środa, 16 kwietnia 2014

Kobiece słowotokowanie

Pytał mnie raz kolega, czemu kobiety tak długo rozmawiają przez telefon. Zresztą niekoniecznie tylko przez telefon. Trafił mnie w czuły punkt, bo nie ukrywam, że czasem boleję nad niemożnością ukrócenia swej potrzeby słowotokowania. Potrafię, owszem, być zwięzła, ale zawsze wtedy wydaje mi się, że umknęła mi jakaś istotna część wypowiedzi... Dzięki pytaniu Pawła rozważyłam jednak problem i doszłam do wniosku, że moja skłonność nie jest tak nietypowa, jak się martwiłam albo jak bym chciała.
Po zastanowieniu się nad sobą i swoimi koleżankami uważam, że można wyodrębnić następujące przyczyny:

1) Przede wszystkim: kobieta praktycznie nigdy nie odpowiada wprost na zadane pytanie. Zauważyłam, nawet u siebie, że zapytana przykładowo o to, czym się martwię, odpowiadam: „A, szkoda gadać”. 



KAŻDA kobieta wie, że to wcale nie jest zamknięcie tematu. Przeciwnie, to zdanie stanowi wstęp do rozległej opowieści o przyczynie zmartwienia. Oczywiście, nie jest to takie proste. Często bowiem chodzi o to, żeby rozmówca nalegał na wyjawienie problemu, o którym pozornie nie chce się mówić. Uwaga: tu można wpaść w dwie pułapki. Z jednej strony bowiem, pytający może być nadmiernie delikatny i nie dopytywać dalej. Tymczasem sama miałam koleżankę, która lubiła być pytana o to samo dwa razy. W ten sposób upewniała się, czy pytającego na pewno interesuje to, o co pyta. Ja natomiast bardzo obawiałam się być typem z drugiej strony – czyli kimś namolnym. Bo czasem nawet kobieta NAPRAWDĘ nie ma ochoty się zwierzać. I trzeba to uszanować. Bo za niewinnym podarciem rajstop może kryć się dramat, gdy wcześniej za limem pod okiem stał tylko poranny kac. Im lepiej zna się daną osobę, tym lepiej wiemy, czy można i trzeba pytać.
Ale panowie, spokojnie – nie bójcie się spytać swojej niuni przynajmniej ze dwa razy, czy na pewno wszystko w porządku. A jeśli nie odzywa się drugi tydzień, a Wielkanoc jest coraz bliżej – przestańcie pytać, bo to akurat łatwe: po prostu wreszcie wynieście tę choinkę na śmieci, tak jak prosiła. ;)

2) Drugim powodem gadulstwa jest po prostu dobry temat do rozmowy. I tu niestety największy mędrzec i filozof może nie zdzierżyć w swym stoicyzmie. Im osoby sprawniejsze językowo, im mają bogatszą leksykę – tym rozmowa będzie dłuższa. Tym bardziej że często kobiety mają tendencję do opowiadania sobie nie tylko o faktach, ale przy tym też: 
  • o ich przyczynach
  • i możliwych interpretacjach
  • oraz emocjach doznanych w związku z tymi faktami
  • a także emocjach osób powiązanych z tymi faktami
  • zastanawiania się, jak to wpłynie na przyszłość
  • zastanawiania się, jakie źródło miała dana sytuacja w przeszłości i czy można było ją przewidzieć
  • rozważania, komu można/trzeba o tym opowiedzieć, a komu nie
  • itepe.
Rozmowa właściwa może być często przerywana uwagami typu: „Zostaw to” (do kota/dziecka) albo „Poczekaj, zapomniałam wyjąć ciasto/wyłączyć zupę” ewentualnie pada bateria (jeśli rozmowa odbywa się przez telefon czy inne urządzenie mobilne) lub kończy się doładowanie na karcie. To często sygnał, że rozmowa się troszkę przedłużyła...

Tematem rozmowy może być właściwie wszystko. Czasem opowiadamy konkretne zdarzenie, które przywołuje wspomnienie innego, a to  jeszcze innego. Nieraz musimy sobie opowiedzieć, co nam się śniło, jak to rozumiemy, co z tego można wywróżyć (oczywiście zaklinając się, że w to absolutnie nie wierzymy, że tylko tak sobie dywagujemy). Ploteczki na czyjś temat też bywają fajne. Najważniejsze w rozmowie dwóch kobiet (przynajmniej dwóch) jest jednak przedstawianie i analizowanie emocji. Bez tego nie ma zabawy. Jeśli obie rozmówczynie odczuwają podobnie, rozmowa wcale nie jest krótsza  bo wtedy przywołuje się osoby, które myślą inaczej, i analizuje się przyczyny tych nieadekwatnych, naszym zdaniem, emocji. I tak to trwa, a czas upływa. Panowie tego zazwyczaj nie rozumieją: po co mówić o emocjach? Po nic. ;) A tak naprawdę, to chociaż czasem rozmowa niby nic nie zmienia, ale wylanie z siebie natłoku uczuć pozwala spokojnie wrócić do rzeczywistości codziennej i z uśmiechem na twarzy rozwieszać kolejne pranie, choć w perspektywie dnia jutrzejszego jest niedzielny obiad u teściowej. Świadomość, że ktoś nas rozumie, pozwala to z większą lub mniejszą godnością znieść.

Takie rozmowy mogą jednak trwać w nieskończoność. Po pierwsze, biorą w niej udział przynajmniej dwie osoby, więc obie dzielą się po równo (tak powinno być) tymi wszystkimi uczuciami i emocjami. A jeszcze zanim się przebiły przez formułki powitalne i grzecznościowe, i zanim wypowiedziały te wszystkie fałszywe zaprzeczenia, że nie nie, szkoda gadać o tym, to trochę mija... A jeszcze się coś przypomni w międzyczasie... albo tuż po zakończeniu rozmowy. Mnie w moich rozmowach niezmiennie bawi, że chwilę po odłożeniu słuchawki przypomina mi się, po co właściwie dzwoniłam do danej osoby, a o czym w natłoku słów zapomniałam powiedzieć… Albo po prostu przypomniało mi się jeszcze coś. I dzwonię znowu, jeszcze tylko na chwilkę… Jak w tym dowcipie:
Dwie kobiety spędziły razem 10-letni wyrok w jednej celi. Przychodzi dzień wolności, wychodzą z zakładu karnego, wielkie drzwi się za nimi zamykają, one popatrzyły na siebie... i poszły do kawiarni, pogadać jeszcze trochę.
Suchar, wiem (choć wciąż do końca nie rozumiem, co to znaczy :P). Nie ja jedna tak mam. I oczywiście nie tylko kobiety są gadułami, ale one częściej. Choć ja większość swojego talentu krasomówczego odziedziczyłam akurat po tacie…

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jak sklep stracił klienta

Tym razem nie będzie to w formie punktów (jak „Śniadanie mistrzyni”), tylko krótkie – jak wiadomo, to pojęcie względne – zwierzenie osoby, która nie rozumie niektórych sprzedawców internetowych.
Kocio, zakochany w wędce z piórkami, zgodnie z przewidywaniami rozszarpał ją dość szybko. Od tamtej pory nasze dni nie były łatwe. ;) Ciężko mu było przestawić się na inne zabaweczki, choć ma ich spory wybór, ale widać było, że bawi się nimi z braku laku. Nawet laserek cieszył zaledwie chwilę. Łaził więc po regałach – mimo zakazów, wymuszał uwagę i ewidentnie marzył o piórkach. Przez moment bawił się właśnie nimi „luzem”, ale wiadomo, ani to nie fruwało „samo”, ani nie było gromadne – no po prostu nie to.
Nie, nie zostawiłabym Kocia w tym stanie. Już w momencie, gdy zorientowałam się w opłakanym stanie wędki, a chwilę przed jej wykończeniem, zamówiłam kolejną dostawę. Paradoksalnie problem polegał na tym, że są one stosunkowo tanie. Minimalna wartość zamówienia w sklepie, gdzie są dostępne, wynosi ok. 49 zł, a  żeby nie płacić za dostawę, warto zamówić za 99 zł. Mój błąd, być może, że nie zamówiłam po prostu wędek za tę ostatnią kwotę. Na jakiś czas mielibyśmy spokój. ;) Ale pomyślałam, że to będzie jednak przesada, zamówiłam więc wędek sześć, dwa razy po takim proponowanym „trójpaku”, atrakcyjniejszym cenowo. Uzupełniłam przy tym zapas karmy – to zawsze się przyda. Nawet wyliczyłam datę zamówienia tak, by pogodzić ją z terminem dostawy. Ostatnio bowiem miałam trochę problemów z obsługującą klientów tego sklepu firmą kurierską. Wszystko wyliczone, zapłacone z góry – znów nie pomyślałam o opcji „za pobraniem”, ale jakoś wolę robić przelewy. Wróć, wolałam. I czekamy z Kociem…
Jest, wczoraj siedzę w domu, dzwoni domofon, kurier z paczką! Ależ się wszystko ładnie udało! Biegnę do paczki szybciej niż do jakiegokolwiek sklepu z butami i torebkami, otwieram ją najszybciej jak mogę, a Kocio oczywiście siedzi mi prawie na głowie, względnie na plecach. Wszystko na pierwszy rzut oka jest, choć trochę nieporządniej niż zazwyczaj – tzn. jakieś opakowanie rozerwane, puszki się rozleciały, ale to puszki, nic się nie stało. Rozrzucam zawartośc, jak gdyby to był prezent od Mikołaja, szukam wędek. Jest! Jak to – jest? Miało być sześć, jest jedna…
Wyciągam rachunek, no na fakturze jest wyraźnie napisane, że zamówiono i opłacono sześć wędek. A w pudełku jedna… No cóż, myślę, dobrze, że chociaż jedna. Od razu „przegoniłam” kota, który fruwał prawie jak te uciekające przed nim piórka. Kiedy wreszcie mi padł i zasnął, napisałam do serwisu klienta. Przecież pomyłki się zdarzają, na pewno mi szybko pozostałe wędki doślą. Opisałam w formularzu sprawę, wysłałam. Odpowiedź przyszła szybko. W niej… zawarta była prośba o dokładniejsze przedstawienie problemu. Nie wiem, jak to inaczej i precyzyjniej można opisać… No nic, nie będę połowy dnia tracić na pisanie maili, szkoda czasu. Wzięłam telefon, zadzwoniłam na infolinię. I tam odbiłam się od miękkiej ściany.
Tak, ja wiem, że konsultanci nie odpowiadają za politykę firmy. Ale po pierwsze, przeraził mnie głos pierwszej pani, z którą rozmawiałam. Naprawdę mówiła tak, jakby konała, ale resztkami sił starała się jeszcze wykonywać swoją pracę. Polegającą na tym, by powiedzieć klientowi, że firmie się nie opłaca dosyłać mi towaru za taką kwotę, wolą zwrócić mi pieniądze. Próżno tłumaczyłam, że kot kocha te wędeczki, a ja – kota, że pieniędzmi nie będzie się bawił, że po prostu te wędki są niezbędne do zadbania o koci dobrostan. Nic nie trafiało, umierający automat odpowiadał wciąż to samo. Okej, pani nic nie może, rozumiem. Ale pani sama proponuje, że przełączy mnie gdzieś wyżej. Dało to tyle, że wzrósł mi rachunek za rozmowę, za to nie rozmawiałam z konającą. W związku z tym pozwoliłam sobie dobitniej i wyraźniej powiedzieć, co myślę o takim traktowaniu klienta. W kulturalnych słowach, żeby nie było. Ja jestem klientem w krawacie. Sprawy jednak nie załatwiłam.
Kiedy już odpoczęłam po rozmowie z infolinią, kiedy już uporządkowałam uczucia, postanowiłam sprawę zakończyć następująco. Zamówiłam taką ilość wędek, żeby mieć zapas do czasu, aż pani Emilia znajdzie ich producenta i sprowadzi do swojego sklepu. Któremu od tej pory będę już bezwzględnie lojalna. ;) Jednak Kocio musi się tymi piórkami bawić, służy to naszym wspólnym relacjom, więc zapas trzeba mieć.
Teraz drugi punkt programu. Wcześniej już zasygnalizowałam, iż firma kurierska obsługująca owego niefajnego zoologa również nie poprawia wizerunku sklepu. Bo ustalmy, przeciętnego klienta guzik obchodzi, że sklep to jedno, a dostawca to drugie. On płaci całość i ma mieć dostarczony towar zgodnie z umową. Wszelkie problemy firmy nie są jego sprawą. Starałam się być znowu nieprzeciętna, wyjść przed szereg i z empatią podejść do kurierów. Uwierzyłam, że ich los jest ciężki, pracy dużo, rąk mało, chłopaki się z paczkami nie wyrabiają. Pytanie, czemu ich jest mało. Dzisiaj, gdy pracy brakuje…? Czyżby firma olewała, brzydko mówiąc, jakość ich pracy i cięła koszty, zniechęcając potencjalnych kandydatów i zostawiając sobie tych najbardziej zdesperowanych, z kredytami bądź alimentami? Nie oszukujmy się, odbija się to na jakości. Sama tego doświadczyłam, a podkreślam, jestem klientem zazwyczaj nieawanturującym się. Tym razem jednak pomyślałam, że wezmę paczkę za pobraniem. Dotychczas płaciłam z góry, więc kurier miał w nosie, gdzie mi tę paczkę zostawi. Dla mnie nie było to obojętne, zwłaszcza przy ostatniej, około dwudziestokilowej paczce (40 litrów żwirku)…
Kiedy dziś kurier zadzwonił o siódmej rano, przestałam uważać swój pomysł za genialny. Pomijam drobiazg, że wczoraj zaczął mi się stan przedmigrenowy, który trzymam w szachu jakimiś lekami, niestety nieobojętnymi dla mojego żołądka. Rozumiem, że kurier ma więcej paczek i musi jakoś się zmieścić w czasie. Ale to znaczy, że ja mam siedzieć w domu i czekać od – do, bo inaczej jaśnie pan kurier nie przyjedzie? A musi, bo musi dostać pieniądze… Ciekawe, jak się to skończy, bo akurat dzisiaj i jutro mam lekarzy, w tym od lutego wyczekiwanego okulistę… Na infolinię sklepu nie zadzwonię, bo już kiedyś próbowałam, poza tą wczorajszą reklamacją, ustalić termin wysłania paczki. Nic się nie da, nic nie wiedzą i – co już nie jest zwerbalizowane, ale dla przeciętnego człowieka zrozumiałe – nic ich to nie obchodzi… I właśnie tego ostatniego nie rozumiem.
Mamy czasy, w których coraz więcej spraw można załatwić przez internet, a zakupy powinny należeć do tych mniej skomplikowanych. Rozumiem, że gdy wchodzę do supermarketu, jestem igłą w stogu siana i faktycznie nikt tam specjalnie nie będzie mnie dopieszczał. Tyle że akurat nie po to tam chodzę. ;) Spokojnie sama mogę zająć się sobą, nie potrzebuję specjalnych względów, ale też mam bezpośredni kontakt z towarem i odpowiadam sama za jego ilość i jakość. (Z ceną, wiadomo, bywa już różnie…). Oraz za doniesienie do domu. W sklepie internetowym, siłą rzeczy, jest inaczej. I może jestem naiwna, oczekując, że wszystko będzie w porządku. Jednak oczekuję. Bo sklep również ma korzyści, gdy wywiązuje się z zobowiązań. A zadowolony klient wraca. I oczywiście rozumiem, że może zdarzyć się wpadka. zgadzam się też, że polityka firmy „klient ma zawsze rację” nie zawsze musi się sprawdzić. Coś jednak powinien zrobić, by klient poczuł się usatysfakcjonowany.
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdarzyło mi się kupować w kilku internetowych sklepach. Pierwszy i ostatni raz – zamówiłam w pewnej firmie krzesło biurkowe. Tak, to nie jest zakup, który będę często powtarzać. Ale przysłanie wszystkich elementów poza nóżką – to mnie trochę zdziwiło. Jeszcze bardziej – dosłanie części, gdy tylko wypełniłam automatyczny formularz braku. Nikt tego nie weryfikował? Czyżby założyli moją uczciwość, czy też wiedzieli, że tego nie dosłali…? Potem – zakupy spożywcze. Dostałam zgniłą cebulę. Po reklamacji dostałam przeprosiny, ale cebulę musiałam już kupić sama. ;) Okej, mój błąd, że kupuję taki towar przez internet. Następnym razem świeże rzeczy będę wybierać sama.

W obu przypadkach sprzedawca próbował jakoś zrekompensować mi brak. A zoolog się na mnie wypiął. Przejrzałam ich stronę na FB, moja opinia o dostawcy jest podzielana przez wielu. Na pewno nie od dzisiaj. Skoro nic nie robią, to znaczy, że nie zależy im na klientach? Nie szkodzi, ja z nimi skończyłam. I na pewno zadbam o antyreklamę. To pierwszy krok w tej sprawie. Za to energiczniej zaangażuję się w sprawę małych sklepów, gdzie klient i jego lojalność są doceniane nie kartami, ale po prostu solidnością transakcji, opartej na zaufaniu. Wierzę, że tak można.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bzdety internety

Ostatnio coraz częściej słyszę od znajomych osób, że oni to nie mają profilu na Facebooku albo jeśli nawet mają, to nie bardzo mają ochotę przeznaczać na to czas. Nawet nie to, żeby świadomie, po prostu jest tyle innych rzeczy wokół do zrobienia. W podobnym tonie padają nieraz wypowiedzi na temat oglądania seriali. Mało kto przyzna się do ich regularnego oglądania, bo przecież obciach. Chyba że chodzi o zaplanowane oglądanie na płytkach dvd, ew. w internecie. O, to tak. Natomiast oglądanie seriali w telewizji – przypomnijmy: systematyczne – świadczy o nadmiarze wolnego czasu i nieumiejętności zagospodarowania go. Podobnie jest z siedzeniem w necie.
Co do serwisów społecznościowych, to nie ukrywam, że długo nie umiałam z nich korzystać. Wolałam raczej czytać teksty ciągłe (nawet jeśli były w sieci), ew. dyskusje na forum, ale nie brałam w nich czynnego udziału. Byłam na jakimś Gronie, potem ­– naszej-klasie, teraz na Facebooku. I co? W pewnym momencie miałam wrażenie, że znajomych raczej zaczęło ubywać. Pozornie można było spotkać za to wiele nowych osób. Owszem, z Grona wyniosłam jedną, do dziś trwającą znajomość. Za to reszta… No nie wiem, może to ja miałam złe podejście. Wydawało mi się bowiem, że skoro ktoś zaczepia czy dodaje do znajomych, to chce naprawdę się zapoznać. Oczekiwałam jednak „skonsumowania” tej znajomości w świecie realnym. Internet miał być takim punktem zaczepienia, ale nie środowiskiem życia. Sądziłam tak, odwiedzając serwisy randkowe (i myślę, że sporo innych osób też, ale ci, którym się tam nie udało, niespecjalnie lubią się do tego przyznawać), miałam na to nadzieję, fajnie pisząc z kimś z forum tematycznego – ale dzień lub dwa, a nie parę lat. Wydawało mi się to oczywistym, bo skoro nie jesteśmy bytami wirtualnymi, to i takie powinno być nasze życie. Realne, konkretne, namacalne...
Im bardziej jednak tej rzeczywistości łaknęłam, tym mniej jej miałam. Stopniowo zaczęłam się na to godzić. Przestałam proponować spotkania na kawę czy wspólne wyjścia (nie mówię o randkach), nie było potrzeby wysyłania sms-ów, w sumie nawet nie trzeba było dzwonić i pytać, co słychać, bo wystarczyło zerknąć na status. Życie przeniosło się „tam”.
Znów, nie zaczęłam od serwisów społecznościowych. Wciągnęły mnie fora tematyczne, a bardziej od artykułu prasowego interesowały mnie komentarze internautów, choć szokowały mnie niektóre poglądy, ale i forma wypowiedzi – niekiedy bardzo agresywna. Zaczęłam łapać zasady netykiety oraz internetowe słownictwo. Nie mam o nim najlepszego zdania. Poza skrótami, nie ukrywam, że czasem przydatnymi (ileż szybciej pisze się „btw.” niż „swoją drogą” albo „IMO” niż „moim zdaniem” – a jaka oszczędność w sms-ach na znakach), jest ono niestety na coraz niższym poziomie, nawet w porównaniu do jego poziomu sprzed dziesięciu lat (tak, wtedy już istniał ten świat – czego czasem nie ogarnia współczesna młodzież). Wypowiadający się w sieci czują się anonimowi, więc bezkarni, zatem wydaje im się, że mogą pisać, co i jak chcą: niegramatycznie, nieortograficznie, wulgarnie i prymitywnie. O ile te dwie pierwsze cechy można jakoś przeżyć (jak też celowo niewypunktowany brak polskich znaków, bo to niekiedy wiąże się z możliwościami sprzętu, którego używamy), to dwie pozostałe bardzo zasmucają. Choć jest to również jakiś znak czasów: mnie się wydaje (słowo klucz), że ktoś odważnie bluzga, tymczasem bywają środowiska, gdzie tak po prostu się mówi – a więc i pisze.
Widać to na stronach serwisów społecznościowych. Facebook ma dumną zasadę, że należy podawać prawdziwe dane, więc mniej jest osób kryjących się za pseudonimami, zresztą znajomi i tak często je znają, tak samo zresztą jak bogactwo i skład osobniczej leksyki. Tu jednak akurat mniej o formę mi chodzi. Nawet bowiem jeśli ktoś pisze nad wyraz wzorcowo, to wciąż wolałabym, żeby tak do mnie… mówił. Po prostu. Tymczasem prawdziwy kontakt zaczyna być zastępowany zdawkowymi formułkami, statusami i udostępnianymi ciekawostkami. Z jednej strony, owszem, poznajemy być może inną stronę danej osoby, dotychczas mniej znaną. Ale z drugiej, czy nie fajniej byłoby o tym po prostu się dowiedzieć…? Takie „poznawanie się” to trochę jakby podglądactwo. Zresztą czasem bez tego „jakby”, bo w sieci – nawet jeśli bardzo się staramy – trudno ukryć się przed obserwacją. Kończy się na tym, że pozornie dużo wiemy o danej osobie, nie widzimy zatem potrzeby, by się z nią częściej widywać (albo wcale do tego nie dążymy), bo po co? Powstaje przy tym złudzenie, że prowadzimy jakieś niesłychanie bogate życie towarzyskie, że jesteśmy w centrum uwagi lub sami znajdujemy się bliżej kogoś przez nas cenionego (nie mam na myśli „elyty celebryckiej”). A potem przychodzi długi weekend i wpatrujemy się z oczekiwaniem w ekran, czekając na to, by ktoś pojawił się na czacie. Sami przy tym się ukrywamy z naszą obecnością, bo wstyd przyznać, że nie mamy innych planów. I czekamy…
Nie należy jednak demonizować. Owszem, czasem wpadam w pułapkę zacierania się granic świata realnego i netowego, i od awatarów oczekuję bycia ludźmi. ;) Ale przecież serwisy społecznościowe to nic złego. Jak wspominałam wyżej, mam przynajmniej jednego kumpla z takich stron. Zaczynają też pojawiać się też nowe osoby, czas pokaże, co z tego wyniknie. Ważne jednak, by świat wirtualny nie przesłonił nam rzeczywistego oraz by mądrze korzystać z jego zasobów. Fajnie, że coraz więcej rzeczy w sieci można kupić czy wypromować. Również dzięki netowi zaczynam poznawać kociarzy i powoli wchodzić w kocie środowisko. Z drugiej strony, nie musiałam sięgać po pomoc Facebooka, by poznać przemiłą panią ze sklepu zwierzowisko, z którą bardzo fajnie mi się rozmawia – chociaż ona nie ma kota.;) A gdyby nie było Facebooka, to chcąc mieć kontakt z kociarzami, musiałabym wybrać się do rzeczywistego schroniska czy domów opieki nad kotami.

Myślę, że gdybym miała więcej obowiązków, kwestia serwisów społecznościowych rozwiązałaby się sama w sposób naturalny. Jednak jest, jak jest, i nie widzę powodu, by nie korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Ważny jest umiar i złoty środek, jak zwykle zresztą. Pilnuję poza tym przestrzegania zasady: nie dyskutuje się z idiotami. Sprowadzą cię do swojego poziomu, a potem pokonają doświadczeniem. Dziękuję, wolę ten czas przeznaczyć na cokolwiek innego :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Syndrom niemożności, zwany dalej leniem

Ostatnio dopadł mnie syndrom niemożności dokończenia pracy zleconej, zwany dalej leniem, więc wyszukiwałam sobie multum zajęć w domu i poza nim, byle tylko uciec od obowiązku. Właściwie nie wiem, czemu tak mi się nie chciało. Lubię swoją pracę, nie mam jej w nadmiarze, dotychczas nie narzekałam na najnudniejszy nawet tekst. Zazwyczaj po otrzymaniu materiałów z radością zabierałam się do korekty. Wszystko inne odkładałam na później, najchętniej pracowałabym od rozpoczęcia do zakończenia – jedynie z koniecznymi przerwami. Odwoływałam nawet nieliczne spotkania, z bólem serca szłam na te najkonieczniejsze. Gdyby nie zwierzę w domu, pewnie zapominałabym o zakupach. Po prostu twórczy zapał.
Tymczasem ostatnio było inaczej. Po otrzymaniu plików nawet nie przerzuciłam ich do roboczego folderu, bo uznałam, że muszę skończyć rozmowę przez telefon. Następnie, gdy już wreszcie je zgrałam, uznałam, że jak na jeden dzień dość się tą sprawą zajęłam. Dwa kolejne dni upłynęły mi na dużych porządkach. Nagle doszłam bowiem do wniosku, że wreszcie trzeba przejrzeć szafki w kuchni, tak gruntownie, oraz posegregować ubrania – porami roku, okazjami, no i rozmiarami. ;) Absolutnie nie mogło to poczekać. Później jeszcze uczciwie czekałam na przesyłkę z krzesłem do pracy przy biurku, choć od dobrych kilku lat pracuję z lapkiem na łóżku – nagle parę dni zaczęło mi robić różnicę. Wreszcie po tygodniu i sprawdzeniu kalendarza (kiedy mija termin umowy) złapałam się za głowę – i otworzyłam pliki. Nie były to najłatwiejsze teksty, ale cała praca zabrała mi mniej czasu niż zabieranie się do niej…
Zastanowiło mnie to. Przecież lubię swoją pracę, ale fakt, że przed zabraniem się do niej szukałam tysiąca wymówek do jej przynajmniej odwleczenia, dał mi do myślenia. Przypomniałam sobie inne sytuacje, gdy widziałam podobne zachowania – u siebie czy innych. Fakt, ja z reguły uciekałam przed pomaganiem w kuchni. „Nie chciało mi się”. Kiedy mama wołała, żeby jej pomóc, najczęściej przypominałam sobie, że akurat mam mnóstwo zadane. Czasem z kolei koleżanka wyciągała mnie do kina albo na dyskotekę. Też mi się nie chciało. A to późno było, a to mnie głowa bolała, tak się różnościami tłumaczyłam, ale wiedziałam, że tak naprawdę mi się nie chce.
Dużo pań narzeka na swoich mężów, że nie pomagają im w sprzątaniu. Zaraz święta, więc temat pewnie na czasie. Zgadzałam się zawsze z tymi uwagami, sądząc, że większość facetów jest po prostu wygodnicka. Podobnie nie mogłam pojąć, że tak wiele czasu zajmuje im zrealizowanie obietnicy wbicia gwoździka. No przecież wstaliby, przyłożyli gwoździk, walnęli młotem i po sprawie.
A jednak to chyba nie takie proste. Może nie istnieje w ogóle coś takiego jak lenistwo? Może tak naprawdę nasza niechęć do zrobienia czegoś, tłumaczona przez innych tą mało sympatyczną cechą, to naprawdę zasłona dymna, ukrywająca nasz strach? Odkładamy zrobienie czegoś na później, bo obawiamy się konsekwencji? Na przykład, że asystując w kuchni, zbijemy znowu kolejne szklanki, co nie spotka się z aprobatą otoczenia? Albo że zrobiona praca nie spełni oczekiwać przełożonych? Lub że wbicie gwoździka pociągnie za sobą konieczność wbicia stu kolejnych, co uniemożliwi spokojne siedzenie przed telewizorem? ;)
Oczywiście, że troszkę się naśmiewam z tych przykładów. Niemniej sedno sprawy traktuję poważnie. Nie zawsze sami nawet wiemy, jaki powód kryje się za naszym „niechcemisie”. A może to prostu „usposobienie domowe i nieśpieszne”? Czyli nic złego, po prostu cecha osobnicza. Do zaakceptowania. Ewentualnie – uszanowania przez osoby z odmiennym temperamentem.

Żeby nie było: uważam, że panowie powinni swoim paniom w porządkach CO NAJMNIEJ pomagać. A nie, jak mój Kocio, uważnie asystować i potem odsypiać zmęczenie. Panowie, stać was na więcej! :)

piątek, 11 kwietnia 2014

Kocio piórkuje

Uśmiałam się kiedyś, gdy u Kociej Łapki przeczytałam, że mają kota piórkoholika. Okazało się niedawno, że i mnie to spotkało – Kocio jest uzależniony od wędki z piórkami... Ale od początku.
Jak łatwo pewnie zauważyć, rozpieszczam Kocia na wszelkie możliwe sposoby. No, oczywiście staram się go wychowywać, ale nie umiem odmówić sobie częstego sprawiania mu przyjemności. Więc szafka jest – poza karmą – pełna kocich przysmaków, a pokój wypełniony zabawkami. Myślę też, że jestem dobrym i lubianym klientem sklepów zoologicznych.;) Faktem jednak jest, że dość szybko przestałam słuchać opinii sprzedawców: „Kotom się to podoba”. Zaledwie dwa razy kupiłam zabaweczki, na które Kocio nie raczył łapki podnieść. Szczerze, to mu się nie dziwię, bo mi też się nie podobały, ale że miały być dla niego, to zdałam się na radę sprzedawcy. Za to szybko wyłapałam, co go kręci, i tym typem zabaweczek staram się Kocia uszczęśliwiać.
Pierwszą jego ukochaną zabaweczką – taką już świadomie wybraną, a  nie, że jedyną – była papużka. Doczepiona do niej linka, to chyba nawet wędka nie była, nie pamiętam. Papużka bowiem szybko zyskała wolność ;), znaczy nie od Kocia. Straciła czub, straciła ogon, w zasadzie został kadłubek mało przypominający już ptaka, przez Kocia jednak ukochany. Kadłubek był noszony wszędzie, wiele razy – kąpany w misce z wodą (niekiedy widziałam, że celowo...), ale wciąż był najkochańszy na świecie. Ufefluniony nieziemsko, wreszcie gdzieś się zapodział (uf). Jeszcze parę dni temu na topie była myszka, czymś grzechocząca w środku. Kocio szybko skrócił jej ogon, a poza tym – akceptował. ;)
Kupiłam też oczywiście laserek, a co. Zabawka niesamowita, tylko szybko jednak zostałam ostrzeżona przez panią weterynarz, że zbyt intensywna zabawa może się niefajnie skończyć. Nie chodzi tylko o oślepienie światłem lasera (tu można się po prostu starać być ostrożnym). Bardziej o to, że kot tej kropki nigdy przecież nie złapie i może go to sfrustrować. Myślę, że coś w tym jest. Tylko jak to wytłumaczyć kotu, który z drugiego końca mieszkania słyszał, że biorę laserek i przylatywał, wydając niesamowity dźwięk z siebie, jakby wręcz kwik. Kocha laserek i jak nieraz nie mogę Kocia znaleźć, to „szukam” właśnie tak. O ile kot nie został gdzieś przypadkiem w szafie albo zamkniętej przed nim kuchni, to po zapaleniu laserka znajdzie się przy mnie błyskawicznie.
Osobnym tematem są pudełka. Wiadomo, tłumaczyć nie trzeba. Ostatnio jednak przestał się nimi interesować, więc zebrałam je razem, aby za jednym zamachem wyrzucić. To było ponad siły kota, jak zresztą widać na tych filmikach (jakość telefoniczna, ale lepszy rydz niż nic):






Nie żałuję też Kociowi chodzenia po wysokościach. O ile nie kończy się to zwisaniem z firanek (zaledwie dwa razy) lub wchodzeniem w miejsca dla niego niezbyt bezpieczne – np. tam, gdzie szkło – jeszcze całe..., to niech sobie chodzi.
No, raz miałam problem. Zawiesiłam sobie nad łóżkiem (no dobra, tata zawiesił) taki dywanik. Wiem, że staroświeckie to, ale mi się podobało, a i cieplej w zimie tak spać niż przy gołej ścianie. Kocio zwariował na jego punkcie. Noc zaczynała się wskakiwaniem na to i spadaniem, często planowym, najczęściej na mnie. Nie pomogło odganianie, „akyszkowanie”, wyrzucanie na noc z pokoju. Po trzech dniach dywanik zwisał smętnie na sześciu  (z piętnastu) gwoździkach. Zdjęłam go. Kocio jeszcze do dziś siada i patrzy w to miejsce – a może dywanik jednak odrósł…?
Czasem próbuje wspinać się po balkonowej siatce, częściej jednak ją obmiaukuje i fuka na nią, jaka niedobra. Teraz sezon balkonowy w pełni, więc stawiam mu tam drapaczek, ale rzadko z niego korzysta. Przynajmniej ja nie widzę. Na siatce zaś zaczepiłam elementy wędek. Kocio bowiem w pewnym momencie wykazał wobec nich wielkie zainteresowanie. Mieliśmy więc ich kilka i zabawa była przednia. Uwielbiał łapać tę myszkę dyndającą na końcu sznurka, zwłaszcza że ona coś tam gadała przy dotknięciu. Nie zawsze jednak mogłam mu tą wędką machać, więc bawił się myszką, a wędka leżała na podłodze. No i któregoś razu zauważyłam, że leży sam kijek. Tak, Kocio odgryzł sznurek. Również w drugiej wędce. Cóż, skoro tak woli... Kijki zostawiłam „na pokojach” – świetnie się sprawdzają jako pomoc przy wydłubywaniu wrzuconych pod regał czy łóżko drobiazgów, a sznurki z myszkami zaczepiłam o siatkę balkonową. I Kocio czasem sobie je trąci, gdy tak siedzi i obserwuje teren...
Uznałam więc, że Kocio jest bardzo ekonomicznym stworzonkiem, bo pisałam, że najlepszą, nieśmiertelną zabawą były nakrętki od butelek. Były. Do minionego weekendu.
Zamówiłam trochę karmy i żwirku w promocyjnych cenach, jakoś lubię mieć zapas i nie martwić się, że czegoś znienacka zabraknie. Przy okazji wzięłam „na spróbowanie” coś takiego, co odmieniło nasze życie. Wydawało mi się, że to zwykła wędka. Okazało się, że mój Kocio oszalał.
Po pierwszym machnięciu sama usłyszałam jakby szelest skrzydeł, więc na pewno kot miał jeszcze lepsze doznania. I się zaczęło. Różnie już Kocio skakał po pokoju, ale takich salt i takiej ekscytacji to naprawdę nie widziałam. Po pół godzinie miał całe czarne oczy, tak mu się źrenice rozszerzyły, a język był na wierzchu. Aż się trochę przestraszyłam. Schowałam wędkę i kazałam mu odpocząć. Kot zasnął tak, że spał kamieniem do rana (a była dwudziesta trzecia maks). I do tego po raz pierwszy – przysięgam! – nie poczuł, że położyłam się obok. (A raczej: wcisnęłam...). Był tak zgoniony, że pierwszy raz miał pod ogonem, z kim tej nocy śpi...
Rano, kiedy wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie, popatrzył na mnie wyczekująco. Wierzyć mi się nie chciało, że chodzi o wędkę, ale wzięłam do ręki... i Kocio aż kwiknął i stęknął z zachwytu. Jako że to była sobota, a jakoś wyjątkowo roboty nie miałam, to bawiliśmy się przez większość dnia. Nie pytajcie o stan wędki ani mojej ręki. Ważne, że Kocio był szczęśliwy. Niestety, noc już spędził na parapecie, a ja sama w łóżku... ;)
Kolejne dni mijają podobnie, choć wędkę dawkuję ostrożniej, bo nie mam sił i czasu, a poza tym piórka są w opłakanym stanie. A boję się myśleć, co będzie, jak wędka się „skończy”. Kupno nowej plus koszt dostawy mnie może aż tak nie przeraża, ale na litość, jakie ja mam mieć tego zapasy...? I kiedy mam żyć? ;) I żeby jeszcze w nocy wynagrodził. ;) Ech, ten mój nałogowiec kochany...
Tak więc zmieniam apel. Nie proszę już o nakrętki. Zbierajmy piórka dla Kocia (i trochę – dla mnie). Proszę. :)


Piórka! Jesteście moje!
Hm, może uda się to odgryźć? Po nic, oczywiście.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Jestę zasobę

Na drugim spotkaniu warsztatów PetBonTon podobno dowiem się już absolutnie wszystkiego na temat tak ważnych kocich zasobów, niezbędnych do zapewnienia kotu idealnych warunków bytowych, jak m.in. kuweta i transporter. Naturalnie równie istotnymi są jedzenie i picie oraz miejsca zabawy, wypoczynku i schronienia – jednym słowem: terytorium, z i na którym kot robi, co chce. I oczywiście – na co mu pozwolimy, ale z tym pozwalaniem i zabranianiem bywa różnie… ;)
Za to już na trzecich zajęciach będzie – przynajmniej ja tak rozumiem ten temat – omówienie ostatniego, ale równie ważnego, jak mniemam, zasobu (last but not least) – czyli człowieka. Tak, podczas pierwszych zajęć zrozumiałam bowiem, że nie jestem dla kota właścicielem, opiekunem, ciocią, mamą czy pańcią. Oczywiście też – nie jestem dużym kotem. Jestem za to zasobem, który jest kotu potrzebny właśnie jak kuweta czy jedzenie. Zasobem istotnym, jak widać, usprawniającym proces zaspokajania innych potrzeb kota.
Od kiedy to zrozumiałam, diametralnie zmieniło się moje nastawienie – nie tylko do układów z Kociem, ale też w ogóle, z ludźmi. Z Kociem to jasne. Czasem wprawdzie staram się być kocicą alfa w naszym domowym stadzie i egzekwuję pewne zachowania, chociaż pamiętam o swoich obowiązkach i staram się je należycie wypełniać – ale znam swoje miejsce. ;) I wcale się nie obrażam – cóż znowu, wręcz przeciwnie. Kuweta w życiu człowieka (choć nazywamy ją zazwyczaj inaczej) jest równie istotna, o czym wie każdy, kto nie mógł na czas jej znaleźć albo kto bezskutecznie ją odwiedzał w chwilach problemów żołądkowych. ;) Pamiętam, jak brałam do domu Kocia, całkowicie na wariata. Pisałam o tym już we wcześniejszych postach, ale teraz zwróciłam sama uwagę na to, że gdzieś tam, intuicyjnie, zastanawiałam się, czy mogę zdecydować się na tak spontaniczne działanie. Szalę na „tak” przeważyło przypomnienie, że w domu mam żwirek i kuwetę. Karmę na pierwsze dni dostałam w pakiecie, plus jeszcze butelkę wody Żywiec. Śmiesznie to zresztą wyszło, bo pani weterynarz, przekazując mi informacje o nim, podkreśliła m.in., że on pije tylko Żywca. „Ale chodzi o wodę?”, spytałam, zanim się zastanowiłam nad absurdalnością tego pytania. Chociaż, z drugiej strony... ;) No ale tak, chodziło o wodę, Kocio bowiem miał biegunki i woda, taka zwykła, mu w tym stanie nie służyła. Teraz jednak pije wodę z kranu – zdecydowałam tak, bo skoro widziałam, że zlizuje ją w umywalkach i gdzie tylko może, to uznałam, że lepiej, aby pił jedną i taką samą. I nic mu nie jest. ;) A i tak najważniejsze, by miski były mądrze rozmieszczone i (przypominam) daleko od kuwety – na pewno nie tak:


A gdyby tak przenieść to spojrzenie – czyli uznanie się za zasób – na relacje z ludźmi? Dużym kłopotem w nich bywa czasem bowiem hierarchia. Osobiście przyznaję, że czasem targa mną uczucie zazdrości, że ktoś jest ważniejszy dla kogoś tam dla mnie ważnego. Albo przeciwnie, mam wrażenie, że relacje na jednym tylko poziomie (np. służbowym) mogą być w pełni dobre jedynie wtedy, jeśli będą funkcjonować w każdym aspekcie życia. Jeśli jednak spojrzeć na te relacje – nie na człowieka, ale na relacje – w aspekcie zasobu? Coś nam ta relacja daje, skoro ją stworzyliśmy, a jeśli nie nam osobiście, to może społeczeństwu? Grupie? Rodzinie? Ważne, by zasób był wartościowy. Nie muszę być potrzebna zawsze i wszędzie, tak samo jak nie każdy jest potrzebny mi. Z jedną koleżanką fajnie się wymienia przepisami kulinarnymi, z drugą narzeka na parszywe zarobki, z kolejną rozmawia o zwierzątkach, z inną – analizuje rzeczywistość, filtrując ją przez poglądy Junga. A inna osoba emanuje takim spokojem, że sam jej widok koi zszargane nerwy.
Nie oznacza to, że zachęcam do traktowania siebie i innych przedmiotowo. Ważne jest jednak, według mnie, by w każdym dostrzec coś, co ubogaca nasze życie i być dla kogoś takim bogactwem. Wielu moich byłych znajomych wspominam z wdzięcznością, bo dzięki nim coś poznałam, czegoś się nauczyłam – a więc zyskałam. Jeszcze cieplej myślę o tych, którzy są wokół, bo wciąż mogę czerpać z ich mądrości, rad, wskazówek – w miarę chęci i możliwości – jednocześnie starając się dać tym, którzy potrzebują ode mnie, równie wiele. Najfajniejsze w tym jest, że te zasoby są niewyczerpane i wciąż odnawialne (o ile stoją za tym czyste intencje, a nie na przykład wampiryzm energetyczny. Przed czymś takim trzeba się bezwzględnie chronić). Tak więc bądźmy dla siebie zasobami! :)

środa, 9 kwietnia 2014

Pecunia non olet

Była niedziela, nie miałam planów, za to dużo czasu dla siebie, więc z chęcią przyjęłam zaproszenie siostry na obiad. Zawsze to przyjemnie się spotkać, na spokojnie, a poza tym ona pysznie gotuje (chyba mamy to rodzinnie :D), więc dwie pieczenie przy jednym ogniu. Wprawdzie rano ciężko mi się wstawało (ach, ten demotywujący do wstania wtulony Kocio!) i jakoś tak na początku mi się nie chciało nigdzie wychodzić, tym bardziej że jednak trzeba było uzbroić się w cierpliwość na drogę. Komunikacja publiczna w Warszawie jest owszem, niezła, ale jednak odległości czasowe między kolejnymi przejazdami są większe niż na co dzień. Samochodem mamy z siostrą do siebie kwadrans, autobusem czystej jazdy jest pięćdziesiąt minut, a jeszcze trzeba na przystanek dotrzeć, autobus przyjeżdża zgodnie z rozkładem albo i nie, a pod sam koniec trasy trzeba się przesiąść – a następny autobus nie zawsze zgrywa się w czasie z tym poprzednim. Niekiedy lepiej przejść piechotą jeden przystanek, co też trochę czasu zajmuje… Nie ukrywam, że nie zawsze się chce. Siostra jednak obiecała mnie odwieźć, a potem zresztą już się rozruszałam i skupiłam na pozytywnych aspektach wizyty. Zresztą, pogoda niezła, ja – młoda, bez bagażu, jedynie z torebeczką, nie ma co narzekać.
I tak stałam na przystanku, czekając na autobus. Wyszłam oczywiście za wcześnie, bo jakoś nie ufam tej linii w kwestii punktualnego przybycia. Trasa jest długa, więc rozumiem, niemniej wolę być chwilę wcześniej. Stoję więc sobie i przyglądam się ludziom, którzy powoli schodzą się na przystanek. Nie było ich wielu. Ot, jakaś pani i małżeństwo z dwójką dzieci. Oni właśnie stopniowo przykuwali moją uwagę. Państwo byli młodzi, tak między trzydzieści a czterdzieści, dzieci – trzy i pięć lat na oko. Pan w garniturze, pani też elegancko odszykowana; pewnie jechali na jakiś uroczysty obiad, bo godzina była taka raczej jeszcze przedimprezowa. A że niedziela i że z dziećmi, to obstawiałam zaledwie obiad. ;) Najpierw zachwycałam się pięknymi, czerwonymi pantoflami pani, na całkiem sporym obcasie. Potem moja uwaga przeniosła się na dzieci, a to ze względu na ich typową dla wieku żywiołowość. A to właziły na ławeczkę, a to próbowały ugryźć szybę, a to się przewróciły, a to pić się chciało… Pani chodziła wte i wewte, żeby podnieść, obetrzeć, zdjąć z ławki, wytłumaczyć, że tego się nie je… Coraz uważniej się przyglądałam i coraz bardziej jej współczułam, że musi to wszystko ogarniać i jednocześnie wciąż „wyglądać”. Tymczasem pan stał nieopodal, co jakiś czas popalając e-papierosa i patrząc, czy autobus nie jedzie. Nie, nie ignorował rodziny. Kiedy dzieci podbiegały za blisko ulicy, to je odciągał, spacerował z nimi – innymi słowy, nie uchylał się od obowiązków. Ale kiedy coś trzeba było przy tych dzieciach zrobić, ona już była na posterunku. Wreszcie autobus przyjechał i wszyscy wsiedliśmy. Jechałam dużo dłużej niż oni, bo rodzinka wysiadła może na piątym, szóstym przystanku? W każdym razie nie był to długi kawałek. Patrzyłam z ciekawości, całkiem bezinteresownej. ;)
Nie znam tych ludzi, być może nigdy ich nie zobaczę. Ale patrząc na nich, pomyślałam sobie, że jednak kobieta nie ma łatwo w życiu. Szkoda mi było tej pani. Jasne, może ona była zadowolona. Może on zostawił wszystko na jej głowie, bo ona tak chciała. Może nawet nie byli małżeństwem, może tylko znajomymi, którzy akurat jechali na tę samą uroczystość. Ale wyobraźmy sobie, że to jednak było małżeństwo z dwójką dzieci, które razem jechało na jakąś imprezkę. Nie wyglądali na bardzo biednych, przeciwnie – dobrze ubrani, zadbani, podobnie dzieci. I teraz docierają na imprezę, która była stosunkowo niedaleko, jak sądzę, ale pani jest najprawdopodobniej już zmęczona. Zanim ten autobus przyjechał, trzeba było te dzieci na przystanek dostarczyć (jedno w spacerówce), potem – upilnować i ogarnąć. Uczciwie zastanowiłam się, w czym mógłby pomóc tatuś. Może faktycznie ona szybciej wytrze te buzie i ręce, może on by niepotrzebnie się plątał. Ale jak patrzyłam na tę elegancką kobietę, która musiała wszystko zrobić i jeszcze wyglądać, a może ją przy tym bolała głowa albo brzuch, to myślę, że facet mógł chociaż taksówkę zamówić. Biorąc pod uwagę odległość, koszt pewnie nie byłby zbyt wysoki, a ileż by tej kobiecie lżej było…
Jasne, wiem, że ona mogła się na to zgodzić, a on nie miał nic do gadania. Nie chodzi mi jednak o tę konkretną sytuację, ale o to, że jednak, mimo całej ekologicznej nagonki, namawiania do jazdy rowerem, korzystania z komunikacji zbiorowej itede, są sytuacje, gdy samochód to podstawa. Równie istotna i równie oczywista, jak trzy posiłki dziennie. Nie fanaberia. Niech kobieta będzie kobietą domową, nawet na uroczystości, ale niech dotrze na nią niezmęczona. Nie po to się szykuje, nie po to stara wyglądać, nie po to wreszcie idzie do ludzi, żeby na dzień dobry epatować zmęczeniem. Dodajmy, w przeciwieństwie do pana męża, który dał jej nazwisko i status kobiety zamężnej oraz dodatkowo – dzieci. I nic więcej nie musi.

Tak, przerysowuję. Nie, nie uważam, że kasa to wszystko. Na argument o oszczędzaniu odpowiem tak. Nie uważam się za dusigrosza, ale do rozrzutności też mi daleko. Mam wypracowaną w sobie gospodarność i umiejętność liczenia pieniędzy. Wiele razy odmawiałam sobie czegoś, bo uważałam to za fanaberię, na którą akurat mnie nie stać. Co innego dla kogoś; o, wtedy miewam gest, czasem większy od możliwości, czasem wykorzystywany przez innych. Ale też ostatnio zaczęłam sobie sprawiać coraz więcej drobnych przyjemności, również za pieniądze... bo po to one są. Wydaje mi się, że poza tym warto czasem pomyśleć nad ułatwieniem sobie życia. Gdybym była na miejscu tej pani, to przypuszczam, że po takim wyjściu z domu, gdy musiałabym zrobić wszystko, a on by tylko się prezentował, to wieczorem bardzo mocno bolałaby mnie głowa. Natomiast zawieziona taksówką – czułabym się z pewnością dużo lepiej. ;) Więc widać chyba, że czasem jakiś wydatek może być niewspółmierny do korzyści. Owszem, bilet autobusowy jest pozornie tańszy (chociaż przy takiej rodzinie… i prorodzinnej ekonomii….), ale energia, cierpliwość, zdrowie, humor, nastrój, samopoczucie – jak w reklamie: bezcenne. Tak jak np. samo robienie imprezy – w domu to nie tylko koszty potraw, ale robocizna plus próba połączenia przez kobietę już podczas przyjęcia trzech ról: kucharki, kelnerki i gospodyni. Dziękuję, postoję. Wolę zaprosić do lokalu i zapłacić po prostu pieniędzmi (jeśli ich nie ma, to i nie ma za co imprezy zrobić), za to później nie mieć stosu naczyń do mycia. Czasem warto ułatwić sobie życie. Naturalnie, nie zawsze nas stać. Ale kiedy tylko jest taka możliwość, to czemu nie? A już szczególnie mogliby o tym myśleć kochający i odpowiedzialni za nas panowie .:)

wtorek, 8 kwietnia 2014

Ponadczasowa lektura

Na długo w moją świadomość zapadła książka Mary Shelley Frankenstein. Mało osób wie lub pamięta, że nie jest to pełny tytuł; w całości brzmi bowiem Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz. Przeczytałam tę książkę w wakacje po obronie dyplomu. Od jesieni miałam zacząć studia doktoranckie i jednocześnie zajęcia ze studentami. Miałam możliwość przygotować program autorski, a ponieważ jeszcze nie otrząsnęłam się z fascynacji gotycyzującymi powieściami młodego Zygmunta Krasińskiego (o których, swoją drogą, też niewiele osób wie), to postanowiłam przyjrzeć się bliżej właśnie Frankensteinowi.
Pamiętam, że na lekturę wybrałam pewien letni, słoneczny dzień. Nie tylko dlatego, że nie pracowałam i miałam w ciągu dnia dużo czasu. Przyznam się: trochę się bałam, bo – myślę że jak większości – Frankenstein kojarzył mi się z nakręconymi na jego podstawie horrorami (których zresztą nie widziałam, ale świadomie: po prostu się bałam). Książki obawiałam się nawet ciut bardziej, bo czym innym jest bać się monstrum na ekranie, a czym innym – własnych projekcji. Te drugie są dużo gorsze i znacznie trudniej je wyrzucić z głowy. Mimo to wzięłam się do lektury, bo po pierwsze, podejrzewałam, że moje lęki mogą być nieco na wyrost, po drugie, uznałam, że warto znać tę książkę (jak na szanującą się panią magister filologii polskiej przystało), a po trzecie wreszcie postanowiłam, że jeśli uznam lekturę za zbyt dla mnie straszną, to po prostu nie dokończę czytania, a nikt nie musi o tym wiedzieć.
Więc pewnego letniego i słonecznego dnia usiadłam na trawie (byłam na wywczasach wiejskich), otworzyłam książkę… i przepadłam. (Prawie tak, jak niedługo później przy Wywiadzie z wampirem – ale to innym razem). Książka mnie zaczarowała. Do tego stopnia, że później obłożyłam się ekranizacjami, artykułami, i oczywiście zamęczałam tym tematem na zajęciach swoich studentów.
Książka wydała mi się niezwykła przede wszystkim z takiego powodu, że choć napisana na początku dziewiętnastego wieku, i to jeszcze w wyniku konkursu na opowiadanie o duchach, jest moim zdaniem niezwykle wręcz aktualna. Bohaterem jest bowiem człowiek, który szuka remedium na śmierć. I szuka go nie w magii, czarach, religii – lecz w nauce. Człowiek może osiągnąć wiele, ale wobec śmierci jest bezradny. Mimo upływu lat, mimo odkryć geograficznych, rozwoju kultury, sztuki i nauki – mimo osiągnięć własnych i społecznych nieodmiennie każdego z nas czeka danse macabre. I Wiktor Frankenstein, tytułowy bohater książki Mary Shelley, postanawia wreszcie położyć temu kres.
Na marginesie: warto pamiętać (przypomnieć sobie lub dopiero się dowiedzieć), że to właśnie naukowiec, nie jego „dzieło” nazywa się Frankensteinem. To film doprowadził do przesunięcia nazwy z twórcy na stwora. Ja osobiście starałam się zawsze unikać określenia „potwór”, gdyż według mnie jest zbyt nacechowane pejoratywnie. Aby więc nie mylić nazw i pomóc zapamiętać studentom, że to naukowiec był Frankensteinem, a nie wytwór jego nielegalnej działalności, stwora określiłam cieplejszym mianem, według mnie równie poprawnym – mianowicie: Junior. Niektórym ze studentów może trudno było to zaakceptować, ale większości się chyba podobało.
Swoją drogą, nie chodzi o to, że Junior był fajny i dobry, i dlatego nie chciałam go nazywać potworem. Nie, chociaż film zrobił z niego koszmarną istotę – tak fizycznie, jak psychicznie. Ja natomiast starałam się nie mówić o nim źle, gdyż uważałam, że jest to jedna z ciekawszych postaci romantycznych. Na pewno Junior miał typową ich cechę: nosił w sobie niewyobrażalną samotność, wynikającą z odrzucenia go przez jego stwórcę, świat, a także z powodu, iż świadom był własnej odmienności. Ten powód osamotnienia nie zmienia się przez wieki. I nawet nie trzeba być do tego pozszywanym z ludzkich szczątków monstrum…
Kolejną ważną – może nawet ważniejszą, a na pewno trudniejszą do oceny moralnej – kwestią poruszoną w książce jest sprawa wkroczenia człowieka w kompetencje boskie. Wiktor Frankenstein tworzy bowiem Juniora nie po to, by mieć potomstwo. W tym celu mógł wykorzystać dużo łatwiejszy i – jak twierdzą niektórzy: przyjemniejszy sposób, a partnerkę na pewno by znalazł. Nie, nie chodziło o przedłużenie gatunku. Chodziło o zapanowanie nad śmiercią. Czyli nie stworzenie nowego człowieka, a podtrzymanie, przedłużenie życia człowieka już żyjącego. Według mnie wiąże się z tym mimo wszystko kolejny problem – odpowiedzialności za powołane do życia istnienie (a więc świadome rodzicielstwo), ale jednak wymieniony w podtytule „współczesny Prometeusz” – tytan zbuntowany przeciw bogom Olimpu – sugeruje, że to jest istota książki. I jak by nie patrzeć, to chyba do dzisiaj jest to rzecz wciąż bardzo kontrowersyjna.
Nauka rozwija się w niesamowitym tempie. Z pewnością o wielu odkryciach, ba! o prowadzonych badaniach nie wiemy. Wiadomo jednak, że wciąż trwają prace nad klonowaniem, a niedawno zatrzymała moją uwagę podana w jednych z newsów telewizyjnych informacja o… czaszce wydrukowanej na drukarce 3D. Wszczepionej żywej pacjentce. Szczerze mówiąc, na początku nie uwierzyłam. Z drugiej jednak strony, w porównaniu z przeszczepami organów, jakie wciąż są wykonywane, taki „wydruk” jest pewnie czymś błahym. Mimo to ogarnia mnie czasem przerażenie. Czy człowiek nie popełnia błędu, czy nie posuwa się za daleko w swoich badaniach? Czy nie powinna istnieć jakaś granica, której naukowcy nie powinni przekraczać? Tak, wiem, że celem jest poprawa życia ludzkiego, podniesienie jego jakości, przedłużenie procesu starzenia. Może nie uda się zapanować nad śmiercią, ale chociaż odsunąć jej moment? Na pewno nikt nie powie, że ta idea jest zła. Pytanie, czy przyniesie to dobre skutki. Pytanie, czy nie obróci się przeciwko nam. Pytanie, czy nie stworzymy jak Wiktor czegoś, nad czym nie będziemy w stanie zapanować.
Nie odpowiem, bo nie znam odpowiedzi. Po prostu się zastanawiam. I nie wiem, czy żałuję, że pewnie nigdy nie poznam odpowiedzi…

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Amerykańska norma (Akcji „Jajo” ciąg dalszy)

Wśród piszących do „romantycznej” znalazł się mężczyzna, przedstawiający się jako profesor, Polak z pochodzenia, obecnie mieszkający w Stanach. Zapytał, czy chciałaby się spotkać. No i niech napisze o sobie coś więcej. I zdjęcie niech wyśle. Przeczytała, pomyślała… i wróciła do pracy. Po pół godzinie namysłu uznała, że jednak Profesorowi należy się odpowiedź. Niech nie myśli, że taki ważny! Bo mail, choć formalnie poprawny, był jakiś taki… ważniacki w tonie. Odpisała, że nie wyśle zdjęcia, bo nie ma na to ochoty, że niech sprecyzuje „coś o sobie”, które ma mu napisać, a on sam niech rozwinie trochę opis siebie. Profesor, ale czego? I gdzie aktualnie przebywa? Bo ten spacer to w Polsce, jak mniema? Odpowiedź przyszła szybko, Profesor zgodził się na to, że zdjęcia nie otrzyma, ale wysyła swoje. Poza tym interesuje go, czy jest wysportowana i czy ma jakieś nałogi, bo nie lubi grubasów i nałogowców. Jedno i drugie świadczy o słabej woli, a on takich ludzi nie lubi. Nie zadaje się też z głupcami, bo po co? Jasne, pomyślała, i nie odpisała. Ale jego zdjęcie… no niby jak zdjęcie. Nie prosiła o nie, ale niestety – coś ją zatrzymało. Może ten uśmiech i widoczne piękne, zdrowe zęby? A może zgadzający się z bezczelnym tonem maila wyraz twarzy? Trochę ją podkusiło, żeby sprawdzić w realu, czy ten tupet ma jakieś oparcie. Więc napisała, że owszem, spotka się z nim, ale jest to możliwe tylko dzisiaj, w godzinach późnopopołudniowych. I wciąż nie wyśle mu swojego zdjęcia. Okej, odpisał. Umówili się na osiemnastą, ustalili znak rozpoznawczy, wymienili się numerami telefonów.
Gąska wciąż starała się być twardą Gęsią. Na spotkanie więc owszem, wyszykowała się starannie, ale równie dokładnie tłumiła ewentualne emocje i nadzieje. Bo, nie oszukujmy się, zawsze jakieś są… Dopilnowała, by nie być za wcześnie. Kiedy jednak za minutę do godziny zero podchodziła do umówionego miejsca, dostała od niego sms-a, że on będzie ok. dziesięć minut później… No cóż, pomyślała Gąska, następnym razem… Nie, nie z nim, ale jakimkolwiek następnym razem wyjdę z domu jeszcze później… Tymczasem starała się przybrać niedbały wyraz twarzy i nie zdradzać targających wnętrzem emocji. Na szczęście długo nie czekała. Profesor Tom dotarł na miejsce, obejrzał ją od góry do dołu i z powrotem, po czym najwyraźniej uznał, że może być, bo zaproponował spacer.
Gąska nieźle się umęczyła. Nie tyle chodzeniem, co ciężkim egzaminem, jaki musiała zdać. Czuła, że nie tylko każde jej słowo jest oceniane, ale i mrugnięcie powieką, odrzucenie włosów i sposób, w jaki łyka ślinę. Także reakcje na jego słowa były pilnie śledzone. Może by tego nie zauważyła, gdyby nie jej wcześniejsze doświadczenia… Niestety, wciąż nie umiała jednego: powiedzieć, że jej się to nie podoba, i pójść. Męczyła się więc w imię kulturalnego (jej zdaniem) zachowania, mającego na celu niesprawienie mu przykrości informacją, że zachowuje się jak palant. Co z tego, że z tytułem naukowym… Starała się wytrzymać jakieś minimum czasowe, żeby kulturalnie zrobić w tył zwrot. Niestety, kultura czasem bywa przeciwko tym, którzy uznają jej zasady. Tom bowiem świetnie to wykorzystał, jak również jej subtelność i delikatność, a każde jej zawahanie czy zaskoczenie jego niekoniecznie miłą bezpośredniością rozgrywał na swoją korzyść. Jestem taki światowy, nowoczesny, amerykański, a ty za to prowincjalną gąską – zdawał się mówić. Nie ukrywał, że jest żonaty, ale żona „została w Stanach, zresztą jesteśmy w separacji”, nie ukrywał, że sprawdza, jak daleko może się posunąć.
Wreszcie Gąska otrząsnęła się z tego dziwnego wpływu, jaki na nią wywierał i który nie pozwalał jej odwrócić się na pięcie i odejść. Wciąż nie wiedziała, co jest „nie tak”, wiedziała tylko, że nie chce gościa więcej widzieć. Tymczasem zaczęła się żegnać. O nie, nie tak łatwo. Udając dżentelmena, odprowadził ją na przystanek, nareszcie zaczął ją komplementować, podkreślając, że zaskoczyła go pozytywnie urodą i inteligencją… Kiedy Gąska z ulgą oznajmiła, że właśnie jedzie jej autobus, złapał ją w objęcia i chciał pocałować. Wyrwała mu się z siłą, która zaskoczyła ją samą, a całą drogę w autobusie nieledwie pluła, choć przecież nic się nie stało. Po powrocie czekał na nią już mail. Profesor napisał, że w sumie jest niezłą laską i chętnie zjadłby z nią kolację. Przymrużone oczko na końcu dookreślało cel zaproszenia… Gąskę zemdliło. Dopiero rano, przed wyjściem do pracy, odpisała: „Dziękuję za zaproszenie, ale kolacja z profesorem to dla mnie zbyt wielki zaszczyt”. Myślała, że epizod skończony. A to była dopiero część pierwsza…

Jakiś czas potem, gdy Gąska już właściwie zapomniała o całej akcji „Jajo”, nadszedł sylwester. Normalna kolej rzeczy, czas upływa. Życie Gąski wyglądało jednak zupełnie inaczej. Straciła pracę, nie miała zleceń, nie miała pomysłu na cokolwiek. Dni upływały jej na… po prostu upływały. W sylwestra nastąpił ostateczny kryzys. Nawet nie chodziło o to, że nigdzie nie szła. Bardziej o świadomość, że pojutrze też nigdzie nie pójdzie, a kolejne rachunki zapłacą się nie wiadomo jak. Całe dni będą upływać na beznadziejnym oczekiwaniu jakiejkolwiek poprawy losu… Gąska była trzeźwa, ale stopniowo nakręciła się tak, że już nie musiała pić, by czuć się coraz gorzej i coraz mniej kontrolować swoje emocje. W tym stanie ducha wpadła na „fantastyczny” pomysł, by wysłać życzenia noworoczne do znajomych. Tak na zasadzie: zrobię coś normalnego i typowego, na przekór własnym dołom. I napisała jakąś formułkę, wcisnęła „roześlij” i poszła w końcu spać. Rano okazało się, że życzenia dostał również amerykański Tom. I bardzo się z tych życzeń ucieszył… Zaczęli pisać, tym razem po koleżeńsku. Gąska miała jakiś czasowy wypełniacz, on widać też coś z tego miał, bo w bezinteresowność nie wierzyła, ale nie wnikała. Chce, niech pisze. I pisał, pisał, aż wreszcie przyjechał do Polski. Zadzwonił do Gąski i spytał, czy może wpaść, niech tylko poda mu adres. Ale po co, spytała nad wyraz inteligentnie. – No jak to po co, odpowiedział. Przecież nie po to piszemy ze sobą od miesiąca, żebyśmy teraz nie mieli pójść do łóżka, w Ameryce to norma. – Ale ja nie chcę, odpowiedziała, mnie to nie interesuje. – Dziwna jesteś, czego się boisz? Że w ciążę zajdziesz? – Nie no, jeśli już, to tego że alimentów nie będziesz płacił, zripostowała odruchowo, ale ja myślałam, że jak przyjedziesz to na jakiś spacer pójdziemy, na kawę… – Szkoda czasu, odpowiedział i się rozłączył.

Gąska odłożyła telefon i pomyślała, że ma dosyć. Może pozwoliła na takie traktowanie, może trzeba była od początku machnąć ręką, może w ogóle niepotrzebna była cała akcja „Jajo”. Tak czy owak, nie cofnie czasu. Straciła wiarę w to, że spotka kogoś, kto będzie dla niej. Od tamtej pory skoncentrowała się na odkładaniu kasy. Postanowiła być sama, a kiedyś tam, gdy już będzie dużo, dużo starsza, wykorzystać zebrane pieniądze na zafundowanie sobie żigolaka.

piątek, 4 kwietnia 2014

Kocie warsztaty PetBonTon

Zrozumieć kota – wydawało mi się to niemożliwe. Zwłaszcza że wciąż uważam, że w postaci Kocia trafił mi się egzemplarz wyjątkowy. Tym bardziej chciałam wiedzieć – może nie jak nad nim zapanować, ale przynajmniej – jak z nim żyć na wspólnej przestrzeni. Taka była, w skrócie, moja droga na warsztaty organizowane przez PetBonTon. Zwierzak dobrze wychowany. Powiedziała mi o nich sympatyczna kociara Beata M. ;) Również fb uprzejmie mi podpowiedział, a to dzięki temu, że jak wiadomo, jestem wielką miłośniczką Kociej Łapki. Zajrzałam więc, żeby sprawdzić, cóż to za warsztat i w czym mi może pomóc. Nie ukrywam, że początkowo byłam dość sceptyczna, bo w zasadzie, znając wartość „ludzkich” poradników na temat zmian swojej psychiki itede, tym bardziej trudno było mi uwierzyć, że z kotem można „coś zrobić”. Zresztą, tak naprawdę uważam Kocia za egzemplarz doskonały – raczej ja nie ogarniam „tej kuwety” (sic!), jaką jest zrozumienie kota. Z drugiej strony, już parę osób dało mi do zrozumienia, że ciut z tym zaangażowaniem w kota przesadzam. Inna rzecz, że taka moja uroda: jak coś zaczynam robić, to staram się to poznać na maksa. W tym przypadku – koci świat. Stąd to przywiązanie do ludzi z kocich fundacji, stąd poszukiwania innych kociarzy, stąd analizowanie Kociowych zachowań. Warsztaty zatem stały się kolejnym, naturalnym etapem…
Warsztaty, a właściwie ich pierwsza z planowanych sześciu części, odbyły się 30 marca. To był mój drugi w tygodniu dzień przeznaczony na „kocie sprawy”, i znów trzeba było wstać o barbarzyńskiej porze, jaką dla nieetatowej osoby jest siódma rano (czy coś koło tego). Było warto, naprawdę, zresztą tak naprawdę szybko przestałam być zaspana, bo atmosfera warsztatów na to nie pozwoliła.
Prowadziły je dwie miłe panie: Julia Galia, zoopsycholog, i Agnieszka Grochecka-Kaczor, weterynarz i zoopsycholog. Tematyka, jak na jednodniowe, kilkugodzinne spotkanie, była bogata i bardzo urozmaicona – w związku z czym warsztaty przedłużyły się o dobrą godzinę.;) Ogólnie można wydzielić dwie grupy problemów, jakie zostały poruszone: kwestie związane z dobrostanem psychicznym wprowadzanego do domu kota i opieka weterynaryjna nad takim „nabytkiem”. Jeśli chodzi o tę drugą grupę tematów, to muszę powiedzieć, że chociaż na pewno są to przydatne wiadomości, to moim zdaniem było ich ciut przydużo i za szczegółowo. Dla mnie istotne jest podkreślenie konieczności profilaktyki i rodzaju zagrożeń oraz sposobu udzielania doraźnej pomocy. Resztą powinien przecież zająć się fachowiec. ;) Niemniej rozumiem, że dla innych obecnych osób mogły to być istotne tematy, jako że w grupie słuchaczy były osoby na co dzień pomagające w kocich fundacjach, prowadzących domy tymczasowe, a może i pracujących w schroniskach. Zastanawiałam się nawet przez moment, czy możliwe, by te osoby mogły się jeszcze czegoś nowego dowiedzieć? ;)
Nie znam naturalnie odpowiedzi na to pytanie. Gorąco jednak popieram zdobywanie i poszerzanie wiedzy, więc nie dziwię się obecności tych osób. Tym bardziej że w końcu ja też mam już kota – wprawdzie jednego, ale trudnego – a też w końcu przyszłam. I wyszłam z uczuciem, że nie zmarnowałam czasu.
Już tak konkretniej. Nie zdradzę oczywiście całego przebiegu warsztatów, ale powiem o kilku przykładowych sprawach, dzięki którym mam nadzieję jeszcze lepiej egzystować z Kociem. Przede wszystkim wyszłam z bardzo pozytywnym uczuciem, że żyje nam się dobrze. Szanujemy swój indywidualizm, choć nieraz trudno mi się z Kociowym pogodzić. Jednocześnie wyznaczam Kociowi granice, których musi przestrzegać i które staram się egzekwować, choć z różnym skutkiem. Dumna jestem z siebie, że tak inteligentnie wyposażyłam Kocia w podstawy jego egzystencji, czyli kuwetę i miski z żarełkiem, a przy tym rozmieściłam je nad wyraz prawidłowo. No, może poza miską z wodą, która początkowo stała obok pokarmu, ale po pierwsze – i tak pił, po drugie – mamy już trzy poidła, w różnych miejscach, i NIE obok jedzenia. :)
Podobały mi się też przykłady ekozabawek, na dodatek własnej roboty. Też mam swój patent, o czym niektórzy już wiedzą. Kocio mianowicie uwielbia bawić się nakrętkami od butelek. Rzucam mu je, a on: łapie je; łapie i przynosi mi z powrotem (!); podskakuje, próbując je złapać w powietrzu (nieraz robi przy tym wręcz salta) albo celuje, by odbić je łapkami. Czyż nie frajda? Mam zawsze ładny zapasik tych nakrętek, który jednak sukcesywnie się zmniejsza, bo nie wszystkie udaje się później wydłubać spod szafek czy łóżka. Stąd apel do znajomych: zbierajmy nakrętki dla Kocia! ;)

Program warsztatów był super, czułam, że moja dotychczasowa wiedza została uporządkowana, zweryfikowana i poszerzona. Z pewnością pójdę na następne, bo kolejne tematy zapowiadają się jeszcze fajniej, a o ile przed pierwszymi mogłam obawiać się straty czasu i pieniędzy, o tyle teraz ta kwestia nie istnieje. A ile się dowiedziałam o sobie! W końcu relacja z kotem to też relacja. ;) O tym jednak już przy innej okazji.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Siatka niezgody

Przeczytałam wczoraj na piekielni.pl taką historyjkę. W skrócie dla tych, którym się nie chce czytać, chodzi o to, że ktoś chciał zaadoptować kotka z fundacji, ale ich wymagania okazały się nie do przejścia. Najtrudniejszy oczywiście jest wymóg osiatkowania balkonu i/lub okien. Zajrzałam do komentarzy, a było ich sporo, i ku swojemu zdziwieniu ujrzałam, że minusowani są ludzie, którzy popierają te fundacyjne zalecenia. Większość za to podzielała oburzenie autora historii. Czytałam i nie wierzyłam własnym oczom. Powtarzały się argumenty: „Kot jest mądry i nie wyskoczy”, „Kiedyś nikt nie siatkował balkonów i jakoś było”, a już oszołomił mnie taki (zacytuję fragment): „(…) jak zwierzę które w pogoni za ofiarą rzuca się w przepaść mogło przeżyć w środowisku naturalnym i nie wyginęło zanim ludzie je udomowili? Jakim cudem nie wyginęły przez te 10.000 lat od chwili udomowienia do dnia wynalezienia cudownych siatek zabezpieczających, przecież wysokie budowle mieszkalne to nie jest jakiś nowy wynalazek”.
Gratuluję myślenia. Wkleiłam to dość oburzona na swoją fejsową stronę, żeby inni kociarze też mogli się pooburzać. ;) Nie wypowiadałam się na piekielnych, bo z góry wiedziałam, że nikogo nie przekonam (nieliczne głosy podobne do mojego ginęły w zalewie oburzenia: jak fundacja śmie wymagać?), ale zdziwiło mnie, że pod moim fejsowym postem pojawił się komentarz, również niezbyt przychylny siatkowaniu. Więc zaczęłam myśleć. :P (Lepiej późno niż wcale :P). Głównie o tym, czy to ja się dałam zmanipulować lobby siatkujących balkon, czy też jest w tym sens? ;)
Fakt, ja swoje okna i balkon osiatkowałam dość szybko, choć nikt mi nie kazał. Kocio przybył do mnie bardzo spontanicznie, miałam dla niego kuwetę i żwirek, a i to przypadkiem w sumie, nie bardzo nawet wiedziałam, ile razy dziennie i co powinien jeść. Jednak w dzisiejszych czasach dostęp do informacji jest przebogaty, a i zadawać pytania umiem, więc szybko uzupełniłam braki. Tak, zdaniem niektórych może wręcz przesadzam w dogadzaniu Kociowi, ale cóż – taki fart jedynaka. :P A bardziej serio, to ja ogólnie jestem panikara i momentami nadgorliwa w troszczeniu się o innych. Poza tym bardzo cenię prewencję. I jeśli komuś np. wydatek na odrobaczanie kota wydaje się zbędny, a skoro ja to robię, to widać mam za dużo kasy – to jego problem. Szkoda tylko kota. Większość kocich opiekunów szybciej jednak zadba o profilaktykę niż właśnie o te nieszczęsne siatki. W „piekielnej” historii podkreślany był jej kosmiczny wręcz koszt. Cóż, pozwolę sobie z tym się nie zgodzić. Zarabiam zrywami, zleceniami, czasem muszę się kredytować u rodziny, ale naprawdę, wolałam siatki założyć i móc spokojnie Kocia puszczać na balkon, bez obaw, że mi ucieknie. Mieszkam na parterze, może nie skończyłoby się od razu źle, w najlepszym wypadku dostałabym telefon skądś tam, że kot jest do odebrania (tak, Kocio jest zaczipowany, nie, nie płaciłam za to – skorzystałam z sezonowych akcji, jakie na wiosnę i jesienią są w gabinetach weterynaryjnych, przynajmniej na pewno w dużych miastach – bo właśnie miasto je finansuje). W najgorszym – zagryzłby go pies, zabił jakiś zwyrodnialec, o jakich słyszy się ostatnio niestety za dużo, wpadłby pod samochód czy złapał jakiegoś pasożyta. Po co mi to? Kot – mam nadzieję – pożyje czas jakiś, jeśli już tak liczymy. Ja siatkowałam rękami fachowców, zresztą piszę o nich co jakiś czas, bo naprawdę robią fajne i stosunkowo niedrogie zabezpieczenia. Ale jeśli kogoś taki wydatek przerasta, to przecież może sam sobie te siatki założyć. Nawet słabsze, delikatniejsze – moskitiery czy co tam jest. Byle kota zniechęcić do wyglądania za balustradę i by w chwili strachu nie szukał tam ucieczki.
Argument, że kiedyś tego nie było i jakoś było… Pewnie, kiedyś wiele rzeczy było innych. Miałam świnkę morską jakieś piętnaście lat temu. Żyła około sześciu lat, nie pamiętam dokładnie. Była sobie, nikomu nie wadziła, ale trudno mi powiedzieć o niej coś więcej. Dożyła swoich lat i pobiegła za TM. Moja wychuchana Agrafcia żyła lat trzy. Nagle poznałam świńską anatomię, odwiedzałam stomatologa zwierzęcego, siedziałam na świńskich forach – a i tak jej nie pomogłam. Natomiast kiedy opowiadałam o jej chorobach i wizytach u weta, niektórzy byli bardzo zdziwieni. Też kiedyś mieli świnki i one nie miały problemów z zębami. Sama o to zapytałam panią weterynarz. Dowiedziałam się, że właśnie ostatnie lata przynoszą takie słabe mioty. Wynika to z nieprawidłowych krzyżówek, pseudohodowli… Osłabił się materiał genetyczny i zwierzątka po prostu sobie nie radziły. Wiadomo, czym skutkuje chów wsobny. I tak jest z kotami. Może mniej na nie chuchano, ale może mleko, które piły, było mlekiem, a trawa rosnąca przed blokiem była trawą, a nie syfem, zanieczyszczonym nie tylko psimi niespodziankami, ale i spalinami? A i robaczki, które są pożerane czasem przez kotki, były zdrowsze? ;)
Siatka niesie ze sobą jeszcze inne korzyści. Dla mnie prawie równie ważny, jak bezpieczeństwo Kocia: nie mam na balkonie ptactwa, które albo wpadało towarzysko, albo by wydać w spokoju swoje ostatnie tchnienie... (tak, miałam takie przypadki). Poza tym na siatce zaczepiam brzękadełka dla kota i w zasadzie nie muszę mu dokupywać innych wypasionych rozrywek, bo przy byle powiewie coś się dzieje, więc Kocio ma rozrywkę. No ale to dodatkowe bonusy, niemniej też ważne.
Poza tym, odnośnie do wymagań fundacji wszelakich. Nie wiem, nie znam się może aż tak dobrze. Może mają za duże wymagania, za dużo kontrolują, sprawdzają czyjeś życie. (Bo naturalnie ludzie tam pracujący nie mają nic innego do roboty albo mają taki niezdrowy fetysz, żeby nieustannie siedzieć w czyimś życiu...). W komentarzach na piekielnych były też uwagi, że może jeszcze np. karmy lepszej będą wymagać? :P Jasne, cenimy swoją prywatność, nie chcemy być kontrolowani, chcemy też sami decydować o tym, co dobre dla nas i naszego pupila. Ale ci, którzy zajmują się kotami w domach tymczasowych, schroniskach, chcą mieć pewność, że temu kotu nie stanie się krzywda. Że nie będzie wyrzucony na ulicę, bo przestanie pasować do nowych zasłon albo będzie je drapał bądź miauczał za głośno. I chyba w niezrozumieniu tego faktu tkwi problem, a nie w samej siatce.
Nie jestem z fundacji. Głęboko jednak wierzę, że jeśli ktoś naprawdę chce zaopiekować się kotem, to jakieś wyjście znajdzie. A fundacje nie są po to, by to utrudniać. Naprawdę w to wierzę. :)






środa, 2 kwietnia 2014

Gdzie jesteś?

Trudno mi uwierzyć, że dzisiaj dziewiąta rocznica śmierci Papieża. Myślę, ile już lat minęło i jak bardzo zmieniło się moje życie od tamtego czasu.
To nie tak, że myślę wyłącznie o sobie. Owszem, wspominam Jana Pawła II, ale czy nie jest tak, że stratę nawet kogoś bliskiego postrzegamy przez pryzmat właśnie braku, jaki nam to sprawia? Przecież żałobę czujemy nie ze względu na cierpienie tej zmarłej osoby – jej przecież jest już lepiej. Jeśli nawet ktoś nie wierzy w życie po śmierci, to przynajmniej może sobie powiedzieć, że ta osoba już nie cierpi. My natomiast zostajemy sami, bez tej osoby. I często takie doświadczenie zmusza nas do przewartościowania wielu kwestii. Pytanie, na ile trwale. Kiedy zmarł Papież – a nawet wcześniej, kiedy jeszcze żył, ale było już wiadomo, że choroba wkrótce zabierze mu resztki sił – cała Polska zjednoczyła się we wspólnych modlitwach, marszach, czuwaniach i pielgrzymkach. Dużo ludzi wypowiadało się publicznie, jak ważny był dla nich Jan Paweł II i Jego nauki. Pewnie w tamtym momencie mówili szczerze, pewnie w to wierzyli, a może to byli akurat ci, którzy myśleli tak niezależnie od tego, czy On żył, czy nie. Ale tak szczerze, to jestem sceptyczna, patrząc na to, co wokół nas się dzieje.
A ja dziewięć lat temu, tamtego pamiętnego wieczora, siedziałam u koleżanki ze studiów, które już obie miałyśmy za sobą. Obie też zaczynałyśmy dorosłe życie i obu nam wydawało się, że czas na to najwyższy. Ja wprawdzie ślizgałam się jeszcze po powierzchni prawdziwego dorosłego życia, w sensie samodzielności mieszkaniowej, ale już trochę zarabiałam, już byłam na studiach doktoranckich, już miałam za sobą pierwsze doświadczenia w zawodzie nauczycielskim – i zaczynała się moja przygoda z Misiem. Nie wiem, jak ja miałam na to siły, ba! chęci, żeby wytrzymać te wszystkie emocje. ;) A to dopiero był początek. Te dziewięć lat było tak naprawdę dla mnie drogą, której wprawdzie nie chciałabym jeszcze raz przechodzić (a śni mi się to nieraz, brr…), ale która sprawiła, że teraz widzę dużo silniejszą osobę. Uważam, że ten czas był bardzo bogaty w doświadczenia. Zmieniłam zawód i czuję się w nim dużo szczęśliwsza. Przede wszystkim jednak czuję się silniejsza psychicznie niż kiedyś. Z pewnością zawdzięczam to wielu osobom, które w tym czasie znalazły się w moim życiu. Nawet niekiedy przelotnie, na krótko (by nie rzec: na jedną noc :P). Każdy wnosi coś w nasze życie. Jeśli nawet próbuje nas skrzywdzić, to przynajmniej dzięki temu doceniamy bardziej tych dotychczas niedocenianych. Ktoś inny może zarazić nas wspaniałą pasją. Inny znów – wydobędzie naszą zaletę, o której dotychczas nie wiedzieliśmy.
Te dziewięć lat to dla mnie również praca nad tym, by nauczyć się cieszyć życiem z samą sobą. Oczywiście są w moim życiu bliżsi i dalsi ludzie, rodzina, znajomi, kochane zwierzątka, ale coraz bardziej doceniam też czas spędzony ze mną. ;) To też, w jakiejś mierze, zawdzięczam tym, którzy z mojego życia odeszli.
Dziewięć lat temu bałam się tego, co przyniesie mi los. Miałam marzenia, których niespełnienie wydawało mi się największym nieszczęściem na świecie. Teraz jestem dużo spokojniejsza. A z tych, którzy byli ze mną w tamtym czasie, zostało niewiele. Kiedyś było to dla mnie ogromnie trudne do przeżycia, że ktoś znika z mojego świata, choć wciąż mieszka obok albo pracuje blisko mnie. Teraz cieszę się tymi, którzy są. Tu i teraz. Staram się nie martwić na zapas ani tęsknić za przeszłością. Jest dobrze. Jestem w dobrym miejscu.

A Ty gdzie jesteś?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Niebezpieczny świat Pana Kleksa

Cieszę się, że nie mam dzieci. Bałabym się bowiem wypaczenia ich umysłów treściami przekazywanymi przez media. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wiele zła mogą przekazywać programy przeznaczone dla dzieci…
Oczywiście nawiązuję do problemu, zauważonego bodaj w 2007 roku przez Ewę Sowińską, rzeczniczkę praw dziecka, która uznała teletubisia Tinky za geja. Tak szczerze, to sprawa mnie wtedy nie obeszła, ale nie sposób było o niej nie wiedzieć. Nie tylko publikacje prasowe, ale i sztuka zareagowała na te spekulacje pani rzecznik – ot, piosenka „Homotubisie” Big Cyca czy może mniej znany skecz kabaretu „Słoiczek po cukrze”: „Przedszkole”. Naturalnie reakcje artystyczne były krytyką, prześmiechem, bo jak potraktować serio takie spekulacje? Pani Sowińska może i miała dobre intencje, może chciała chronić dzieci przed złem, ale po pierwsze, czy na tym etapie dzieci postrzegają postaci bajkowe przez pryzmat ich preferencji seksualnych, czy raczej jest im to obojętne? No, oczywiście wiem, propagowanie prawidłowych wzorców (prawidłowych i jedynie słusznych z pewnego punktu widzenia, naturalnie, a z innego – szerzenie nietolerancji dla odmienności, ale to już inna sprawa, w tej chwili drugorzędna), dzieci widzą przecież, że Rumcajs miał żonę, a inna postać nie, i mogą to później zapamiętać. Podświadomość, przekazy podprogowe itepe. Po drugie, idąc tym tropem, możemy uznać, że większość bajek dla dzieci zawiera niezdrowe treści.
A może to wcale nie są wymysły? Zastanawiam się nad tym, bo mam wrażenie, że odkryłam coś strasznego podczas dorosłego oglądania Akademii Pana Kleksa. Większość pewnie widziała ten polsko-radziecki film z Piotrem Fronczewskim w roli głównej, jak również i kolejne części. Ja też widziałam, pamiętam wiele piosenek – Kaczkę Dziwaczkę czy Wyspy Bergamuta – i ogólnie ciepło wspominam ten film. Jako że lubię wracać do świata baśni, postanowiłam obejrzeć cały cykl jeszcze raz. Nie mam dzieci, nie mogłam więc tego uczynić pod pretekstem oglądania z nimi. ;) Postanowiłam za to, by oglądanie nie było całkiem bezproduktywne, starać się patrzeć na film analitycznie. Żałuję tej decyzji, gdyż świat pana Kleksa już nigdy nie będzie dla mnie taki sam…
Cóż takiego bowiem odkryłam? Fabuła niezmiennie przecież pozostaje taka sama. Jest uczony, Ambroży Kleks, który prowadzi swoją Akademię, gdzie naucza w sposób przyjemny, nieszablonowy, przyjazny. Wzorzec przyszłej edukacji, można by powiedzieć. Przecież w latach osiemdziesiątych, gdy powstawał film, szkoła była zupełnie innym miejscem niż obecnie. Uczeń miał obowiązki, a nie jedynie prawa – jak jest w większości dzisiaj. Lekcje prowadzone były według schematu, nie słyszało się o kreatywnym myśleniu, nacisk był na wiedzę pamięciową, nie oczekiwano oryginalności (wręcz przeciwnie, wydaje się). I przede wszystkim dominowała szarość. Nie tylko w szkole, w codziennym życiu też. To przecież widać w pierwszych scenach filmu, gdy Adaś Niezgódka ukazany jest na swoim rzeczywistym podwórku. Kolory pojawiają się dopiero wraz z przybyciem do bajkowego świata pana Kleksa. Wszystko pięknie, super, nic, tylko tam być. Gdzie więc tkwi podstęp?
Otóż, przyglądając się bliżej Akademii, można zauważyć kilka niepokojących kwestii. Akademia została zbudowana tylko dla chłopców. Niby nie ma w tym nic tak bardzo dziwnego, w końcu nie ma obowiązku zakładania tylko szkół koedukacyjnych. Jednak trzeba zwrócić uwagę, że poza panem Kleksem nie ma tam żadnego innego dorosłego (Golarz Filip, który sporadycznie odwiedza Akademię, nie poprawia pozytywnie tej statystyki, szpak Mateusz zaś się nie liczy). Chłopcy, około dziesięcioletni, są więc sami z profesorem. Nie ma kadry nauczycielskiej, ale nie ma też opiekunów, dozorców, kucharzy, sprzątaczek. Sami chłopcy i pan Kleks… Czy wystarczająco jasno to piszę? Gdyby chłopcy przychodzili na lekcje, a później wracali do domów, to można byłoby to zlekceważyć. Ale oni są tam cały czas, pozbawieni kontaktów z zewnętrznym światem, na dodatek pod nieustanną obserwacją profesora. Wprawdzie nie ma mowy o tym, by profesor obserwował ich podczas porannej kąpieli w sypialnianej fontannie (nawiasem mówiąc, czy gdyby to była kreskówka, również pokazana byłaby ich nagość?), ale czy szpak Mateusz nie jest tam obecny? A może istnieje jakieś sprzężenie, pozwalające widzieć panu Kleksowi oczami szpaka (by nie budzić niepotrzebnych skojarzeń słowem: ptak...)? Nie jest to powiedziane, ale nie jest też wprost zanegowane. A pan Kleks słynie z różnych wynalazków…
Uczniowie nie mogą nawet śnić swobodnie, gdyż sny ukazują się w lusterkach, co ranek oglądanych przez pana Kleksa. Mało tego, z tych snów pan Kleks wytwarza substancje, które uczniowie następnie zażywają, by sny były coraz bardziej kolorowe… A z czego przyrządza obiady? Z kolorowych farbek i szkiełek. Dodam, że co jakiś czas zażywa pigułki – twierdzi, że na porost włosów, ale przecież to tylko jego słowa. A chłopcy z kolei na twarzach mają naklejane piegi; czy mocująca substancja nie może zawierać czegoś szkodliwego…?
Świat Akademii Pana Kleksa jest bardzo podejrzany… Warto dodać, że w kolejnych częściach, nawet tam, gdzie ukazane są dzieci, nie ma już tylu niepokojących dwuznaczności, nawet gdy mamy do czynienia również ze światem szkoły (Pan Kleks w kosmosie). A Tryumf Pana Kleksa jest po pierwsze, częściowo animowany, po drugie, prezentuje słuszne wartości etyczne i rodzinne – zaręczają się zarówno dorosły Adaś Niezgódka z panną Rezedą, jak i rysujący komiks Tomasz z Agnieszką. Tak więc jedyne niebezpieczeństwo niesie oglądanie Akademii

Na koniec pragnę zwrócić uwagę tych, którzy krytykę Akademii Pana Kleksa potraktowali serio, na dzisiejszą datę. ;) Miłego dnia!