piątek, 11 kwietnia 2014

Kocio piórkuje

Uśmiałam się kiedyś, gdy u Kociej Łapki przeczytałam, że mają kota piórkoholika. Okazało się niedawno, że i mnie to spotkało – Kocio jest uzależniony od wędki z piórkami... Ale od początku.
Jak łatwo pewnie zauważyć, rozpieszczam Kocia na wszelkie możliwe sposoby. No, oczywiście staram się go wychowywać, ale nie umiem odmówić sobie częstego sprawiania mu przyjemności. Więc szafka jest – poza karmą – pełna kocich przysmaków, a pokój wypełniony zabawkami. Myślę też, że jestem dobrym i lubianym klientem sklepów zoologicznych.;) Faktem jednak jest, że dość szybko przestałam słuchać opinii sprzedawców: „Kotom się to podoba”. Zaledwie dwa razy kupiłam zabaweczki, na które Kocio nie raczył łapki podnieść. Szczerze, to mu się nie dziwię, bo mi też się nie podobały, ale że miały być dla niego, to zdałam się na radę sprzedawcy. Za to szybko wyłapałam, co go kręci, i tym typem zabaweczek staram się Kocia uszczęśliwiać.
Pierwszą jego ukochaną zabaweczką – taką już świadomie wybraną, a  nie, że jedyną – była papużka. Doczepiona do niej linka, to chyba nawet wędka nie była, nie pamiętam. Papużka bowiem szybko zyskała wolność ;), znaczy nie od Kocia. Straciła czub, straciła ogon, w zasadzie został kadłubek mało przypominający już ptaka, przez Kocia jednak ukochany. Kadłubek był noszony wszędzie, wiele razy – kąpany w misce z wodą (niekiedy widziałam, że celowo...), ale wciąż był najkochańszy na świecie. Ufefluniony nieziemsko, wreszcie gdzieś się zapodział (uf). Jeszcze parę dni temu na topie była myszka, czymś grzechocząca w środku. Kocio szybko skrócił jej ogon, a poza tym – akceptował. ;)
Kupiłam też oczywiście laserek, a co. Zabawka niesamowita, tylko szybko jednak zostałam ostrzeżona przez panią weterynarz, że zbyt intensywna zabawa może się niefajnie skończyć. Nie chodzi tylko o oślepienie światłem lasera (tu można się po prostu starać być ostrożnym). Bardziej o to, że kot tej kropki nigdy przecież nie złapie i może go to sfrustrować. Myślę, że coś w tym jest. Tylko jak to wytłumaczyć kotu, który z drugiego końca mieszkania słyszał, że biorę laserek i przylatywał, wydając niesamowity dźwięk z siebie, jakby wręcz kwik. Kocha laserek i jak nieraz nie mogę Kocia znaleźć, to „szukam” właśnie tak. O ile kot nie został gdzieś przypadkiem w szafie albo zamkniętej przed nim kuchni, to po zapaleniu laserka znajdzie się przy mnie błyskawicznie.
Osobnym tematem są pudełka. Wiadomo, tłumaczyć nie trzeba. Ostatnio jednak przestał się nimi interesować, więc zebrałam je razem, aby za jednym zamachem wyrzucić. To było ponad siły kota, jak zresztą widać na tych filmikach (jakość telefoniczna, ale lepszy rydz niż nic):






Nie żałuję też Kociowi chodzenia po wysokościach. O ile nie kończy się to zwisaniem z firanek (zaledwie dwa razy) lub wchodzeniem w miejsca dla niego niezbyt bezpieczne – np. tam, gdzie szkło – jeszcze całe..., to niech sobie chodzi.
No, raz miałam problem. Zawiesiłam sobie nad łóżkiem (no dobra, tata zawiesił) taki dywanik. Wiem, że staroświeckie to, ale mi się podobało, a i cieplej w zimie tak spać niż przy gołej ścianie. Kocio zwariował na jego punkcie. Noc zaczynała się wskakiwaniem na to i spadaniem, często planowym, najczęściej na mnie. Nie pomogło odganianie, „akyszkowanie”, wyrzucanie na noc z pokoju. Po trzech dniach dywanik zwisał smętnie na sześciu  (z piętnastu) gwoździkach. Zdjęłam go. Kocio jeszcze do dziś siada i patrzy w to miejsce – a może dywanik jednak odrósł…?
Czasem próbuje wspinać się po balkonowej siatce, częściej jednak ją obmiaukuje i fuka na nią, jaka niedobra. Teraz sezon balkonowy w pełni, więc stawiam mu tam drapaczek, ale rzadko z niego korzysta. Przynajmniej ja nie widzę. Na siatce zaś zaczepiłam elementy wędek. Kocio bowiem w pewnym momencie wykazał wobec nich wielkie zainteresowanie. Mieliśmy więc ich kilka i zabawa była przednia. Uwielbiał łapać tę myszkę dyndającą na końcu sznurka, zwłaszcza że ona coś tam gadała przy dotknięciu. Nie zawsze jednak mogłam mu tą wędką machać, więc bawił się myszką, a wędka leżała na podłodze. No i któregoś razu zauważyłam, że leży sam kijek. Tak, Kocio odgryzł sznurek. Również w drugiej wędce. Cóż, skoro tak woli... Kijki zostawiłam „na pokojach” – świetnie się sprawdzają jako pomoc przy wydłubywaniu wrzuconych pod regał czy łóżko drobiazgów, a sznurki z myszkami zaczepiłam o siatkę balkonową. I Kocio czasem sobie je trąci, gdy tak siedzi i obserwuje teren...
Uznałam więc, że Kocio jest bardzo ekonomicznym stworzonkiem, bo pisałam, że najlepszą, nieśmiertelną zabawą były nakrętki od butelek. Były. Do minionego weekendu.
Zamówiłam trochę karmy i żwirku w promocyjnych cenach, jakoś lubię mieć zapas i nie martwić się, że czegoś znienacka zabraknie. Przy okazji wzięłam „na spróbowanie” coś takiego, co odmieniło nasze życie. Wydawało mi się, że to zwykła wędka. Okazało się, że mój Kocio oszalał.
Po pierwszym machnięciu sama usłyszałam jakby szelest skrzydeł, więc na pewno kot miał jeszcze lepsze doznania. I się zaczęło. Różnie już Kocio skakał po pokoju, ale takich salt i takiej ekscytacji to naprawdę nie widziałam. Po pół godzinie miał całe czarne oczy, tak mu się źrenice rozszerzyły, a język był na wierzchu. Aż się trochę przestraszyłam. Schowałam wędkę i kazałam mu odpocząć. Kot zasnął tak, że spał kamieniem do rana (a była dwudziesta trzecia maks). I do tego po raz pierwszy – przysięgam! – nie poczuł, że położyłam się obok. (A raczej: wcisnęłam...). Był tak zgoniony, że pierwszy raz miał pod ogonem, z kim tej nocy śpi...
Rano, kiedy wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie, popatrzył na mnie wyczekująco. Wierzyć mi się nie chciało, że chodzi o wędkę, ale wzięłam do ręki... i Kocio aż kwiknął i stęknął z zachwytu. Jako że to była sobota, a jakoś wyjątkowo roboty nie miałam, to bawiliśmy się przez większość dnia. Nie pytajcie o stan wędki ani mojej ręki. Ważne, że Kocio był szczęśliwy. Niestety, noc już spędził na parapecie, a ja sama w łóżku... ;)
Kolejne dni mijają podobnie, choć wędkę dawkuję ostrożniej, bo nie mam sił i czasu, a poza tym piórka są w opłakanym stanie. A boję się myśleć, co będzie, jak wędka się „skończy”. Kupno nowej plus koszt dostawy mnie może aż tak nie przeraża, ale na litość, jakie ja mam mieć tego zapasy...? I kiedy mam żyć? ;) I żeby jeszcze w nocy wynagrodził. ;) Ech, ten mój nałogowiec kochany...
Tak więc zmieniam apel. Nie proszę już o nakrętki. Zbierajmy piórka dla Kocia (i trochę – dla mnie). Proszę. :)


Piórka! Jesteście moje!
Hm, może uda się to odgryźć? Po nic, oczywiście.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jestę zasobę

Na drugim spotkaniu warsztatów PetBonTon podobno dowiem się już absolutnie wszystkiego na temat tak ważnych kocich zasobów, niezbędnych do zapewnienia kotu idealnych warunków bytowych, jak m.in. kuweta i transporter. Naturalnie równie istotnymi są jedzenie i picie oraz miejsca zabawy, wypoczynku i schronienia – jednym słowem: terytorium, z i na którym kot robi, co chce. I oczywiście – na co mu pozwolimy, ale z tym pozwalaniem i zabranianiem bywa różnie… ;)
Za to już na trzecich zajęciach będzie – przynajmniej ja tak rozumiem ten temat – omówienie ostatniego, ale równie ważnego, jak mniemam, zasobu (last but not least) – czyli człowieka. Tak, podczas pierwszych zajęć zrozumiałam bowiem, że nie jestem dla kota właścicielem, opiekunem, ciocią, mamą czy pańcią. Oczywiście też – nie jestem dużym kotem. Jestem za to zasobem, który jest kotu potrzebny właśnie jak kuweta czy jedzenie. Zasobem istotnym, jak widać, usprawniającym proces zaspokajania innych potrzeb kota.
Od kiedy to zrozumiałam, diametralnie zmieniło się moje nastawienie – nie tylko do układów z Kociem, ale też w ogóle, z ludźmi. Z Kociem to jasne. Czasem wprawdzie staram się być kocicą alfa w naszym domowym stadzie i egzekwuję pewne zachowania, chociaż pamiętam o swoich obowiązkach i staram się je należycie wypełniać – ale znam swoje miejsce. ;) I wcale się nie obrażam – cóż znowu, wręcz przeciwnie. Kuweta w życiu człowieka (choć nazywamy ją zazwyczaj inaczej) jest równie istotna, o czym wie każdy, kto nie mógł na czas jej znaleźć albo kto bezskutecznie ją odwiedzał w chwilach problemów żołądkowych. ;) Pamiętam, jak brałam do domu Kocia, całkowicie na wariata. Pisałam o tym już we wcześniejszych postach, ale teraz zwróciłam sama uwagę na to, że gdzieś tam, intuicyjnie, zastanawiałam się, czy mogę zdecydować się na tak spontaniczne działanie. Szalę na „tak” przeważyło przypomnienie, że w domu mam żwirek i kuwetę. Karmę na pierwsze dni dostałam w pakiecie, plus jeszcze butelkę wody Żywiec. Śmiesznie to zresztą wyszło, bo pani weterynarz, przekazując mi informacje o nim, podkreśliła m.in., że on pije tylko Żywca. „Ale chodzi o wodę?”, spytałam, zanim się zastanowiłam nad absurdalnością tego pytania. Chociaż, z drugiej strony... ;) No ale tak, chodziło o wodę, Kocio bowiem miał biegunki i woda, taka zwykła, mu w tym stanie nie służyła. Teraz jednak pije wodę z kranu – zdecydowałam tak, bo skoro widziałam, że zlizuje ją w umywalkach i gdzie tylko może, to uznałam, że lepiej, aby pił jedną i taką samą. I nic mu nie jest. ;) A i tak najważniejsze, by miski były mądrze rozmieszczone i (przypominam) daleko od kuwety – na pewno nie tak:


A gdyby tak przenieść to spojrzenie – czyli uznanie się za zasób – na relacje z ludźmi? Dużym kłopotem w nich bywa czasem bowiem hierarchia. Osobiście przyznaję, że czasem targa mną uczucie zazdrości, że ktoś jest ważniejszy dla kogoś tam dla mnie ważnego. Albo przeciwnie, mam wrażenie, że relacje na jednym tylko poziomie (np. służbowym) mogą być w pełni dobre jedynie wtedy, jeśli będą funkcjonować w każdym aspekcie życia. Jeśli jednak spojrzeć na te relacje – nie na człowieka, ale na relacje – w aspekcie zasobu? Coś nam ta relacja daje, skoro ją stworzyliśmy, a jeśli nie nam osobiście, to może społeczeństwu? Grupie? Rodzinie? Ważne, by zasób był wartościowy. Nie muszę być potrzebna zawsze i wszędzie, tak samo jak nie każdy jest potrzebny mi. Z jedną koleżanką fajnie się wymienia przepisami kulinarnymi, z drugą narzeka na parszywe zarobki, z kolejną rozmawia o zwierzątkach, z inną – analizuje rzeczywistość, filtrując ją przez poglądy Junga. A inna osoba emanuje takim spokojem, że sam jej widok koi zszargane nerwy.
Nie oznacza to, że zachęcam do traktowania siebie i innych przedmiotowo. Ważne jest jednak, według mnie, by w każdym dostrzec coś, co ubogaca nasze życie i być dla kogoś takim bogactwem. Wielu moich byłych znajomych wspominam z wdzięcznością, bo dzięki nim coś poznałam, czegoś się nauczyłam – a więc zyskałam. Jeszcze cieplej myślę o tych, którzy są wokół, bo wciąż mogę czerpać z ich mądrości, rad, wskazówek – w miarę chęci i możliwości – jednocześnie starając się dać tym, którzy potrzebują ode mnie, równie wiele. Najfajniejsze w tym jest, że te zasoby są niewyczerpane i wciąż odnawialne (o ile stoją za tym czyste intencje, a nie na przykład wampiryzm energetyczny. Przed czymś takim trzeba się bezwzględnie chronić). Tak więc bądźmy dla siebie zasobami! :)

środa, 9 kwietnia 2014

Pecunia non olet

Była niedziela, nie miałam planów, za to dużo czasu dla siebie, więc z chęcią przyjęłam zaproszenie siostry na obiad. Zawsze to przyjemnie się spotkać, na spokojnie, a poza tym ona pysznie gotuje (chyba mamy to rodzinnie :D), więc dwie pieczenie przy jednym ogniu. Wprawdzie rano ciężko mi się wstawało (ach, ten demotywujący do wstania wtulony Kocio!) i jakoś tak na początku mi się nie chciało nigdzie wychodzić, tym bardziej że jednak trzeba było uzbroić się w cierpliwość na drogę. Komunikacja publiczna w Warszawie jest owszem, niezła, ale jednak odległości czasowe między kolejnymi przejazdami są większe niż na co dzień. Samochodem mamy z siostrą do siebie kwadrans, autobusem czystej jazdy jest pięćdziesiąt minut, a jeszcze trzeba na przystanek dotrzeć, autobus przyjeżdża zgodnie z rozkładem albo i nie, a pod sam koniec trasy trzeba się przesiąść – a następny autobus nie zawsze zgrywa się w czasie z tym poprzednim. Niekiedy lepiej przejść piechotą jeden przystanek, co też trochę czasu zajmuje… Nie ukrywam, że nie zawsze się chce. Siostra jednak obiecała mnie odwieźć, a potem zresztą już się rozruszałam i skupiłam na pozytywnych aspektach wizyty. Zresztą, pogoda niezła, ja – młoda, bez bagażu, jedynie z torebeczką, nie ma co narzekać.
I tak stałam na przystanku, czekając na autobus. Wyszłam oczywiście za wcześnie, bo jakoś nie ufam tej linii w kwestii punktualnego przybycia. Trasa jest długa, więc rozumiem, niemniej wolę być chwilę wcześniej. Stoję więc sobie i przyglądam się ludziom, którzy powoli schodzą się na przystanek. Nie było ich wielu. Ot, jakaś pani i małżeństwo z dwójką dzieci. Oni właśnie stopniowo przykuwali moją uwagę. Państwo byli młodzi, tak między trzydzieści a czterdzieści, dzieci – trzy i pięć lat na oko. Pan w garniturze, pani też elegancko odszykowana; pewnie jechali na jakiś uroczysty obiad, bo godzina była taka raczej jeszcze przedimprezowa. A że niedziela i że z dziećmi, to obstawiałam zaledwie obiad. ;) Najpierw zachwycałam się pięknymi, czerwonymi pantoflami pani, na całkiem sporym obcasie. Potem moja uwaga przeniosła się na dzieci, a to ze względu na ich typową dla wieku żywiołowość. A to właziły na ławeczkę, a to próbowały ugryźć szybę, a to się przewróciły, a to pić się chciało… Pani chodziła wte i wewte, żeby podnieść, obetrzeć, zdjąć z ławki, wytłumaczyć, że tego się nie je… Coraz uważniej się przyglądałam i coraz bardziej jej współczułam, że musi to wszystko ogarniać i jednocześnie wciąż „wyglądać”. Tymczasem pan stał nieopodal, co jakiś czas popalając e-papierosa i patrząc, czy autobus nie jedzie. Nie, nie ignorował rodziny. Kiedy dzieci podbiegały za blisko ulicy, to je odciągał, spacerował z nimi – innymi słowy, nie uchylał się od obowiązków. Ale kiedy coś trzeba było przy tych dzieciach zrobić, ona już była na posterunku. Wreszcie autobus przyjechał i wszyscy wsiedliśmy. Jechałam dużo dłużej niż oni, bo rodzinka wysiadła może na piątym, szóstym przystanku? W każdym razie nie był to długi kawałek. Patrzyłam z ciekawości, całkiem bezinteresownej. ;)
Nie znam tych ludzi, być może nigdy ich nie zobaczę. Ale patrząc na nich, pomyślałam sobie, że jednak kobieta nie ma łatwo w życiu. Szkoda mi było tej pani. Jasne, może ona była zadowolona. Może on zostawił wszystko na jej głowie, bo ona tak chciała. Może nawet nie byli małżeństwem, może tylko znajomymi, którzy akurat jechali na tę samą uroczystość. Ale wyobraźmy sobie, że to jednak było małżeństwo z dwójką dzieci, które razem jechało na jakąś imprezkę. Nie wyglądali na bardzo biednych, przeciwnie – dobrze ubrani, zadbani, podobnie dzieci. I teraz docierają na imprezę, która była stosunkowo niedaleko, jak sądzę, ale pani jest najprawdopodobniej już zmęczona. Zanim ten autobus przyjechał, trzeba było te dzieci na przystanek dostarczyć (jedno w spacerówce), potem – upilnować i ogarnąć. Uczciwie zastanowiłam się, w czym mógłby pomóc tatuś. Może faktycznie ona szybciej wytrze te buzie i ręce, może on by niepotrzebnie się plątał. Ale jak patrzyłam na tę elegancką kobietę, która musiała wszystko zrobić i jeszcze wyglądać, a może ją przy tym bolała głowa albo brzuch, to myślę, że facet mógł chociaż taksówkę zamówić. Biorąc pod uwagę odległość, koszt pewnie nie byłby zbyt wysoki, a ileż by tej kobiecie lżej było…
Jasne, wiem, że ona mogła się na to zgodzić, a on nie miał nic do gadania. Nie chodzi mi jednak o tę konkretną sytuację, ale o to, że jednak, mimo całej ekologicznej nagonki, namawiania do jazdy rowerem, korzystania z komunikacji zbiorowej itede, są sytuacje, gdy samochód to podstawa. Równie istotna i równie oczywista, jak trzy posiłki dziennie. Nie fanaberia. Niech kobieta będzie kobietą domową, nawet na uroczystości, ale niech dotrze na nią niezmęczona. Nie po to się szykuje, nie po to stara wyglądać, nie po to wreszcie idzie do ludzi, żeby na dzień dobry epatować zmęczeniem. Dodajmy, w przeciwieństwie do pana męża, który dał jej nazwisko i status kobiety zamężnej oraz dodatkowo – dzieci. I nic więcej nie musi.

Tak, przerysowuję. Nie, nie uważam, że kasa to wszystko. Na argument o oszczędzaniu odpowiem tak. Nie uważam się za dusigrosza, ale do rozrzutności też mi daleko. Mam wypracowaną w sobie gospodarność i umiejętność liczenia pieniędzy. Wiele razy odmawiałam sobie czegoś, bo uważałam to za fanaberię, na którą akurat mnie nie stać. Co innego dla kogoś; o, wtedy miewam gest, czasem większy od możliwości, czasem wykorzystywany przez innych. Ale też ostatnio zaczęłam sobie sprawiać coraz więcej drobnych przyjemności, również za pieniądze... bo po to one są. Wydaje mi się, że poza tym warto czasem pomyśleć nad ułatwieniem sobie życia. Gdybym była na miejscu tej pani, to przypuszczam, że po takim wyjściu z domu, gdy musiałabym zrobić wszystko, a on by tylko się prezentował, to wieczorem bardzo mocno bolałaby mnie głowa. Natomiast zawieziona taksówką – czułabym się z pewnością dużo lepiej. ;) Więc widać chyba, że czasem jakiś wydatek może być niewspółmierny do korzyści. Owszem, bilet autobusowy jest pozornie tańszy (chociaż przy takiej rodzinie… i prorodzinnej ekonomii….), ale energia, cierpliwość, zdrowie, humor, nastrój, samopoczucie – jak w reklamie: bezcenne. Tak jak np. samo robienie imprezy – w domu to nie tylko koszty potraw, ale robocizna plus próba połączenia przez kobietę już podczas przyjęcia trzech ról: kucharki, kelnerki i gospodyni. Dziękuję, postoję. Wolę zaprosić do lokalu i zapłacić po prostu pieniędzmi (jeśli ich nie ma, to i nie ma za co imprezy zrobić), za to później nie mieć stosu naczyń do mycia. Czasem warto ułatwić sobie życie. Naturalnie, nie zawsze nas stać. Ale kiedy tylko jest taka możliwość, to czemu nie? A już szczególnie mogliby o tym myśleć kochający i odpowiedzialni za nas panowie .:)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Ponadczasowa lektura

Na długo w moją świadomość zapadła książka Mary Shelley Frankenstein. Mało osób wie lub pamięta, że nie jest to pełny tytuł; w całości brzmi bowiem Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. Przeczytałam tę książkę w wakacje po obronie dyplomu. Od jesieni miałam zacząć studia doktoranckie i jednocześnie zajęcia ze studentami. Miałam możliwość przygotować program autorski, a ponieważ jeszcze nie otrząsnęłam się z fascynacji gotycyzującymi powieściami młodego Zygmunta Krasińskiego (o których, swoją drogą, też niewiele osób wie), to postanowiłam przyjrzeć się bliżej właśnie Frankensteinowi.
Pamiętam, że na lekturę wybrałam pewien letni, słoneczny dzień. Nie tylko dlatego, że nie pracowałam i miałam w ciągu dnia dużo czasu. Przyznam się: trochę się bałam, bo – myślę że jak większości – Frankenstein kojarzył mi się z nakręconymi na jego podstawie horrorami (których zresztą nie widziałam, ale świadomie: po prostu się bałam). Książki obawiałam się nawet ciut bardziej, bo czym innym jest bać się monstrum na ekranie, a czym innym – własnych projekcji. Te drugie są dużo gorsze i znacznie trudniej je wyrzucić z głowy. Mimo to wzięłam się do lektury, bo po pierwsze, podejrzewałam, że moje lęki mogą być nieco na wyrost, po drugie, uznałam, że warto znać tę książkę (jak na szanującą się panią magister filologii polskiej przystało), a po trzecie wreszcie postanowiłam, że jeśli uznam lekturę za zbyt dla mnie straszną, to po prostu nie dokończę czytania, a nikt nie musi o tym wiedzieć.
Więc pewnego letniego i słonecznego dnia usiadłam na trawie (byłam na wywczasach wiejskich), otworzyłam książkę… i przepadłam. (Prawie tak, jak niedługo później przy Wywiadzie z wampirem – ale to innym razem). Książka mnie zaczarowała. Do tego stopnia, że później obłożyłam się ekranizacjami, artykułami, i oczywiście zamęczałam tym tematem na zajęciach swoich studentów.
Książka wydała mi się niezwykła przede wszystkim z takiego powodu, że choć napisana na początku dziewiętnastego wieku, i to jeszcze w wyniku konkursu na opowiadanie o duchach, jest moim zdaniem niezwykle wręcz aktualna. Bohaterem jest bowiem człowiek, który szuka remedium na śmierć. I szuka go nie w magii, czarach, religii – lecz w nauce. Człowiek może osiągnąć wiele, ale wobec śmierci jest bezradny. Mimo upływu lat, mimo odkryć geograficznych, rozwoju kultury, sztuki i nauki – mimo osiągnięć własnych i społecznych nieodmiennie każdego z nas czeka danse macabre. I Wiktor Frankenstein, tytułowy bohater książki Mary Shelley, postanawia wreszcie położyć temu kres.
Na marginesie: warto pamiętać (przypomnieć sobie lub dopiero się dowiedzieć), że to właśnie naukowiec, nie jego „dzieło” nazywa się Frankensteinem. To film doprowadził do przesunięcia nazwy z twórcy na stwora. Ja osobiście starałam się zawsze unikać określenia „potwór”, gdyż według mnie jest zbyt nacechowane pejoratywnie. Aby więc nie mylić nazw i pomóc zapamiętać studentom, że to naukowiec był Frankensteinem, a nie wytwór jego nielegalnej działalności, stwora określiłam cieplejszym mianem, według mnie równie poprawnym – mianowicie: Junior. Niektórym ze studentów może trudno było to zaakceptować, ale większości się chyba podobało.
Swoją drogą, nie chodzi o to, że Junior był fajny i dobry, i dlatego nie chciałam go nazywać potworem. Nie, chociaż film zrobił z niego koszmarną istotę – tak fizycznie, jak psychicznie. Ja natomiast starałam się nie mówić o nim źle, gdyż uważałam, że jest to jedna z ciekawszych postaci romantycznych. Na pewno Junior miał typową ich cechę: nosił w sobie niewyobrażalną samotność, wynikającą z odrzucenia go przez jego stwórcę, świat, a także z powodu, iż świadom był własnej odmienności. Ten powód osamotnienia nie zmienia się przez wieki. I nawet nie trzeba być do tego pozszywanym z ludzkich szczątków monstrum…
Kolejną ważną – może nawet ważniejszą, a na pewno trudniejszą do oceny moralnej – kwestią poruszoną w książce jest sprawa wkroczenia człowieka w kompetencje boskie. Wiktor Frankenstein tworzy bowiem Juniora nie po to, by mieć potomstwo. W tym celu mógł wykorzystać dużo łatwiejszy i – jak twierdzą niektórzy: przyjemniejszy sposób, a partnerkę na pewno by znalazł. Nie, nie chodziło o przedłużenie gatunku. Chodziło o zapanowanie nad śmiercią. Czyli nie stworzenie nowego człowieka, a podtrzymanie, przedłużenie życia człowieka już żyjącego. Według mnie wiąże się z tym mimo wszystko kolejny problem – odpowiedzialności za powołane do życia istnienie (a więc świadome rodzicielstwo), ale jednak wymieniony w podtytule „współczesny Prometeusz” – tytan zbuntowany przeciw bogom Olimpu – sugeruje, że to jest istota książki. I jak by nie patrzeć, to chyba do dzisiaj jest to rzecz wciąż bardzo kontrowersyjna.
Nauka rozwija się w niesamowitym tempie. Z pewnością o wielu odkryciach, ba! o prowadzonych badaniach nie wiemy. Wiadomo jednak, że wciąż trwają prace nad klonowaniem, a niedawno zatrzymała moją uwagę podana w jednych z newsów telewizyjnych informacja o… czaszce wydrukowanej na drukarce 3D. Wszczepionej żywej pacjentce. Szczerze mówiąc, na początku nie uwierzyłam. Z drugiej jednak strony, w porównaniu z przeszczepami organów, jakie wciąż są wykonywane, taki „wydruk” jest pewnie czymś błahym. Mimo to ogarnia mnie czasem przerażenie. Czy człowiek nie popełnia błędu, czy nie posuwa się za daleko w swoich badaniach? Czy nie powinna istnieć jakaś granica, której naukowcy nie powinni przekraczać? Tak, wiem, że celem jest poprawa życia ludzkiego, podniesienie jego jakości, przedłużenie procesu starzenia. Może nie uda się zapanować nad śmiercią, ale chociaż odsunąć jej moment? Na pewno nikt nie powie, że ta idea jest zła. Pytanie, czy przyniesie to dobre skutki. Pytanie, czy nie obróci się przeciwko nam. Pytanie, czy nie stworzymy jak Wiktor czegoś, nad czym nie będziemy w stanie zapanować.
Nie odpowiem, bo nie znam odpowiedzi. Po prostu się zastanawiam. I nie wiem, czy żałuję, że pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Amerykańska norma (Akcji „Jajo” ciąg dalszy)

Wśród piszących do „romantycznej” znalazł się mężczyzna, przedstawiający się jako profesor, Polak z pochodzenia, obecnie mieszkający w Stanach. Zapytał, czy chciałaby się spotkać. No i niech napisze o sobie coś więcej. I zdjęcie niech wyśle. Przeczytała, pomyślała… i wróciła do pracy. Po pół godzinie namysłu uznała, że jednak Profesorowi należy się odpowiedź. Niech nie myśli, że taki ważny! Bo mail, choć formalnie poprawny, był jakiś taki… ważniacki w tonie. Odpisała, że nie wyśle zdjęcia, bo nie ma na to ochoty, że niech sprecyzuje „coś o sobie”, które ma mu napisać, a on sam niech rozwinie trochę opis siebie. Profesor, ale czego? I gdzie aktualnie przebywa? Bo ten spacer to w Polsce, jak mniema? Odpowiedź przyszła szybko, Profesor zgodził się na to, że zdjęcia nie otrzyma, ale wysyła swoje. Poza tym interesuje go, czy jest wysportowana i czy ma jakieś nałogi, bo nie lubi grubasów i nałogowców. Jedno i drugie świadczy o słabej woli, a on takich ludzi nie lubi. Nie zadaje się też z głupcami, bo po co? Jasne, pomyślała, i nie odpisała. Ale jego zdjęcie… no niby jak zdjęcie. Nie prosiła o nie, ale niestety – coś ją zatrzymało. Może ten uśmiech i widoczne piękne, zdrowe zęby? A może zgadzający się z bezczelnym tonem maila wyraz twarzy? Trochę ją podkusiło, żeby sprawdzić w realu, czy ten tupet ma jakieś oparcie. Więc napisała, że owszem, spotka się z nim, ale jest to możliwe tylko dzisiaj, w godzinach późnopopołudniowych. I wciąż nie wyśle mu swojego zdjęcia. Okej, odpisał. Umówili się na osiemnastą, ustalili znak rozpoznawczy, wymienili się numerami telefonów.
Gąska wciąż starała się być twardą Gęsią. Na spotkanie więc owszem, wyszykowała się starannie, ale równie dokładnie tłumiła ewentualne emocje i nadzieje. Bo, nie oszukujmy się, zawsze jakieś są… Dopilnowała, by nie być za wcześnie. Kiedy jednak za minutę do godziny zero podchodziła do umówionego miejsca, dostała od niego sms-a, że on będzie ok. dziesięć minut później… No cóż, pomyślała Gąska, następnym razem… Nie, nie z nim, ale jakimkolwiek następnym razem wyjdę z domu jeszcze później… Tymczasem starała się przybrać niedbały wyraz twarzy i nie zdradzać targających wnętrzem emocji. Na szczęście długo nie czekała. Profesor Tom dotarł na miejsce, obejrzał ją od góry do dołu i z powrotem, po czym najwyraźniej uznał, że może być, bo zaproponował spacer.
Gąska nieźle się umęczyła. Nie tyle chodzeniem, co ciężkim egzaminem, jaki musiała zdać. Czuła, że nie tylko każde jej słowo jest oceniane, ale i mrugnięcie powieką, odrzucenie włosów i sposób, w jaki łyka ślinę. Także reakcje na jego słowa były pilnie śledzone. Może by tego nie zauważyła, gdyby nie jej wcześniejsze doświadczenia… Niestety, wciąż nie umiała jednego: powiedzieć, że jej się to nie podoba, i pójść. Męczyła się więc w imię kulturalnego (jej zdaniem) zachowania, mającego na celu niesprawienie mu przykrości informacją, że zachowuje się jak palant. Co z tego, że z tytułem naukowym… Starała się wytrzymać jakieś minimum czasowe, żeby kulturalnie zrobić w tył zwrot. Niestety, kultura czasem bywa przeciwko tym, którzy uznają jej zasady. Tom bowiem świetnie to wykorzystał, jak również jej subtelność i delikatność, a każde jej zawahanie czy zaskoczenie jego niekoniecznie miłą bezpośredniością rozgrywał na swoją korzyść. Jestem taki światowy, nowoczesny, amerykański, a ty za to prowincjalną gąską – zdawał się mówić. Nie ukrywał, że jest żonaty, ale żona „została w Stanach, zresztą jesteśmy w separacji”, nie ukrywał, że sprawdza, jak daleko może się posunąć.
Wreszcie Gąska otrząsnęła się z tego dziwnego wpływu, jaki na nią wywierał i który nie pozwalał jej odwrócić się na pięcie i odejść. Wciąż nie wiedziała, co jest „nie tak”, wiedziała tylko, że nie chce gościa więcej widzieć. Tymczasem zaczęła się żegnać. O nie, nie tak łatwo. Udając dżentelmena, odprowadził ją na przystanek, nareszcie zaczął ją komplementować, podkreślając, że zaskoczyła go pozytywnie urodą i inteligencją… Kiedy Gąska z ulgą oznajmiła, że właśnie jedzie jej autobus, złapał ją w objęcia i chciał pocałować. Wyrwała mu się z siłą, która zaskoczyła ją samą, a całą drogę w autobusie nieledwie pluła, choć przecież nic się nie stało. Po powrocie czekał na nią już mail. Profesor napisał, że w sumie jest niezłą laską i chętnie zjadłby z nią kolację. Przymrużone oczko na końcu dookreślało cel zaproszenia… Gąskę zemdliło. Dopiero rano, przed wyjściem do pracy, odpisała: „Dziękuję za zaproszenie, ale kolacja z profesorem to dla mnie zbyt wielki zaszczyt”. Myślała, że epizod skończony. A to była dopiero część pierwsza…

Jakiś czas potem, gdy Gąska już właściwie zapomniała o całej akcji „Jajo”, nadszedł sylwester. Normalna kolej rzeczy, czas upływa. Życie Gąski wyglądało jednak zupełnie inaczej. Straciła pracę, nie miała zleceń, nie miała pomysłu na cokolwiek. Dni upływały jej na… po prostu upływały. W sylwestra nastąpił ostateczny kryzys. Nawet nie chodziło o to, że nigdzie nie szła. Bardziej o świadomość, że pojutrze też nigdzie nie pójdzie, a kolejne rachunki zapłacą się nie wiadomo jak. Całe dni będą upływać na beznadziejnym oczekiwaniu jakiejkolwiek poprawy losu… Gąska była trzeźwa, ale stopniowo nakręciła się tak, że już nie musiała pić, by czuć się coraz gorzej i coraz mniej kontrolować swoje emocje. W tym stanie ducha wpadła na „fantastyczny” pomysł, by wysłać życzenia noworoczne do znajomych. Tak na zasadzie: zrobię coś normalnego i typowego, na przekór własnym dołom. I napisała jakąś formułkę, wcisnęła „roześlij” i poszła w końcu spać. Rano okazało się, że życzenia dostał również amerykański Tom. I bardzo się z tych życzeń ucieszył… Zaczęli pisać, tym razem po koleżeńsku. Gąska miała jakiś czasowy wypełniacz, on widać też coś z tego miał, bo w bezinteresowność nie wierzyła, ale nie wnikała. Chce, niech pisze. I pisał, pisał, aż wreszcie przyjechał do Polski. Zadzwonił do Gąski i spytał, czy może wpaść, niech tylko poda mu adres. Ale po co, spytała nad wyraz inteligentnie. – No jak to po co, odpowiedział. Przecież nie po to piszemy ze sobą od miesiąca, żebyśmy teraz nie mieli pójść do łóżka, w Ameryce to norma. – Ale ja nie chcę, odpowiedziała, mnie to nie interesuje. – Dziwna jesteś, czego się boisz? Że w ciążę zajdziesz? – Nie no, jeśli już, to tego że alimentów nie będziesz płacił, zripostowała odruchowo, ale ja myślałam, że jak przyjedziesz to na jakiś spacer pójdziemy, na kawę… – Szkoda czasu, odpowiedział i się rozłączył.

Gąska odłożyła telefon i pomyślała, że ma dosyć. Może pozwoliła na takie traktowanie, może trzeba była od początku machnąć ręką, może w ogóle niepotrzebna była cała akcja „Jajo”. Tak czy owak, nie cofnie czasu. Straciła wiarę w to, że spotka kogoś, kto będzie dla niej. Od tamtej pory skoncentrowała się na odkładaniu kasy. Postanowiła być sama, a kiedyś tam, gdy już będzie dużo, dużo starsza, wykorzystać zebrane pieniądze na zafundowanie sobie żigolaka.

piątek, 4 kwietnia 2014

Kocie warsztaty PetBonTon

Zrozumieć kota – wydawało mi się to niemożliwe. Zwłaszcza że wciąż uważam, że w postaci Kocia trafił mi się egzemplarz wyjątkowy. Tym bardziej chciałam wiedzieć – może nie jak nad nim zapanować, ale przynajmniej – jak z nim żyć na wspólnej przestrzeni. Taka była, w skrócie, moja droga na warsztaty organizowane przez PetBonTon. Zwierzak dobrze wychowany. Powiedziała mi o nich sympatyczna kociara Beata M. ;) Również fb uprzejmie mi podpowiedział, a to dzięki temu, że jak wiadomo, jestem wielką miłośniczką Kociej Łapki. Zajrzałam więc, żeby sprawdzić, cóż to za warsztat i w czym mi może pomóc. Nie ukrywam, że początkowo byłam dość sceptyczna, bo w zasadzie, znając wartość „ludzkich” poradników na temat zmian swojej psychiki itede, tym bardziej trudno było mi uwierzyć, że z kotem można „coś zrobić”. Zresztą, tak naprawdę uważam Kocia za egzemplarz doskonały – raczej ja nie ogarniam „tej kuwety” (sic!), jaką jest zrozumienie kota. Z drugiej strony, już parę osób dało mi do zrozumienia, że ciut z tym zaangażowaniem w kota przesadzam. Inna rzecz, że taka moja uroda: jak coś zaczynam robić, to staram się to poznać na maksa. W tym przypadku – koci świat. Stąd to przywiązanie do ludzi z kocich fundacji, stąd poszukiwania innych kociarzy, stąd analizowanie Kociowych zachowań. Warsztaty zatem stały się kolejnym, naturalnym etapem…
Warsztaty, a właściwie ich pierwsza z planowanych sześciu części, odbyły się 30 marca. To był mój drugi w tygodniu dzień przeznaczony na „kocie sprawy”, i znów trzeba było wstać o barbarzyńskiej porze, jaką dla nieetatowej osoby jest siódma rano (czy coś koło tego). Było warto, naprawdę, zresztą tak naprawdę szybko przestałam być zaspana, bo atmosfera warsztatów na to nie pozwoliła.
Prowadziły je dwie miłe panie: Julia Galia, zoopsycholog, i Agnieszka Grochecka-Kaczor, weterynarz i zoopsycholog. Tematyka, jak na jednodniowe, kilkugodzinne spotkanie, była bogata i bardzo urozmaicona – w związku z czym warsztaty przedłużyły się o dobrą godzinę.;) Ogólnie można wydzielić dwie grupy problemów, jakie zostały poruszone: kwestie związane z dobrostanem psychicznym wprowadzanego do domu kota i opieka weterynaryjna nad takim „nabytkiem”. Jeśli chodzi o tę drugą grupę tematów, to muszę powiedzieć, że chociaż na pewno są to przydatne wiadomości, to moim zdaniem było ich ciut przydużo i za szczegółowo. Dla mnie istotne jest podkreślenie konieczności profilaktyki i rodzaju zagrożeń oraz sposobu udzielania doraźnej pomocy. Resztą powinien przecież zająć się fachowiec. ;) Niemniej rozumiem, że dla innych obecnych osób mogły to być istotne tematy, jako że w grupie słuchaczy były osoby na co dzień pomagające w kocich fundacjach, prowadzących domy tymczasowe, a może i pracujących w schroniskach. Zastanawiałam się nawet przez moment, czy możliwe, by te osoby mogły się jeszcze czegoś nowego dowiedzieć? ;)
Nie znam naturalnie odpowiedzi na to pytanie. Gorąco jednak popieram zdobywanie i poszerzanie wiedzy, więc nie dziwię się obecności tych osób. Tym bardziej że w końcu ja też mam już kota – wprawdzie jednego, ale trudnego – a też w końcu przyszłam. I wyszłam z uczuciem, że nie zmarnowałam czasu.
Już tak konkretniej. Nie zdradzę oczywiście całego przebiegu warsztatów, ale powiem o kilku przykładowych sprawach, dzięki którym mam nadzieję jeszcze lepiej egzystować z Kociem. Przede wszystkim wyszłam z bardzo pozytywnym uczuciem, że żyje nam się dobrze. Szanujemy swój indywidualizm, choć nieraz trudno mi się z Kociowym pogodzić. Jednocześnie wyznaczam Kociowi granice, których musi przestrzegać i które staram się egzekwować, choć z różnym skutkiem. Dumna jestem z siebie, że tak inteligentnie wyposażyłam Kocia w podstawy jego egzystencji, czyli kuwetę i miski z żarełkiem, a przy tym rozmieściłam je nad wyraz prawidłowo. No, może poza miską z wodą, która początkowo stała obok pokarmu, ale po pierwsze – i tak pił, po drugie – mamy już trzy poidła, w różnych miejscach, i NIE obok jedzenia. :)
Podobały mi się też przykłady ekozabawek, na dodatek własnej roboty. Też mam swój patent, o czym niektórzy już wiedzą. Kocio mianowicie uwielbia bawić się nakrętkami od butelek. Rzucam mu je, a on: łapie je; łapie i przynosi mi z powrotem (!); podskakuje, próbując je złapać w powietrzu (nieraz robi przy tym wręcz salta) albo celuje, by odbić je łapkami. Czyż nie frajda? Mam zawsze ładny zapasik tych nakrętek, który jednak sukcesywnie się zmniejsza, bo nie wszystkie udaje się później wydłubać spod szafek czy łóżka. Stąd apel do znajomych: zbierajmy nakrętki dla Kocia! ;)

Program warsztatów był super, czułam, że moja dotychczasowa wiedza została uporządkowana, zweryfikowana i poszerzona. Z pewnością pójdę na następne, bo kolejne tematy zapowiadają się jeszcze fajniej, a o ile przed pierwszymi mogłam obawiać się straty czasu i pieniędzy, o tyle teraz ta kwestia nie istnieje. A ile się dowiedziałam o sobie! W końcu relacja z kotem to też relacja. ;) O tym jednak już przy innej okazji.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Siatka niezgody

Przeczytałam wczoraj na piekielni.pl taką historyjkę. W skrócie dla tych, którym się nie chce czytać, chodzi o to, że ktoś chciał zaadoptować kotka z fundacji, ale ich wymagania okazały się nie do przejścia. Najtrudniejszy oczywiście jest wymóg osiatkowania balkonu i/lub okien. Zajrzałam do komentarzy, a było ich sporo, i ku swojemu zdziwieniu ujrzałam, że minusowani są ludzie, którzy popierają te fundacyjne zalecenia. Większość za to podzielała oburzenie autora historii. Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Powtarzały się argumenty: „Kot jest mądry i nie wyskoczy”, „Kiedyś nikt nie siatkował balkonów i jakoś było”, a już oszołomił mnie taki (zacytuję fragment): „(…) jak zwierzę które w pogoni za ofiarą rzuca się w przepaść mogło przeżyć w środowisku naturalnym i nie wyginęło zanim ludzie je udomowili? Jakim cudem nie wyginęły przez te 10.000 lat od chwili udomowienia do dnia wynalezienia cudownych siatek zabezpieczających, przecież wysokie budowle mieszkalne to nie jest jakiś nowy wynalazek”.
Gratuluję myślenia. Wkleiłam to dość oburzona na swoją fejsową stronę, żeby inni kociarze też mogli się pooburzać. ;) Nie wypowiadałam się na piekielnych, bo z góry wiedziałam, że nikogo nie przekonam (nieliczne głosy podobne do mojego ginęły w zalewie oburzenia: jak fundacja śmie wymagać?), ale zdziwiło mnie, że pod moim fejsowym postem pojawił się komentarz, również niezbyt przychylny siatkowaniu. Więc zaczęłam myśleć. :P (Lepiej późno niż wcale :P). Głównie o tym, czy to ja się dałam zmanipulować lobby siatkujących balkon, czy też jest w tym sens? ;)
Fakt, ja swoje okna i balkon osiatkowałam dość szybko, choć nikt mi nie kazał. Kocio przybył do mnie bardzo spontanicznie, miałam dla niego kuwetę i żwirek, a i to przypadkiem w sumie, nie bardzo nawet wiedziałam, ile razy dziennie i co powinien jeść. Jednak w dzisiejszych czasach dostęp do informacji jest przebogaty, a i zadawać pytania umiem, więc szybko uzupełniłam braki. Tak, zdaniem niektórych może wręcz przesadzam w dogadzaniu Kociowi, ale cóż – taki fart jedynaka. :P A bardziej serio, to ja ogólnie jestem panikara i momentami nadgorliwa w troszczeniu się o innych. Poza tym bardzo cenię prewencję. I jeśli komuś np. wydatek na odrobaczanie kota wydaje się zbędny, a skoro ja to robię, to widać mam za dużo kasy – to jego problem. Szkoda tylko kota. Większość kocich opiekunów szybciej jednak zadba o profilaktykę niż właśnie o te nieszczęsne siatki. W „piekielnej” historii podkreślany był jej kosmiczny wręcz koszt. Cóż, pozwolę sobie z tym się nie zgodzić. Zarabiam zrywami, zleceniami, czasem muszę się kredytować u rodziny, ale naprawdę, wolałam siatki założyć i móc spokojnie Kocia puszczać na balkon, bez obaw, że mi ucieknie. Mieszkam na parterze, może nie skończyłoby się od razu źle, w najlepszym wypadku dostałabym telefon skądś tam, że kot jest do odebrania (tak, Kocio jest zaczipowany, nie, nie płaciłam za to – skorzystałam z sezonowych akcji, jakie na wiosnę i jesienią są w gabinetach weterynaryjnych, przynajmniej na pewno w dużych miastach – bo właśnie miasto je finansuje). W najgorszym – zagryzłby go pies, zabił jakiś zwyrodnialec, o jakich słyszy się ostatnio niestety za dużo, wpadłby pod samochód czy złapał jakiegoś pasożyta. Po co mi to? Kot – mam nadzieję – pożyje czas jakiś, jeśli już tak liczymy. Ja siatkowałam rękami fachowców, zresztą piszę o nich co jakiś czas, bo naprawdę robią fajne i stosunkowo niedrogie zabezpieczenia. Ale jeśli kogoś taki wydatek przerasta, to przecież może sam sobie te siatki założyć. Nawet słabsze, delikatniejsze – moskitiery czy co tam jest. Byle kota zniechęcić do wyglądania za balustradę i by w chwili strachu nie szukał tam ucieczki.
Argument, że kiedyś tego nie było i jakoś było… Pewnie, kiedyś wiele rzeczy było innych. Miałam świnkę morską jakieś piętnaście lat temu. Żyła około sześciu lat, nie pamiętam dokładnie. Była sobie, nikomu nie wadziła, ale trudno mi powiedzieć o niej coś więcej. Dożyła swoich lat i pobiegła za TM. Moja wychuchana Agrafcia żyła lat trzy. Nagle poznałam świńską anatomię, odwiedzałam stomatologa zwierzęcego, siedziałam na świńskich forach – a i tak jej nie pomogłam. Natomiast kiedy opowiadałam o jej chorobach i wizytach u weta, niektórzy byli bardzo zdziwieni. Też kiedyś mieli świnki i one nie miały problemów z zębami. Sama o to zapytałam panią weterynarz. Dowiedziałam się, że właśnie ostatnie lata przynoszą takie słabe mioty. Wynika to z nieprawidłowych krzyżówek, pseudohodowli… Osłabił się materiał genetyczny i zwierzątka po prostu sobie nie radziły. Wiadomo, czym skutkuje chów wsobny. I tak jest z kotami. Może mniej na nie chuchano, ale może mleko, które piły, było mlekiem, a trawa rosnąca przed blokiem była trawą, a nie syfem, zanieczyszczonym nie tylko psimi niespodziankami, ale i spalinami? A i robaczki, które są pożerane czasem przez kotki, były zdrowsze? ;)
Siatka niesie ze sobą jeszcze inne korzyści. Dla mnie prawie równie ważny, jak bezpieczeństwo Kocia: nie mam na balkonie ptactwa, które albo wpadało towarzysko, albo by wydać w spokoju swoje ostatnie tchnienie... (tak, miałam takie przypadki). Poza tym na siatce zaczepiam brzękadełka dla kota i w zasadzie nie muszę mu dokupywać innych wypasionych rozrywek, bo przy byle powiewie coś się dzieje, więc Kocio ma rozrywkę. No ale to dodatkowe bonusy, niemniej też ważne.
Poza tym, odnośnie do wymagań fundacji wszelakich. Nie wiem, nie znam się może aż tak dobrze. Może mają za duże wymagania, za dużo kontrolują, sprawdzają czyjeś życie. (Bo naturalnie ludzie tam pracujący nie mają nic innego do roboty albo mają taki niezdrowy fetysz, żeby nieustannie siedzieć w czyimś życiu...). W komentarzach na piekielnych były też uwagi, że może jeszcze np. karmy lepszej będą wymagać? :P Jasne, cenimy swoją prywatność, nie chcemy być kontrolowani, chcemy też sami decydować o tym, co dobre dla nas i naszego pupila. Ale ci, którzy zajmują się kotami w domach tymczasowych, schroniskach, chcą mieć pewność, że temu kotu nie stanie się krzywda. Że nie będzie wyrzucony na ulicę, bo przestanie pasować do nowych zasłon albo będzie je drapał bądź miauczał za głośno. I chyba w niezrozumieniu tego faktu tkwi problem, a nie w samej siatce.
Nie jestem z fundacji. Głęboko jednak wierzę, że jeśli ktoś naprawdę chce zaopiekować się kotem, to jakieś wyjście znajdzie. A fundacje nie są po to, by to utrudniać. Naprawdę w to wierzę. :)






środa, 2 kwietnia 2014

Gdzie jesteś?

Trudno mi uwierzyć, że dzisiaj dziewiąta rocznica śmierci Papieża. Myślę, ile już lat minęło i jak bardzo zmieniło się moje życie od tamtego czasu.
To nie tak, że myślę wyłącznie o sobie. Owszem, wspominam Jana Pawła II, ale czy nie jest tak, że stratę nawet kogoś bliskiego postrzegamy przez pryzmat właśnie braku, jaki nam to sprawia? Przecież żałobę czujemy nie ze względu na cierpienie tej zmarłej osoby – jej przecież jest już lepiej. Jeśli nawet ktoś nie wierzy w życie po śmierci, to przynajmniej może sobie powiedzieć, że ta osoba już nie cierpi. My natomiast zostajemy sami, bez tej osoby. I często takie doświadczenie zmusza nas do przewartościowania wielu kwestii. Pytanie, na ile trwale. Kiedy zmarł Papież – a nawet wcześniej, kiedy jeszcze żył, ale było już wiadomo, że choroba wkrótce zabierze mu resztki sił – cała Polska zjednoczyła się we wspólnych modlitwach, marszach, czuwaniach i pielgrzymkach. Dużo ludzi wypowiadało się publicznie, jak ważny był dla nich Jan Paweł II i Jego nauki. Pewnie w tamtym momencie mówili szczerze, pewnie w to wierzyli, a może to byli akurat ci, którzy myśleli tak niezależnie od tego, czy On żył, czy nie. Ale tak szczerze, to jestem sceptyczna, patrząc na to, co wokół nas się dzieje.
A ja dziewięć lat temu, tamtego pamiętnego wieczora, siedziałam u koleżanki ze studiów, które już obie miałyśmy za sobą. Obie też zaczynałyśmy dorosłe życie i obu nam wydawało się, że czas na to najwyższy. Ja wprawdzie ślizgałam się jeszcze po powierzchni prawdziwego dorosłego życia, w sensie samodzielności mieszkaniowej, ale już trochę zarabiałam, już byłam na studiach doktoranckich, już miałam za sobą pierwsze doświadczenia w zawodzie nauczycielskim – i zaczynała się moja przygoda z Misiem. Nie wiem, jak ja miałam na to siły, ba! chęci, żeby wytrzymać te wszystkie emocje. ;) A to dopiero był początek. Te dziewięć lat było tak naprawdę dla mnie drogą, której wprawdzie nie chciałabym jeszcze raz przechodzić (a śni mi się to nieraz, brr…), ale która sprawiła, że teraz widzę dużo silniejszą osobę. Uważam, że ten czas był bardzo bogaty w doświadczenia. Zmieniłam zawód i czuję się w nim dużo szczęśliwsza. Przede wszystkim jednak czuję się silniejsza psychicznie niż kiedyś. Z pewnością zawdzięczam to wielu osobom, które w tym czasie znalazły się w moim życiu. Nawet niekiedy przelotnie, na krótko (by nie rzec: na jedną noc :P). Każdy wnosi coś w nasze życie. Jeśli nawet próbuje nas skrzywdzić, to przynajmniej dzięki temu doceniamy bardziej tych dotychczas niedocenianych. Ktoś inny może zarazić nas wspaniałą pasją. Inny znów – wydobędzie naszą zaletę, o której dotychczas nie wiedzieliśmy.
Te dziewięć lat to dla mnie również praca nad tym, by nauczyć się cieszyć życiem z samą sobą. Oczywiście są w moim życiu bliżsi i dalsi ludzie, rodzina, znajomi, kochane zwierzątka, ale coraz bardziej doceniam też czas spędzony ze mną. ;) To też, w jakiejś mierze, zawdzięczam tym, którzy z mojego życia odeszli.
Dziewięć lat temu bałam się tego, co przyniesie mi los. Miałam marzenia, których niespełnienie wydawało mi się największym nieszczęściem na świecie. Teraz jestem dużo spokojniejsza. A z tych, którzy byli ze mną w tamtym czasie, zostało niewiele. Kiedyś było to dla mnie ogromnie trudne do przeżycia, że ktoś znika z mojego świata, choć wciąż mieszka obok albo pracuje blisko mnie. Teraz cieszę się tymi, którzy są. Tu i teraz. Staram się nie martwić na zapas ani tęsknić za przeszłością. Jest dobrze. Jestem w dobrym miejscu.

A Ty gdzie jesteś?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Niebezpieczny świat Pana Kleksa

Cieszę się, że nie mam dzieci. Bałabym się bowiem wypaczenia ich umysłów treściami przekazywanymi przez media. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele zła mogą przekazywać programy przeznaczone dla dzieci…
Oczywiście nawiązuję do problemu, zauważonego bodaj w 2007 roku przez Ewę Sowińską, rzeczniczkę praw dziecka, która uznała teletubisia Tinky za geja. Tak szczerze, to sprawa mnie wtedy nie obeszła, ale nie sposób było o niej nie wiedzieć. Nie tylko publikacje prasowe, ale i sztuka zareagowała na te spekulacje pani rzecznik – ot, piosenka „Homotubisie” Big Cyca czy może mniej znany skecz kabaretu „Słoiczek po cukrze”: „Przedszkole”. Naturalnie reakcje artystyczne były krytyką, prześmiechem, bo jak potraktować serio takie spekulacje? Pani Sowińska może i miała dobre intencje, może chciała chronić dzieci przed złem, ale po pierwsze, czy na tym etapie dzieci postrzegają postaci bajkowe przez pryzmat ich preferencji seksualnych, czy raczej jest im to obojętne? No, oczywiście wiem, propagowanie prawidłowych wzorców (prawidłowych i jedynie słusznych z pewnego punktu widzenia, naturalnie, a z innego – szerzenie nietolerancji dla odmienności, ale to już inna sprawa, w tej chwili drugorzędna), dzieci widzą przecież, że Rumcajs miał żonę, a inna postać nie, i mogą to później zapamiętać. Podświadomość, przekazy podprogowe itepe. Po drugie, idąc tym tropem, możemy uznać, że większość bajek dla dzieci zawiera niezdrowe treści.
A może to wcale nie są wymysły? Zastanawiam się nad tym, bo mam wrażenie, że odkryłam coś strasznego podczas dorosłego oglądania Akademii Pana Kleksa. Większość pewnie widziała ten polsko-radziecki film z Piotrem Fronczewskim w roli głównej, jak również i kolejne części. Ja też widziałam, pamiętam wiele piosenek – Kaczkę Dziwaczkę czy Wyspy Bergamuta – i ogólnie ciepło wspominam ten film. Jako że lubię wracać do świata baśni, postanowiłam obejrzeć cały cykl jeszcze raz. Nie mam dzieci, nie mogłam więc tego uczynić pod pretekstem oglądania z nimi. ;) Postanowiłam za to, by oglądanie nie było całkiem bezproduktywne, starać się patrzeć na film analitycznie. Żałuję tej decyzji, gdyż świat pana Kleksa już nigdy nie będzie dla mnie taki sam…
Cóż takiego bowiem odkryłam? Fabuła niezmiennie przecież pozostaje taka sama. Jest uczony, Ambroży Kleks, który prowadzi swoją Akademię, gdzie naucza w sposób przyjemny, nieszablonowy, przyjazny. Wzorzec przyszłej edukacji, można by powiedzieć. Przecież w latach osiemdziesiątych, gdy powstawał film, szkoła była zupełnie innym miejscem niż obecnie. Uczeń miał obowiązki, a nie jedynie prawa – jak jest w większości dzisiaj. Lekcje prowadzone były według schematu, nie słyszało się o kreatywnym myśleniu, nacisk był na wiedzę pamięciową, nie oczekiwano oryginalności (wręcz przeciwnie, wydaje się). I przede wszystkim dominowała szarość. Nie tylko w szkole, w codziennym życiu też. To przecież widać w pierwszych scenach filmu, gdy Adaś Niezgódka ukazany jest na swoim rzeczywistym podwórku. Kolory pojawiają się dopiero wraz z przybyciem do bajkowego świata pana Kleksa. Wszystko pięknie, super, nic, tylko tam być. Gdzie więc tkwi podstęp?
Otóż, przyglądając się bliżej Akademii, można zauważyć kilka niepokojących kwestii. Akademia została zbudowana tylko dla chłopców. Niby nie ma w tym nic tak bardzo dziwnego, w końcu nie ma obowiązku zakładania tylko szkół koedukacyjnych. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że poza panem Kleksem nie ma tam żadnego innego dorosłego (Golarz Filip, który sporadycznie odwiedza Akademię, nie poprawia pozytywnie tej statystyki, szpak Mateusz zaś się nie liczy). Chłopcy, około dziesięcioletni, są więc sami z profesorem. Nie ma kadry nauczycielskiej, ale nie ma też opiekunów, dozorców, kucharzy, sprzątaczek. Sami chłopcy i pan Kleks… Czy wystarczająco jasno to piszę? Gdyby chłopcy przychodzili na lekcje, a później wracali do domów, to można byłoby to zlekceważyć. Ale oni są tam cały czas, pozbawieni kontaktów z zewnętrznym światem, na dodatek pod nieustanną obserwacją profesora. Wprawdzie nie ma mowy o tym, by profesor obserwował ich podczas porannej kąpieli w sypialnianej fontannie (nawiasem mówiąc, czy gdyby to była kreskówka, również pokazana byłaby ich nagość?), ale czy szpak Mateusz nie jest tam obecny? A może istnieje jakieś sprzężenie, pozwalające widzieć panu Kleksowi oczami szpaka (by nie budzić niepotrzebnych skojarzeń słowem: ptak...)? Nie jest to powiedziane, ale nie jest też wprost zanegowane. A pan Kleks słynie z różnych wynalazków…
Uczniowie nie mogą nawet śnić swobodnie, gdyż sny ukazują się w lusterkach, co ranek oglądanych przez pana Kleksa. Mało tego, z tych snów pan Kleks wytwarza substancje, które uczniowie następnie zażywają, by sny były coraz bardziej kolorowe… A z czego przyrządza obiady? Z kolorowych farbek i szkiełek. Dodam, że co jakiś czas zażywa pigułki – twierdzi, że na porost włosów, ale przecież to tylko jego słowa. A chłopcy z kolei na twarzach mają naklejane piegi; czy mocująca substancja nie może zawierać czegoś szkodliwego…?
Świat Akademii Pana Kleksa jest bardzo podejrzany… Warto dodać, że w kolejnych częściach, nawet tam, gdzie ukazane są dzieci, nie ma już tylu niepokojących dwuznaczności, nawet gdy mamy do czynienia również ze światem szkoły (Pan Kleks w kosmosie). A Tryumf Pana Kleksa jest po pierwsze, częściowo animowany, po drugie, prezentuje słuszne wartości etyczne i rodzinne – zaręczają się zarówno dorosły Adaś Niezgódka z panną Rezedą, jak i rysujący komiks Tomasz z Agnieszką. Tak więc jedyne niebezpieczeństwo niesie oglądanie Akademii

Na koniec pragnę zwrócić uwagę tych, którzy krytykę Akademii Pana Kleksa potraktowali serio, na dzisiejszą datę. ;) Miłego dnia!

poniedziałek, 31 marca 2014

Akcja „Jajo”

Pewnego dnia Gąska uświadomiła sobie, że czas na nową strategię w życiu. Nie ma co wierzyć w miłość, idealny związek i takie tam romantyczne dyrdymały. Życie nie pieści, więc pieśćmy się sami, pomyślała. Przede wszystkim postanowiła skończyć z sentymentami i pokazać całemu światu, jaką jest twardą i zimną babą. Nic jej nie rusza, niczego i nikogo nie potrzebuje, i świetnie sobie radzi sama. Bardzo jej się spodobał ten zamiar, drobny problem polegał jedynie na tym, że nie bardzo było komu pokazywać… Jakieś doświadczenie życiowe jednak Gąska już miała, wzięła więc sprawy w swoje ręce. Spokojnie przemyślała strategię i niezwłocznie ją zrealizowała. Działania określiła mianem „Akcja Jajo”.
„Akcja Jajo” polegała na danie w tym samym czasie dwóch ogłoszeń różnej treści. W jednym z nich przedstawiła się jako kobieta po trzydziestce, zadbana, wrażliwa, ale samotna i spragniona czułości kogoś podobnie samotnego i wrażliwego. W drugim opisała się dużo konkretniej: „Mam trzydzieści lat, duże mieszkanie, ale co z tego, skoro mieszkam w nim sama, i kiedy wracam po pracy, nie mam nawet komu ugotować obiadu, a umiem i chętnie to robię. Chciałabym kogoś poznać…”. W żadnym z tych ogłoszeń nie pojawiło się jej zdjęcie. Warto jeszcze dodać, że nie była to specjalistyczna strona randkowa, lecz taka, gdzie dawano ogłoszenia typu: sprzedam, kupię, wynajmę, zatrudnię, poznam. Znalazła ją właśnie podczas szukania ofert mieszkaniowych. Dała więc te ogłoszenia, podała dwa różne adresy mailowe… i zabawa ruszyła.
Nie ma co zawracać sobie głowy odpowiedziami na wersję pierwszą. Chociaż nie, trafiło się jedno ciekawe wśród skąpej ilości maili – równie ogólnych i enigmatycznych co jej ogłoszenie. To jedno zdecydowanie przykuwało uwagę. Otóż do samotnej, wrażliwej i spragnionej czułości napisał pan, szukający partnerki do… bdsm. „Jeśli chcesz przełamać rutynę dnia codziennego…” – tak zaczynała się propozycja. Potem było trochę konkretów, jak pan sobie wyobraża przełamywanie rutyny („Pójdziemy do teatru, ty w kajdankach i z kluczykiem w ustach…”), a na koniec dopisał, że jest gotów być w razie potrzeby sponsorem. Dodał też, że cieszyłby się, gdyby osoba, która na to odpowie, okazała się inteligentna („chyba inaczej”, pomyślała od razu Gąska), bo to kręci go jeszcze bardziej. Gąska uważnie przeczytała maila, potem, gdy już wyszukała w Google, czym jest bdsm (przypominam: to była Gąska!), przeczytała ponownie, żeby upewnić się, iż taka oferta w jej życiu się pojawiła. Pół sekundy nawet rozważała tę propozycję, ale doszła do wniosku, że jakkolwiek chciała coś zmienić w swoim życiu, to na takie przełamanie rutyny nie jest jednak gotowa… Nie odpisała.
Taki zresztą był plan. Gąska po prostu była ciekawa, kto i co będzie odpisywał na jej ogłoszenie. Nie miała zamiaru odpowiadać sama, nie chciała przede wszystkim się ujawnić. Odpowiedzi do „mającej mieszkanie” spływały lawinowo. Pierwsza biła na głowę resztę, pan bowiem był zwięzły: „Jesteś piękną kobietą… napisz do mnie”. Przypominam: Gąska nie dała zdjęcia… Potem przyszło sporo maili od dwudziestoparolatków, którzy właśnie planowali przeprowadzić się do Warszawy i szukali bratniej duszy w stolicy, paru napisało, że chętnie będą jeść to, co ona ugotuje (jeden zaofiarował się pozmywać!), jeden napisał, że on z kolei nie ma mieszkania, więc chętnie ją pozna. Przynajmniej szczery, pomyślała z uznaniem Gąska. Zasadniczo tego się spodziewała, takich reakcji, takich odpowiedzi. Jeden znów ją zaskoczył, bo napisał, by ostrzec, że w ogłoszeniu podaje zbyt dużo informacji o swoim statusie materialnym, a to może przyciągnąć różnych oszustów. Było to miłe z jego strony... ale też nie odpisała.
Nie odpisała też Teodorowi, który przedstawił się jako sześćdziesięcioparolatek (ale jeszcze żwawy), z własnym mieszkaniem, niezależny, pracujący w wolnym zawodzie. Sumitował się, że odważa się pisać do młodej i pięknej kobiety, ale co mu tam, spróbuje. No, Gąska przez moment pomyślała o mieszkaniu Teodora (nie ma co ukrywać, że Gąska bardzo starała się myśleć chłodno i praktycznie…) i zawahała się, czy by nie odpisać. Niestety (a może: na szczęście?) Teodor dołączył swoje zdjęcie. Gdy Gąska ujrzała cieniutką szyjkę, zrozumiała, że nie da rady. Poza tym mógł tak samo mieć mieszkanie, jak ona. ;) Pewna była tylko Teodorza szyjka,  a przed samą sobą Gąska musiała powiedzieć prawdę: nie dałaby rady jej oglądać na żywo. Zostawiła więc Teodora bez odpowiedzi.
Za to w końcu odpisała Jackowi. Ten miał czterdziestkę, stan cywilny wolny, a mail był jakiś taki konkretny i nieprzegadany, że jej się spodobał. Również twierdził, że ma mieszkanie (jak się później okazało, miał, ale wynajęte). Gąska dała swój numer, Jacek zadzwonił i nieoczekiwanie dla siebie samej Gąska zgodziła się na randkę. Być może przekonało ją, że chłopak miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu. A być może chciała dać się przekonać… Tak czy owak, umówili się.
Nie wszystko poszło jak z płatka, nie u Gąski. Przede wszystkim data spotkania wyszła bardzo niefortunnie. Gąska bowiem, cały czas pracując nad zmianą siebie, nie chciała wyznaczać daty spotkania tak, by czekać na nie od rana, na przykład w weekend. Umówiła się zatem w poniedziałek, nie tylko po pracy, ale jeszcze po dentyście. Odpowiednio blisko, w odpowiednim przedziale czasowym, by zdążyć się przebrać i ewentualnie coś zjeść samej. Naturalnie nie przewidziała, że ten konkretny ząb będzie wymagał więcej czasu, a znieczulenie w górnej szczęce odczuwa się inaczej niż w dolnej… I nagle okazało się, że do spotkania pięć minut, a ona ledwo zeszła z fotela, szczęka jest odrętwiała, a żołądek tymczasem domaga się jedzenia! No nic. Dzielna Gąska postanowiła pójść mimo wszystko, przynajmniej wyglądała dobrze. Najwyżej krócej posiedzę, zresztą pewnie będzie kiepsko, nie ma co przeżywać, tłumaczyła sobie. Poszła.
Chłopak, który na nią czekał, przerósł jej wyobrażenia wręcz dosłownie. Był wielki. To dobrze, uznała Gąska, przynajmniej na razie tyle. Usiedli, zamówili (ona, biedulka, tylko wodę) i zapadła cisza. Ona nie mogła mówić, bo po prostu była zdrętwiała, on chyba czekał na jej inicjatywę. Więc coś zagaiła, ale jego to nie zainteresowało, zaczął więc opowiadać o sobie. O interesach, jakie prowadzi, kobietach, które znał, dzieci, które wychowywał (nie swoje, swoich partnerek), o Wołodii z Ukrainy, który wszystko może… Jej wreszcie puściło znieczulenie, więc próbowała się wtrącić z pytaniami o rzeczy ją bardziej interesujące lub też, by uprzejmie skomentować jego historie, ale Jackowi nie było to potrzebne. No to nie. Wreszcie nadszedł czas, by się podnieść i zdecydować, co dalej. Gąska była w rozterce. Sama nie wiedziała, czy jest zadowolona ze spotkania, czy nie. Czy umawiać się dalej, czy też machnąć ręką i wrócić do trwania w samotności. Pomyślała zatem, że może zaproponuje spacer, może jeszcze kolejne pół godziny coś wyjaśni.
Wyjaśniło. Jacek na spacer przystał, więc, jako że byli w jej okolicy, zaprowadziła go w nieco oddalone od głównej ulicy miejsce. Był wczesny zmierzch, alejki obsadzone drzewami dawały fajny klimat, jednocześnie chodziło jeszcze sporo ludzi, więc Gąska nie czuła strachu. Zresztą, przed czym? Jacek mówił i mówił. Chciała trochę zmienić temat, bo wprawdzie postać Wołodii była na swój sposób fascynująca, ale ona chciała być tematem numer jeden. Niestety. ;) Dała za wygraną, nie próbowała już nic mówić, po prostu szła i słuchała, głównie swojego żołądka, który krzyczał: „Daj mi wreszcie jeść!”. Wykonała manewr zawracający i Jacek chyba wreszcie się zorientował, że czas się kończy, bo zwolnił, wziął Gąskę za rękę, pociągnął pod drzewko i zapytał ściszonym głosem, nachylając się do niej: „Dasz dziubaska?”. Tak ją to zaskoczyło, że aby nie parsknąć śmiechem, powiedziała coś w rodzaju: „Ojej, wstydzę się” i pobiegła przed siebie. Poszedł za nią, już milczący, chyba zaskoczony tym, jak działa na kobiety. A może urażony, że tego dziubaska nie dała? Nie wie. Odprowadził pod blok, uścisnął dłoń i poszedł.
Gąska szła do mieszkania zmęczona jakby przerzuciła własnoręcznie tonę węgla. A jednocześnie lekka i spokojna, bo zrozumiała, że jednak nie. Nie chce Jacka, nie chce dziubasków, a na szczęście to on nic nie zaproponował, więc w zasadzie nie musi podejmować decyzji. Jak to dobrze, cieszyła się Gąska. Zjadła kolację i poszła spać.

Następnego dnia w pracy zdziwiła się, że dostała od niego sms-a. Takiego tam, cześć, co słychać, miłego dnia, pa. Pomyślała z uznaniem o Jacku, że się stara, by nie było jej przykro i nie czuła się odrzucona. Parę takich sms-ów i będzie koniec, pomyślała, fajnie. I jak elegancko. Odpisała mu więc podobnie, równie zdawkowo i ogólnie. Zapomniała o tym do następnego dnia. Akurat w pracy było urwanie głowy, więc kiedy znalazła chwilę, by spojrzeć na telefon, zobaczyła, że dostała dwa sms-y. Oba od Jacka, sprzed kilku godzin. Pierwszy był podobny do tego z poprzedniego dnia. Cześć, co słychać, jak się czujesz itepe. Drugi, po jakiejś pół godzinie, był już w przykrym tonie: że nie to nie, on nie będzie za nią latał, i do widzenia. Tak się spłoszyła i poczuła winna, że natychmiast odpisała: „Jacku, ale o co chodzi, nie miałam czasu spojrzeć na telefon, pracuję”. Odpowiedź przyszła szybko: „W ogóle się nie starasz, ja pracuję nad tym, by budować nasz związek, a ty nie. No to nie, nie będę tracił czasu, baj”. Baj…

To nie koniec Akcji Jajo. Ciąg dalszy nastąpi...

sobota, 29 marca 2014

O Kociu

Dawno nie pisałam o Kociu, a to przecież taka słodka istotka… No dobrze, po prostu istotka. :P Kochana, pozytywna i dostarczająca nieustannych wrażeń oraz zadziwień. Kiedy myślę, że już, już go ogarnęłam i niczym wielkim mnie nie zaskoczy – on mnie zaskakuje. ;)
Niedawno byłam u koleżanki, która ma dwa koty w wieku siedmiu lat. Koleżanka zdecydowała się wreszcie na osiatkowanie balkonu i zaprosiła mnie tego dnia do siebie. Poszłam bardzo chętnie, bo byłam ciekawa kotów, cieszyłam się na zobaczenie przynajmniej chłopaków z Kociej Siatki, no i oczywiście fajnie było zobaczyć się z Ulą (kolejność celowa w myśl zasady: ostatni będą pierwszymi. :P A naprawdę wszystkie trzy powody były równorzędne). Przeżyłam wielkie, wielkie zaskoczenie. Niby byłam w Kociej Łapce, gdzie przebywało wtedy chyba dziewięć kotów i kilka z nich przyszło się pomiziać i było ogólnie wdzięczne i towarzyskie, ale koty Uli – a zwłaszcza Simonka – okazały się być kotami, jakie sobie zazwyczaj wyobrażałam. Simonka to po prostu niesamowita pieszczocha, życzy sobie kontaktu z człowiekiem, cieszy się z niego, a jej brat, choć powściągliwszy w stosunku do obcych, również nie okazywał mi niechęci. Czyli koty miziaki i pieszczochy jednak istnieją!
Tymczasem mój Kocio, choć często widzę, że na swój sposób okazuje mi przywiązanie, to wciąż trzyma ogromny dystans fizyczny. Ciężko go dotknąć na dłużej niż dwie sekundy, a gdy zaśnie obok, to natychmiast budzi się, wstaje i ucieka, gdy ja się też położę. Nie zmienia to faktu, że potem wraca, ale jednak… Przed wizytą u Uli mieliśmy kilka cieplejszych nocy :P, byłam miziana i spontanicznie gnieciona, wymruczana i w ogóle. Nie zdziwiłam się specjalnie, że po wizycie w Kocia znów wstąpił Kocizmo. Liczyłabym się z tym nawet bez tego, bo Kocio nie jest stabilny emocjonalnie. Niemniej miałam wrażenie, że jest w tym jakiś szczególniejszy foch. Noc, jaką mi zafundował, była jedną z trudniejszych. Postawił sobie za cel nie dać mi zasnąć, irytować mnie zrzucaniem przedmiotów z regału i ogólnie hałaśliwym zachowaniem, którego nie pozwalał mi zignorować, nawet gdy próbowałam. Wyraźnie domagał się uwagi, ale unikał zbliżania się jak ognia, jednocześnie pilnując, byśmy byli w tym samym pomieszczeniu. Na szczęście koło trzeciej sam się chyba zmęczył, a ja nie musiałam szczególnie rano wstawać. Następna doba była już spokojniejsza.
Nie wiem, co Kociu jest i czemu tak się zachowuje. Może jutro uda mi się czegoś dowiedzieć na ten temat podczas warsztatów PetBonTon. Jeśli nie w czasie wykładów, to może od innych, obecnych tam kociarzy.
A tymczasem Kocio wciąż pozwala sobie na bycie „łobuzę”, jednocześnie niektórymi zachowaniami rozbrajając mnie tak, że nie sposób się na niego złościć. ;P Trochę zmienił się na przykład system asystowania. Wciąż plącze się pod nogami, ale ostatnio zdarzyło mi się, że zostawiał mnie samą w łazience lub puszczał przodem do „kuwety” ;P. Oczekiwał mojego wyjścia przed drzwiami, by następnie udać się tam, również osobno. Ba, nawet nieraz się oglądał, czy na pewno za nim nie idę. ;)

Albo na przykład kupiłam mu ostatnio takie poidełko fontannę. Naturalnie asystował przy montażu, nie odstępował mnie ani na krok, aż wreszcie udało mi się podłączyć ustrojstwo. Wydaje ono cichy, ale jednak dobrze słyszalny dźwięk. Kocio zatem, zaintrygowany nowością, usadowił się na pozycji obserwatora, nie mając jednak odwagi podejść i sprawdzić empirycznie, cóż to takiego. Pomyślałam, że może więc lepiej na razie to odłączyć, żeby kot zorientował się, że to woda, a później może oswoi się z dźwiękiem. Tak zrobiłam i zostawiwszy kota z odłączonym poidełkiem, poszłam do drugiego pokoju, usiąść do pracy. Przez dziesięć minut naprawdę starałam się ignorować hałasy, nie były takie głośne, ale w końcu postanowiłam sprawdzić. Tak, Kocio skończył właśnie rozkładać poidełko na części pierwsze i właśnie zaczynał kombinować, czy nie dałoby się bardziej. ;) Okazało się zatem, że mam w domu małego dekonstruktora… ;) Może po prostu odzywa się w nim taki męski instynkt? Ciągnie do majsterkowania, tylko nie wie, jak, bo brak mężczyzny w domu (a ze mnie, jak wiadomo, pod tym względem pożytku nie ma…). Ale skąd ja mu faceta na DS wezmę? ;)
A tymczasem wiosna za oknem, kot na balkonie, a jutro wstajemy godzinę wcześniej. I tego się trzymajmy! :P

piątek, 28 marca 2014

Wyjście z grafiku

Jeszcze parę lat temu byłam skowronkiem. Wstawałam bez problemu skoro świt, wysypiałam się w soboty i niedziele do siódmej, ósmej, a jak zdarzyło mi się pospać dłużej, to musiało naprawdę zajść coś szalonego. Potrafiłam z Misiem siedzieć na gadu-gadu już o szóstej rano, a w pracy, w której musiałam być o siódmej trzydzieści, zjawiałam się siódma pięć… bo zawsze zdążałam na wcześniejszy autobus. Wieczorami za to kładłam się spać wcześnie – no, może nie z kurami, ale dwudziesta trzecia leciałam z nóg.
Tryb życia prowadziłam wyjątkowo uporządkowany. Doszłam w pewnym momencie do takiej perfekcji, że bez patrzenia na zegarek, a tylko po wykonywanej przeze mnie czynności można było powiedzieć, która jest godzina. Chodziłam rano do pracy na siódmą trzydzieści, kończyłam ją o piętnastej trzydzieści, wsiadałam do tramwaju albo autobusu i wysiadałam koło sklepu. Zakupy (spożywcze) robiłam najczęściej tak, by zdążyć wrócić do domu do siedemnastej. Gdy już wróciłam, włączałam „Teleekspres” i robiłam obiad – tak, aby go ugotować, zjeść i pozmywać po nim mniej więcej do osiemnastej piętnaście. Potem chwila na zajęcia gospodarskie, ew. podszykowanie czegoś na dzień następny, prysznic (dłuższy lub krótszy, w zależności od tego, czy był to dzień mycia głowy, czy też nie), ogarnięcie łóżka do spania – i o dwudziestej siadałam z herbatką czy lekką przekąską przed telewizorem. To był czas na serial, komputer, może dwa rozdziały książki – już tak całkiem dla przyjemności, żeby się wyciszyć i rozluźnić. Najczęściej koło dwudziestej drugiej zasypiałam.
Czasem oczywiście zdarzyło się szaleństwo, że po pracy gdzieś się umówiłam i wracałam do domu później. No, po powrocie po prostu szybciej chodziłam i czytałam przed spaniem kilka stron mniej. Albo – ale to już było całkowite krejzolstwo – wychodziłam z domu przed dwudziestą pierwszą. Wtedy nie czytałam przed snem...
Czułam się bezpieczniej, trwając w schemacie. Praca, dom, praca, dom. Weekend, kiedy próbowałam się odnaleźć w nadmiarze czasu. Praca, dom, praca, dom, długi weekend, święta, na szczęście znowu praca. Sama bym się nie zmusiła do zmiany. Zresztą nie widziałam w takim życiu niczego niedobrego. Owszem, może to było nudne, ale właśnie ta przewidywalność i powtarzalność każdego dnia niosła ze sobą bezpieczeństwo. Trwało to może rok. Wtedy straciłam pracę i znowu wszystko trzeba było układać na nowo.
Teraz, po dwóch czy trzech latach, jestem sama zaskoczona swoim życiem. Przede wszystkim stałam się znienacka sową. Godzina, o której kiedyś z upodobaniem się kładłam, jest w tej chwili czasem średniowieczornym. Przestałam za to odkładać na rano skończenie czegokolwiek. Nawet jeśli się obudzę na czas, to aktywność umysłowa musi trochę poczekać… A grafik dnia mam tak spontaniczny, że sama się często w nim gubię. Jest to naturalnie w pewnym sensie wymuszone, bo nie pracuję już na etat, tylko na zlecenia. Wiadomo zaś, jak jest: albo nic nie ma, albo odzywa się trzech zleceniodawców naraz. Trzeba się w tym chaosie ogarnąć, pozbierać i zorganizować. I ku swojemu zdumieniu odkryłam, że świetnie sobie z tym radzę. Niedużo dyscypliny mi trzeba, by zarządzić swoim czasem (a jak trzeba, to i cudzym :D), zhierarchizować zadania – czy dotyczą zleceń, czy prac domowych. Co więcej, nie wiem, czy potrafiłabym wrócić do rytmu pracy ósma – szesnasta.
Zastanawia mnie jednak, czy jestem aż tak elastyczna, że dopasowuję się do sytuacji, czy też to właśnie wcześniejszy skowronek był nieświadomie wymuszony? Pamiętam, że po utracie pracy zaczęłam mieć ogromne problemy z zasypianiem. Tak, wiem, stres i tak dalej, ale przecież coś robiłam, sprzątałam, kupowałam, wychodziłam z domu. A potem kładłam się i patrzyłam w sufit… I kiedyś się nad tym zastanowiłam. Bo właściwie po co ja się kładę o dwudziestej trzeciej, skoro i tak zasypiam o pierwszej, myślałam. Po to, odpowiadałam sobie, żeby się wyspać, bo jak pójdę spać o pierwszej, to o siódmej wstanę niewyspana. Ale z kolei, myślę dalej, po co mam wstawać o siódmej? I tak znienacka rozwiązałam częściowo problem trudności z zasypianiem. Oczywiście, nie tylko przez to nie mogłam zasnąć, ale w dużej mierze – na pewno. Kolejna rzecz, czyli dzienny grafik. Kalendarze w zasadzie nie są mi potrzebne, bo naprawdę pamiętam większość rzeczy, które mam do zrobienia. Kiedy zaś zaczęłam je zapisywać w kalendarzu, to albo nie brałam go ze sobą, albo zapominałam zajrzeć. Ogarniam plan dnia nie tylko swój, ale i niektórych bliskich mi osób, co bywa(ło) niekiedy odbierane jako kontrola. ;) Ale to nie tak, a niektórzy z kolei cenią mnie nawet jako pamięć podręczną lub osobistego koordynatora.
Trochę mi brakuje życia w schemacie, przyznaję. Naprawdę dawało mi to poczucie bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony, obecny „bezplan” zmusza mnie do większej aktywności życiowej. Lubiłam próbować wielu rzeczy, odkąd pamiętam. Chętnie zgłaszałam się do występów, różnych grup, uczyłam się nowych rzeczy. Wielu nowości się bałam, ale przynajmniej chciałam spróbować. Stopniowo zaczęłam się uczyć bierności, tak teraz to widzę. Wycofałam się z życia towarzyskiego, nie szukałam znajomych, uwierzyłam, że tak będzie bezpieczniej. Wszystko, co nowe, groziło niebezpieczeństwem. Nie pozwalałam sobie na spontaniczne decyzje, wszystko starałam się rozważyć, zaplanować i przewidzieć. Zapomniałam o tym przy Misiu, więc po rozstaniu z nim tym bardziej pragnęłam ucieczki do bezpiecznego świata rutyny.

Chciałam teraz napisać, że się nie udało – ale to chyba nie te słowa. Po prostu stało się inaczej. Nigdy nie sądziłam, że wyjdę poza grafik. Ale może tak jest właśnie dla mnie lepiej? Teraz nie mam wymówki, że czegoś nie dam rady zrobić, bo muszę coś inne – odgórnie zaplanowane, konieczne do zabezpieczenia egzystencji. Mogę nie próbować, mogę nie wychodzić z domu (w sensie: wolno mi), ale nie jestem w stanie oszukać siebie, że nie pozwalają na to czynniki zewnętrzne. Nie jest to czasem łatwa ani przyjemna weryfikacja, to prawda. Z drugiej strony – nie wymaga to aż tak wielkiego trudu, jak się obawiałam. Najwyraźniej czasem ktoś, kto się nami opiekuje (albo pociąga za sznurki, jak kto woli), ma dosyć naszego zawieszenia w jednym miejscu i widząc, że sami wolimy w tym trwać, zmusza nas do zmiany. Warto potraktować to jak szansę i skorzystać z nowych perspektyw. Może wtedy się okazać, że to nowe jest bardziej nasze niż to, w czym trwaliśmy? Ja w każdym razie tak właśnie uważam. :)

środa, 26 marca 2014

Zacznij żyć

Zmarła Katarzyna Markiewicz, uczestniczka telewizyjnego „The Voice of Poland”. Chorowała na raka. „Przegrała walkę z rakiem” – tak brzmiała najczęściej powtarzana informacja. Ta kwestia przegranej (już nie pamiętam, jak to było uzasadnione) jest poruszona i postawiona pod znakiem zapytania również w książce chorej na raka Magdy Prokopowicz. Zachęcam do lektury, jeśli nie książki, to bloga, który z pewnością jest jeszcze w sieci (książka jest wzbogacona o wywiady, jakich udzielała Alinie Mrowińskiej założycielka Fundacji Rak’n’Roll podczas kręcenia filmu o niej – Magda, miłość i rak. Też jest w sieci, na stronie Telewizji Polskiej). Wracając do Katarzyny Markiewicz. W komentarzu do materiału na jej temat padły m.in. słowa, że kobieta marzyła o tym, by zaśpiewać w telewizji, ale nie miała odwagi. Dopiero choroba pozwoliła jej przełamać wstyd, lęk, nieśmiałość.
No właśnie. Czyli trzeba aż dramatu, wyroku, przepaści przed oczami – jednym słowem: skrajnej sytuacji, żebyśmy przestali się bać? I to czego? Że ktoś będzie się z nas śmiał? Jasne, że to średnio fajne, że nikt tego nie lubi. Wolimy być podziwiani, wzbudzać zazdrość. Ja też pewnie nie zaśpiewałabym w barze karaoke (w każdym razie na trzeźwo ;p), ale też mam brutalną wręcz świadomość swoich (nie)umiejętności wokalnych. I serio nie czuję takiej potrzeby. Z kolei ogromna nieśmiałość, z jaką kiedyś walczyłam (tak, byłam nieśmiała. Bardzo, bardzo długo), przegrała z ogromną chęcią bycia nauczycielką. Tak bardzo tego chciałam, że po pierwszych potknięciach (moje pierwsze „dzień dobry” do klasy, podczas praktyk dydaktycznych, usłyszałam tylko ja) wchodziłam do sali pewnie, jak do siebie. Ta moja nieśmiałość spowodowana była w dużej mierze tym, że miałam problem z zapamiętywaniem twarzy. I wstydziłam się do tego przyznać, w związku z tym bałam się spotkań z ludźmi, bo nigdy do końca nie wiedziałam, czy już ich znam czy jeszcze nie. Teraz przestałam się tym przejmować. Nie zrealizowałam wprawdzie jeszcze jednego marzenia – nie poszłam na żadne warsztaty teatralne, co bardzo chciałabym zrobić – ale wciąż wydaje mi się, że mam na to czas, a chwilowo są pilniejsze sprawy.

Marzenia to jedno. Możemy na nich poprzestać, najwyżej kiedyś będziemy żałować. To absolutnie nasz sprawa. Często jednak jest tak, że dopiero trudna sytuacja zmusza nas do okazania głębszych, cieplejszych uczuć komuś, kto jest dla nas ważny. Ale nie. Wstydzimy się, że nas wyśmieje. Boimy się, że odrzuci albo będzie miał nad nami władzę. Odkładamy na „potem”. Czasem wykazujemy się mądrością i korzystamy z „okazji” – urodzin, imienin, walentynek czy innych świąt. Dobrze, że takie dni są. Wtedy bywa łatwiej. Źle, że takie dni są. Bo mamy uczucie, że kartką załatwiliśmy wszystko i spłycamy prawdziwe emocje, zastępując je tandetnymi gadżetami. Najważniejsze jednak, żeby przestać się bać i wstydzić, a zacząć po prostu żyć, dopóki mamy na to czas.