wtorek, 22 lipca 2014

Mąż z ogłoszenia

Biblioteka jest instytucją, która samym swoim istnieniem świadczy o rozwoju kultury. Jest ona bowiem skarbnicą piśmiennictwa, przez które człowiek wyraża swój zamysł twórczy, inteligencję, znajomość świata i ludzi, a także umiejętność panowania nad sobą, osobistego poświęcenia, solidarności i prawa do rozwoju dobra wspólnego.
Jan Paweł II

Przeczytałam książkę. Wypożyczoną z biblioteki.
Te dwa fakty zasługują na podkreślenie. Ale nie dlatego, że to jakieś novum w moim życiu. Przeciwnie. Dużo czytam, za to długo nie było mnie stać na własne książki. Moi rodzice zaś, owszem, kupowali nam czasem książki, zwłaszcza widząc, jaka to dla mnie radość. Nie było jednak u nas tradycją, by wzbogacać księgozbiór (niczym w Borejkowskim kołchozie). Długo mi to nie przeszkadzało. Ot, drobna uciążliwość, gdy chciało się coś przeczytać i nie można było po prostu tego pragnienia zaspokoić. (Przypominam, że te dwadzieścia lat temu nie było np. Chomika). Nie rozpatrywałam tego w kategoriach bycia bądź nie „domem inteligenckim”, czyli lepszości bądź gorszości dla niektórych. Pierwszy raz zwróciło to moją uwagę (a w zasadzie ktoś życzliwy się postarał, żebym zauważyła) w liceum, nie dotknęło mnie jednak specjalnie. Wciąż uważałam, że skoro tak u nas jest, to widocznie musi. Zresztą nie byłam zbytnio zintegrowana ze społecznością klasową, a osoby, które sporadycznie mnie odwiedzały, nie były rozczarowane niedoborem książek.

Na studiach polonistycznych było już inaczej. Odczuwałam brak pochodzenia z rodziny inteligenckiej, ale wciąż nie zależało mi na pozorach. A szybko zauważyłam, że wiele osób dba właśnie o to: by poszczycić się domową biblioteczką (co nie oznacza zaglądania do niej systematycznie – wiem, często z braku czasu), bytnością na wystawach czy innych koncertach. Początkowo bardzo mi to imponowało i, wbrew twierdzeniu jednego z moich znajomych, starałam się nadgonić te luki. Brakowało mi jednak dobrego tutora, ale przede wszystkim – zwyczajnie pieniędzy. Trudno. Zostałam przy moich ukochanych książkach, z pozostałej oferty kulturalnej wybierając to, na co w danej chwili mogłam sobie pozwolić, przy jednoczesnej chęci poznania tego. Bez oglądania się na większy lub mniejszy „prestiż”.
Wyszło mi to na dobre, bo nie przetrwałam w środowisku akademickim. Czasem mi żal, zwłaszcza że stamtąd „nikt nie woła”. Za to wreszcie mogę wypożyczać to, co aktualnie mam ochotę przeczytać, bez oglądania się na to, czy ktoś zauważy, że znów sięgam na półkę nie tej wysokości, co trzeba.

Jednak nie zawsze jest tak łatwo przeczytać to, na co aktualnie ma się ochotę. Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora skutkuje m.in. tym, że często czytam to, co muszę, a nie – co chcę. I nieważne, czy to fabuła, książka kucharska czy poradnik młodego nurka – trzeba czytać od deski do deski. Po takiej pracy wprawdzie nieraz tym bardziej mam ochotę na „coś normalnego” – ale nie mam siły. Zwyczajnie moje oczy mówią „nie”, a gdy zlekceważę pierwsze objawy zmęczenia, to z reguły skutkuje to migreną.

Teraz jednak mamy lipiec, w wielu branżach panuje przestój, a zatem mam trochę czasu na własne przyjemności. Jedną z nich jest właśnie „czytanie dla siebie”. Któregoś dnia więc poszłam do biblioteki. Od lat szkolnych wprawdzie moja prywatna biblioteczka znacznie się powiększyła, ale wciąż nie mam wszystkich książek świata, ani nawet skromnej ich części. Biblioteka osiedlowa to zatem, moim zdaniem, świetne rozwiązanie. Szkoda, że coraz mniej osób je docenia. Zazwyczaj pojawiają się w niej uczniowie, którzy we własnych szkolnych wypożyczalniach nie znaleźli obowiązującej lektury, lub potrzebujący skorzystać z dodatkowych materiałów, jakich nie ma w internecie. Drugą grupą są starsi ludzie, mający wreszcie trochę czasu na emeryturze. Naturalnie, to moje niefachowe spostrzeżenia, nie przeprowadzałam żadnych badań, nie jestem też bibliotekarką, jedynie stałą bywalczynią, a i ja coraz rzadziej bywam.

Nie mogłam zrozumieć, skąd taka mała popularność bibliotek. Szkoda, bo przecież to wspaniały pomysł. Bardziej dziwiły mnie niż śmieszyły takie obrazki:


Niedawno jednak pewna miła i wykształcona pani, usłyszawszy, że coś ostatnio wypożyczałam, zapytała z autentycznym zdziwieniem: „To tam są dostępne obecnie wydawane książki?”. Zdziwienie moją twierdzącą odpowiedzią było wielkie…

Więc propaguję ideę czytania książek i odwiedzania bibliotek. Im więcej czytelników, tym lepszy argument, by takie miejsca dotować, co umożliwi następnie bibliotekom zakup większej ilości książek. Korzyści z tego są dla wszystkich, a ludzie przecież – wbrew negatywnym opiniom – czytają książki.

A przetrzymanie książki  choć niezalecane  na pewno nie kończy się tak:


Na zakończenie powiem, że ostatnia wypożyczona przeze mnie książka była klasycznym romansidłem pt. Mąż z ogłoszenia. Po jej przeczytaniu wiem, że zajawka na okładce została źle napisana, choć zakończenia można się było domyślić po przeczytaniu pierwszego rozdziału. Miałabym też trochę uwag do korekty i składu. ;) Ale… sama intryga była rewelacyjna. Być może dlatego, że perypetie Alison, głównej bohaterki, ubawiły mnie do łez z prostego powodu: chyba tylko cudem nie przydarzyły mi się jej wpadki na randkach. W jej specyficznym talencie do przyciągania niewłaściwych facetów widziałam siebie jak żywą. W moim osobistym rankingu pierwsze miejsce zajął mężczyzna, który tak zachwycił się Alison, że... ostatecznie zdecydował się zmienić płeć. Po to, by razem, już jako dwie kobiety, mogli (mogły?) stworzyć szczęśliwy związek... :)

Polecam tę książkę jako świetne czytadło wakacyjne, naturalnie zwłaszcza dla pań. Ale przede wszystkim polecam zorientować się, gdzie w okolicy jest najbliższa biblioteka, i korzystać z niej.

Autor: Jane Graves
Tłumacz: Paulina Makles
Tytuł: Mąż z ogłoszenia
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Miejsce i rok wydania: Kraków 2012
Liczba stron: 350

niedziela, 20 lipca 2014

Lajkowanie życia

Świat jest rzeczywiście dziwny. Ludzie, zamiast żyć ze sobą w pokoju, nieustannie prowokują konflikty. Nie chcą czy nie potrafią żyć w zgodzie? Widać to przecież zarówno w dużych społecznościach, jak i w mniejszych, lokalnych, nieraz jednostkowych. Kraje rywalizują o wpływy ekonomiczne, miasta domagają się większych dotacji (większych niż uzyskują inne miejscowości, dodajmy). W jednym mieście kibice klubów sportowych są dla siebie zagrożeniem – i bynajmniej nie wzorują się na sportowych zasadach fair play (które i w rywalizacji sportowej często zanikają, co potwierdzają coraz częstsze afery związane z nielegalnymi dopingami). Mało który wreszcie człowiek nie ma jakiegoś wroga. Co gorsza jednak, mam wrażenie, że tych wrogów szukamy sobie sami. Wynika to stąd, że nie potrafimy szanować poglądów innych ludzi, a domagamy się, żeby oni przyjmowali nasze. Bo przecież żyjemy w świadomości, że my jesteśmy mądrzejsi, lepsi, szlachetniejsi. I nasza racja jest jedyna słuszna.
Takim szczególnym przypadkiem człowieka, który nie może żyć bez wroga, jest hejter. Na pewno każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z wirtualną rzeczywistością, miał z kimś takim do czynienia. Hejter, nazywany przez media „specjalistą od nienawiści”, to w zasadzie człowiek bardzo nieszczęśliwy. Zasadniczym celem jego egzystencji jest szerzenie nienawiści, obrażanie wszystkich i wszystkiego. Ale co dzięki temu zyskuje? Na pewno nie przyjaźń czy szacunek społeczny (nawet innych hejterów, jak mniemam :D). Dlatego oceniam go jako nieszczęśliwca.
Ciekawe jest jednak, że hejtera nie tak łatwo spotkać w świecie pozainternetowym (choć młodzi chyba coraz mniej wierzą, że taki świat istnieje). A dlaczego? Otóż dlatego, że bardzo łatwo jest być odważnym w sieci, gdzie ma się bezpieczne poczucie anonimowości (nie do końca słuszne, aczkolwiek są eksperci, którzy potrafią się nieźle zakamuflować). Natomiast w świecie realnym, wygłaszając jakąś opinię, należy liczyć się z szybkim wzięciem za nią odpowiedzialności. Kto nie jest na to gotowy, albo siedzi cicho, albo starannie waży słowa.
Pamiętam, że jak chodziłam do podstawówki, na murze ktoś namazał „graffiti”. Pod nazwiskiem nielubianej nauczycielki namalowano dwa wielkie cyce. Pani uczyła tak wdzięcznego przedmiotu, jakim jest fizyka, a była – jak się dzisiaj poprawnie określa – puszysta. (Do tego stopnia, że kiedyś, siadając na krześle, zgniotła podłożoną złośliwie pinezkę). Szał twórczości. Na więcej owych „artystów” nie było stać. Na pewno jednak mieli satysfakcję, że farba, którą owo „dzieło” zamalowano, co jakiś czas spływała (po każdym większym deszczu)... a napis zostawał. Ciekawa jestem jednak, na co odważyliby się dzisiaj, mając do dyspozycji internet i gwarantowaną (ich zdaniem) anonimowość. Boję się, że na wiele. Sama tego doświadczyłam, jako nauczycielka i wykładowczyni. Na popularnych podówczas stronach społecznościowych – Grono i nk.pl – znalazłam interesujące wpisy. Nie było to miłe. Zastanowiło mnie jednak już wtedy poczucie bezkarności autorów. Niewyszukanym językiem przedstawiali opinie, których jednak nie mieliby śmiałości powiedzieć mi, patrząc w oczy. Bo to nie były złe dzieci. Przeciwnie – kwiat młodzieży: uczniowie warszawskiego liceum im. Batorego oraz studentki polonistyki.
Dzisiejsi hejterzy, to jak sądzę, dzieci Neostrady, które mają za dużo wolnego czasu i niekontrolowany dostęp do sieci. I uważam, że na tym właśnie należy się skupić, mówiąc o hejterstwie. Same słowa, choć często bardzo wulgarne i obraźliwe, są konsekwencją takiego stanu rzeczy. Bezstresowego wychowania. Chyba jednak nie ma co wyolbrzymiać problemu ani dodawać mu rangi – np. takimi powiedzeniami, że „Hejterstwo to nie zawód. To powołanie”. Nie. To dziecinada. I wyraźna informacja, że ten człowiek potrzebuje pomocy. Jeśli nikt nie zajmie się nim teraz, gdy wylewa swoją frustrację w internecie, może wyrosnąć z niego naprawdę groźny psychopata. A w najlepszym przypadku – skrzywdzony, „sprawny emocjonalnie inaczej” człowiek.


A na marginesie tych rozważań o wrogości między ludźmi i nienawiści. Któregoś dnia programy informacyjne zalały nas informacjami o kolejnych tragediach. Wypadki samochodowe, rajd sopockiego szaleńca, utonięcia. I oczywiście zestrzelenie malezyjskich linii lotniczych. Zwłaszcza to ostatnie budzi mój ogromny lęk, bo konsekwencje tego zdarzenia mogą być dalekosiężne. Premier Ukrainy zaapelował do innych państw m.in. o wsparcie militarne. Nie wiadomo, co przyniosą najbliższe dni. A my tymczasem wciąż wzajemnie się „hejtujemy”, zamiast „lajkować”. Dlaczego tak się dzieje? Czy nie lepiej unikać sporów, nie prowokować ich, nie rozdmuchiwać? Nie chcę uprawiać czarnowidztwa i wieszczyć niczym Kasandra. Ale nawet jeśli konflikt rosyjsko-ukraiński nie przeniesie się poza te granice, to skąd wiemy, ile czasu nam zostało? Jeśli dużo – to tym bardziej warto postarać się, by żyć w pokoju i radości. I po prostu lubić swoje życie i siebie nawzajem.

Krótkie słowo w niedzielę

„Dziwny jest ten świat, gdzie... człowiekiem gardzi człowiek”.

Z tym się zgadzam. To był punkt wyjścia niedzielnego kazania.

Nie podobało mi się jednak zestawienie ostatniej tragedii – zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych nad Ukrainą – z katastrofą Tu-154 w 2010 roku. Oczywiście, oba zdarzenia były tragiczne w skutkach, ale jednak przywoływanie ich obok siebie może sugerować – być może niezamierzenie w opinii osoby, która o tym w taki sposób mówiła – że katastrofa smoleńska była w rzeczywistości zamachem. Na ile udało mi się być na bieżąco z kolejnymi ustaleniami w tej sprawie, teza taka nie została potwierdzona. Oba zdarzenia łączy miejsce – tereny należące do Ukrainy, ale nic więcej. A przecież katastrof samolotów pasażerskich było w historii więcej, z pewnością również w tamtej przestrzeni powietrznej.

Zirytowało mnie również ukazywanie profesora Chazana jako wręcz męczennika, który ponosi konsekwencje (odwołanie ze stanowiska dyrektora warszawskiego szpitala) z powodu swojej heroicznej, moralnej postawy. Chyba nie ma kogoś, kto nie wie, o co chodzi. Absolutnie nie podejmuję się oceniać, czy miał rację, a już na pewno nie napiszę, co sądzę o aborcji. Jestem szczęśliwa, że udało mi się do tej pory nigdy nie stanąć wobec takiej decyzji. Tyle że rzucanie gromów na prezydent Warszawy, która go tego stanowiska pozbawiła, wydaje mi się co najmniej niestosowne. Gromy rzucają oczywiście ci, którzy uważają, że sumienie jest ponad prawem, a pani Gronkiewicz-Waltz, jako katoliczka, powinna za swoją decyzję być ekskomunikowana. Usłyszałam to w mediach.


Szkoda, że właśnie to, a nie ewangeliczne przypowieści, było tematem kazania.

piątek, 18 lipca 2014

Propozycja Daniela [Przy rowerach (9/10)]

Następnego dnia nie zadzwonił, ale przysłał wiadomość. „Cześć, może pójdziemy dzisiaj po mojej pracy na lody. Możesz o 18-tej?”. „Mogę. Tam, gdzie ostatnio?”. „OK”.
No dobrze. Trochę się denerwowała, nie da się ukryć. Przede wszystkim stresowała ją wciąż jego wczorajsza zapowiedź, że musi jej coś powiedzieć. „To na pewno będzie o Eksi. Może wracają do siebie? Albo z córką coś poważnego? Może chce wrócić do Częstochowy z tego powodu? Albo gorzej, ona przyjedzie do Warszawy z córką na leczenie. I jeszcze, skoro Gosia chora, to nie będzie wypadało nic krytycznego powiedzieć, bo przecież chodzi o dziecko. Co on chce mi powiedzieć?”.
I biłaby się biedna Gąska z myślami prawie cały dzień. Na szczęście długo nie siedziała w domu. Zadzwoniła Zuzka, z pytaniem, czy nie poszłyby razem do sklepu, a potem na jakąś małą kawę i pogaduchy. Jako że wszystko było lepsze od siedzenia w domu, pięć minut później Gąska szła w kierunku osiedlowego marketu, gdzie miały się spotkać.
Zakupy zrobiły szybko i pół godziny później siedziały już w Zuzinej kuchni. Ponieważ od wizyty mamusi nie minęła jeszcze pełna doba, a Wojtek był w pracy, istniała szansa na spokojne ploty. Głównym tematem była oczywiście wizyta(cja) teściowej. Ponieważ jednak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego (standardowe przycinki, pytania o brak dzieci i zaglądanie w każdy garnek oraz narzekania, jaka to się czuje samotna), szybko się z tym uwinęły i przeszły do tematu Daniela. Na wieść o tym, że widzą się dzisiaj, Zuzce zaświeciły się oczy.
– Wiesz, zazdroszczę ci. Czasem tak myślę, że za mną już wszystko, co najpiękniejsze, a ty masz wszystko przed sobą.
– No tak… Ale sama mówisz, że nie mam na co czekać, że mam tyle lat…
– No bo nie oszukujmy się, masz coraz mniej czasu, żeby urodzić dziecko. A zawsze mówiłaś, że chcesz mieć je po ślubie, nie przed albo bez.
– Tak… Tylko nie wiem… Ja tego Daniela nie znam długo, jeszcze ta jego była. Poza tym Daniel chyba chce mi dzisiaj coś ważnego powiedzieć.
Zuzce oczy zaświeciły się jeszcze mocniej.
– Super! Naprawdę? Jak myślisz, co to może być? Może się oświadczy?
– Zuza! Przecież mówiłam ci o tym wczoraj! Dzwoniłam specjalnie w tej sprawie, nie pamiętasz?
– A… przepraszam, ale miałam takie zamieszanie. Wiesz, mamusia, potem znowu Wojtek był o coś zły, nie wiem, o co mu chodzi. Pamiętam, że dzwoniłaś, ale zapomniałam, że mówiłaś o tym, że Daniel ma ci coś powiedzieć.
Ironia była wyczuwalna. Jasne, nie musiała o tym pamiętać, tylko że…
– … tylko że ja przecież w tej sprawie do ciebie dzwoniłam.
– Aaa… ja myślałam, że po prostu martwisz się, że on będzie o Eksi gadał, ale że tak ogólnie się tym przejmujesz. A jak w ogóle ona ma na imię?
– Marianna.
– Ładna jest? A co robi, gdzie pracuje?
– Zuzka!!! Ja nie chcę o niej rozmawiać!
– Oj dobra, nie unoś się tak.
Zapadła cisza. Głupio było tak siedzieć, zresztą Gąska tak naprawdę nie bardzo wiedziała, czy się pokłóciły, i co teraz zrobić. Zuzka czasem miała takie fochy. Lubiła rządzić, a już w rozmowie to zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Ale przecież nikt nie jest doskonały, poza tym dobrze, że ludzie się różnią. Tylko że czasem Gąska chciałaby mieć pewność, o co właściwie chodzi.
Spojrzała na zegarek. No, powinna się zbierać. Jeszcze musiała umyć i wysuszyć włosy. I zebrać choć trochę myśli. Podniosła się od stołu, przy którym siedziały, i zaczęła żegnać się z Zuzką.
– Ojej, ale chyba się nie obraziłaś?
– Nie no, mówię ci przecież, że mam mało czasu.
– No dobrze, ja też muszę trochę tu ogarnąć. Od przyszłego poniedziałku zaczynam pracę, nie będę wtedy miała tyle czasu.
Gąska aż usiadła.
– Ale jak to… idziesz do pracy?
– No normalnie.
– A… dawno szukasz?
– Od jakiegoś czasu. Wiesz, Wojtek nie zarabia tak dużo… I mamusi będę miała trochę mniej.
– Ale… nic nie mówiłaś wcześniej, że planujesz.
– Oj wiesz, jak to jest. Nie było kiedy.
No tak. Obowiązku nie było. Jednak Gąska, wychodząc wreszcie z mieszkania, czuła się jakoś skołowana. Z tego powodu dopiero przed blokiem uświadomiła sobie, że zostawiła u Zuzki na stole kosmetyczkę, w środku której miała klucze do mieszkania. Na szczęście koleżanka nigdzie już nie wychodziła, ale Gąska miała pół godziny mniej na planowane zabiegi przed wyjściem. Oczywiście nic by się nie stało, gdyby się spóźniła, ale nie czuła się wtedy komfortowo. Dzięki temu małemu zamieszaniu jednak nie miała już czasu ani chęci, by snuć jałowe rozważania, co on jej powie, a czego nie.
Punktualnie o osiemnastej była pod osiedlowymi parasolkami, gdzie umówiła się z Danielem. Już na nią czekał i uśmiechał się z daleka, widząc, jak się zbliża. Ten uśmiech poprawił jej trochę humor, ale starała się nie wpadać w euforię. Przywitali się i usiedli przy stoliku. Zamówili lody. „Niezły pomysł, w razie gdyby zrobiło się za gorąco”, pomyślała Gąska. Mężczyzna jednak uśmiechał się do niej i wreszcie się rozluźniła. Kelnerka przyniosła lody i zostali sami. Przedłużająca się cisza, początkowo przyjazna, zaczęła przeradzać się w nastrój zakłopotania. Gąska gryzła się w język z całych sił, w czym bardzo pomagały jej pyszne lody. Spokojnie potrafiłaby zagaić pięć rozmów, ale chciała, by to on zaczął. Nie wiedziała, o czym chce z nią rozmawiać, więc jego milczenie coraz bardziej ją niepokoiło.
Wreszcie powiedział:
– Cieszę się, że wreszcie się widzimy. Szkoda, że wczoraj nie mogłaś. Stęskniłem się za tobą.
Błogość zalała Gąskowe serce. Daniel natomiast po tym wstępie zamilkł i jadł w skupieniu swoje lody. Po chwili jednak podniósł głowę i znów się odezwał:
– Mogę o coś zapytać? Chciałbym właściwie coś zaproponować, ale nie wiem, co ty na to.
– Pytaj, pewnie. – Starała się mówić opanowanym głosem, ale serce biło mocno. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał powiedzieć…

– Za tydzień przyjedzie do mnie Marianna z Gosią. Chciałbym, żebyście się poznały.

czwartek, 17 lipca 2014

Parę słów o filmie „Powstanie Warszawskie”

Dawno nie byłam w kinie i nawet nie bardzo już wiedziałam, co grają. Czasem na FB widziałam, że ktoś na coś się wybiera, ale jakoś mnie nie korciło, a i budżet był na tyle skromny, że wolałam coś tam pooglądać w domu. Któregoś razu jednak zerknęłam na repertuar Cinema City w Promenadzie (niedaleko mnie) i zobaczyłam, że jeszcze grają Powstanie Warszawskie, które na ekrany weszło przecież 9 maja. Pomyślałam, że pójdę. Wybierałam się już, ale przyznam, że wciąż trudno mi uświadomić sobie, że do kina można iść samej. Nie wiem, czemu to dla mnie takie trudne – może to kwestia długiego bloku reklamowego, który łatwiej przetrwać w towarzystwie? ;) Tym razem jednak postanowiłam (jak co kwartał mniej więcej), że teraz to się zmieni i nawet sama, ale będę chodzić co jakiś czas do kina. Dodatkowo wypatrzyłam, że w środy bilety kosztują 14 zł. No, tyle dam radę. Moje osobiste odwrotne prawo Murphy’ego zadziałało natychmiast i gdy tylko powiedziałam o swoim planie siostrze, natychmiast do mnie dołączyła. :)

Film Powstanie Warszawskie to produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego. Na tle innych filmów o tematyce wojennej i historycznej wyróżnia się niezwykłą autentycznością. Nie jest to bowiem wizja reżyserska, rekonstrukcja faktów, ale zmontowana z dokumentalnych materiałów archiwalnych fabuła (jej autorem jest Jan Komasa, reżyser innego filmu o tematyce powstańczej – Miasto 44, który ukaże się we wrześniu tego roku), ukazująca prawdziwe oblicze sierpniowej walki stolicy. Materiały były kręcone na zlecenie dowództwa AK, a ich pierwsza projekcja odbyła się w kinie „Palladium” już w trakcie walk powstańczych. Ze zrozumiałych względów – by widz mógł łatwiej prześledzić materiał – wprowadzono bohaterów (a w zasadzie ich głosy), czyli operatora filmowego i jego młodszego brata. Komentują oni filmowaną rzeczywistość, ale jednocześnie rozmawiają ze sobą o sprawach codziennych, bliskich – im i współczesnym im ludziom.

Początkowo nie byłam pewna, czy ten pomysł mi odpowiada. Nastawiona byłam na dokument, nawet nie brałam pod uwagę jakiegoś ciągu przyczynowo-skutkowego zdarzeń. A tu coś takiego… Głosy Karola i jego brata Witka, wyraźnie dobiegające ze studia, „napisane” dialogi, trochę mnie rozpraszały. Przypomniałam sobie jednak wstęp do Zośki” i „Parasola”, w którym autor informuje czytelnika, iż dla łatwiejszego odbioru spisanej historii czyni kogoś niejako jej bohaterem – jednak naprawdę wciąż jest to historia walczących o Warszawę powstańców (przytaczam z pamięci, więc może niedokładnie, ale myślę, że sens zachowałam). I rzeczywiście, trochę łatwiej było przedzierać się w ten sposób przez i tak już niełatwy (ze względu na treść) dokument. Podobny zabieg, jak sądzę, został zastosowany i w omawianym przeze mnie filmie.

Wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Temat powstania jest dla mnie ważny, choćby z tego powodu, że mieszkam w Warszawie. Ale nie tylko. Pamięć o historii własnego narodu, jakkolwiek by to szumnie nie brzmiało, a także szacunek dla tej przeszłości, jest – nie tylko moim zdaniem – czymś, co ten naród tworzy i pozwala mu trwać. Uważam, że takie filmy (nie tylko o sierpniu 1944, ale dotyczące okresu drugiej wojny światowej) powinny wciąż powstawać, by ta pamięć mogła trwać.

W filmie można zobaczyć autentycznych ludzi, żyjących w tamtych czasach. Pełna lista ich nazwisk jest wyświetlana po zakończeniu projekcji. Niestety, nie sposób przeczytać wszystkich. Szkoda, że nie pomyślano o tym, by np. wydrukować to na małych ulotkach i wręczać razem z biletem (jak np. wręczano guziki przy filmie Katyń).

Film Powstanie Warszawskie ma niewątpliwie ogromną wartość poznawczą. Ukazuje walczących o wolność ludzi nie tylko z karabinem w ręku, nie tylko w momentach dokonywania bohaterskich czynów – ale kiedy jedzą, kąpią się, przygotowują obiady, broń i materiały opatrunkowe. Zauważyłam, że kobiety upinały wtedy włosy i ani jedna nie miała grzywki! Wiele filmów wojennych pokazuje tylko wzniosłe momenty. Tymczasem rzadko mówi się o muchach, łażących po rannych, o tym, ile czasu i wysiłku kosztowało wyprodukowanie jednego granatu czy przygotowanie roznoszonych przez harcerzy ulotek. Obok walczących chłopców i dziewcząt pokazano też ludność cywilną. Zaskakujące, jak wielu ich trwało w mieście w czasie walk…

Czy było warto, czy ta walka miała sens? W filmie nie padają oceny. Nie muszą. Fakty mówią same za siebie. Nie ma ocen politycznych, pada dosłownie jedno zdanie o Sowietach znajdujących się po drugiej stronie Wisły. Kiedy jednak patrzy się na zrujnowane miasto, na ludzi, którzy giną w jego obronie, stosy ciał leżące na ulicach pod koniec powstania, to serce ściska jedynie żal. Zarazem – budzi się myśl: czy my, dzisiaj, potrafilibyśmy zdobyć się na tak wielką odwagę? I czy doceniamy, że nie musimy tego sprawdzać?

Uciekamy na co dzień od patosu, pochłaniają nas problemy, zajmują narzekania na to, co dzieje się w kraju. Ale mimo wszystko, teraz, kiedy sierpień jest blisko, może warto wspomnieć tych ludzi, którzy „za nasze jutro – oddali swoje dzisiaj”?

A jeśli ktoś nie słyszał, to na zakończenie piosenka promująca film. Pierwszy raz widziałam w ogóle ludzi, którzy po filmie nie zrywali się z foteli, ledwo tylko zgasł obraz. Może zatrzymała ich również muzyka, a może musieli najpierw wytrzeć łzy...?


niedziela, 13 lipca 2014

Przyjacielskie rady [Przy rowerach (8/10)]

Następnego dnia rano dostała sms-a od Daniela. Napisał jej, że córka jest chora, o czym zawiadomiła go Eks, więc wziął kilka dni urlopu i jedzie do dziewczyn. Dokładnie tak napisał: „Jadę do swoich dziewczyn”. Cóż. Odpisała kulturalnie, że życzy dziecku zdrowia i że czeka na wieści. Nie dostała odpowiedzi, ale i się jej nie spodziewała. Dziwiło ją bardziej uczucie ulgi, jakie na nią spłynęło. Choć może nie było to aż tak zaskakujące, biorąc pod uwagę całokształt. Nie musi podejmować szybko żadnej decyzji co do tej znajomości.
Wątpliwość była jedna, ale zasadnicza: czy mają szansę zbudować dobrą relację, czy warto temu poświęcać czas, czy też uniemożliwi to jego przeszłość? Lepiej było przemyśleć to porządnie teraz, zanim zaangażuje się zbyt mocno. A skoro już teraz widać, że mogą być problemy, to przyszłość nie rysuje się różowo. Przeciwnie. Na dodatek nie wiadomo, na ile on jest zainteresowany nowym związkiem, czy traktuje ją poważnie. A może szuka takiej przyjaciółeczki, ot, posłucha, łezkę obetrze, przytuli, buzi da, może coś jeszcze, a potem grzecznie pójdzie do domu i nie będzie głowy zawracać.
Kolejne dni upływały spokojnie. Gąska trochę oderwała się od tematu, zwłaszcza że Daniel się nie odzywał. Ona też nie pisała, a tym bardziej nie dzwoniła. Nie wiedziała, co się przecież tam dzieje, na ile Daniel jest zajęty i w czym mu przeszkodzi. Jednak wreszcie któregoś dnia we wtorek (a był to już piąty dzień od wyjazdu do córki) Daniel napisał, że Gosia już czuje się lepiej, on jest już w drodze powrotnej i czy mógłby przyjechać od razu do niej, porozmawiać. Spanikowała. Jakoś nie spodziewała się, że on tak szybko wróci, a jednocześnie wydawało się jej, że jego propozycja spotkania wiąże się z koniecznością podjęcia konkretnych decyzji, na które nie była przygotowana. Odpisała więc, że bardzo jej przykro, ale jest właśnie u rodziców, nocuje u nich i za późno, żeby zmieniać plany. Odpisał, że nie ma problemu, zadzwoni jutro i się zgadają.
„Okłamałam go”, pomyślała przerażona Gąska. „I to po to, żeby się NIE SPOTKAĆ. Co ja robię? I co mam dalej zrobić”? Szybko zadzwoniła do Zuzy, kątem oka patrząc na zegarek. Była siedemnasta, powinna już być w domu. Może będzie trochę zła, pewnie obiad albo co tam kobiety domowe robią, ale trudno. Muszą się jakoś zobaczyć albo chociaż chwilę pogadać, bo po prostu nie wie, co robić.
Zuzka na szczęście odebrała. Gąska szybko nakreśliła sytuację.
– I co mam teraz zrobić? Boję się, że on znowu będzie o tej swojej Eksi opowiadał. Nie wiem, co było jego córce, ale chyba coś poważnego, skoro musiał tam pojechać, i to tak szybko. A jeśli to będzie się powtarzać? A ta kobieta? Może ona wcale nie chciała się z nim rozstać? Zuzka, co ja mam robić?
– Wiesz… ale nie gniewaj się, mogę być szczera? – Spytała Zuzka.
– Jasne…
– Rozumiem, że ta baba może Cię wnerwiać. Ale mieszka daleko. Mówiłaś, że w Częstochowie, tak?
– No tak…
– No właśnie. A wy tutaj. Moim zdaniem powinnaś się za niego wziąć. Z tego, co mówiłaś, nieźle zarabia, alimenty by płacił tylko na jedno dziecko, byście finansowo dali radę. A ty byś wreszcie miała męża i żyła jak człowiek.
– Ale… Zuza! Ale ja nie wiem… może ona go wciąż kocha? Albo on ją? Tyle o niej opowiada? A ja bym chciała…
– Słuchaj – przerwała jej Zuzka. – Jak będzie z tobą, to mu nie pozwolisz, by o tamtej gadał. Kocha, akurat. Jakby kochał, toby się nie rozwiódł. A jak ciebie będzie miał na co dzień, będziesz mu gotować i się nim zajmować, to uwierzy, że kocha ciebie. A nawet jak nie, to myślisz, że inne pary mają inaczej i są zakochane po ślubie? Uwierz mi, powinnaś wyjść za niego za mąż. Postaraj się, dobrze ci radzę. A właśnie, a jego matka gdzie mieszka?
– We Włoszech… wyjechała tam po swoim drugie ślubie.
– No to dziewczyno, jeszcze się zastanawiasz? Lepiej nie mogłaś trafić. Nie dość, że daleko, to jeszcze wam kasy podeśle. Muszę kończyć, bo mamusia Wojtka właśnie idzie do nas, widzę ją z okna! Będzie dobrze, tylko się postaraj, pa!
Oszołomiona Gąska odłożyła słuchawkę. W ogóle nie myślała o Danielu w kategoriach męża do złapania. I w ogóle nie sądziła, że musi to robić. I w ogóle… w ogóle to sama już nie wiedziała. Chciała się z nim spotykać, związać może, ale chodziło jej o uczucie. To wszystko, o czym mówiła Zuzka, było może i słuszne, ale takie… pragmatyczne.
Pogrążona w niewesołej zadumie nad własną niedojrzałością aż drgnęła, gdy zadzwonił telefon. Spojrzała w panice, kto dzwoni. Uff, to Maciek. Kumpel,  z którym utrzymywała od wielu lat luźną, ale serdeczną znajomość, będącą dowodem na to, że istnieje czysta damsko-męska relacja. Czasem spotykali się ot tak, pogadać, a czasem konsultowali się w sprawach zawodowych (pracowali w pokrewnych branżach). I teraz właśnie Maciek dzwonił, by spytać, czy mogłaby mu sprawdzić kilka wątpliwości, jakie miał podczas tłumaczenia. Wysłał jej plik na maila.
– Nie ma sprawy, już siadam – powiedziała z uśmiechem do słuchawki.
– Dzięki. A w ogóle wszystko w porządku? – spytał Maciek. Znał ją na tyle, że jednozdaniowa wypowiedź już była sygnałem, że coś jest nie tak. On sam był raczej małomówny i preferował niespieszne tempo życia, ale nie przeszkadzała mu zbytnio jej wielomówność. Brak słowotoku był za to – jeśli nie niepokojący, to zwracający uwagę.
– W sumie.. to nie wiem. – Zaśmiała się krótko, starając nie dramatyzować.
– Jak chcesz, to powiedz. Może będę mógł coś pomóc…
Nie trzeba jej było dwa razy powtarzać. Streściła szybko swój problem z Danielem, koncentrując się głównie na tym, jak drażnią ją jego opowieści o Eks, i jak niepokoi się, że relacje między byłymi małżonkami nie są jeszcze zakończone.
– I co ja mam o tym myśleć? – zakończyła.
– Hmm… A nie możesz tego, co powiedziałaś mi, powiedzieć jemu?
– Jak to? – spytała szczerze zaskoczona Gąska.
– No, możesz krócej, ale pewnie nie dasz rady. – Zaśmiał się. – A poważnie, to po prostu mu powiedz. Skąd on ma wiedzieć, że nie lubisz słuchać tych historii? W sumie ja nie wiem, czy ja bym opowiadał nowej dziewczynie o poprzedniej… ale jakby mi powiedziała, że nie chce o czymś słuchać, tobym jej nie mówił.
– I nie obraziłbyś się na nią? – wpadła z pytaniem Gąska.
– A za co? – spytał szczerze zdumiony Maciek.
– No, że nie chcę słuchać… Może to dla niego ważne.
– Ale po co masz się do czegoś zmuszać? Powiedz mu, że nie chcesz, i już. A jak się obrazi, to będzie znaczyło, że coś w tym jest, albo że z nim jest coś nie tak, skoro się obraża. Tak czy tak, coś zyskasz.
– Maciu… Maciek, jesteś kochany. – Uśmiechnęła się do telefonu. On też się zaśmiał, słysząc, jak stara się pamiętać, że nie lubi, gdy zdrabnia się jego imię.
– Przecież nic nie zrobiłem. To jak możesz, sprawdź mi te zdania, bo to dla mnie dosyć pilne. A jak się spotkasz z tym gościem, to – oczywiście jeśli będziesz chciała – zadzwoń i powiedz, jak się udało.
– Jasne. Już siadam do kompa, zaraz będziesz to miał. Nerka!
– Trzymaj się, nerka.

Ta rozmowa dodała jej otuchy. Podśpiewując, usiadła przy komputerze. Szybko uporała się z plikiem Maćka i wysłała mu sprawdzony tekst. Reszta wieczoru upłynęła jej dużo spokojniej. Nie żałowała jednak, że odwołała spotkanie z Danielem i to nie dawało jej spokoju. Tak samo jak słowa Zuzy, które wciąż brzęczały jej w uszach…

piątek, 11 lipca 2014

Nocny łowca

Historia pewnego polowania w trzech aktach.
Bohaterowie: Kocio i Ćma

To nie jest TA KONKRETNA ĆMA, ale chciałam przybliżyć tym, którzy myślą o maleństwie w rodzaju mola.

Zaczęło się mniej więcej miesiąc temu. W moim niewychodzącym od zawsze Kociu zagrała myśliwska krew.

Akt I

Zauważyłam, że przestał domagać się wieczorem wspólnej zabawy, a  za to w sobie tylko wiadomym celu buszował po mieszkaniu. Wyglądało to jednak na działanie przemyślane, acz – według mnie  słabo skoordynowane. Szybko jednak okazało się, że nie miałam racji. Kocio bowiem dopasowywał się do rytmu uciekającej przed nim zwierzyny. Była nią ćma. Kiedy ją wreszcie zlokalizowałam, była już niesprawna, jeśli chodzi o fruwanie, ale wciąż dzielnie uciekała. A to się schowała pod szafkę, a to pod lodówkę, a to pod dywan… Kocio dzielnie ją tropił, po czym… ponownie zmuszał do ucieczki. Kiedy ćma nieruchomiała, wtedy ją trącał łapą albo ponaglał miaukiem – co to za przerywanie zabawy? Nie mogłam oderwać oczu od tej pary, bo Kocio był wreszcie TAKI SZCZĘŚLIWY i jednocześnie TAKI PRZEJĘTY tą zabawą. No, kto się bawił, ten się bawił… Ale wreszcie się urwało. W pewnym momencie ćma wlazła w jakąś szparę. Kocio darł pyszczek, ale ona nie wychodziła, a ja od tamtego czasu chodzę po domu WYŁĄCZNIE w kapciach.

Akt II

Ledwo zdążyłam zgasić światło, gdy jak burza wleciał Kocio i hyc, na parapet. Patrzę, a na firance siedzi duża ćma (najwyraźniej inna, bo fruwała). Przymierzał się do niej z jednej i drugiej strony, ale nie miał pomysłu, jak się do niej dobrać. Ona się chytrze nie ruszała, a w nim emocje coraz wyraźniej wzbierały. A ja zamiast planowo zasnąć patrzyłam i biłam się z myślami. Rozpatrywałam dwa scenariusze: albo Kocio wreszcie nie wytrzyma i skoczy na ćmę – więc na firankę – oczywiście bez efektu, ale szkoda myśleć o firance (i o karniszu; dwa kilo temu już go naderwał, o czym mówić teraz), albo ja wstanę i mu ją strącę z tej firanki. Ryzykując, że po ciemku mogę się z tą paskudą spotkać – ekhem – ciało w ciało.
W końcu jednak troska o firankę i karnisz przeważyła. Wstałam, dzielnie strzepnęłam paskudę (czyli ćmę) i uciekłam pod kołdrę. Co oni robili, nie wiem, i nie wiem, gdzie ONA się podziała.
Po prostu dalej chodziłam WYŁĄCZNIE w kapciach.

Akt III

Chciałabym, żeby ostatni.
Zaczęło się pewnego wieczora, kiedy położyłam się wyjątkowo wcześnie, bo mocno rozbolała mnie głowa. Kocio, pełen troski i empatii, umościł się na parapecie, przez otwarte okno w milczeniu kontemplując otoczenie. Aż się wzruszyłam, że taki grzeczny i nie domaga się hałaśliwie zainteresowania.
Wreszcie się ściemniło i zaczęłam leciutko drzemać, gdy otrzeźwiły mnie kocie jęki. Nie wiedziałam początkowo, o co chodzi. Czy nie może dostać się do kuwety, bo któreś drzwi bronią dostępu, czy siedzi na regale i próbuje wymusić uwagę, czy coś go boli…? Niechętnie się podniosłam. Kocio nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i dalej jęczał, jednocześnie czymś mocno zajęty. Wsłuchałam się uważniej. Poza jego jękami słychać było charakterystyczne brzęczenie skrzydeł… Zrozumiałam, że jęki wydaje zaaferowany łowca, a moja interwencja jest zbędna. I położyłam się spać.
Trzy czy cztery godziny później sytuacja uległa zmianie o tyle, że zaczęło świtać, ale polowanie wciąż trwało. Bynajmniej nie dlatego, że ofiara była taka cwana. To Kocio przedłużał sobie przyjemność łowów, którą to radość wyrażał pełnym i przenikliwym głosem, na który osoby z bólem głowy są wyjątkowo wyczulone… Chyba jednak i on powoli tracił energię, bo wreszcie poszedł do miski przegryźć coś dla wzmocnienia. Szybko przycisnęłam się do poduszki i wreszcie zasnęłam.
…Na jakąś godzinkę, bo pod otwartym ze względu na temperaturę oknem panowie włączyli kosiarki. O szóstej rano.
Kolejna noc. Kiedy już prawie zasypiałam, usłyszałam znów typowy, myśliwski jęk. Westchnęłam – trochę nad sobą, a trochę nad losem zwierzyny – gdy usłyszałam inny niż wcześniej chrzęst. Podniosłam się, zapaliłam lampkę. Kocio nawet tego nie zauważył, w takim skupieniu coś przeżuwał. Nie wiem co, nie chcę wiedzieć, ale mam podejrzenia…

Jak widać, czy miastowy, czy wiejski – natury nie oszukasz. Hodujemy w naszych domach drapieżniki. Pozornie miłe, puchate i kochane, ale czasem już we śnie tracą kontrolę nad tym imidżem i zaczynają się upodabniać do swoich dzikich krewniaków:


(Fot. Jolanta Paź)
                                




A już po zachodzie słońca to lepiej nie wchodzić im niepotrzebnie w drogę. J

środa, 9 lipca 2014

Puste losy

W liceum miałam kolegę, który po studiach historycznych poszedł pracować do IPN. Parę lat temu złapaliśmy na nowo kontakt, przy okazji jego ślubu. Pomyślałam więc, że może spytam go, czy nie wie o jakichś wakatach. Nie chodziło mi o protekcję, raczej wiedzę o możliwościach, ewentualnie – zwyczajach rekrutacji. Rozmowa była… dziwna, bardziej jak przesłuchanie czy rozmowa przedwstępna, a nie jak koleżeńska rozmowa. W każdym razie jedynym jej owocem była rada, żebym się o tę pracę modliła. Nawet się specjalnie nie zdziwiłam, słyszę nieraz takie podpowiedzi (albo żebym ogłoszenia czytała). Ale, jak wiadomo, żeby wygrać na loterii, najpierw trzeba kupić los. Tylko większość jest niestety pustych.

Szukam nieustannie pracy, ale teraz raczej zleceń niż etatu Już chyba nawet do tego szukania przywykłam. Kilka lat bez zatrudnienia zrobiło swoje. Przyzwyczaiłam się też do siedzenia w domu, pokonałam związaną z tym depresję, udaje mi się tak organizować sobie czas, by z rzadka budzić się rano bez planu. Lubię grafiki, ale przecież sama mogę sobie je tworzyć. Więc nie jest źle. Oczywiście, pewną „niedogodnością” takiego stylu życia jest brak stałych dochodów i niemożność planowania wydatków. Jednak i z tym można się oswoić, zwłaszcza gdy ma się na utrzymaniu tylko siebie i kota. Pisałam już trochę o tym, jak sobie próbuję z tym radzić (np. w Ekonomii biedaka), także o problemie niewypłacania na czas zarobków (Święto pracy).

Teraz jednak chciałabym przedstawić, na jakie przeszkody natyka się człowiek, który stara się tylko o pracę zgodnie ze swoimi umiejętnościami, bez specjalnych (zdaniem niektórych: wydumanych) wymagań, typu umowa na etat lub wynagrodzenie w wysokości średniej krajowej brutto.

Jak wspomniałam na początku, przyzwyczaiłam się do pracy na zlecenia. Jednak taka decyzja (swoją drogą, drażni mnie, gdy niektórzy próbują wmówić mi, że to mój wybór, a ja gardzę etatowcami. To nie jest tak. Po prostu tak mi się ułożyło, więc staram się widzieć to pozytywnie. Tyle i aż. Na pewno nikogo nie wytykam, ale też i nikomu nie zazdroszczę) obarczona jest ryzykiem, że to się skończy. Zleceniodawca w każdej chwili może zakończyć współpracę, więc dobrze jest na bieżąco wyszukiwać ogłoszenia i odpowiadać na nie. Oferty się pojawiają, ale...
No właśnie, ale. „Ale” polega na tym, że często są to ogłoszenia dawane nie wiadomo po co. Na pewno jednak nie po to, by znaleźć pracownika. Rozumiem, że są portale niewiarygodne, i tam rzeczywiście można wysyłać swoje aplikacje w kosmiczną próżnię. Ale jeśli odpowiadam na ogłoszenie z branżowej strony, to jednak bym oczekiwała odpowiedzi…
Oprócz stron z ogłoszeniami staram się też zbierać informacje i opinie na temat wydawnictw, które proponują pracę. Tajemnicą poliszynela jest powód, dla którego wydawnictwo Amber średnio raz w miesiącu szuka nowego zleceniobiorcy – tłumacza, korektora, redaktora, sekretarza redakcji… Przyczynę takiego stanu stanowi fakt, że wydawnictwo po prostu nie płaci za wykonaną pracę, wykorzystuje luki w umowach, by przynajmniej opóźnić te płatności, w ostateczności proponuje „staże” lub inne „praktyki”. Mimo tego wciąż znajdują osoby, które im wierzą (albo się chociaż łudzą), bo przecież co roku na rynku pojawiają się nowi adepci zawodu, chcący móc wpisać cokolwiek do CV. I ja to rozumiem.
Na marginesie, znalazłam kolejną informację o wydawnictwie, które stanie przed sądem za oszustwa finansowe (przyjmowanie zaliczek finansowych na poczet zleceń, które w efekcie nigdy nie zostały zrealizowane, a także niezrealizowane umowy na druk i sprzedaż książek). Ciekawa jestem, jaki – a przede wszystkim: KIEDY – zapadnie wyrok. I czy pokrzywdzeni odzyskają swoje pieniądze…

Tymczasem ja bym chciała je zarobić. I złości mnie każde kolejne ogłoszenie, które za każdym daje mi nadzieję chyba tylko po to, by potem ją odebrać. Jeśli bowiem po wysłaniu aplikacji dostanę odpowiedź, że przeszłam pierwszy etap i teraz muszę tylko wykonać próbną redakcję, to mam prawo wierzyć, że drugi etap zależy już ode mnie i moich umiejętności. Ślęczę więc nad tymi stronami... by po odesłaniu pliku przez kolejne kilka tygodni ciszy ze strony oferenta stopniowo znów tracić wiarę w sens swoich starań.
Kiedyś chodziłam na szkolenia dotyczące zachowań na rynku pracy. Uczono mnie tam, że należy wykazać aktywność przy staraniu o pracę, nie tylko wysyłając aplikację, ale też dowiadując się o jej losy. Cóż. To w sumie dobra rada. Pamiętam dwie rozmowy telefoniczne (może było ich więcej, ale dwie zapadły mi w pamięć), które zaoszczędziły mi czasu oczekiwania i stresu. Nie, nie powiedziano mi wprost, ze nie. Ale jeśli słyszy się okrągłe zdania lub – przeciwnie – nerwowe, spychologiczne frazesy, to nie trzeba być Einsteinem, by skumać, o co chodzi. Więc należą się pani podziękowania, pani Mariolu, za tę bezcenną radę. :)

Wiem, że to, o czym piszę, nie jest niczym nowym w dzisiejszych czasach. Możliwe, że moje oczekiwanie na chociaż odpowiedź oraz zdziwienie, że to nie następuje, jest nieco zabawne i świadczy o naiwności. Większość przecież zdaje sobie sprawę z tego typu praktyk. Z drugiej strony, nie wiem, czy to dobrze. Kiedyś mnie tak pocieszano, gdy pierwszy raz straciłam etat: Oj, nie martw się, nie ty jedna jesteś bezrobotna. Wiele osób ma podobne problemy. A mnie właśnie to jeszcze bardziej przybiło. Bo skoro problem jest masowy, to znaczy – poważny. I tym trudniej mi, jednostce, może być sobie z nim poradzić. Podobnie widzę ten problem.
Na znajomym blogu można też co nieco przeczytać o nieskuteczności szukania pracy przez ogłoszenia (zob. TU, po drugie). Podobny temat, wychodzący od przykładu konkretnego wydawnictwa, pojawił się na forum wydawniczym. Rozumiem wszystkie argumenty i w większości zgadzam się z nimi. Tylko… co ja mam robić? Nie wysyłać ofert? Cud tym bardziej się nie zdarzy. Więc próbuję. I czekam, co innego mi pozostało? Ale to jednak trochę przykre…

poniedziałek, 7 lipca 2014

Nie matura, lecz chęć szczera

Muszę wreszcie się z tego „wypisać”.

Jak pewnie wiele osób wie, nie mam stałej posady, więc od czasu do czasu budzi się we mnie chęć, by przestać walić głową w mur obojętnych wydawnictw – które ani myślą zapewnić etat zdolnym i już nieco doświadczonym w fachu redaktorom/korektorom, oferując chętniej umowy cywilnoprawne – i zdobyć nowe kwalifikacje. Powstrzymuje mnie jednak przede wszystkim brak wyraźnego pomysłu na „nowe”. Zresztą, zdobycie minimum umiejętności na kursie to za mało, by wejść do nowej branży. Czasu na nowe studia już raczej nie mam (i mówię o studiach pod kątem zmiany zawodu, a nie przyjemności zgłębiania pasjonującego mnie tematu), a gdzie jeszcze lata doświadczenia, o jakie zawsze będę stratna w porównaniu do konkurujących ze mną osób. Dodatkowo z młodymi przegram na starcie właśnie wiekiem – nie, nie ma sensu. Zwłaszcza że tak naprawdę w wielu dziedzinach papier ma mniejsze znaczenie niż konkretne umiejętności. Bo też nie zawsze jego posiadanie jest tożsame z praktyczną znajomością tematu. Czytywałam historie o tym, jak kandydat, w CV chwalący się biegłym angielskim czy sprawną obsługą różnych programów komputerowych, w trakcie rozmowy nagle ujawniał swoją totalną ignorancję. Nie rozumiem takich ludzi, na co oni liczą, zwłaszcza że najczęściej nie są to jakieś kosmiczne kwalifikacje, trudne do zweryfikowania. Niekiedy aż podziwiam taką butę i arogancję, taką bezdyskusyjną pewność siebie. Czasem się nawet to sprzedaje, ale chyba na krótką metę.
Bywa też i odwrotnie. Są osoby, które „papiórka” nie mają, bo twierdzą, że go nie potrzebują. Przecież w każdej chwili mogą wykazać się swoimi umiejętnościami. Też jest w tym jakaś racja. Oczywiście wiele zawodów wymaga formalnych uprawnień, wpisania na listę wykonujących dany zawód itp. Zostaje jednak strefa, trudna do sprawdzenia, czyli internet. W nim każdy może być, kim zechce. Nie tylko Wojtkiem, który też ma dwanaście lat, ale radcą prawnym czy ekspertem do spraw dotacji unijnych. I to jest prawdziwe niebezpieczeństwo.

Parę miesięcy temu trafiłam na warsztaty organizowane przez behawiorystkę z PetBonTon. I jak to często bywa, dotychczas nieznane pojęcie „behawioryzm” zaczęło wyskakiwać nawet z otwartej lodówki. A na pewno przewijać się na Facebooku. W ten sposób trafiłam do grupy Mieszka, potem na jego bloga. Na początku byłam zafascynowana tematem, zwłaszcza po zajęciach Julii. Poza tym kocham Kocia i chcę w ogóle o kotach wiedzieć jak najwięcej. Jednak atmosfera na forum i blogu powoli przestawała mi odpowiadać. Bo rozumiem, że ktoś zakłada swoją grupę, ma swoje założenia i poglądy – ale jeśli zaprasza do dyskusji innych ludzi, powinien liczyć się z tym, że pojawią się inne niż jego zdania. I wcale nie muszą być złe. Są po prostu inne. Tym bardziej że w większości wypowiadali się ludzie, którzy podobnie jak ja chcieli wiedzieć o kotach więcej, a zatem na wiedzę byli otwarci. Z całą ufnością przedstawiali problem, oczekując rady i wsparcia. Z reguły otrzymywali pełne wyższości opinie, często przykre. Okej, nie podoba się, nie musisz należeć do grupy. Nie wypowiadam się tam już, aczkolwiek lubię zajrzeć, bo ciekawią mnie kocio-ludzkie historie.
Ponieważ jednak kocim ekspertem nie jestem, ale znam takich, którzy z kotami żyją dziesiątki lat, i oni bez zastanowienia krytykowali owe forumowe rady, postanowiłam spytać prowadzącego stronę, czy jest behawiorystą. Bo informacji na jego temat w necie nie było za wiele i na pewno nie „wyskakiwał” jako specjalista w tej dziedzinie. A jednak udzielał rad na forum (okej, bezpłatnie, ale jednak to nie były dyskusje między znajomymi – przedstawiał się jako ekspert w końcu) i blogu. Zapytałam więc i właśnie ta odpowiedź skłoniła mnie do niniejszych przemyśleń. Niestety, nie ma jej już na stronie (zajrzałam tam wczoraj, by móc ją dokładnie tu zacytować). Jednak, o ile pamiętam, przeczytałam, iż: prowadzący forum i bloga jest behawiorystą praktykiem. Planuje zrobić kurs i uzyskać dyplom, gdyż w Polsce (swoją drogą, niektórzy chyba strasznie swojego kraju nie lubią...) wszystko musi być potwierdzone papierkiem, bo tylko on się liczy, a nie wiedza i praktyczne doświadczenie. Czego ja i moje pytanie (!) jesteśmy przykładem.
Paradoksalnie i pewnie wbrew intencji piszącego, dopiero ta odpowiedź mnie utwierdziła, że nie warto tu  zaglądać. Być może wiedza tego pana jest duża, nie mam podstaw, by to kwestionować, ale przekazywać jej nie umie. Nie musi też być miły, ale kulturalny – i owszem. A kultura to również szanowanie cudzego, odmiennego zdania.

Nie muszę zaglądać na te strony i już – jak pisałam – nie wchodzę. Jednak temat wciąż mnie męczył. Zwłaszcza kwestia konieczności – bądź nie – posiadania „papierków”. I mimo wszystko uważam, że jednak czemuś one służą. Wierzę, że ktoś może być na tyle zdolny i ambitny, by samodzielnie zgłębić pewną dziedzinę wiedzy, ale… wolałabym jednak, żeby choć w pewnym stopniu zostało to zweryfikowane podczas egzaminu, co następnie potwierdzi dyplom. Daje to nieco większą pewność klientowi takiej osoby, że świadczący daną usługę potrafi ją wykonać. Dotyczy to zwłaszcza umiejętności na pierwszy rzut oka trudno weryfikowalnych oraz niosących – w razie popełnienia błędu w sztuce – przykre konsekwencje. Jeśli pójdę do portrecisty, który nie umie malować, chociaż się tym chwali, to i łatwo będzie to zauważyć po efekcie, i żadnej szkody mi nie uczyni. Ot, stracę trochę czasu, a nie będę miała portretu. Albo zlecę korektę osobie, która podjęła się tego, bo przecież jest Polakiem i zna język polski. Najwyżej zapłacę autorowi rekompensatę za niedopracowanie jego dzieła. (Poza tym rzeczywiście większość zna język ojczysty tak, że może i faktycznie nie byłoby negatywnego oddźwięku…). Ale jeśli pójdę do kosmetyczki, która zastosuje nieprawidłowy kosmetyk, może to skończyć się mniej sympatycznie dla mnie. I cóż, że jej nie zapłacę czy dostanie naganę od szefowej, jak ja będę musiała ratować np. poparzoną skórę? A jeśli pójdę z problemami do osoby, która mieni się psychologiem, a w rzeczywistości naczytała się jedynie poradników – i bardzo wierzy w słuszność i niepodważalność swojego zdania – to konsekwencje mogą być nieprzewidywalne, i to na długo.

czwartek, 3 lipca 2014

„Kiedy bezsilność odbiera wszystko...”

Na stronie Kociej Łapki znalazłam taką informację:

--------------------------------------------------------------------------
Kiedy bezsilność odbiera wszystko...

Kilka dni temu dostaliśmy zgłoszenie o człowieku, który opiekuje się kilkoma kotami, a sam żyje w skrajnej nędzy. Wczoraj odwiedziliśmy Pana Andrzeja i widok, który zastałyśmy na miejscu sprawił, że chciałyśmy wyć z bezsilności i tak ogromnej niesprawiedliwości, że ludzie muszą żyć w takiej nędzy i niedostatku. Pan Andrzej jest chory na raka, ma nadciśnienie i osteoporozę (Pan pokazał nam wszystkie wyniki badań). Lekarz daje mu ok. 2, może 3 lat życia. Dostaje ok. 430 zł renty (również widziałyśmy wyciąg) i to są wszystkie pieniądze, którymi dysponuje. Co miesiąc musi uiszczać opłatę za czynsz, prąd i wykupić leki. Zostaje mu wtedy ok. 80 zł na jedzenie. Pan Andrzej powinien iść do szpitala, ale jak sam mówi, boi się o swoje koty, dlatego odciąga to w nieskończoność. To dla nich żyje i gdyby ich nie było już dawno zakończyłby to wszystko. Pan Andrzej pracował w szkolnictwie, musiał jednak przerwać pracę, bo zaczął podupadać na zdrowiu, jego rodzice zmarli, córka wyjechała za granicę i nie utrzymuje z Nim kontaktu. Pan Andrzej jest dobrym człowiekiem, nie ma problemów z żadnymi używkami, alkoholem, nie jest zbieraczem, wstydzi się warunków w jakich przyszło mu żyć. Jest mu przykro, że ludzie w autobusie odsuwają się od niego, ale nie ma nawet ciepłej wody w mieszkaniu, toalety, proszku by wyprać swoje ubrania, nie wspominając o pralce. Pan Andrzej opiekuje się 4 swoimi kotami i 3 wolno żyjącymi – najstarszy ma 18 lat i jest z nim od zawsze. Dziś wzięliśmy od niego 4 koty (w tym miesięcznego maluszka). Chcemy ogarnąć je pod względem zdrowotnym, zrobić badania krwi, zaszczepić, wykastrować, ogarnąć zęby. Części z nich będziemy szukać nowych domów. Chcemy pomagać Panu Andrzejowi w utrzymaniu tych zwierząt, bo jak sam mówi, koty było w jego życiu od zawsze i co chwilę, ktoś zwraca się do niego o pomoc, gdy na horyzoncie pojawia się jakiś bezdomniak. Oprócz pomocy dla zwierząt, chcemy zorganizować pomoc Panu Andrzejowi, aby żyło mu się lepiej. Mieszkanie Pana Andrzeja wymaga odmalowania, położenia jakiś najtańszych paneli na podłogę, wywalenia wszystkich mebli, które ledwo stoją. Kierujemy więc również do Was apel o pomoc. Pan Andrzej potrzebuje wszystkiego: farb, paneli, mebli do pokoju, kuchni i łazienki, tapczanu, pościeli, ręczników, misek, garnków, sztućców, kuchenki elektrycznej (w budynku został odcięty gaz), lodówki, firanek, jedzenia, środków czystości i higienicznych, ubrań (Pan Andrzej ma ok. 50-60 lat, ok. 176 cm wzrostu, waży ok. 80-90 kg, nosi rozmiar buta 41).

Jeśli ktoś z Was ma coś z tych rzeczy do oddania, prosimy o kontakt przez wiadomość na naszym profilu lub na adres e-mail: dtkocialapka@gmail.com. Również można z nami skontaktować się w tej sprawie pod nr tel. 505 736 044 lub 505 736 046.

Ta interwencja wstrząsnęła nami bardzo mocno, jesteśmy tym wszystkim strasznie poruszone. Nie chcemy Pana Andrzeja zostawiać samego z tym wszystkim.

Wpłaty na rzecz kotów Pana Andrzeja należy kierować:

Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kawęczyńska 16/42a, 03-772 Warszawa
BGŻ 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
Koniecznie tytułem: Kocia Łapka – koty Pana Andrzeja
Dla przelewów zagranicznych
Swift: GOPZPLPW
IBAN: PL 02 2030 0045 1110 0000 0255 7280
PayPal: dtkocialapka@gmail.com

Aukcja na rzecz kotów Pana Andrzeja:
-----------------------------------------------------------------------------------

Właściwie sama nie wiem, co tu jeszcze o tym napisać. Przeraża, że człowiek może zostać tak całkiem sam, dopóki ktoś przypadkiem się o tym nie dowie. Gdzie jest rodzina? (I teraz niech pomyślą ci, którzy liczą na dzieci, że podadzą im na starość szklankę wody…). Sąsiedzi? Opieka społeczna? Gdzie są LUDZIE? Nie ma. Są tylko koty.

Fundacji, które proszą o wsparcie, jest bardzo wiele. Część z nich niestety nadużyła społecznego zaufania i – niestety  tym samym nadszarpnęła wiarygodność innych tego typu organizacji. Ludzie zresztą pomału obojętnieją na apele o pomoc również z powodu ich nadmiaru. Gdzie człowiek się nie obróci, tam ktoś prosi o pomoc. Pamiętam, jakiego wręcz absurdu sama byłam świadkiem. Była niedziela, druga styczniowa, a więc grała WOŚP. Byłam rano w kościele, na mszy oczywiście zbierana taca. Przy wyjściu czekali już ministranci z koszyczkami na fundusz ministrancki. Za nimi czaił się już Caritas, potem wolontariusze WOŚP. A na samym końcu pan, który zbierał na operację swojego czternastoletniego syna. Przez moment naszło mnie pragnienie, by stanąć za nim…

Nie wspierajcie Fundacji. Wesprzyjcie konkretny przypadek, problem. A jeśli ktoś już was zdążył oszukać, to czemu konsekwencje ma ponieść ten, kto tego naprawdę potrzebuje? Pomyślcie o człowieku, który kocha kota. I jeśli możecie, pomóżcie tej gromadzie.