niedziela, 13 lipca 2014

Przyjacielskie rady [Przy rowerach (8/10)]

Następnego dnia rano dostała sms-a od Daniela. Napisał jej, że córka jest chora, o czym zawiadomiła go Eks, więc wziął kilka dni urlopu i jedzie do dziewczyn. Dokładnie tak napisał: „Jadę do swoich dziewczyn”. Cóż. Odpisała kulturalnie, że życzy dziecku zdrowia i że czeka na wieści. Nie dostała odpowiedzi, ale i się jej nie spodziewała. Dziwiło ją bardziej uczucie ulgi, jakie na nią spłynęło. Choć może nie było to aż tak zaskakujące, biorąc pod uwagę całokształt. Nie musi podejmować szybko żadnej decyzji co do tej znajomości.
Wątpliwość była jedna, ale zasadnicza: czy mają szansę zbudować dobrą relację, czy warto temu poświęcać czas, czy też uniemożliwi to jego przeszłość? Lepiej było przemyśleć to porządnie teraz, zanim zaangażuje się zbyt mocno. A skoro już teraz widać, że mogą być problemy, to przyszłość nie rysuje się różowo. Przeciwnie. Na dodatek nie wiadomo, na ile on jest zainteresowany nowym związkiem, czy traktuje ją poważnie. A może szuka takiej przyjaciółeczki, ot, posłucha, łezkę obetrze, przytuli, buzi da, może coś jeszcze, a potem grzecznie pójdzie do domu i nie będzie głowy zawracać.
Kolejne dni upływały spokojnie. Gąska trochę oderwała się od tematu, zwłaszcza że Daniel się nie odzywał. Ona też nie pisała, a tym bardziej nie dzwoniła. Nie wiedziała, co się przecież tam dzieje, na ile Daniel jest zajęty i w czym mu przeszkodzi. Jednak wreszcie któregoś dnia we wtorek (a był to już piąty dzień od wyjazdu do córki) Daniel napisał, że Gosia już czuje się lepiej, on jest już w drodze powrotnej i czy mógłby przyjechać od razu do niej, porozmawiać. Spanikowała. Jakoś nie spodziewała się, że on tak szybko wróci, a jednocześnie wydawało się jej, że jego propozycja spotkania wiąże się z koniecznością podjęcia konkretnych decyzji, na które nie była przygotowana. Odpisała więc, że bardzo jej przykro, ale jest właśnie u rodziców, nocuje u nich i za późno, żeby zmieniać plany. Odpisał, że nie ma problemu, zadzwoni jutro i się zgadają.
„Okłamałam go”, pomyślała przerażona Gąska. „I to po to, żeby się NIE SPOTKAĆ. Co ja robię? I co mam dalej zrobić”? Szybko zadzwoniła do Zuzy, kątem oka patrząc na zegarek. Była siedemnasta, powinna już być w domu. Może będzie trochę zła, pewnie obiad albo co tam kobiety domowe robią, ale trudno. Muszą się jakoś zobaczyć albo chociaż chwilę pogadać, bo po prostu nie wie, co robić.
Zuzka na szczęście odebrała. Gąska szybko nakreśliła sytuację.
– I co mam teraz zrobić? Boję się, że on znowu będzie o tej swojej Eksi opowiadał. Nie wiem, co było jego córce, ale chyba coś poważnego, skoro musiał tam pojechać, i to tak szybko. A jeśli to będzie się powtarzać? A ta kobieta? Może ona wcale nie chciała się z nim rozstać? Zuzka, co ja mam robić?
– Wiesz… ale nie gniewaj się, mogę być szczera? – Spytała Zuzka.
– Jasne…
– Rozumiem, że ta baba może Cię wnerwiać. Ale mieszka daleko. Mówiłaś, że w Częstochowie, tak?
– No tak…
– No właśnie. A wy tutaj. Moim zdaniem powinnaś się za niego wziąć. Z tego, co mówiłaś, nieźle zarabia, alimenty by płacił tylko na jedno dziecko, byście finansowo dali radę. A ty byś wreszcie miała męża i żyła jak człowiek.
– Ale… Zuza! Ale ja nie wiem… może ona go wciąż kocha? Albo on ją? Tyle o niej opowiada? A ja bym chciała…
– Słuchaj – przerwała jej Zuzka. – Jak będzie z tobą, to mu nie pozwolisz, by o tamtej gadał. Kocha, akurat. Jakby kochał, toby się nie rozwiódł. A jak ciebie będzie miał na co dzień, będziesz mu gotować i się nim zajmować, to uwierzy, że kocha ciebie. A nawet jak nie, to myślisz, że inne pary mają inaczej i są zakochane po ślubie? Uwierz mi, powinnaś wyjść za niego za mąż. Postaraj się, dobrze ci radzę. A właśnie, a jego matka gdzie mieszka?
– We Włoszech… wyjechała tam po swoim drugie ślubie.
– No to dziewczyno, jeszcze się zastanawiasz? Lepiej nie mogłaś trafić. Nie dość, że daleko, to jeszcze wam kasy podeśle. Muszę kończyć, bo mamusia Wojtka właśnie idzie do nas, widzę ją z okna! Będzie dobrze, tylko się postaraj, pa!
Oszołomiona Gąska odłożyła słuchawkę. W ogóle nie myślała o Danielu w kategoriach męża do złapania. I w ogóle nie sądziła, że musi to robić. I w ogóle… w ogóle to sama już nie wiedziała. Chciała się z nim spotykać, związać może, ale chodziło jej o uczucie. To wszystko, o czym mówiła Zuzka, było może i słuszne, ale takie… pragmatyczne.
Pogrążona w niewesołej zadumie nad własną niedojrzałością aż drgnęła, gdy zadzwonił telefon. Spojrzała w panice, kto dzwoni. Uff, to Maciek. Kumpel,  z którym utrzymywała od wielu lat luźną, ale serdeczną znajomość, będącą dowodem na to, że istnieje czysta damsko-męska relacja. Czasem spotykali się ot tak, pogadać, a czasem konsultowali się w sprawach zawodowych (pracowali w pokrewnych branżach). I teraz właśnie Maciek dzwonił, by spytać, czy mogłaby mu sprawdzić kilka wątpliwości, jakie miał podczas tłumaczenia. Wysłał jej plik na maila.
– Nie ma sprawy, już siadam – powiedziała z uśmiechem do słuchawki.
– Dzięki. A w ogóle wszystko w porządku? – spytał Maciek. Znał ją na tyle, że jednozdaniowa wypowiedź już była sygnałem, że coś jest nie tak. On sam był raczej małomówny i preferował niespieszne tempo życia, ale nie przeszkadzała mu zbytnio jej wielomówność. Brak słowotoku był za to – jeśli nie niepokojący, to zwracający uwagę.
– W sumie.. to nie wiem. – Zaśmiała się krótko, starając nie dramatyzować.
– Jak chcesz, to powiedz. Może będę mógł coś pomóc…
Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Streściła szybko swój problem z Danielem, koncentrując się głównie na tym, jak drażnią ją jego opowieści o Eks, i jak niepokoi się, że relacje między byłymi małżonkami nie są jeszcze zakończone.
– I co ja mam o tym myśleć? – zakończyła.
– Hmm… A nie możesz tego, co powiedziałaś mi, powiedzieć jemu?
– Jak to? – spytała szczerze zaskoczona Gąska.
– No, możesz krócej, ale pewnie nie dasz rady. – Zaśmiał się. – A poważnie, to po prostu mu powiedz. Skąd on ma wiedzieć, że nie lubisz słuchać tych historii? W sumie ja nie wiem, czy ja bym opowiadał nowej dziewczynie o poprzedniej… ale jakby mi powiedziała, że nie chce o czymś słuchać, tobym jej nie mówił.
– I nie obraziłbyś się na nią? – wpadła z pytaniem Gąska.
– A za co? – spytał szczerze zdumiony Maciek.
– No, że nie chcę słuchać… Może to dla niego ważne.
– Ale po co masz się do czegoś zmuszać? Powiedz mu, że nie chcesz, i już. A jak się obrazi, to będzie znaczyło, że coś w tym jest, albo że z nim jest coś nie tak, skoro się obraża. Tak czy tak, coś zyskasz.
– Maciu… Maciek, jesteś kochany. – Uśmiechnęła się do telefonu. On też się zaśmiał, słysząc, jak stara się pamiętać, że nie lubi, gdy zdrabnia się jego imię.
– Przecież nic nie zrobiłem. To jak możesz, sprawdź mi te zdania, bo to dla mnie dosyć pilne. A jak się spotkasz z tym gościem, to – oczywiście jeśli będziesz chciała – zadzwoń i powiedz, jak się udało.
– Jasne. Już siadam do kompa, zaraz będziesz to miał. Nerka!
– Trzymaj się, nerka.

Ta rozmowa dodała jej otuchy. Podśpiewując, usiadła przy komputerze. Szybko uporała się z plikiem Maćka i wysłała mu sprawdzony tekst. Reszta wieczoru upłynęła jej dużo spokojniej. Nie żałowała jednak, że odwołała spotkanie z Danielem i to nie dawało jej spokoju. Tak samo jak słowa Zuzy, które wciąż brzęczały jej w uszach…

piątek, 11 lipca 2014

Nocny łowca

Historia pewnego polowania w trzech aktach.
Bohaterowie: Kocio i Ćma

To nie jest TA KONKRETNA ĆMA, ale chciałam przybliżyć tym, którzy myślą o maleństwie w rodzaju mola.

Zaczęło się mniej więcej miesiąc temu. W moim niewychodzącym od zawsze Kociu zagrała myśliwska krew.

Akt I

Zauważyłam, że przestał domagać się wieczorem wspólnej zabawy, a  za to w sobie tylko wiadomym celu buszował po mieszkaniu. Wyglądało to jednak na działanie przemyślane, acz – według mnie  słabo skoordynowane. Szybko jednak okazało się, że nie miałam racji. Kocio bowiem dopasowywał się do rytmu uciekającej przed nim zwierzyny. Była nią ćma. Kiedy ją wreszcie zlokalizowałam, była już niesprawna, jeśli chodzi o fruwanie, ale wciąż dzielnie uciekała. A to się schowała pod szafkę, a to pod lodówkę, a to pod dywan… Kocio dzielnie ją tropił, po czym… ponownie zmuszał do ucieczki. Kiedy ćma nieruchomiała, wtedy ją trącał łapą albo ponaglał miaukiem – co to za przerywanie zabawy? Nie mogłam oderwać oczu od tej pary, bo Kocio był wreszcie TAKI SZCZĘŚLIWY i jednocześnie TAKI PRZEJĘTY tą zabawą. No, kto się bawił, ten się bawił… Ale wreszcie się urwało. W pewnym momencie ćma wlazła w jakąś szparę. Kocio darł pyszczek, ale ona nie wychodziła, a ja od tamtego czasu chodzę po domu WYŁĄCZNIE w kapciach.

Akt II

Ledwo zdążyłam zgasić światło, gdy jak burza wleciał Kocio i hyc, na parapet. Patrzę, a na firance siedzi duża ćma (najwyraźniej inna, bo fruwała). Przymierzał się do niej z jednej i drugiej strony, ale nie miał pomysłu, jak się do niej dobrać. Ona się chytrze nie ruszała, a w nim emocje coraz wyraźniej wzbierały. A ja zamiast planowo zasnąć patrzyłam i biłam się z myślami. Rozpatrywałam dwa scenariusze: albo Kocio wreszcie nie wytrzyma i skoczy na ćmę – więc na firankę – oczywiście bez efektu, ale szkoda myśleć o firance (i o karniszu; dwa kilo temu już go naderwał, o czym mówić teraz), albo ja wstanę i mu ją strącę z tej firanki. Ryzykując, że po ciemku mogę się z tą paskudą spotkać – ekhem – ciało w ciało.
W końcu jednak troska o firankę i karnisz przeważyła. Wstałam, dzielnie strzepnęłam paskudę (czyli ćmę) i uciekłam pod kołdrę. Co oni robili, nie wiem, i nie wiem, gdzie ONA się podziała.
Po prostu dalej chodziłam WYŁĄCZNIE w kapciach.

Akt III

Chciałabym, żeby ostatni.
Zaczęło się pewnego wieczora, kiedy położyłam się wyjątkowo wcześnie, bo mocno rozbolała mnie głowa. Kocio, pełen troski i empatii, umościł się na parapecie, przez otwarte okno w milczeniu kontemplując otoczenie. Aż się wzruszyłam, że taki grzeczny i nie domaga się hałaśliwie zainteresowania.
Wreszcie się ściemniło i zaczęłam leciutko drzemać, gdy otrzeźwiły mnie kocie jęki. Nie wiedziałam początkowo, o co chodzi. Czy nie może dostać się do kuwety, bo któreś drzwi bronią dostępu, czy siedzi na regale i próbuje wymusić uwagę, czy coś go boli…? Niechętnie się podniosłam. Kocio nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i dalej jęczał, jednocześnie czymś mocno zajęty. Wsłuchałam się uważniej. Poza jego jękami słychać było charakterystyczne brzęczenie skrzydeł… Zrozumiałam, że jęki wydaje zaaferowany łowca, a moja interwencja jest zbędna. I położyłam się spać.
Trzy czy cztery godziny później sytuacja uległa zmianie o tyle, że zaczęło świtać, ale polowanie wciąż trwało. Bynajmniej nie dlatego, że ofiara była taka cwana. To Kocio przedłużał sobie przyjemność łowów, którą to radość wyrażał pełnym i przenikliwym głosem, na który osoby z bólem głowy są wyjątkowo wyczulone… Chyba jednak i on powoli tracił energię, bo wreszcie poszedł do miski przegryźć coś dla wzmocnienia. Szybko przycisnęłam się do poduszki i wreszcie zasnęłam.
…Na jakąś godzinkę, bo pod otwartym ze względu na temperaturę oknem panowie włączyli kosiarki. O szóstej rano.
Kolejna noc. Kiedy już prawie zasypiałam, usłyszałam znów typowy, myśliwski jęk. Westchnęłam – trochę nad sobą, a trochę nad losem zwierzyny – gdy usłyszałam inny niż wcześniej chrzęst. Podniosłam się, zapaliłam lampkę. Kocio nawet tego nie zauważył, w takim skupieniu coś przeżuwał. Nie wiem co, nie chcę wiedzieć, ale mam podejrzenia…

Jak widać, czy miastowy, czy wiejski – natury nie oszukasz. Hodujemy w naszych domach drapieżniki. Pozornie miłe, puchate i kochane, ale czasem już we śnie tracą kontrolę nad tym imidżem i zaczynają się upodabniać do swoich dzikich krewniaków:


(Fot. Jolanta Paź)
                                




A już po zachodzie słońca to lepiej nie wchodzić im niepotrzebnie w drogę. J

środa, 9 lipca 2014

Puste losy

W liceum miałam kolegę, który po studiach historycznych poszedł pracować do IPN. Parę lat temu złapaliśmy na nowo kontakt, przy okazji jego ślubu. Pomyślałam więc, że może spytam go, czy nie wie o jakichś wakatach. Nie chodziło mi o protekcję, raczej wiedzę o możliwościach, ewentualnie – zwyczajach rekrutacji. Rozmowa była… dziwna, bardziej jak przesłuchanie czy rozmowa przedwstępna, a nie jak koleżeńska rozmowa. W każdym razie jedynym jej owocem była rada, żebym się o tę pracę modliła. Nawet się specjalnie nie zdziwiłam, słyszę nieraz takie podpowiedzi (albo żebym ogłoszenia czytała). Ale, jak wiadomo, żeby wygrać na loterii, najpierw trzeba kupić los. Tylko większość jest niestety pustych.

Szukam nieustannie pracy, ale teraz raczej zleceń niż etatu Już chyba nawet do tego szukania przywykłam. Kilka lat bez zatrudnienia zrobiło swoje. Przyzwyczaiłam się też do siedzenia w domu, pokonałam związaną z tym depresję, udaje mi się tak organizować sobie czas, by z rzadka budzić się rano bez planu. Lubię grafiki, ale przecież sama mogę sobie je tworzyć. Więc nie jest źle. Oczywiście, pewną „niedogodnością” takiego stylu życia jest brak stałych dochodów i niemożność planowania wydatków. Jednak i z tym można się oswoić, zwłaszcza gdy ma się na utrzymaniu tylko siebie i kota. Pisałam już trochę o tym, jak sobie próbuję z tym radzić (np. w Ekonomii biedaka), także o problemie niewypłacania na czas zarobków (Święto pracy).

Teraz jednak chciałabym przedstawić, na jakie przeszkody natyka się człowiek, który stara się tylko o pracę zgodnie ze swoimi umiejętnościami, bez specjalnych (zdaniem niektórych: wydumanych) wymagań, typu umowa na etat lub wynagrodzenie w wysokości średniej krajowej brutto.

Jak wspomniałam na początku, przyzwyczaiłam się do pracy na zlecenia. Jednak taka decyzja (swoją drogą, drażni mnie, gdy niektórzy próbują wmówić mi, że to mój wybór, a ja gardzę etatowcami. To nie jest tak. Po prostu tak mi się ułożyło, więc staram się widzieć to pozytywnie. Tyle i aż. Na pewno nikogo nie wytykam, ale też i nikomu nie zazdroszczę) obarczona jest ryzykiem, że to się skończy. Zleceniodawca w każdej chwili może zakończyć współpracę, więc dobrze jest na bieżąco wyszukiwać ogłoszenia i odpowiadać na nie. Oferty się pojawiają, ale...
No właśnie, ale. „Ale” polega na tym, że często są to ogłoszenia dawane nie wiadomo po co. Na pewno jednak nie po to, by znaleźć pracownika. Rozumiem, że są portale niewiarygodne, i tam rzeczywiście można wysyłać swoje aplikacje w kosmiczną próżnię. Ale jeśli odpowiadam na ogłoszenie z branżowej strony, to jednak bym oczekiwała odpowiedzi…
Oprócz stron z ogłoszeniami staram się też zbierać informacje i opinie na temat wydawnictw, które proponują pracę. Tajemnicą poliszynela jest powód, dla którego wydawnictwo Amber średnio raz w miesiącu szuka nowego zleceniobiorcy – tłumacza, korektora, redaktora, sekretarza redakcji… Przyczynę takiego stanu stanowi fakt, że wydawnictwo po prostu nie płaci za wykonaną pracę, wykorzystuje luki w umowach, by przynajmniej opóźnić te płatności, w ostateczności proponuje „staże” lub inne „praktyki”. Mimo tego wciąż znajdują osoby, które im wierzą (albo się chociaż łudzą), bo przecież co roku na rynku pojawiają się nowi adepci zawodu, chcący móc wpisać cokolwiek do CV. I ja to rozumiem.
Na marginesie, znalazłam kolejną informację o wydawnictwie, które stanie przed sądem za oszustwa finansowe (przyjmowanie zaliczek finansowych na poczet zleceń, które w efekcie nigdy nie zostały zrealizowane, a także niezrealizowane umowy na druk i sprzedaż książek). Ciekawa jestem, jaki – a przede wszystkim: KIEDY – zapadnie wyrok. I czy pokrzywdzeni odzyskają swoje pieniądze…

Tymczasem ja bym chciała je zarobić. I złości mnie każde kolejne ogłoszenie, które za każdym daje mi nadzieję chyba tylko po to, by potem ją odebrać. Jeśli bowiem po wysłaniu aplikacji dostanę odpowiedź, że przeszłam pierwszy etap i teraz muszę tylko wykonać próbną redakcję, to mam prawo wierzyć, że drugi etap zależy już ode mnie i moich umiejętności. Ślęczę więc nad tymi stronami... by po odesłaniu pliku przez kolejne kilka tygodni ciszy ze strony oferenta stopniowo znów tracić wiarę w sens swoich starań.
Kiedyś chodziłam na szkolenia dotyczące zachowań na rynku pracy. Uczono mnie tam, że należy wykazać aktywność przy staraniu o pracę, nie tylko wysyłając aplikację, ale też dowiadując się o jej losy. Cóż. To w sumie dobra rada. Pamiętam dwie rozmowy telefoniczne (może było ich więcej, ale dwie zapadły mi w pamięć), które zaoszczędziły mi czasu oczekiwania i stresu. Nie, nie powiedziano mi wprost, ze nie. Ale jeśli słyszy się okrągłe zdania lub – przeciwnie – nerwowe, spychologiczne frazesy, to nie trzeba być Einsteinem, by skumać, o co chodzi. Więc należą się pani podziękowania, pani Mariolu, za tę bezcenną radę. :)

Wiem, że to, o czym piszę, nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach. Możliwe, że moje oczekiwanie na chociaż odpowiedź oraz zdziwienie, że to nie następuje, jest nieco zabawne i świadczy o naiwności. Większość przecież zdaje sobie sprawę z tego typu praktyk. Z drugiej strony, nie wiem, czy to dobrze. Kiedyś mnie tak pocieszano, gdy pierwszy raz straciłam etat: Oj, nie martw się, nie ty jedna jesteś bezrobotna. Wiele osób ma podobne problemy. A mnie właśnie to jeszcze bardziej przybiło. Bo skoro problem jest masowy, to znaczy – poważny. I tym trudniej mi, jednostce, może być sobie z nim poradzić. Podobnie widzę ten problem.
Na znajomym blogu można też co nieco przeczytać o nieskuteczności szukania pracy przez ogłoszenia (zob. TU, po drugie). Podobny temat, wychodzący od przykładu konkretnego wydawnictwa, pojawił się na forum wydawniczym. Rozumiem wszystkie argumenty i w większości zgadzam się z nimi. Tylko… co ja mam robić? Nie wysyłać ofert? Cud tym bardziej się nie zdarzy. Więc próbuję. I czekam, co innego mi pozostało? Ale to jednak trochę przykre…

poniedziałek, 7 lipca 2014

Nie matura, lecz chęć szczera

Muszę wreszcie się z tego „wypisać”.

Jak pewnie wiele osób wie, nie mam stałej posady, więc od czasu do czasu budzi się we mnie chęć, by przestać walić głową w mur obojętnych wydawnictw – które ani myślą zapewnić etat zdolnym i już nieco doświadczonym w fachu redaktorom/korektorom, oferując chętniej umowy cywilnoprawne – i zdobyć nowe kwalifikacje. Powstrzymuje mnie jednak przede wszystkim brak wyraźnego pomysłu na „nowe”. Zresztą, zdobycie minimum umiejętności na kursie to za mało, by wejść do nowej branży. Czasu na nowe studia już raczej nie mam (i mówię o studiach pod kątem zmiany zawodu, a nie przyjemności zgłębiania pasjonującego mnie tematu), a gdzie jeszcze lata doświadczenia, o jakie zawsze będę stratna w porównaniu do konkurujących ze mną osób. Dodatkowo z młodymi przegram na starcie właśnie wiekiem – nie, nie ma sensu. Zwłaszcza że tak naprawdę w wielu dziedzinach papier ma mniejsze znaczenie niż konkretne umiejętności. Bo też nie zawsze jego posiadanie jest tożsame z praktyczną znajomością tematu. Czytywałam historie o tym, jak kandydat, w CV chwalący się biegłym angielskim czy sprawną obsługą różnych programów komputerowych, w trakcie rozmowy nagle ujawniał swoją totalną ignorancję. Nie rozumiem takich ludzi, na co oni liczą, zwłaszcza że najczęściej nie są to jakieś kosmiczne kwalifikacje, trudne do zweryfikowania. Niekiedy aż podziwiam taką butę i arogancję, taką bezdyskusyjną pewność siebie. Czasem się nawet to sprzedaje, ale chyba na krótką metę.
Bywa też i odwrotnie. Są osoby, które „papiórka” nie mają, bo twierdzą, że go nie potrzebują. Przecież w każdej chwili mogą wykazać się swoimi umiejętnościami. Też jest w tym jakaś racja. Oczywiście wiele zawodów wymaga formalnych uprawnień, wpisania na listę wykonujących dany zawód itp. Zostaje jednak strefa, trudna do sprawdzenia, czyli internet. W nim każdy może być, kim zechce. Nie tylko Wojtkiem, który też ma dwanaście lat, ale radcą prawnym czy ekspertem do spraw dotacji unijnych. I to jest prawdziwe niebezpieczeństwo.

Parę miesięcy temu trafiłam na warsztaty organizowane przez behawiorystkę z PetBonTon. I jak to często bywa, dotychczas nieznane pojęcie „behawioryzm” zaczęło wyskakiwać nawet z otwartej lodówki. A na pewno przewijać się na Facebooku. W ten sposób trafiłam do grupy Mieszka, potem na jego bloga. Na początku byłam zafascynowana tematem, zwłaszcza po zajęciach Julii. Poza tym kocham Kocia i chcę w ogóle o kotach wiedzieć jak najwięcej. Jednak atmosfera na forum i blogu powoli przestawała mi odpowiadać. Bo rozumiem, że ktoś zakłada swoją grupę, ma swoje założenia i poglądy – ale jeśli zaprasza do dyskusji innych ludzi, powinien liczyć się z tym, że pojawią się inne niż jego zdania. I wcale nie muszą być złe. Są po prostu inne. Tym bardziej że w większości wypowiadali się ludzie, którzy podobnie jak ja chcieli wiedzieć o kotach więcej, a zatem na wiedzę byli otwarci. Z całą ufnością przedstawiali problem, oczekując rady i wsparcia. Z reguły otrzymywali pełne wyższości opinie, często przykre. Okej, nie podoba się, nie musisz należeć do grupy. Nie wypowiadam się tam już, aczkolwiek lubię zajrzeć, bo ciekawią mnie kocio-ludzkie historie.
Ponieważ jednak kocim ekspertem nie jestem, ale znam takich, którzy z kotami żyją dziesiątki lat, i oni bez zastanowienia krytykowali owe forumowe rady, postanowiłam spytać prowadzącego stronę, czy jest behawiorystą. Bo informacji na jego temat w necie nie było za wiele i na pewno nie „wyskakiwał” jako specjalista w tej dziedzinie. A jednak udzielał rad na forum (okej, bezpłatnie, ale jednak to nie były dyskusje między znajomymi – przedstawiał się jako ekspert w końcu) i blogu. Zapytałam więc i właśnie ta odpowiedź skłoniła mnie do niniejszych przemyśleń. Niestety, nie ma jej już na stronie (zajrzałam tam wczoraj, by móc ją dokładnie tu zacytować). Jednak, o ile pamiętam, przeczytałam, iż: prowadzący forum i bloga jest behawiorystą praktykiem. Planuje zrobić kurs i uzyskać dyplom, gdyż w Polsce (swoją drogą, niektórzy chyba strasznie swojego kraju nie lubią...) wszystko musi być potwierdzone papierkiem, bo tylko on się liczy, a nie wiedza i praktyczne doświadczenie. Czego ja i moje pytanie (!) jesteśmy przykładem.
Paradoksalnie i pewnie wbrew intencji piszącego, dopiero ta odpowiedź mnie utwierdziła, że nie warto tu  zaglądać. Być może wiedza tego pana jest duża, nie mam podstaw, by to kwestionować, ale przekazywać jej nie umie. Nie musi też być miły, ale kulturalny – i owszem. A kultura to również szanowanie cudzego, odmiennego zdania.

Nie muszę zaglądać na te strony i już – jak pisałam – nie wchodzę. Jednak temat wciąż mnie męczył. Zwłaszcza kwestia konieczności – bądź nie – posiadania „papierków”. I mimo wszystko uważam, że jednak czemuś one służą. Wierzę, że ktoś może być na tyle zdolny i ambitny, by samodzielnie zgłębić pewną dziedzinę wiedzy, ale… wolałabym jednak, żeby choć w pewnym stopniu zostało to zweryfikowane podczas egzaminu, co następnie potwierdzi dyplom. Daje to nieco większą pewność klientowi takiej osoby, że świadczący daną usługę potrafi ją wykonać. Dotyczy to zwłaszcza umiejętności na pierwszy rzut oka trudno weryfikowalnych oraz niosących – w razie popełnienia błędu w sztuce – przykre konsekwencje. Jeśli pójdę do portrecisty, który nie umie malować, chociaż się tym chwali, to i łatwo będzie to zauważyć po efekcie, i żadnej szkody mi nie uczyni. Ot, stracę trochę czasu, a nie będę miała portretu. Albo zlecę korektę osobie, która podjęła się tego, bo przecież jest Polakiem i zna język polski. Najwyżej zapłacę autorowi rekompensatę za niedopracowanie jego dzieła. (Poza tym rzeczywiście większość zna język ojczysty tak, że może i faktycznie nie byłoby negatywnego oddźwięku…). Ale jeśli pójdę do kosmetyczki, która zastosuje nieprawidłowy kosmetyk, może to skończyć się mniej sympatycznie dla mnie. I cóż, że jej nie zapłacę czy dostanie naganę od szefowej, jak ja będę musiała ratować np. poparzoną skórę? A jeśli pójdę z problemami do osoby, która mieni się psychologiem, a w rzeczywistości naczytała się jedynie poradników – i bardzo wierzy w słuszność i niepodważalność swojego zdania – to konsekwencje mogą być nieprzewidywalne, i to na długo.

czwartek, 3 lipca 2014

„Kiedy bezsilność odbiera wszystko...”

Na stronie Kociej Łapki znalazłam taką informację:

--------------------------------------------------------------------------
Kiedy bezsilność odbiera wszystko...

Kilka dni temu dostaliśmy zgłoszenie o człowieku, który opiekuje się kilkoma kotami, a sam żyje w skrajnej nędzy. Wczoraj odwiedziliśmy Pana Andrzeja i widok, który zastałyśmy na miejscu sprawił, że chciałyśmy wyć z bezsilności i tak ogromnej niesprawiedliwości, że ludzie muszą żyć w takiej nędzy i niedostatku. Pan Andrzej jest chory na raka, ma nadciśnienie i osteoporozę (Pan pokazał nam wszystkie wyniki badań). Lekarz daje mu ok. 2, może 3 lat życia. Dostaje ok. 430 zł renty (również widziałyśmy wyciąg) i to są wszystkie pieniądze, którymi dysponuje. Co miesiąc musi uiszczać opłatę za czynsz, prąd i wykupić leki. Zostaje mu wtedy ok. 80 zł na jedzenie. Pan Andrzej powinien iść do szpitala, ale jak sam mówi, boi się o swoje koty, dlatego odciąga to w nieskończoność. To dla nich żyje i gdyby ich nie było już dawno zakończyłby to wszystko. Pan Andrzej pracował w szkolnictwie, musiał jednak przerwać pracę, bo zaczął podupadać na zdrowiu, jego rodzice zmarli, córka wyjechała za granicę i nie utrzymuje z Nim kontaktu. Pan Andrzej jest dobrym człowiekiem, nie ma problemów z żadnymi używkami, alkoholem, nie jest zbieraczem, wstydzi się warunków w jakich przyszło mu żyć. Jest mu przykro, że ludzie w autobusie odsuwają się od niego, ale nie ma nawet ciepłej wody w mieszkaniu, toalety, proszku by wyprać swoje ubrania, nie wspominając o pralce. Pan Andrzej opiekuje się 4 swoimi kotami i 3 wolno żyjącymi – najstarszy ma 18 lat i jest z nim od zawsze. Dziś wzięliśmy od niego 4 koty (w tym miesięcznego maluszka). Chcemy ogarnąć je pod względem zdrowotnym, zrobić badania krwi, zaszczepić, wykastrować, ogarnąć zęby. Części z nich będziemy szukać nowych domów. Chcemy pomagać Panu Andrzejowi w utrzymaniu tych zwierząt, bo jak sam mówi, koty było w jego życiu od zawsze i co chwilę, ktoś zwraca się do niego o pomoc, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś bezdomniak. Oprócz pomocy dla zwierząt, chcemy zorganizować pomoc Panu Andrzejowi, aby żyło mu się lepiej. Mieszkanie Pana Andrzeja wymaga odmalowania, położenia jakiś najtańszych paneli na podłogę, wywalenia wszystkich mebli, które ledwo stoją. Kierujemy więc również do Was apel o pomoc. Pan Andrzej potrzebuje wszystkiego: farb, paneli, mebli do pokoju, kuchni i łazienki, tapczanu, pościeli, ręczników, misek, garnków, sztućców, kuchenki elektrycznej (w budynku został odcięty gaz), lodówki, firanek, jedzenia, środków czystości i higienicznych, ubrań (Pan Andrzej ma ok. 50-60 lat, ok. 176 cm wzrostu, waży ok. 80-90 kg, nosi rozmiar buta 41).

Jeśli ktoś z Was ma coś z tych rzeczy do oddania, prosimy o kontakt przez wiadomość na naszym profilu lub na adres e-mail: dtkocialapka@gmail.com. Również można z nami skontaktować się w tej sprawie pod nr tel. 505 736 044 lub 505 736 046.

Ta interwencja wstrząsnęła nami bardzo mocno, jesteśmy tym wszystkim strasznie poruszone. Nie chcemy Pana Andrzeja zostawiać samego z tym wszystkim.

Wpłaty na rzecz kotów Pana Andrzeja należy kierować:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa
BGŻ 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
Koniecznie tytułem: Kocia Łapka – koty Pana Andrzeja
Dla przelewów zagranicznych
Swift: GOPZPLPW
IBAN: PL 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
PayPal: dtkocialapka@gmail.com

Aukcja na rzecz kotów Pana Andrzeja:
-----------------------------------------------------------------------------------

Właściwie sama nie wiem, co tu jeszcze o tym napisać. Przeraża, że człowiek może zostać tak całkiem sam, dopóki ktoś przypadkiem się o tym nie dowie. Gdzie jest rodzina? (I teraz niech pomyślą ci, którzy liczą na dzieci, że podadzą im na starość szklankę wody…). Sąsiedzi? Opieka społeczna? Gdzie są LUDZIE? Nie ma. Są tylko koty.

Fundacji, które proszą o wsparcie, jest bardzo wiele. Część z nich niestety nadużyła społecznego zaufania i – niestety  tym samym nadszarpnęła wiarygodność innych tego typu organizacji. Ludzie zresztą pomału obojętnieją na apele o pomoc również z powodu ich nadmiaru. Gdzie człowiek się nie obróci, tam ktoś prosi o pomoc. Pamiętam, jakiego wręcz absurdu sama byłam świadkiem. Była niedziela, druga styczniowa, a więc grała WOŚP. Byłam rano w kościele, na mszy oczywiście zbierana taca. Przy wyjściu czekali już ministranci z koszyczkami na fundusz ministrancki. Za nimi czaił się już Caritas, potem wolontariusze WOŚP. A na samym końcu pan, który zbierał na operację swojego czternastoletniego syna. Przez moment naszło mnie pragnienie, by stanąć za nim…

Nie wspierajcie Fundacji. Wesprzyjcie konkretny przypadek, problem. A jeśli ktoś już was zdążył oszukać, to czemu konsekwencje ma ponieść ten, kto tego naprawdę potrzebuje? Pomyślcie o człowieku, który kocha kota. I jeśli możecie, pomóżcie tej gromadzie.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Komentarz do wpisu „Powrót Króla lub upadek Rzeczypospolitej”

Z zainteresowaniem przeczytałam tekst Powrót Króla lub upadek RzeczypospolitejAutor bardzo celnie odwołuje się do konkretnych faktów historycznych z dziejów Polski i świata. Z nich wynikają nie dla wszystkich oczywiste tezy:

1) Polska była najsilniejsza, gdy głową państwa nie był człowiek wywodzący się z Warszawy lub Poznania czy Gniezna. Polska swoje najpiękniejsze lata miała wtedy, gdy rządzili synowie Giedymina.
2) Rzeczpospolita zawsze największe zwycięstwa odnosiła razem z Litwą i Ukrainą. Przez Litwę rozumiem tutaj nie Żmudź, która dzisiaj przypisuje sobie wyłączne prawa do dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego – lecz przede wszystkim Białoruś.
3) Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy.
4) Im silniejsza była władza magnaterii i szlachty – tym słabsza była Rzeczypospolita. Dzisiejsze partie polityczne, w których rodzinne klany przesiadając się z jednej partii do drugiej nadal pełnymi garściami grabią majątek narodowy – to właśnie dzisiejsza szlachta i magnateria.
5) Konflikty zawsze wybuchały na początku wieku.

Powyższe punkty są cytatem z tekstu Autora, ja zaś wyróżniłam dla mnie najistotniejsze z istotnych wnioski. Moim zdaniem najtrafniejsze jest przesłanie punktu czwartego, niestety. Pamiętając bowiem konsekwencje, jakie z tego faktu poniosła Polska, trudno nie patrzeć z obawą w przyszłość. Radą na to byłaby – moim zdaniem – jedynie silna władza centralna. A może wystarczyłby sprawniejszy aparat państwowy? Ten, który już mamy, ale działający bez opóźnień, niepodlegający naciskom mediów i innych instytucji, reprezentujących interesy inne niż dobro państwa, po prostu – skuteczny? Być może wtedy pochodzenie głowy państwa nie byłoby czynnikiem kluczowym (to swoją drogą ciekawa teza).
Opinię, iż te konkretne alianse były dla Rzeczpospolitej wyznacznikiem jej sukcesu, a zatem powinna je kontynuować, chyba bym jednak przemyślała i podchodziła do tej tezy ostrożnie. Zwłaszcza jeśli chodzi o Ukrainę. Polska, moim zdaniem, powinna bardziej się skupić na zadbaniu o swoje relacje z mocarstwami sąsiednimi, które już nieraz potrafiły nam udowodnić, jak bardzo się z nami nie liczą. Nie chodzi mi przy tym wcale o zaskarbianie ich łask, ale wypracowanie takiej niezależności ekonomicznej, która pozwoliłaby na zmniejszenie obaw w rodzaju: „Co będzie w razie konfliktu”. Jednocześnie, po raz kolejny historia powinna przypomnieć, że ład i silna władza w państwie zniechęcają potencjalnych agresorów do podjęcia działań przeciwko nam. Tymczasem mam wrażenie, że wciąż bardziej popularne jest myślenie: „Nierządem Polska stoi”. Przeszłość wykazała już fałszywość takiego rozumowania. Obecna tzw. afera taśmowa to kolejny kamyczek do tego ogródka. Jeśli więc politycy i media nie wyjaśnią do końca tej sprawy, może to stanowić dla państw sąsiednich ważną wskazówkę na temat chaosu w naszym kraju. Cóż z tego, że premier otrzymał wotum zaufania? Albo to politycy innych państw nie wiedzą, ile to znaczy?

Dzisiaj nie możemy mieć złudzeń, że XXI wiek będzie inny, ponieważ właśnie zamykamy stary cykl i wkraczamy w nowy, który tym razem zaczyna się od agresji Rosji na Ukrainę” – czytamy na blogu J.N. Rożyńskiego. To jest bardzo prawdopodobny scenariusz i zamknięcie na to oczu nie sprawi, że problem zniknie. Warto się nad tym zastanowić.


Cały tekst znajduje się na stronie JAROSŁAWA N.ROŻYŃSKIEGO Czas na głos nowego pokolenia Polaków w XXI wieku!

niedziela, 29 czerwca 2014

Blondynka pod prysznicem

 Jeśli człowiek chce coś zobaczyć czy usłyszeć, to podświadomość często mu w tym pomaga.
No dobrze, może nie wszystkim, ale mi na pewno.
Jak pewnie większości wiadomo, dokładam wszelkich starań, by mojemu Kociu zapewnić jak najwięcej rozrywki. Mijane sklepy zoologiczne powodują u mnie efekt Francuza podczas walki – cofam się. :P Nieraz sprzedawcy, zwłaszcza w tych punktach samoobsługowych, gdzie można pochodzić między półkami i pooglądać towar, patrzą na mnie podejrzliwie i/lub nawet niechętnie. Bo kto wchodzi i zaczyna po kolei z identycznym wyrazem zachwytu na twarzy oglądać wszystko? Karmy, żwirki, transportery, zabawki? No właśnie ja. Ale to „wszystko” oglądam tylko za pierwszym razem. Później, gdy znam już rozkład pomieszczenia i usytuowanie towarów, zatrzymuję się już tylko przy zabawkach.
Ostatnio postanowiłam trochę odmienić sobie i Kociu asortyment zabawek. Przyznam, że staram się czasem zastąpić mu towarzysza zabaw i np. czasem bawimy się w berka. On to z pobłażliwością akceptuje i nawet się angażuje w gonitwę, ale niestety – przestrzeń za mała, a moja kondycja jest zdecydowanie niewystarczająca. Natomiast lubiane przez Kocia wędki są fajne, zgadza się, ale też trzeba machać nimi aktywnie i w pełnym skupieniu. Jak tylko odwróciłam wzrok na telewizję, bo słuchałam wiadomości albo jakiś kabaret leciał (w sumie… podobne…), już Kocio był niezadowolony. Przerywał zabawę i albo nabzdyczony wychodził z pokoju, albo zaczynał łazić po regałach i – niby przypadkiem, ot tak, od niechcenia – zrzucać wszystko, co było w zasięgu łap i ogona. Dodatkowo czułam wyrzuty sumienia, że nie wypełniam prawidłowo swoich obowiązków, a poza tym wiadomo – jak się kota nie wybawi w dzień, to on w nocy odbierze, co mu należne…
Wykorzystałam więc upodobanie Kocia do przebywania na balkonie. (Za każdym razem, swoją drogą, kiedy go tam wypuszczam, jestem wdzięczna Uli – że w odpowiednim czasie mi o konieczności osiatkowania balkonu powiedziała, i oczywiście chłopakom z Kociej Siatki). Pamiętałam z warsztatów, jak Julia mówiła o zabawkach hand-made, i postanowiłam sama coś takiego przygotować. Kocio jest wybredny, zresztą wiadomo, że zabawki czasem trzeba się też „nauczyć”. Skoncentrowałam się więc mocno i… jest: bingo! Wymyśliłam dla Kocia prostą, ale nową rzecz. Wzięłam miskę, napełniłam ją wodą, wrzuciłam tam piłeczkę (taką żeberkowaną, żeby było za co zaczepić pazurem) i całość wystawiłam na balkon. Łącznie z kotem. I co? Natychmiast wsadził tam łapę i z wyraźnym obrzydzeniem na pysiu (mokre!) zaczął piłeczkę łowić. Jak już ją wyrzucił, to ja wrzucałam ją na nowo. A on znowu, z tym zdegustowanym pysiem, wsadzał łapę…
Oczywiście, nie siedziałam na balkonie non stop, zresztą widzę, że on mnie tam toleruje, ale bez przesady. Mogę sprzątnąć, podać zabawkę czy jedzenie, poprawić pudełka, ew. dostawić właśnie zabawkę. Ale balkon to jego teren… Więc po prostu co jakiś czas zaglądałam tam, podrzucałam piłeczkę do miski… i po jakimś czasie słyszałam triumfalny chlup. :D
Wciąż jednak czułam, że to mało. Że Kociu na pewno chętniej bawiłby się na jakiejś większej powierzchni. Widziałam oczywiście w internetowych zoologach jakieś baseniki dla kota, ale szkoda mi było kasy. Basenik równie dobrze mogę właśnie balią zastąpić, a nie wiadomo, jak szybko znudzi się kotu zabawka. I co wtedy? Za to wyposażenie tego domowego jeziorka zaczęło mnie gryźć. Same piłeczki Kocio wyjmował za szybko. W poszukiwaniu inspiracji zaczęłam więc przeglądać Allegro. Może są jakieś zabawki do kąpieli? Sama miałam kiedyś taką nakręcaną rybkę…
I w tym stanie ducha, z głową pełną rybek w baseniku, którymi Kocio z lubością się bawi, poszłam sobie któregoś wieczoru do osiedlowego hipermarketu. Takiego, co to i artykuły spożywcze, i ubrania, i zabawki. Nie planowałam żadnych zakupów, ale pieniądze „w razie czego” w torebce były. Miałam chęć po prostu połazić, może jakieś promocje w ciuchach, może właśnie jakieś zabawki – ludzkie, ale uniwersalne – znajdę, i to tańsze nieco? A w każdym razie będzie można je od razu zobaczyć. Pokręciłam się trochę, ale w zasadzie na półkach leżało zwykłe badziewie. W każdym razie nic, co chwyciłoby mnie za serce (i portfel). No to wychodzimy. Ale skoro już jestem, to wezmę może chleb na jutro i coś do tego chleba. Ponieważ marketu nie znałam, to trochę pobłądziłam, zanim znalazłam to, czego szukałam. Kierując się już do kas, odkryłam alejkę z karmą i akcesoriami dla zwierząt. Karmy marketowej nie kupuję, ale skręciłam, by sobie popatrzeć. Ciekawiły mnie zwłaszcza akcesoria. Zainteresowały mnie kocyki, więc zatrzymałam się, by sprawdzić cenę. I wtedy zobaczyłam coś, co zaparło mi dech:
Było to akwarium dla kota. Nie w sensie lokum, tylko atrapa prawdziwego akwarium, żeby kot mógł sobie na to popatrzeć czy włożyć łapę, jednym słowem: mieć kocią satysfakcję. Natomiast człowiek nie ponosiłby kosztów drugiej hodowli, konserwacji sprzętu itd. Zachwycił mnie pomysł. U mnie w domu było kiedyś akwarium, ale obsługa tego wydawała mi się szalenie skomplikowana i nie podjęłabym się obecnie trzymania tego w domu. Zwłaszcza – nie oszukujmy się – tylko dla kota. Taka atrapa wydała mi się jednak czymś idealnym. Nawet wiedziałam, gdzie będzie stać… Czym prędzej chciałam zgarnąć z półki, ale ciężar mnie przystopował i sprawił, że spojrzałam na cenę. Niby miałam taką kwotę na koncie (niedużo powyżej stu złotych), kartę przy sobie – też… Ale wydatek w tym momencie nie pozostałby niezauważalny, a raczej nie był priorytetowy… A może w internecie znajdę taniej? I z tą myślą, z ciężkim sercem i lekkim poczuciem niespełnienia, poszłam do kasy.
Pół nocy spędziłam w internecie i nie znalazłam niczego podobnego. Owszem, rybki „jak prawdziwe” – jedna sztuka kosztowała ca. pięćdziesiąt złotych, akwaria dla nich… Ale wszystko w ogóle w dziale dziecięcym i w końcu pomyślałam, że trzeba iść spać. A rano – z powrotem do sklepu i dokładniej obejrzeć tę zabawkę. I markę, koniecznie markę znaleźć, wtedy może pani Emilka znajdzie coś podobnego w hurtowniach. Poszłam zresztą do niej przed ponowną wyprawą do marketu, ale ona o niczym takim nie słyszała. Zaleciła mi tylko właśnie spisanie marki, a najlepiej – zrobienie zdjęć.
I wreszcie stanęłam przed ową półką. Jest! Akwarium jeszcze było! Bez żenady cyknęłam fotki i zaczęłam wczytywać się w opis na pudełku.

…Gdybym kupiła to dzień wcześniej, nabyłabym prawdziwe akwarium na maksymalnie dwie złote rybki.


Już przestałam się wstydzić swojej głupoty; pozostał tylko zachwyt dla własnej kreatywności. Może przeczyta to jakiś producent zabawek i wykorzysta ten pomysł? Z pewnością kupię. :D


środa, 25 czerwca 2014

Bez puenty

Czasem wydaje ci się, że masz wpływ na swoje życie. Analizujesz przyczyny swoich dotychczasowych niepowodzeń, mniejszych lub większych porażek, i postanawiasz wreszcie to zmienić. Przecież możesz, bo każdy jest kowalem swojego losu. Trzeba tylko zmienić perspektywę, zrobić pierwszy krok (od którego zaczyna się najdłuższa droga), a wtedy wszechświat nagnie się do twoich pragnień – jak to ma w zwyczaju wobec tych, którzy tak bardzo o czymś marzą.
Najpierw więc uznajesz, że koniec z dotychczasową izolacją i zamykaniem się przed ludźmi. Bo przecież oni chcą się z tobą kontaktować, ale ty dotychczas na to nie pozwalałeś. Wprawdzie nie przypominasz sobie, kiedy ostatnio odrzuciłeś zaproszenie na imprezę… ale na pewno tak było. A jeśli nie, to też z pewnością dlatego, że zniechęciłeś innych do swojego towarzystwa. Czym? No cóż, sam dobrze wiesz. Swoimi dziwnymi poglądami na popularne tematy, optymizmem, niepoddawaniem się, nawet w sytuacjach uznawanych przez innych za porażki. A już asertywność doprowadzała ich do białej gorączki. Tylko że może oni rozumieli to inaczej. Nie oryginalne spojrzenie, ale niezgodne z powszechnie przyjmowanym światopoglądem grupy. Hm, to może niektórym przypomnieć, że może jest więcej niż jedno spojrzenie na dany temat? A trzeba pamiętać, że różnorodność zdań w grupie utrudnia jej kontrolowanie. Zawsze przecież jest jakiś lider. Jeśli zaś masz inne zdanie niż druga osoba, to może ona czuć niepokój, rodzący się z niepewności co do własnej umiejętności oceny sytuacji. Łatwiej więc przerzucić to uczucie na ciebie, ty do tej pory chętnie je przyjmowałeś. I przepraszałeś za swoją opinię – słowami lub zachowaniem. Na drugi, najdalej zaś trzeci raz, czekałeś ze swoją wypowiedzią na odgórne wytyczne… Jednak to też nie było słuszne, bo przestawałeś być interesującym towarzystwem, a jedynie papugą, powtarzającą cudze poglądy, bo nie stać jej na własne.
Optymizm w dzisiejszych czasach bywa bardzo podejrzany. No bo jak wierzyć, że wszystko będzie dobrze, kiedy wiadomo, że wszystko zmierza ku złemu? Potwierdzają to doniesienia mediów, które  w każdych wiadomościach informują o kolejnej aferze, wojnie, wybuchu epidemii czy powodzi. Systematycznie podają liczbę zabitych w wypadkach drogowych, zmarłych na nieuleczalne choroby albo w wyniku błędnej diagnozy lekarskiej. A ty cieszysz się, bo jesteś zdrowy i twoja rodzina blisko ciebie? Lub nie musisz z drżeniem serca czekać na powrót dziecka do domu (bo go nie masz)? Jesteś egoistą. Za każdym razem, kiedy się uśmiechasz, budząc się rano, powinieneś natychmiast przypomnieć sobie o tych wszystkich tragediach i szybko zajrzeć do gazet, by zaktualizować dane. O, wtedy będziesz wreszcie dostosowany do społeczeństwa i pożądanym towarzystwem. – Tyle że nie.


Przyjrzyj się swoim codziennym obowiązkom. Pracujesz jako freelancer, prowadzisz własną działalność i realizujesz zlecenia w domu. Dla wielu osób w naszym społeczeństwie (zwłaszcza dla ludzi starszych, ale nie tylko) oznacza jedno: nic nie robisz. Praca w domu (w sensie: zawodowa) nie jest traktowana jako praca. Kto się jej nie podjął, zazwyczaj myśli, że taki człowiek wysypia się do południa, potem wstaje, żeby zjeść – i ma wolne. Nikt nie myśli, kiedy on wykonuje swoje obowiązki. Zresztą pewnie nie jest ich dużo i są proste. Każdy mógłby to robić. Jeśli nawet nie, bo np. prowadzisz studio fotograficzne (aczkolwiek… większość osób, robiących w życiu zdjęcia najczęściej komórkami lub prostymi aparatami typu małpka), ale mieści się ono w twoim domu, to przecież można ciągle wpadać do ciebie z wizytą lub dzwonić. Przecież jesteś u siebie, w domu – ergo: masz dużo czasu. I nie chcesz go poświęcać innym? Wstydź się. Więc wstydzisz się i zaniedbujesz pracę oraz inne obowiązki zawodowe. (Gdyby ktoś sobie tego nie uświadamiał, to np. robienie zdjęć nie kończy się w momencie przyciśnięcia tego guziczka w aparacie. A korekty nie da się robić ciągiem i po każdej partii tekstu trzeba zrobić przerwę. I nie da się efektywnie pracować o dowolnych porach doby). Po czym jakość wykonywanych przez ciebie usług spada, więc klienci przestają przychodzić, a zleceniodawcy – podpisywać kolejne umowy. I wtedy stajesz się bezrobotnym.
Nie myśl, że teraz będziesz dobrym towarzystwem dla innych. Na początku wydaje ci się, że tak, że chociaż nadrobisz właśnie zaległości towarzyskie. Przecież masz wreszcie czas, by spełnić wszystkie oczekiwania, jakie inni mieli względem ciebie. Możesz zawsze odebrać telefon, jesteś w każdej chwili gotowy, by wyjść na spotkanie. Nie masz żadnych historii do opowiedzenia – więc jesteś świetnym słuchaczem. Poza tym starasz się nie załamywać swoją sytuacją i wierzysz, że prędzej czy później, ale jakaś praca się znajdzie. Nie obarczasz więc innych swoimi troskami, czasem tylko spytasz, czy nie słyszeli o jakimś wakacie. Moment, wróć. Nie zapytasz tak prędko. Twoje życie towarzyskie bowiem wcale nie rozkwita, a nawet jakby się kurczy… Bo pracujący znajomi nie mają czasu nawet na telefoniczne pogaduszki. Ty się wysypiasz do południa (swoją drogą, a po co masz wcześnie wstawać? By dzień bez perspektyw był dłuższy?), a oni skoro świt pędzą do swoich korpo. Generalnie jest ci lepiej. O, gdyby oni mieli tyle czasu, co ty! Ale niestety, nie mają, więc musisz zrozumieć. Albo i nie, w zasadzie to bez znaczenia. No dobrze, zresztą czasem znajdą czas na pogadanie – między powrotem z pracy a zakupami dla domu, które i tak trzeba zrobić, więc ostatecznie w galerii, tak przed osiemnastą. Początkowo się wahasz, w końcu nie bardzo cię stać, by wydawać pieniądze tak lekką ręką w kawiarniach… więc nieśmiało proponujesz, że może jednak spotkacie się u ciebie. Zrobisz pyszną kawę lub herbatę, a od mamy masz jeszcze znakomite ciasto. Ale nie, znajomi nie mają czasu. To w galerii masz czas posiedzieć? – pytasz naiwnie. Jakie posiedzieć, przecież mówię, że muszę zakupy dla rodziny zrobić. Może ty też zrobisz dla siebie, a potem najwyżej usiądziemy sobie na ławeczce przed wejściem, na jakiś kwadrans. Za pierwszym razem nawet jedziesz, przyjmując to za dobrą monetę. Tłumaczysz sobie, że od biletu nie zbiedniejesz (tak, jesteś uczciwy, nie jeździsz na gapę… zresztą, ewentualny mandat kosztowałby więcej), ubierasz się i jedziesz. Potem czekasz jak głupi, nie możesz się dodzwonić, ale wreszcie znajomy wpada. Cóż, w pracy musiał zostać trochę dłużej, a potem jeszcze te korki. I niestety, nie usiądziecie już na ławeczce, żeby pogadać. Ty tego nie rozumiesz, naturalnie, masz mnóstwo czasu i nie pracujesz. Ale następnym razem na pewno się uda. Tyle że nie.
Zaczynasz rozumieć, że jakoś nie możesz dogadać się ze światem. Cóż. Niech świat się martwi. Ty wciąż masz wiarę, że będzie lepiej i że twoje sprawy się ułożą. Nie poddajesz się depresji, aktywnie szukasz pracy, przygarniasz zwierzątko. Jest dobrze. Powoli za to zaczynasz rozumieć, że otaczający cię ludzie nie życzą ci dobrze. Nie, żeby zaraz źle. To przecież też wymagałoby emocji i skupienia uwagi na tobie. Ale nie interesują ich twoje potrzeby tak, jak ciebie interesowały ich. Rozumiesz, że choć starałeś się spełniać ich oczekiwania (zobacz wyżej), to wciąż coś było nie tak. Bo nie chodziło o ciebie, ale o ich pragnienia, które miałeś spełniać. A pragnienia się zmieniają, czyż nie? Poza tym, kiedy spełniałeś te oczekiwania, też irytowałeś, bo tracili powód do narzekań.
Kiedy więc wreszcie zrozumiałeś, że trzeba skupić się na sobie i że to nic złego dbać o siebie, zaczynasz szkolić asertywność. Za pierwszym czy drugim razem masz jeszcze wyrzuty sumienia, odmawiając wyświadczenia przysługi, która naprawdę koliduje z twoimi planami (tak! Też je masz, choć sam – nie szef w biurze – narzucasz sobie grafik) albo po prostu wtedy, kiedy wiesz, że dana osoba cię po prostu wykorzystuje. Może nawet nieświadomie, nie przeczysz. Tyle że później to ty czujesz się jak odrzucony śmieć. Oczywiście, taka postawa znakomicie weryfikuje, kto jest naprawdę ci życzliwy. Nikt? Cóż, chyba lepiej, że już wiesz.
Zamykasz się w domu. Izolujesz od rzeczywistego świata, ograniczając kontakt z nim do niezbędnego minimum. Właściwie jest ci dobrze. Pracujesz nad budowaniem dystansu wobec świata i coraz lepiej ci to wychodzi. Jesteś… spokojny, choć może nie powiesz, że: szczęśliwy. Ale czym jest szczęście i jaka jest jego definicja?


I kiedy już zbudowałeś tę swoją niezależność, a doskwierające poczucie osamotnienia zmieniło się w codzienność, przychodzi ktoś, kto burzy ten świat. Nie, żeby wielka miłość. Po prostu na twojej drodze staje ktoś, kto wyrywa cię z tego marazmu, zmusza do okazania emocji – bo jego są tak wielkie, że przebijają się przez barierę twej obojętności. Wreszcie wierzysz, że tej osobie będziesz potrzebny. Mur, który tak pracowicie budowałeś, rozsypuje się w drobny pył.


I cała zabawa zaczyna się na nowo...

poniedziałek, 23 czerwca 2014

(Nie)politycznym okiem

Chyba już wszyscy wiedzą, co się dzieje obecnie w naszej polityce. Nawet ci, którzy zazwyczaj się tym nie interesują, ew. siedzą w Bieszczadach. A jeśli ktoś sobie nie zadał trudu, by przeczytać opublikowane zapisy nagrań, to cytaty wylewają się z mediów, a nowe memy na ten temat powstają w internecie w mgnieniu oka.
Oczywiście trudno się dziwić, że temat budzi emocje. Bo chociaż niby wszyscy zdajemy sobie sprawę, że politycy nas… jak to elegancko powiedzieć…? – cyckają (może być? Mój kolega z liceum tak mówił. Kiedy znów okazywało się, że jakieś obietnice nie zostaną dotrzymane, kolega mówił: „Znowu nas wycyckali”), to jednak przykro tak się o tym dowiedzieć wprost.
Należę do tego grona osób, które nie przeczytały pełnego zapisu podsłuchanej rozmowy – chociaż czytać zasadniczo lubię. I nie z powodu niechęci do wulgaryzmów, których tam podobno cała masa. Skąd niby miałam o tym wiedzieć, skoro nie czytałam? Ale myślę, że streszczenie całej sprawy przez media w pełni zaspokaja moje potrzeby. Nie muszę wiedzieć nic więcej. To, czego się dowiedziałam, wystarczy mi aż nadto.

Jestem przeciętną Kowalską, ale z podgrupy idealistów. Nie, nie mam złudzeń, że politycy są nadludźmi, którzy działają z pobudek czysto bezinteresownych. Mimo wszystko ogromną przykrość sprawia pozbawienie złudzeń, że są choć ludźmi przyzwoitymi. Od teraz nie mam już wątpliwości, że rządzą nami – Polakami – ludzie prymitywni, którzy nawet nie ukrywają swojej pazerności i zachłanności na pieniądze i władzę (a jedno wiąże się z drugim). Jednocześnie są tak głupi, że nie potrafią czy nie chcą tego ukryć, wierząc w swoją bezkarność. (No chyba wiedzą o czymś takim, jak podsłuch? Mało już było tego rodzaju afer, w Polsce i na świecie?). I chyba najgorsze, w mojej ocenie, jest to, że mają rację. Bo jaka jest alternatywa…? Że będą musieli podać się do dymisji? Przecież następni, których wybierzemy my – społeczeństwo demokratyczne – nie będą przecież lepsi. A jeśli nawet znajdą się tacy, to też nie na długo. Albo będą musieli odejść, albo się dostosować, taka jest prawda.

Temat jest ważny i trudny. Sprawa ma w ogóle dwa aspekty, bo jedna rzecz to sama sprawa podsłuchu – kto, dla kogo, jak? (O etyce w tym przypadku chyba nie ma sensu przypominać). Ale z drugiej, może i dobrze się stało (i to nie tylko moje zdanie), że te nagrania ktoś zrobił, bo się czegoś dowiedzieliśmy o tym, co naprawdę myślą ludzie, na co dzień wygłaszający okrągłe, poprawne polityczne i nadające się do cytowania słówka. I wciąż nie to jest najgorsze. W końcu żadne wielkie zaskoczenie: afera w polityce, też mi nowina. Nawet nie podpisałabym się w żadnym referendum za wcześniejszymi wyborami, myślę też, że chyba po raz pierwszy od dawna świadomie je zbojkotuję – nie idąc albo oddając nieważny głos. Bo nie ma sensu.
Niestety, według mnie najgorsze jest to, że ta sprawa przyschnie jak wiele innych. I nie wyciągniemy – my, obywatele, i oni, rządzący – konstruktywnych wniosków na przyszłość. Niewiarę tę opieram niestety na znajomości historii. Tak, większość z nas uważa, że ją zna, i pławi się w poczuciu krzywd, jakich Polska i Polacy doznali, a zarazem bohaterstwa, jakie wielokrotnie i na różnych frontach musieliśmy okazywać. Tyle że nie chodzi mi o tylko historię minionego wieku, a dużo wcześniejszą – mianowicie, historię Polski szlacheckiej. Ktoś powie: a co to ma do rzeczy? Czasy się zmieniły, jest inaczej. Otóż nie. Czasy może i są inne, ale ludzie – wciąż mają tę samą mentalność. Ludzie, a konkretnie my, Polacy. Jest w nas wiele cech, które niestety nie służą ogólnemu dobru. Gorzej – przyczyniają się do kolejnych klęsk. Cytat z Kochanowskiego: „Nową przypowieść Polak sobie kupi / Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”(księgi wtóre, pieśń V), wciąż jest aktualny. A przecież poeta pisał to w szesnastym wieku! Nie umiemy wyciągać wniosków z porażek, niestety. Przy tym nie lubimy słuchać cudzych rad, za to łatwo nas ogłupić pochlebstwem i pustymi zaszczytami. Tak było i jest. Zamiast wzmocnić władzę centralną, uczynić ją silną i sprawną, koncentrujemy się na zdobywaniu przywilejów i niestety – źle rozumianej wolności.

Zwłaszcza ten ostatni problem jest ważny i widoczny w naprawdę przeróżnych dziedzinach życia. Być może, jest to konsekwencją tego, że tak naprawdę wolni we własnym kraju jesteśmy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Nie pamiętam komuny na tyle, by mówić o swoich doświadczeniach z reżimem, ale wierzę, że brak cenzury, otwarcie granic, coraz większa swoboda życia – to wszystko uderzyło ludziom do głowy. I stopniowo zapomnieli, że wolność to nie tylko prawa, przywileje – ale i obowiązki. Co jednak mówić o przeciętnych ludziach, skoro politycy najwyraźniej zapomnieli, że władza to nie zaszczyty, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność wobec siebie i narodu. Brzmi górnolotnie i patetycznie, wiem. Ale czy to coś złego? Wolałabym słyszeć więcej takich fraz, a nie frazesów, którymi jesteśmy na co dzień częstowani. I zdecydowanie chętniej przeczytałabym nawet opinię ministra Sikorskiego na temat naszego sojuszu ze Stanami (swoją drogą, sądzę, że tu akurat wiele osób myśli podobnie…), gdyby zawierała klasyczną polszczyznę, taką, jaką kiedyś zwaną ogólną. Szkoda, że to już nie te czasy…
Jeśli tak dalej pójdzie, to nie skończy się to dobrze dla nas. Nie wiem, czy wojną, czy rozbiorem, czy sami się wykończymy – podatkami i aferami. Mam za to granitową pewność, że moje słowa nic tu nie zmienią. Mogę tylko słuchać, co mówią w mediach – ale tego też mam pomału dość. Pewnie nie ja jedna. Przecież to nie pierwsza sprawa z podsłuchem, jaka zdarzyła się w naszym rządowym światku. I co wynikło z poprzednich? Co się zmieniło na lepsze? Pytam retorycznie. Z jednej strony, oczywiście dobrze, że tego typu sprawy są nagłaśniane przez media. Tak samo jak inne trudne, bolesne kwestie, związane z ludzkimi cierpieniami. Tyle że z drugiej – nic specjalnie z tego nie wynika (poza tym, że media mają temat i poczucie zrealizowanej misji). Pogadają, pogadają, tego zdymisjonują, tamtego awansują – a ja dalej cieszę się, że moja wegetacja przebiega bez zakłóceń, bo niektórych nawet na to nie stać. Chciałabym się mylić, chciałabym, żeby to był jakiś punkt zwrotny. Tyle że w to nie wierzę.

Można by podsumować modnym ostatnio cytatem, z czego tylko „… i kamieni kupa” nadaje się do przytoczenia. Ale znalazłam taką myśl Piłsudskiego (który, jak wiadomo, też nie przebierał w słowach[1]) – a może to dowód na to, że istnieje życie pozagrobowe, a nasze modlitwy zostaną prędzej czy później wysłuchane?:)
Myślałem już nieraz, że umierając, przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę go prosił, aby nie przysyłał Polsce wielkich ludzi.
 Józef Piłsudski w rozmowie z Arturem Śliwińskim, 23 listopada 1931

A już tak zupełnie na koniec. Czy poruszenie wśród, związane z ta sprawą, nie jest tak duże przypadkiem dlatego, że ci, których głosy szczęśliwie nie znalazły się na odsłuchiwanych taśmach, boją się, że i na nich są jakieś nagrania? A już na pewno cieszą się, że tym razem na nich nie padło, wiedząc, że to po prostu fart, a nie, że zachowują się inaczej. I dlatego na wszelki wypadek jedni potępiają sprawę i sprawców w czambuł, i domagają się przedterminowych wyborów, a drudzy – lekceważą temat, że w sumie nic się nie stało. Nie wiem, nie znam się, Kowalska jestem. Ale na pewno większość szych politycznego świata gorączkowo się teraz zastanawia, co mówił, zwłaszcza podczas zakrapianych kolacji. I kto mógł to nagrać... Może i dobrze, że trochę nad tym pomyślą. Od czegoś trzeba zacząć. Jak się rozpędzą, może wymyślą coś mądrego. Trzeba być optymistą (co nam pozostało?) ....



[1] Np. słynne powiedzenie: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

Kociowe zagadki

Ostatnio pisałam o Kociu, że nie dawał mi spać. Był koniec maja, gorące dni i noce, a Kociowy temperament był zabójczy jak upały. Nagle jednak, bez żadnego wyraźnego powodu, jego zachowanie zmieniło się diametralnie. Miałam wręcz wrażenie, że ktoś podmienił mi kota… Zrobił się przylepny (jak na niego), cichy i prawie bezwonny. ;)
No, „prawie” czyni różnicę… Bezwonność kończyła się zazwyczaj wieczorami, w porze, gdy szłam do łazienki czynić wieczorną toaletę. Najwyraźniej dźwięk włączonej szczoteczki do zębów działał na Kocia pobudzająco albo też uznawał, że skoro ja się ogarniam, to i on powinien. I leciał do kuwety, a zapach rozchodził się wokół i wszędzie… Pół biedy, gdy tylko myłam zęby czy twarz. Łatwo było uprzątnąć „urobek”, i  już spokojniej kończyć swoją toaletę. Gorzej, gdy właśnie weszłam do wanny, zrobiłam sobie przyjemną piankę… gdy nagle aromat olejku do kąpieli ginął przytłoczony zgoła innym zapachem. Cóż, i tak nie ma co za długo w wodzie siedzieć, bo się skóra marszczy. Niemniej ten swoisty fenomen mnie zastanowił i któregoś razu postanowiłam zwierzyć się z tego na Forum. Nie zawiodłam się na jego uczestnikach i mam nadzieję, że nie pogniewają się, jeśli trafią tu i przeczytają fragmenty swoich wypowiedzi (bez nicków, żeby nie było pretensji, tylko numerki wypowiedzi):
Ja: Informuję, że Kocio jest nie ten sam. Nawet zastanawiam się, czy ktoś mi kota nie podmienił. Śpi, daje spać mi, nie wymusza zabawy, gdy pracuję, mogę poczytać książkę, obejrzeć coś... Mimo to i tak weszło mi w nawyk budzenie się koło czwartej. Patrzę jak łobuz śpi na parapecie... i też zasypiam. I żeby pokazać, jak mnie kocha, zawsze, gdy idę myć zęby, on leci zrobić kupę. Kuweta jest bliziutko łazienki... 
O[dpowiedź]1: Muszę się Wam wyżalić, bo gdzie mnie nie zrozumieją jak nie tu. Tu podobno są ludzie, którzy potrafią zrozumieć kota i wyjaśnić, dlaczego zachowuje się tak a nie inaczej. No to może zrozumieją i wyjaśnią mi, dlaczego ludzie zachowują się tak a nie inaczej. Konkretnie jeden ludź – moja pani, ta, co się podpisuje „panna_beata”. Mój problem jest taki: Zawsze, ale to zawsze, gdy wstaję raniutko i idę skorzystać z kuwety, ona leci do łazienki myć zęby. Kuweta jest bliziutko łazienki. Wiecie, jak trudno się skupić, gdy tuż obok ktoś leje wodę, szoruje zęby, bulgocze i pluje?! Może ona chce mi pokazać jak bardzo mnie kocha, i że w każdych okolicznościach jest gotowa mi towarzyszyć, ale naprawdę są okoliczności, gdy wolałbym być sam.
Kreślę się z szacunkiem – Kocio. 
Ja: Wyjaśniam, że ja idę PIERWSZA do łazienki. To ON mnie dogania. (To na wypadek, gdyby ktoś uznał, że Kocio jest szykanowany). 
O2: To niczego nie zmienia. Kocio, jak każdy kot, w takich sprawach działa z opóźnieniem. Czyli, myśli sobie: chyba mi się chce... kupę. Czy na pewno...? A może jednak nie..., a może jednak...? Wtedy Ty lecisz do łazienki, a Kocio sobie myśli: – Wystarczy, że zachce mi się sr.ć, a ta już leci do łazienki bulgotać!
Co za dom? Jak żyć panie premierze?
Poza uzdrawiającą mocą śmiechu, opisanie sprawy na Forum ponownie zlikwidowało temat. (Taka magia Zakątka :D). Kocio postanowił aktywizować się we wszystkich dziedzinach, kiedy już na pewno nikt mu nie będzie przeszkadzał, czyli kiedy pójdę spać. A podczas mojej toalety skromnie asystuje gdzieś z boku, łypiąc tylko oczkiem, czy wreszcie odkręcę kran, jednocześnie opuszczając zbiornik na wodę...
Ale przede wszystkim jest słodkim i czułym tulaskiem. Rano budzę się zazwyczaj z nosem w futrze, a jeśli nie, to i tak słodziak leży obok, a mi wolno go głaskać lub podłożyć rękę pod pysia. Nie przeszkadza mu to w spaniu, czasem nawet mruczy, jakby mu dobrze było... Z kolei wieczorem udaje się na balkon i siedzi tam zazwyczaj do późna w noc (a ja, mimo że czerwiec, śpię pod dodatkowym kocem. Ale czego się dla dobrostanu kota nie zrobi...). Wcześniej jednak przynosi do łóżka TO:

A teraz zobaczcie TO w pewnym oddaleniu:



Tak, to jego myszka. Jedna z ukochanych zabaweczek. Nosi ją nieustannie, którejś nocy się nawet obudziłam, jak się nią bawił. Nie, nie dlatego, że głośno. Tylko… znów ta (bez)wonność… ;) Ale czuć tylko wtedy, gdy myszka jest świeżo naśliniona. Wieczorami przynosi ją suchą i kładzie – zazwyczaj centralnie – na swoim kocyku. Nie wiem, czy zajmuje sobie miejsce, a myszka ma mu je wygrzać, czy też – i to wydaje mi się bardziej prawdopodobne – jest niejako w jego zastępstwie, żeby nie było mi smutno zasypiać samej.;) Myślę, że to wielce prawdopodobna teza. :D