa poszły do ludzi, a ten trzeci na razie został. Siostra wzięła go do rodziców, a stamtąd wzięłam go ja.

Kotełe

Dawno nie miałam tak długiej nocy.

Kotełe (płci na razie niesprecyzowanej, ale po bojowym zachowaniu wnioskuję, że ONA) zostało zapakowane do zamkniętego pokoju – oczywiście w pakiecie: miska z żarciem, mleczko (kotełe ma dwa miesiące!) i kuweta. No i jakaś zabaweczka. Został grzecznie i spokojnie. W przeciwieństwie do rezydenta.
Owszem, pokazałam ich sobie. Technicznie wydawało mi się niewykonalne zrobić to inaczej, a w głębi duszy liczyłam, że może a nuż zaskoczy od razu? No nie mam doświadczenia, acz obczytana i wyedukowana jestem lepiej niż niespełna rok temu, gdy przyniosłam Kocia. Ale dotychczas nie było w naszym życiu innych kotów... A tu nagle pojawiło się małe, bojowo nastawione futro. I nie da się ukryć, że mały, choć przerażony, całym sobą był gotów walczyć, gdy tymczasem Kocio był po prostu totalnie i na maks zaszokowany.
Większa część nocy upłynęła mi na łagodzeniu Kociowego nieszczęścia. Po pierwsze, za zamkniętymi drzwiami pokoju było to nowe „coś”. Po drugie, za zamkniętymi drzwiami pokoju znajdowały się również zamknięte drzwi na balkon. Ergo, Kociuś nie mógł tam wyjść. Na szczęście jest okno kuchenne, również wychodzące na balkon. Udostępniłam więc na noc kuchnię, tym samym skazując się na spanie „na jedno oko”. Oprócz obaw o zwykle zamknięte dla Kocia pomieszczenie nie dała zasnąć świadomość, że przez drzwi balkonowe Kocio zapewne wypatruje przybysza.
Do którego zresztą też zaglądałam w nocy. Martwiłam się, czy sobie radzi, jak kuweta, jak żarełko. Jednak, kiedy tylko wchodziłam i zamykałam za sobą drzwi, słyszałam za chwilę dramatycznie nieszczęśliwe miałki Kocia…
A małe kotełe też nie było zbyt towarzyskie, co oczywiście rozumiem. Martwi mnie jednak, że kuweta czysta i sucha (czyli podłoga gdzieś za meblami mokra). To oczywiście pewnie chwilowe, musi minąć czas na oswojenie się z dużymi przecież zmianami, ale…

Ale zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu. Kocio jest wyraźnie zdezorientowany i niezbyt szczęśliwy. A mnie serce z tego powodu boli. W końcu małe ma gdzie wrócić, może nawet zostanie z mamą? Będzie miało ją blisko, będzie żyło sobie na podwórku, a nie w zamkniętym mieszkaniu? No nie wiem…

Aaaaa! Co ja mam robić?