wtorek, 20 maja 2014

Zatruwacze życia

Tekst inspirowany obrazkiem:




Może nie są widoczne na pierwszy rzut oka, ale nieźle potrafią dać w kość. I czasem są bardziej odczuwane przez osoby z zewnątrz, którzy akurat mieli pecha znaleźć się w pobliżu takiego nośnika trucizny (czyli narzekacza, krytykanta, zamartwiacza, niewybaczacza, plotkowacza). A już najgorzej, gdy trafi się na kogoś takiego wtedy, gdy na przekór wszystkiemu, co w życiu złe, człowiek zaczyna się uczyć takiej zwykłej, codziennej radości…
Dlaczego to takie groźne trucizny? Przecież gdybyśmy w ogóle wyzbyli się tych cech, bylibyśmy tacy… nieprawdziwi. Sztuczni. Podobni cyborgom – niby funkcje życiowe się toczą, ale jakoś tak bez emocji. Nawet te negatywne przecież czasem są potrzebne. A już na pewno lepiej je wylać niż dusić w sobie, by fermentowały i niszczyły nas od środka. Dobrze jednak zachować tyle empatii, by nie obdarzać nimi otoczenia wciąż i wciąż.
Narzekanie jest bardzo powszechne. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w końcu otaczająca nas rzeczywistość daje ku temu aż nadto powodów. Czasem trzeba po prostu sobie ponarzekać, by nie gryźć się czymś nieustannie od środka. Zwłaszcza tym, czego nie sposób zmienić, na co nie mamy wpływu. Z drugiej strony jednak, warto zachować umiar. Bo nie dość, że otoczenie zacznie nas postrzegać jako malkontenta, który wciąż marudzi i nigdy nie jest mu dobrze, to na dodatek sami uwierzymy, że wciąż jest nam źle i wszystko jest do niczego. I że to nie nasza wina, jedynie splot niekorzystnych (dla nas) czynników. Bo taki narzekacz rzadko szuka przyczyny problemu w sobie, a już prawie nigdy – sposobu rozwiązania. Bywa, że faktycznie problem leży na zewnątrz. Na przykład wczoraj byłam u lekarza i weszłam godzinę później niż byłam zapisana. Wina lekarza? Nadmiaru pacjentów? Złej organizacji pracy przychodni? Na pewno nie moja – jak rzadko byłam pewna. Kolejka podchodziła do tego różnie, ale zadziwiła mnie pani, która obszernie skomentowała tę sytuację i obarczyła winą za całokształt przyjmującego właśnie lekarza. Nie przypuszczała chyba, że jej  przenikliwy głos słychać było w gabinecie (pielęgniarka mi później powiedziała). A ona do tego lekarza też przecież czekała. Nawet nie próbowała zastanowić się, że może jest jakiś powód obiektywny tej sytuacji. Co jej dywagacje zmieniły? Nic. Może tyle, że szybciej upłynął jej czas, ale ciśnienie z pewnością jej nie dziękowało. A musiała poczekać tak jak wszyscy. Ja tymczasem sobie przysiadłam w kąciku z inna panią i rozmawiałyśmy o zwierzątkach (pani ma yorka). Wyszło nam zdecydowanie bardziej na zdrowie. ;)
Ciekawe, że każdy zawsze wie lepiej, jak coś powinno wyglądać, działać, być zrobione. Krytykanctwo, to obok narzekania, chyba naprawdę nasza druga narodowa cecha. Stojący z boku zawsze mają dobre rady i cenne wskazówki dotyczące naszego życia i pracy. Czasem są one podawane delikatnie, ale mało kto potrafi naprawdę kulturalnie skrytykować zachowanie czy pracę, oddzielając je od negatywnego oceniania osoby. A ile osób potrafi taką krytykę spokojnie przyjąć? Sama krytyka to jednak nic w porównaniu z krytykanctwem, czyli – jak definiuje to pojęcie Słownik Języka Polskiego: „niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania”. Czyli: nie jestem lekarzem, ale wiem lepiej, jak powinno przebiegać zszywanie rany. Nie jestem Kubicą, ale nikt poza mną nie wie, jak kierować pojazdem. Nie jestem fotografem, ale najlepiej oceniam ostrość i ogólną jakość zdjęcia. Nie jestem rodzicem, ale wiem, jak się wychowuje dzieci. Nie jestem w związku, ale wiem, że małżeństwa wokół sobie nie radzą ze wspólnym życiem. Co więcej, nie znam konkretnego męża/żony, ale moje rady są dla tego związku bezcenne… I przy tym ani odrobiny pokory i krytycznego spojrzenia na siebie. Jak to się kończy? Nie dość, że otoczenie jest wykończone, to my sami nie jesteśmy później w stanie niczym się cieszyć – bo czym, skoro wszystko wokół takie niedoskonałe? A że może byśmy poprawili? Nie no, skąd, nie będziemy się wtrącać…
Martwienie się jest czasem nieuniknione. Chyba nie da się tak żyć, by nie było ku temu powodów. Tylko jaki jest sens zamartwianiem się problemami, które sami tworzymy w naszej głowie, na zasadzie: a jeśli się stanie to lub  nie stanie się tamto? W sumie nieistotne wtedy, czy obawy się spełnią, bo i tak pozbawiliśmy się w dniu dzisiejszym radości. A czy warto? ;)a
(Rada z  ostatniej chwili: jeśli nie wiesz, jak przestać się martwić, poczekaj, aż zapukają do Twoich drzwi świadkowie Jehowi – a prędzej czy później to się stanie. ;) Kiedy wreszcie pójdą, poczujesz się, że życie jest piękne i proste. :D).
Wybaczanie krzywd jest trudną rzeczą, ale wartą podjęcia wysiłku. Nieumiejętność wybaczania bowiem jest chyba największą trucizną, wpływającą zarówno na nas, jak i nasze otoczenie. Pielęgnowanie uraz niszczy nas, blokuje, nie pozwala otworzyć się na innych. Natomiast ten, kto nas skrzywdził – czasem nieumyślnie, ale czasem świadomie, lecz pragnie naprawić swój błąd – też czasem potrzebuje świadomości, że mu wybaczono, dano drugą czy nawet kolejną szansę. Brzemię poczucia winy może być dla niego niekiedy zbyt trudne do udźwignięcia.
I tak tylko myślę czasem, że wybaczanie nie musi oznaczać zapomnienia. To się, według mnie, nie wyklucza. Bo jeśli ktoś naprawdę zniszczył jakąś krzywdą część mojego życia, to moje wybaczenie polega na tym, że nie rozpamiętuję wiecznie tej krzywdy, tylko idę dalej. Ale nie zawsze jestem w stanie zaufać ponownie. Z tym niestety ta osoba musi się liczyć. Różnica polega na tym, że kiedy się spotkamy, możemy spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać bez poczucia winy. To jest też bardzo, bardzo ważne.
Na koniec zostawiłam sobie taki detal, jakim jest plotkowanie. Pozornie najbardziej niewinne – ale podstępne. Jak plotka może zniszczyć czyjeś życie, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. To może warto następnym razem zastanowić się, zanim bezmyślnie (często) puścimy w świat newsa, który wraz z przebywaną trasą zmieni się z paproszka w śmiercionośny pocisk.

Właściwie zawsze chyba warto pomyśleć, zanim się coś powie czy zrobi. A jak nie wiemy co, to też się zastanówmy, kogo poprosić o radę. Bo jeśli trafimy na kogoś, kto najpierw ponarzeka z nami, potem się pomartwi, następnie skrytykuje nasze podejście, obrazi się, gdy nie przyjmiemy jego rady – czego nie wybaczy – a następnie opowie wszystkim, jacy jesteśmy niewdzięczni? Będziemy mieć przechlapane…

poniedziałek, 19 maja 2014

Z wizytą u Cioci Ani

Ciocia Ania to nasza ulubiona pani weterynarz. Tak, nasza, nie tylko Kocia. Szukałam bowiem dla niego lekarza, który również mi by odpowiadał. Podobnie bym pewnie szukała lekarza dla swojego dziecka.
Na czym mi zależało? Przede wszystkim na tym, bym mogła takiej osobie zaufać. A jak mam uwierzyć lekarzowi, którego nie interesuje, co mam do powiedzenia o zachowaniu zwierzaka? Wywiad jest bardzo istotną częścią przy diagnozie. Poza tym chciałabym, żeby lekarz rozmawiał ze mną rzeczowo i uczciwie.
Jasne, że niebagatelną kwestią przy wyborze było wyposażenie gabinetu i dostęp do podstawowych narzędzi diagnostyki. Nie wyobrażam sobie jeździć po mieście z chorym futrem, żeby zrobić zwykły rentgen. Lepiej od razu trafić tam, gdzie można go obejrzeć w całości. Ale z drugiej strony, nadmiar specjalistów i specjalistycznego sprzętu prawie na pewno gwarantuje kolejki. Nawet jeśli nie do internisty, to tłok w poczekalni nie sprzyja spokojowi zwierzaka.
Poczekalnia to zresztą kolejny element, na który zwracam uwagę przy wyborze kliniki. Zarówno dla mnie, jak i pacjenta ;) ważne jest, by czekać w dobrych warunkach. To znaczy takich, gdzie nie słychać, co dzieje się w gabinecie i ewentualnym szpitaliku, żeby było gdzie usiąść i/lub położyć transporter, a zarazem – żeby móc zachować jakąkolwiek odległość od innych zwierząt.
Nie jestem krezuską, ale wolę zapłacić czasem parę złotych więcej, za to mieć zapewniony pewien komfort. I dać go przy okazji sierściuszkowi. Zresztą, łatwo się przekonać, że pozorne oszczędności się mszczą. Jeśli pójdę do weta, któremu nie ufam, ale u którego jest taniej, być może będę miała wątpliwości co do diagnozy. I co wtedy? Konsultować się gdzieś indziej? To dodatkowy koszt. Zaryzykować, że kotu nic nie będzie? Może kosztować najwyższą cenę lub „co najwyżej” poważną chorobę i komplikację spowodowane powikłaniami, gdy np. wcześniejsze prawidłowe rozpoznanie pozwoliłoby na wyleczenie infekcji w zarodku.
Ja i mój kot mieliśmy szczęście, że trafiliśmy na Ciocię Anię – jak mówię o naszej pani weterynarz z przychodni Wetmedic. Świadomie podaję nazwę, bo uważam, że warto polecać tę przychodnię. Nie tylko Ciocia Ania (czyli pani Anna Wieczner) jest wspaniała. Każdy lekarz, którego miałam przyjemność i konieczność tam spotkać, jest naprawdę lekarzem z powołania. Czasem żałuję, że zajmują się tylko zwierzętami… ;)
Wetmedic akurat obchodzi dziesięciolecie swojej działalności. Przez ten czas widać, zwłaszcza po przychodni na Zwycięzców, że „firma” wciąż się rozwija. Niestety, ta na Kwiatkowskiego jest traktowana chyba troszkę po macoszemu, a szkoda. No i brakuje mi wspólnego systemu, który pozwalałby na dostęp do danych i historii pacjenta zarówno pod jednym, jak i drugim adresem – bo ja np. czasem nie mogę podjechać z futerkiem, a Kwiatkowskiego mamy rzut beretem. Może jednak z czasem i to będzie.

W każdym razie moja przygoda z przychodnią – i Ciocią – zaczęła się za czasów Agrafci, mojej świnki morskiej.





Szukałam wtedy weterynarza od zwierząt egzotycznych. Najlepiej niedaleko, bo jednak jazda komunikacją miejską ze zwierzątkiem to dodatkowy stres (o czym niestety musiałyśmy się obie przekonać). Podczas jakiegoś spaceru po osiedlu wypatrzyłam niepozorny budyneczek między blokami. Weszłam, zapytałam, czy mają takiego specjalistę. Mieli, panią Anię. Ponieważ nie potrzebowałam wtedy pomocy, a jedynie szukałam tak, na wszelki wypadek, to tylko zapisałam adres i spytałam o cennik. Kompletnie nie orientowałam się wtedy, czy jest drogi, czy tani, czy normalny. Między innymi z tego powodu weszłam do jeszcze przynajmniej z dwóch osiedlowych przychodni weterynaryjnych. I właśnie te poczekalnie mnie odrzuciły. A jeden wet, który wyszedł akurat z gabinetu, był taki… masywny. Ja się go przeraziłam, cóż dopiero poczułaby świneczka. ;) Poza tym tam „również” mogli się zająć Agrafcią, ale widziałam, że bez szczególnego przekonania. Zostałam przy Wetmedic i to był dobry wybór.
Agrafka niestety zaczęła mieć problemy z zębami. Dla tych, którzy nie wiedzą – zęby gryzoni rosną im przez całe życie. W ostatnich latach nasiliły się problemy ze świńskim zgryzem głównie przez wzrost ilości nastawionych na zysk, a nie dobro zwierząt, hodowli wsobnych (czyli krzyżówek między bliskimi krewnymi). Prowadzi to do osłabienia gatunku i niestety częstszych chorób. Dotknęło to i Agrafkę. Zaniepokojona jej chudością i brakiem apetytu, pojechałam na kontrolę. I wtedy nastąpił ten moment, w którym uznałam panią Anię za Ciocię Anię. Otóż zajrzała ona do świńskiego pysia – nie ograniczyła się do oględzin zewnętrznych siekaczy, jak robi wielu wetów, ale zdiagnozowała całą paszczę. Agrafka miała zrobiony też rentgen szczęki. Przyznam, że trochę nieufnie jeszcze patrzyłam na te czynności, ale uznałam, że zaryzykuję, w końcu to lekarz i powinien się znać. ;) Diagnoza była niefajna, gwarantowała problemy z zębami do końca życia. Pani doktor powiedziała nam to, ale nie ograniczyła się do samej informacji. Dostałam bowiem namiary na specjalistę stomatolog zwierząt, panią Katarzynę Jodkowską. Ciocia Ania na „tymczasem” skróciła nieco trzonowce (a nie jest to prosty zabieg u świnki), żeby Agrafcia mogła jeść, ale na cito zaleciła jechać do pani Jodkowskiej, bo ona tutaj już więcej nie potrafi zrobić.
I chyba to zachwyciło mnie ostatecznie. Niby powinno być to oczywiste, ale jednak nie jest łatwo przyznać się, że coś przekracza nasze umiejętności. Poza tym – wypuszczała pacjenta z rąk. Dla jego dobra… I poza tym, nie lekceważyła zwierzątka, „bo to tylko świnka”. A spotkałam panią wet, która powiedziała, że ona by świnki chętnie nie leczyła… Bo jest przeciwna hodowli takich zwierząt. Rozumiem, ale nie obchodziłoby mnie to, gdybym przyszła do niej z Agrafką.
Pani Jodkowska była wspaniała i dzięki temu, że zajęła się fachowo świńskimi zębami, Agrafka żyła pół roku dłużej. Zaokrągliła się dziewczyna, potłuściała… ale widać nie było jej pisane być ze mną dłużej. :(

Teraz jest Kocizmo i nie miałam wątpliwości, gdzie z nim pójdę do lekarza, choć wzięłam go przecież z innej przychodni weterynaryjnej. Szkoda tylko, że chociaż na początku Cioci Ani Kocizmo pozwalał się „obsługiwać” bez większych nerwów, to teraz traktuje ją każdego innego weta. (Ale wreszcie ja jestem tą ostateczną opoką). Na razie jednak chodzimy tylko się szczepić i odrobaczać, więc i tak nie jest źle. I tak najgorszy jest moment łapania kota i wsadzania do transporterka, ponowne łapanie i wsadzanie, ponowne… :P

sobota, 17 maja 2014

Dyżurny spełniacz marzeń

Zanim przygarnie się zwierzątko, dobrze jest odpowiedzieć sobie na pytanie: po co właściwie to robię? Dlaczego chcę mieć je w domu? Czy po to, by mu pomóc (np. jakiemuś bezdomniakowi)? A może by zaspokoić niespełniony z jakichś przyczyn instynkt macierzyński? Lub jako towarzystwo, a zarazem lekarstwo na samotność? Bo ktoś z domowników mnie zmusza? Czy po prostu chcę mieć maskotkę, która będzie mnie uwielbiać?

Lepiej sobie uczciwie odpowiedzieć na to pytanie, zanim zdecydujemy się na towarzysza. Bo zwierzę to nie rzecz, przedmiot, mające jedynie zaspokajać nasze oczekiwania. To żywa, czująca istotka, której tak samo należą się troska, uwaga i szacunek. Kiedy już przygarniemy psa czy kota (szczura, świnkę, chomika czy nawet ślimaka), musimy liczyć się z tym, że będziemy musieli nowemu domownikowi poświęcać odpowiednio dużo uwagi, i to systematycznie, a nie tylko wtedy, gdy mamy na to ochotę. Co więcej, nie zawsze zwierzak będzie nasze starania przyjmował z radością. Zdarzy się, że pogłaskany prychnie, ucieknie (niekoniecznie mam na myśli ślimaka, może nie był to najlepszy przykład… ale piszę z doświadczenia, co dzieci mogą przynieść do domu) – a my przecież oczekiwaliśmy pisków radości i szczęścia. I jak to, taka wdzięczność za naszą troskę?


Albo się okazuje, że kot to nie tylko mruczący piecyk, ale przede wszystkim ogromny indywidualista. Który nie marzy o tym, by głaskać go całą dobę. Zjeść zje, z kuwety skorzysta, zaszczyci wspólną zabawą… i sobie pójdzie. Wtedy jest smutek, żal, ale często i złość. Bo jak to? Dbamy o sierściucha, a tu taka niewdzięczność? Poza tym koty koleżanek są przytulaśne, a nasz taki aspołeczny. I co wtedy zrobić? Czasem próbujemy przymuszać zwierzę do zachowań, których oczekujemy (i nie chodzi mi o tresurę, tylko o wymuszanie uczuć) – a jak się nie uda zmienić, to cóż: oddajemy… Albo łaskawie zostawiamy, ale bierzemy drugiego. I ten na pewno musi nas kochać, bo przecież koty są miłe! :P
To chyba nie brzmi za fajnie. Zresztą większość nie przyzna się do takiego myślenia, a może nawet – i oczekiwań. Tylko że taką postawę mamy często nie tylko wobec naszych braci mniejszych. Zdarza się, i to pewnie dużo częściej, że do spełniania naszych marzeń służy drugi człowiek. I tu pojawia się problem.
Relacje między ludźmi komplikuje zazwyczaj prosty powód, rzadko jednak sobie uświadamiany,  a jeśli – to niechętnie się do tego przyznajemy. Otóż bardzo często wiążemy się z kimś, kto nam się podoba, a następnie – oczekujemy, że ta osoba się dopasuje do przygotowanego przez nas szablonu… Mało tego, powinna być elastyczna na tyle, by wraz ze zmianą wzorca, potrafiła i do niego się dostosować.
Nieprawda? Nie zgadzacie się z tym? U was jest inaczej? To świetnie. Tylko… czy na pewno?
Dawno to było, ale jeszcze pamiętam czasy, gdy spotykałam się z różnymi panami. I dobrze pamiętam, jak kiedyś żaliłam się koleżance, że „czemu on nie jest bardziej wyrozumiały? Delikatny? Romantyczny? Dlaczego tyle ode mnie wymaga, a jego dowcip jest taki szorstki?”. Itepe. Dopiero przypadkowe zdanie innego przyjaciela otworzyło mi oczy. Powiedział mi bowiem: „Słuchaj, gdyby był trochę inny, nie byłby tym, którego kochasz”. Banalność – i niesamowita celność tego stwierdzenia – odebrała mi na chwilę mowę (a kto mnie zna, ten wie, że to niełatwe :D). Chyba wtedy właśnie odkryłam przyczynę wielu zasadniczych nieporozumień między ludźmi, nie tylko w relacjach partnerskich, ale w ogóle.
Poznajemy bowiem człowieka, jakoś ukształtowanego, z pewnymi predyspozycjami i cechami. Mimo to szukamy w nim tego, co chcemy dostrzec, co nam odpowiada. Fajnie, nie ma w tym nic złego. Problem zaczyna się, gdy to tylko nasze wyobrażenie, a nie rzeczywistość. Bo wtedy najczęściej, zamiast się z tym pogodzić, zaakceptować prawo do bycia sobą – staramy się tego nieszczęśnika zmienić. Dla jego dobra oczywiście, bo naszym zdaniem będzie mu łatwiej się żyło, gdy będzie bardziej rozmowny, ekstrawertyczny i zamiast nudną etatową pracą w biurze zajmie się eksperymentalnym malarstwem czy rzeźbą. Zapominamy, że poznaliśmy milczącego introwertyka, który boi się wszelkich zmian i do spokojnego życia potrzebuje stabilizacji, jaką daje mu m.in. stała posada. I przede wszystkim zapominamy, że ktoś taki nam się spodobał, skoro chcieliśmy do niego podejść, poznać go i w jakimś stopniu związać z nim swoje życie.
Jeszcze innym problemem jest zmuszanie do rozwijania pasji, które dana osoba może i ma, ale brakuje jej odwagi. Pewnie, że szkoda, by marnował się czyjś talent, ale możemy oddać komuś niedźwiedzią przysługę, zmuszając go do rozwijania swoich zainteresowań i nie zważając na obawy tej osoby. Ba, lekceważąc je. A nawet najwspanialsze hobby, realizowane pod przymusem, stanie się największą katorgą. Powiedzmy, że pięknie deklamuję, ale obawiam się publicznych wystąpień (akurat ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, ale co tam... :P). Pomocą byłoby namówienie mnie na kursy, które stopniowo oswajałyby mnie z publicznością. Natomiast gdybym została zmuszona do wystąpienia np. na urodzinach Misia przed tłumem obcych dla mnie jego znajomych i dalszej rodziny, to pewnie pod presją zrobiłabym to i dałabym radę. Ale nie wiem, czy kiedykolwiek miałabym chęć to powtórzyć. Przypuszczam, że raczej bym znienawidziła do reszty publiczne występy, a i Misia przy okazji. Niezależnie, jak by się tłumaczył. :P 



Jesteśmy tacy wyrywni do uszczęśliwiania kogoś na siłę. Czy to kotek, czy partner życiowy – my wiemy, co jest dla niego najlepsze. A może to my spróbujmy się dopasować, jeśli uważamy, że w naszej współegzystencji coś nie gra? Dlaczego siebie uważamy za idealny wzorzec? A najlepiej nauczmy się istnieć obok siebie, z wniesionymi w posagu wadami i zaletami, bez wywierania presji na drugą osobę. Każdy ma prawo do własnej indywidualności. I na im wyższym poziomie intelektu jesteśmy, tym łatwiej powinniśmy to zrozumieć. Drugi człowiek nie jest – nie powinien być – dyżurnym spełniaczem marzeń. Jeśli nie jest się gotowym przyjąć drugiej istoty bez chęci zmieniania jej, to znaczy, że nie ona jest potrzebna. Warto to przemyśleć, zanim się kogoś – czasem w najlepszej wierze, „dla jego dobra” – skrzywdzi. 

piątek, 16 maja 2014

Coś nowego

Od jakiegoś czasu marzą mi się eleganckie pantofle. Takie klasyczne czółenka, na klasycznym obcasiku, oczywiście czarne, bo – nie wiedzieć czemu – nie potrafię nosić butów w innym kolorze. Jak muszę, to naturalnie zakładam, ale jeśli tylko mam wybór, to biorę czarne i już. Wiąże się to pewnie z tym, że lubię ubierać się dwukolorowo. Najprościej więc komponować z czarnym – wtedy wszystko pasuje. Ewentualnie przełamać kolorystykę apaszką w kolorze zdecydowanie innym – nie umiem jednak do tego celu wykorzystać butów.
Chodzę więc za tymi czółenkami i wciąż nie mogę ich kupić. Zadumałam się nad tym ostatnio, bo w końcu nie jest to aż takie skomplikowane. Inaczej – nie powinno być. W czym więc leży trudność? Najbardziej prozaiczną przyczyną jest wciąż brak pieniędzy. Chciałabym, aby były to buty dobrej jakości, które – jako że wierzę, iż nie mam akromegalii i stopa mi już nie urośnie – posłużą mi długo. A że to mają być buty nie na co dzień, to tym bardziej zależy mi, żeby od razu były wygodne, nie obcierały zanadto (a najlepiej wcale), miały wygodny obcas… Wiecie, o co chodzi. To wszystko jest możliwe, gdy kupuje się obuwie z wyższej półki. Oczywiście, wydatek nie jest aż tak kosmiczny i już wielokrotnie szłam zdecydowana kupić odpowiednią parę (o ile znajdę swój rozmiar), ale zazwyczaj w ostatniej chwili szukałam pretekstu, by zakup odłożyć na jeszcze kiedy indziej. Wydatek jednorazowy, ale miałam jednak świadomość, że… na razie zbędny. Nie mam po prostu potrzeby, by takie buty mieć. Rzadko bywają teraz w moim życiu sytuacje, gdy mam okazję i/lub konieczność zaprezentować się elegancko. Zazwyczaj ubieram się raczej praktycznie, wygodnie, a nie – elegancko. Nie będę przecież leciała na zakupy w pantofelkach. Ani to sensowne, ani wygodne.
Co więcej, zauważyłam, że mam w szafie dwie pary bardzo wytwornego obuwia. Faktycznie, był taki moment w moim życiu, że próbowałam stać się pięknym kobiecym łabędziem. W tym celu m.in. próbowałam wzbogacić swoją garderobę o rzeczy, jakie kobieta absolutnie powinna mieć – czyli m.in. właśnie eleganckie pantofle. Nic, że nie jestem zwyczajna chodzić w takich obcasach, myślałam, na pewno się nauczę. W końcu tyle kobiet chodzi, a co to ja, gorsza? Zresztą, zawsze lubiłam obcasy, tyle że nie za wysokie. Ot, pięć centymetrów mi wystarczało. Uznałam więc, że nie odczuję trzech centymetrów więcej.
Odczułam, i to bardzo. Skończyło się tak, że podczas drugiego w nich wyjścia pobiegłam do pierwszego obuwniczego, jaki napotkałam na swojej drodze, i kupiłam pierwsze dobre płaskie balerinki, które do dzisiaj są moimi ulubionymi. J A pantofle do dzisiaj poniewierają się na dnie szafy.
Bo niestety tak się dzieje, gdy na siłę próbujemy dopasować się do czegoś, co nam nie odpowiada. Pewnie, że warto próbować nowości, bo nigdy nie wiadomo, czy nie odkryjemy czegoś fascynującego, co idealnie uzupełni nasze życie. Czasem jednak eksperyment się nie udaje – jak ten z moimi butami. I co, miałam chodzić w nich na siłę, krzywiąc stopy i kręgosłup, bo wydałam pieniądze? Bez sensu. Trudno, może forsa została zmarnowana, ale przynajmniej sprawdziłam marzenie i wiem, że już nie kupię nigdy takich butów. Tak naprawdę więc zaoszczędziłam sobie rozterek za każdym razem, gdy mijam sklepy z butami i widzę stosy pantofli – nie dla mnie.
Kiedy w życiu próbujemy czegoś nowego, czasem jest to fajne, ale czasem nam nie pasuje. Nie jest w naszym stylu. Dotyczy to rzeczy, ale i ludzi. Bywa. Nie ma sensu zmieniać się na siłę, bo rzadko wychodzi to na dobre. Z reguły czynimy sobie krzywdę, bo – ponieważ nie jest to nasza natura – wciąż czujemy pewien przymus, dyskomfort, a zarazem lęk, że coś nam nie wyjdzie. I zamiast spodziewanej przyjemności, pogłębia się nasza frustracja.
Jeszcze pół biedy, gdy sami próbujemy wtłoczyć się w jakieś ramy, bo tego po prostu chcemy. Gorzej, gdy próbujemy stać się inni dla kogoś. Z różnych przyczyn, najczęściej – bo kochamy. A tamta osoba kochałaby mnie bardziej, gdybym nosiła szpilki. Albo mówiła przez sen co noc w innym języku. Lub każdego wieczoru miała włosy w innym kolorze. Co jednak, jeśli kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa, jestem antytalentem językowym, a na farbę mam uczulenie? Mam się zmuszać, by ktoś mnie za to pokochał? Chyba warto się wtedy zastanowić nad jakością takiego „uczucia”…

Czasem takie zmienianie kogoś bliskiego nie wynika ze złej woli – przynajmniej świadomie. Często mówi się, że „to dla twojego dobra”. Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, okazuje się, że pobudki są zdecydowanie bardziej egoistyczne, niż dana osoba miałaby odwagę się przyznać. Niekiedy to są proste przeniesienia własnych kompleksów – potem można patrzeć na partnera i myśleć, że on też tego nie umie… Ale chyba nie o to chodzi w byciu razem dorosłych ludzi?

czwartek, 15 maja 2014

Omnibusy i fajtłapy

Każdy z nas ma w swoim otoczeniu przynajmniej jedną osobę, która zawsze wie lepiej. Wszystko. Często bywa to współmałżonek (partner), ale równie często ktoś postronny. Może jest paru szczęśliwców, którym się udało, ale oni tylko potwierdzają regułę. Nawet Premier ma zawsze na uwadze, że jego czyny będą komentowane i krytykowane przez Prezesa. ;)
Czasem – i to jest chyba najgorsze – taki krytykant (nazwijmy go: „Omnibus”) wcale nie ma złych intencji. Przeciwnie. On tylko chce wesprzeć, pomóc, przestrzec przed popełnieniem głupstwa, uchronić od błędu kogoś, kto wie mniej i radzi sobie gorzej (czyli „Fajtłapę”). Zazwyczaj jednak kończy się to tym, że Fajtłapa i Omnibus kłócą się, aż iskry lecą, a piana kapie z pysków. Dobrze, jeśli skończy się tylko na awanturze. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dobre intencje mogą mieć aż tak negatywne skutki?
Po pierwsze, bardzo nie lubimy, gdy ktoś nam wytyka nasze błędy. Niestety, krytykować też trzeba umieć. Zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy, że podczas tłumaczenia komuś, co zrobił źle, przenosimy ocenę na tę osobę. Czyli nie mówimy, że coś zostało nie tak zrobione, tylko że robiła to fajtłapa albo jakiś burak, co to nie wie, nie umie, a się bierze. Słusznie wtedy Fajtłapie robi się przykro.
Po drugie, krytykant często korzysta z okazji, by podkreślić swoją wyższość. Są to osoby, które budują swoją wartość kosztem innych. Też czasem robią to nieświadomie, ale boli równie mocno. Przy tym warto podkreślić, że o ile łatwo puścić mimo uszu jakieś oczywiste inwektywy, to trudniej poradzić sobie ze sformułowaniami typu: „No jasne, że zrobiłaś to źle, ale czego się można po babie spodziewać. Trzeba było mnie zawołać”. Na argument, że wołała, ale jaśnie pan książę nie raczył podejść, już nie ma odpowiedzi… Albo jest – taka: „Widzisz, nawet nie umiesz skutecznie zawołać”.
Wiem, że nie musi to być łatwe i może wyglądać, że zachęcam do „cackania się”, ale myślę, że warto czasem skupić się na formie krytyki równie mocno, jak skupiamy się na treści. Bo w końcu krytyka ma być rodzajem, metodą nauki, a nie – sposobem na poniżanie kogoś drugiego. Na tym dużo się nie zyska. Może chwilową satysfakcję – ale jeśli brak do niej innych powodów, to warto się chyba zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Czyżby ktoś wpędził w kompleksy słowami „nic nie umiesz, wiadomo”?
Krytykować trzeba umieć, chyba już nie muszę przekonywać. Ale dobrze by było umieć też krytykę przyjmować. Nie słyszeć jedynie wymówek, wyrzutów i nie koncentrować się na tym, jak to zostaliśmy skrzywdzeni. Zamiast tego warto poszukać argumentów merytorycznych w słowach, które słyszymy. Zweryfikować treść uwag, zastanowić się nad nimi. Przecież dzięki temu mamy szansę stać się lepsi. Mądrzejsi. Doskonalsi. ;)

A jeśli krytyce brak sensu? To cóż… w internecie można takiego kogoś po prostu zablokować. W życiu nie zawsze się to udaje, przynajmniej od razu. Pozostaje tylko się nie przejmować, choć sama wiem, jakie to bywa trudne. Może po prostu warto pomyśleć, że ta osoba jej zdaniem ma dobre intencje… A jeśli się uda, zapamiętać, w jakich sytuacjach otrzymujemy owe cenne porady – i nie prowokować ich w miarę możliwości. Ja sama często się podkładam, bo szczerze opowiadam o swoich przeżyciach. Tyle razy przekonałam się, że nie warto, a przy Omnibusach to już w szczególności. I potem znów zapominam i znów jest przykro…

poniedziałek, 12 maja 2014

Trzy sny

Były jej urodziny. Pojechała do rodziców, tak bardziej z obowiązku niż potrzeby serca. Ale… też oprócz nich właściwie nikogo nie miała. A im już nie chciało się nigdzie jeździć, ale zapraszali bardzo serdecznie. Dawali przy tym do zrozumienia, że mają niezwykły, wyjątkowy prezent. – Spełniliśmy Twoje marzenie – mówili z tajemniczymi uśmiechami, gdy już przyjechała. Cóż to może być, zastanawiała się. Przecież ja sama nie wiem, co bym chciała dostać. No ale starali się, trzeba robić dobrą minę, niezależnie od tego, co dostanę. Wbrew sobie była jednak coraz bardziej zaintrygowana. Rodzice prowadzili ją w kierunku budynku, oddalonego od ich domu kilkaset metrów. Co to może być, głowiła się, choć za chwilę miała się przecież dowiedzieć. Zresztą, na pewno nie będzie to prezent moich marzeń. Skąd mieliby wiedzieć, że jedynym szczęściem byłoby dla mnie… dostać Misia z powrotem. Spojrzała raz jeszcze na ich twarze. Byli tacy zadowoleni z siebie, że za chwilę spełnią najtajniejsze pragnienie córki. Naiwni, pomyślała, ale z czułością. Doceń starania, upomniała samą siebie i powoli otworzyła drzwi budynku. Był to właściwie dawny garaż, wielkości średniej stodoły. Rodzice zostali na zewnątrz, a ona weszła do środka. Szła w głąb budynku, bo wydawało się jej, że w kącie ktoś jest. To był… Miś. Uśmiechnięty, wpatrujący  się z nią z wytęsknionym przez nią uczuciem.
Rodzice mieli rację. Dostała wymarzony prezent.
Kiedy szok powoli mijał, a Miś wciąż stał przed nią, uśmiechnięty i kochający, zaczęła dostrzegać to, czego nie widziała na początku. Uśmiech był sztuczny, z wyraźnym trudem trwał na jego twarzy. Zrozumiała, że rodzice w jakiś sposób dowiedzieli się o jej uczuciu, więc znaleźli go i zapłacili mu, by choć ten jeden dzień udawał, że ją kocha… Zaczęła się cofać w kierunku wyjścia i wtedy Miś też powoli zaczął niknąć i rozpływać się w niebycie…

*          *          *

Usiedli przy kawiarnianym stoliku. Ot, przypadkowe, niezobowiązujące spotkanie. Oboje byli dorosłymi, kulturalnymi ludźmi, więc nic nie stało na przeszkodzie, by napić się wspólnie kawy, skoro już się spotkali. – Co u ciebie? – spytał Miś i, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Zastanawiam się, co zamierzasz zrobić, żeby mnie odzyskać. Nie, żebym ci coś obiecywał, ale ciekaw jestem twoich pomysłów i na co cię dla mnie stać. – Ton był lekki, w głosie brzmiało znajome Misiowe ciepło. Odwzajemniła uśmiech i równie swobodnym głosem odparła: – Gdybym tylko chciała cię odzyskać, to coś bym na pewno wymyśliła…

*          *          *

I wreszcie doczekała się telefonu od wspólnego przyjaciela z wymarzoną, wyczekiwaną, informacją. Miś jest sam, kobieta, dla której ją porzucił, odeszła. Gąska rzuciła wszystko i pobiegła do autobusu. Wiedziała, gdzie go znaleźć, choć minęło już przecież tyle lat… Im jednak była bliżej celu, tym bardziej zastanawiała się, po co właściwie jedzie. Przecież nie on do niej dzwonił… Wcale nie wiadomo, czy będzie chciał z nią rozmawiać… Autobus jednak zatrzymał się na przystanku, więc musiała wysiąść. Szła bezwolnie, jak w transie. Chciała zawrócić, ale nogi nie słuchały. I oczywiście ją zobaczył. – Cześć. – Cześć. – Patrzyli na siebie w milczeniu. Nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież on musiał sobie zdawać sprawę, że nie znalazła się tu przypadkiem. Wresczie on się odezwał: – Pewnie wiesz, że rozstałem się z Anną. – Kiwnęła głową. On mówił dalej: – Dobrze, że przyjechałaś. Wiesz, po tym rozstaniu zdałem sobie sprawę, jak wiele krzywd ci wyrządziłem, gdy byliśmy razem. Możesz mi wybaczyć? – A ty wybaczysz mi? Też przeze mnie cierpiałeś. – Zaskoczyła jego, ale i siebie. Mówiła jednak szczerze, bo właśnie w tej sekundzie, gdy on ją przepraszał, zrozumiała, że właśnie tak było. Chwilę trwało, zanim odpowiedział: – Masz rację. – Patrzył na nią z radosnym zastanowieniem. Uśmiechali się do siebie. Po chwili jednak na twarzy Misia zagościł lekki niepokój. – To… może pójdziemy na kawę? Porozmawiamy… Pewnie tego chcesz. Może powinniśmy do siebie wrócić, spróbować jeszcze raz…
Mówił te wszystkie wymarzone słowa, na które przecież czekała od chwili, gdy odszedł. Przez sekundę czuła pokusę, by powiedzieć: TAK, chwycić go za rękę i już nigdy nie puścić… Ale to była tylko chwila.
– To nie ma sensu. Za bardzo oboje się zraniliśmy, by móc wrócić do siebie i udawać, że tej przeszłości nie było. Wybaczyliśmy sobie, ale nie musi to oznaczać powrotu do naszej relacji ani nawet znajomości. Życzę ci dużo szczęścia, ale nie powinniśmy się już nigdy więcej spotkać.
– Znowu masz rację – powiedział Miś.
Uśmiechnęli się do siebie jeszcze raz i każde poszło do swojego życia...

------------------------------------------------------------------------

To był ostatni sen o Misiu. Od tej pory wreszcie mogła budować swoje życie na nowo. Zrozumiała bowiem, że dotychczas żyła marzeniami o powrocie do przeszłości. Tymczasem nie jest to możliwe. Wybaczenie dawnych uraz pomaga zamknąć dawne czasy, ale nie oznacza to, że powinno się do nich wracać. Przeciwnie. Podczas rozłąki ludzie się zmieniają, chcą czy nie chcą – idą dalej. Dlatego przy ponownym spotkaniu są już kimś innym, niż druga strona pamięta. Sen był mądrzejszy od niej samej. I chociaż Miś być może nigdy się o tym nie dowie – ona wybaczyła i już naprawdę pozwoliła mu odejść. I nie pragnie jego powrotu.


niedziela, 11 maja 2014

Poranne zabawy Kocia

Piórkowanie w wydaniu wędkowym jest już zdecydowanie passé. Szkoda, że tego nie przewidziałam, bo nie kupowałabym takiego zapasu… (Z drugiej strony, gdyby sklep się wtedy wywiązał z zamówienia, nie miałabym tego kłopotu. Cóż, może Kociowi kiedyś wróci zainteresowanie zabaweczką, a na razie uszczęśliwiam drobnymi prezentami znajomych kociarzy :D).
Nie oznacza to jednak, że piórka poszły do lamusa. Zabawa odbywa się teraz za pomocą innego narzędzia i według innego rytuału. Zasadniczymi elementami, niezbędnymi do uzyskania efektu zadowolenia, są: kot właściwy, ja – czyli podajnik i obsługa techniczna pozostałych akcesoriów, czyli: patyczka z piórkami na końcu i papierowej torby z Almy.

Kolejne etapy zabawy ukazane są na poniższych zdjęciach:

1. Najpierw kot wchodzi do torby...

 2. ... by pod wpływem bodźca z niej wyjść. Albo i nie.

 3. Właśnie odkrył zabawkę, która wisi tu od dwóch miesięcy. ;)


4. Teraz zaczyna się zabawa. Kot chowa się w torbie (wiemy już, że umie z niej wychodzić). Moja rola, jako podajnika i stymulatora bodźców, polega na tym, że mam go do tego wyjścia sprowokować.

 5. Macham więc patyczkiem tu...

 6. ... i tam. Widzicie, coś się zadziało.

 7. Bodźce są wciąż zbyt słabe. 

8. O! Kot zaraz chyba wyskoczy!


 9. Tak, wreszcie! Sprawdziłam się jako stymulator, Kocio się zainteresował aktywnie.


10. I zabawa się toczy własnym rozpędem, ale wciąż muszę być blisko i się patrzeć.




 11. Wygląda to tak, jak na filmikach, tyle że trwa z reguły dłużej... to znaczy tak długo, jak kot ma ochotę.







Życzę równie miłej i zabawnej niedzieli.J

sobota, 10 maja 2014

Korekcja

Zmiana zawodu z nauczyciela na redaktora wyszła mi zdecydowanie na dobre. Przede wszystkim pozostałam w tej samej tematyce. Nie miałam więc uczucia, że pięć lat studiów – w tym przypadku polonistycznych – całkiem się zmarnowało. Owszem, może niepotrzebnie poświęcałam czas i nerwy na specjalizację nauczycielską… Z drugiej strony, kierunek studiów wybrałam właśnie po to, by móc spełnić swoje marzenie i zostać nauczycielką. Wyszło inaczej, ale przynajmniej mogłam swoje pragnienie zrealizować i przekonać się – chyba wtedy po raz pierwszy – że marzenia często przegrywają z rzeczywistością. Mimo to warto je realizować. (Drugi raz przekonałam się o tym przy Misiu, ale obu sytuacji nie żałuję). Dodatkowym smaczkiem w mojej pamięci jest wciąż wspomnienie o momencie wyboru owej specjalizacji. Na drugim roku studiów, kiedy podejmowało się taką decyzję, na tablicy pojawiło się ogłoszenie, że studenci proszeni są o zgłoszenie, jaką specjalizację zawodową wybrali. Plus informacja, że do wyboru jest tylko nauczycielska… ;)

Te czasy już jednak za mną. Teraz sensem mojego zawodowego życia jest redakcja i/lub korekta. Na początku w tej pracy najwięcej radości dawał mi fakt, że już nie muszę użerać się z rodzicami uczniów. Najgorszy, najkłótliwszy autor jawił mi się jako ideał, bo był dorosły i sam załatwiał swoje sprawy. Co więcej, gdyby powiedział coś niemiłego, mogłabym mu odpowiedzieć – bez strachu, że zostanę wezwana do kuratorium, a rodzice założą sprawę o znieważenie dziecka i spowodowanie u niego traumy psychicznej.
Od samego początku jasne dla mnie było, że z pewnością nowy zawód ma swoją specyfikę, którą stopniowo muszę poznawać. Nie sądziłam jednak, że najtrudniejsze okaże się przyswojenie… nazwy zawodu. Szczerze, nie przywiązuję specjalnej wagi, jeśli ktoś zapyta mnie o jakiś aspekt pracy korektorki. Zresztą, choć wiadomo, że zakres obowiązków redakcji jest większy niż korekty, to jednak jakoś się one przenikają i uzupełniają. Powiedzmy, że na redaktorze spoczywa większa odpowiedzialność za jakość tekstu. Niemniej wielu osobom spoza branży praca nad tekstem – redaktora czy korektora – kojarzy się i tak jedynie z poprawianiem interpunkcji i literówek. To byłoby super, ale jednak zakres zadań jest szerszy. Z drugiej strony, nie zawsze chce mi się wyjaśniać te wszystkie niuanse, bo absolutnie wystarczy mi, że ja wiem, co mam zrobić. (O ile rzeczywiście wiem, bo niestety czasem też się gubię :P).
I wcale nie uważam, że muszę pompować swój prestiż, tłumacząc, ileż to skomplikowanych czynności muszę dokonać, by tekst miał „ręce i nogi”. A jeśli ktoś uważa, że każdy by mógł to robić… No to niech robi. I wtedy się przekona, na ile pytań musi sobie każdego dnia odpowiadać pracujący nad tekstem redaktor bądź korektor. Ile dylematów językowych rozstrzygać, ile razy zgadywać intencje autora – i ile razy czytać dany tekst, by na pewno niczego nie przeoczyć. W tym wszystkim zaś przykre jest to, że końcowy efekt ocenia się często przez pryzmat niewychwyconych usterek. I chociaż udało mi się poprawić wiele kalk językowych, znaleźć błędny frazeologizm i szereg innych drobiazgów, to i tak pamiętane jest, że nie zauważyłam „l” zamiast „ł”. Cóż jednak robić, taka praca…
W wydawnictwach szybko nauczyłam się też, że dobra współpraca między poszczególnymi działami na kolejnych etapach procesu wydawniczego znacznie ułatwia życie. Oczywiście, każdy ma swoją specjalizację i grafik nie powinien kwestionować składni, a ja – sposobu kadrowania zdjęć. Niemniej super, jeśli składającemu tekst nie będzie obojętne, czy wlewa „KÓRA” czy „KURA”, a korektorowi wolno spytać, czy to zdanie ma sens. To ułatwia pracę i służy wspólnemu dobru. Dlatego też, niestety, ale coraz trudniej mi pracować tylko zdalnie. Za to gdy jestem w biurze i mam obok autorów i grafika, to zaraz wszystko idzie sprawniej. Szybciej nanosi się poprawki, podmianki tekstów i korekt idą na bieżąco, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko, że do oficjalnej wersji pójdą teksty niepoprawione. A w końcu wszystkim, którzy nad danym wydawnictwem pracują, zależy, by wszystko było w porządku.

Zdarza się jednak i tak, że trafia się tekst napisany językiem nietuzinkowym. Nie – że błędnym, ale np. specjalistycznym. Lub, jeśli mamy do czynienia z beletrystyką, po prostu oryginalnym stylem. Czasem autor ma swoje wymagania, jak np. (co nie jest tajemnicą) Beata Pawlikowska, która nie życzy sobie – i zaznacza to w każdej swojej książce – aby korekta czy redakcja poprawiała jej interpunkcję. Zdarzyło mi się akurat kiedyś dostać taką książkę do korekty. Na początku było to dla mnie trudne. Ręka mi drżała, by dostawić lub usunąć przecinek… ale nie. Nie wolno, to nie wolno.
Tym łatwiej było mi się z tym pogodzić, że ogólnie jestem zdania, iż autorem książki jest ten, kto ją napisał. Redaktor i korektor mają za zadanie jedynie wyeliminować błędy oraz poprawić usterki. Ewentualnie – zasugerować zmiany, które udoskonalą książkę. Niestety, często spotykało się to z krytyką pracodawców – na zasadzie: za mało pani pozmieniała. (Czyli: nie napracowała się pani...). Jeszcze mogę pojąć, że czasem teksty w zbiorówce muszą prezentować określony styl, np. naukowy. Mimo to, nawet w takim tekście, każdy autor ma ambicję się wyróżnić – nie tylko treścią, ale i sposobem jej przedstawienia. Czasem nawet pytałam się, czy celowo modyfikował frazeologizm, bo np. chciał coś wyakcentować za pomocą zmiany leksykalnej. Najczęściej nie chciał. ;) Z reguły jednak czuł się dowartościowany przypisaniem mu takiej intencji. Generalnie autorzy lubili (i chyba nadal lubią) to, że nie poprawiam ich tekstów a priori, tylko pozwalam na pewną swobodę stylu i dyskutuję, jeśli moim zdaniem przekracza ona słownikowe normy. Miałam kiedyś przyjemność zająć się książką pani Ireny Landau. Autorka osobiście powiedziała mi (a szkoda, że nie mam tego na piśmie…), że jestem dobrym redaktorem. Bo nie piszę za autora. Wydawało mi się to oczywiste, ale to był zaledwie trzeci rok mojej pracy w tym zawodzie, a pierwszy rok miałam do czynienia z tekstami innymi niż specjalistyczne wydawnictwa wojskowe.

Wszystko to przypomniało mi się niedawno, bo… sama przecież zaczęłam pisać. I o ile tu, na blogu, nikt mi się nie wtrąca (czasem tylko dostanę jakąś info o literówce, ale rzadko :P), to ostatnio odesłano mi sprawdzoną przez korektę moją recenzję, pisaną dla „Creatio Fantastica” (wspominam o niej TUTAJ). Ku mojemu zdziwieniu, poprawki dotyczyły głównie interpunkcji. W zasadzie – zlikwidowano mi wielokropki, którymi czasem lubię kończyć akapity. Przejęłam się tym troszkę, bo wiadomo, własny tekst to trochę jak dziecko (a tu nagle ktoś je modyfikuje), ale ponieważ wychodzę z założenia, że na własnych błędach człowiek uczy się najlepiej, postanowiłam to zapamiętać, by w późniejszej pracy własnej tego już nie popełniać. Tylko – tak szczerze – nie rozumiałam, co z tymi wielokropkami jest nie tak. Najprościej zapytać, więc to zrobiłam. Odpowiedź była szybka: „Zdaniem Pratchetta ludzie z zaburzeniami osobowości używają dużo wielokropków”.
Nawet osoby zaburzone mają prawo pisać. ;) A bardziej serio: to nie jest argumentacja. Poza tym korekta i redakcja nie mogą zmieniać czegoś tylko dlatego, że wolą przecinki zamiast półpauzy albo nie lubią jakiejś formy językowej czy interpunkcyjnej. W takiej sytuacji wolno im jedynie zasugerować zmiany, jeśli sądzą, że dzięki nim tekst zyska na jakości. Poprawiać z góry można jedynie ewidentne błędy. (I nawet wtedy autor może się nie zgodzić. Miałam taki przypadek, że autorka nie zgodziła się na odmianę nazwiska węgierskiego zgodnie z fleksją węgierską. Musiałam się zgodzić na rekomendowany przez nią wzorzec angielski, choć wszystko we mnie krzyczało: nieee!). Co do autorytetów zaś, to dla mnie Pratchett nim nie jest. Dla innych nie jest nim Mirosław Bańko z poradni językowej PWN, więc chyba nie jestem aż taka najgorsza…
Piszę o tym nie dlatego, że mam żal o poprawkę. Nie, nie. Wielokrotnie, odkąd pracuję, spotykałam redaktorów z ambicjami. Moim zdaniem – za wysokimi. Ta konkretna sytuacja zmotywowała mnie więc do tego, by wreszcie przedstawić mój punkt widzenia na ten konkretny zawód. Kolejny, który mam okazję poznać z obu stron. To bardzo wzbogaca i pomaga się doskonalić, a zyskują na tym przecież wszyscy.

Praca nad książką jest ciekawa, ale żmudna i czasochłonna, i naprawdę nie można jej porównywać ze sprawdzaniem wypracowań w szkole. (Bo wypracowanie niestety trzeba po sprawdzeniu ocenić – a później z tej oceny tłumaczyć się przed zdenerwowanym, i to bynajmniej nie na własne dziecko, rodzicem). Ale ani przez moment nie żałuję, że tym się zajęłam. W ostatecznym rachunku przyczyniam się przecież do udoskonalenia sztuki, tym samym – stając się jej częścią. Wiem też, że dzięki mnie czytelnik nigdy nie będzie zmuszony przecierać oczu nad bzdurkami, jakie z różnych powodów mogą pojawić się w tekście. Na przykład takimi  lub takimi (ta strona będzie w miarę możliwości rozwijana). J

czwartek, 8 maja 2014

Byłam kobietą z klasą

Kiedyś miałam klasę. Dawne dzieje...



Ale wreszcie nadszedł ten wielki dzień i porzuciłam pracę w szkole, myśląc, że będzie już tylko piękniej. Nie, żebym tak bardzo znów nie lubiła uczyć. Przeciwnie, do dzisiaj mam w sobie imperatyw dokształcania ludzi wokół. To niestety spotyka się z różnymi reakcjami. Często bowiem bywa, że gdy ośmielę się poprawić jakąś błędną formę wypowiedzi, widzę co najmniej sceptyczną minę lub słyszę sympatyczną ripostę: „Oj tam, oj tam, nie bądź grammar nazi”. Nie jestem. I nie pracuję dwadzieścia cztery na dobę. Owszem, zauważam błędy (najczęściej na piśmie), ale muszą być wyjątkowe, żebym zwróciła na nie większą uwagę. (Kiedyś dostałam maila zaczynającego się od „Czejść”. Przysięgam). Na ogół jednak nie czytam maili ani wypowiedzi na czacie przez pryzmat słownika. Ba, czasem sama zrobię błąd – i to nie zawsze specjalnie.;) A poprawiać ośmielam się zazwyczaj osoby, które lubię i na których mi zależy. Nie robię tego jednak ze złośliwości, lecz kieruje mną troska i mam na uwadze wyłącznie ich dobro.
Podobnie chętnie opowiadam w ogóle o wszystkim, co wiem. Nie traktuję swojej wiedzy jako tajemnej – może błąd. Ja jednak nie widzę problemu, by podać swój zmodyfikowany i dzięki temu łatwiejszy (moim zdaniem) przepis na ciasto czy patent na oszczędzanie.;) Przeciwnie, cieszę się, że mogę na coś się przydać, być pomocna, rozwinąć czyjąś pasję czy ułatwić wykonywanie obowiązków. Dotyczy to również wiedzy zawodowej, choć często zdaję sobie sprawę, że to jednak w pewnym sensie wykorzystywanie mnie. Wiedza ta jest bowiem ogólnodostępną, tylko nie zawsze chce się zajrzeć do słownika.
Uwaga: nie znaczy to, że uwielbiam wykonywać zadania za kogoś. Przeciwnie, jako wciąż duchem nauczycielka staram się raczej przekazać umiejętność, pomóc ją nabyć czy rozwinąć. Natomiast robić za kogoś nie lubię i nie chcę.
Niemniej praca nauczyciela to nie tylko samo przekazywanie wiedzy. To niestety również papierologia, biurokracja, nieustanne użeranie się z rodzicami i uczniami – a zmieniły się role: teraz uczniowie mają prawa, nauczyciele zaś obowiązki. To także praca domowa, obszerna zwłaszcza  w przypadku nauczycieli przedmiotów humanistycznych. A ja nie mogę jej nie odrobić i po prostu zgłosić nieprzygotowania… I jeszcze jeden myk: kompletnie dla mnie niezrozumiały model nauczania. Zgadzam się, że należy uczyć nie tylko konkretnej wiedzy, ale i umiejętności. Tylko że wydaje mi się, iż obecnie środek ciężkości przesuwa się w kierunku usprawniania umiejętności na niekorzyść zdobywania wiedzy. „Po co wkuwać na pamięć, gdy wszystko w tej chwili jest powszechnie dostępne? Uczmy lepiej, jak rozumieć te fakty, jak je selekcjonować”. Świetna idea, tyle że jak większość z nich – w praktyce wygląda inaczej. Wydaje mi się bowiem, że większość umiejętności jednak należy ćwiczyć na bazie jakiejś wiedzy jednak… Tyle że znowu zgadzam się, że program nauczania – a już lektur zwłaszcza – należałoby zmodyfikować. Naprawdę.
Któregoś dnia, kiedy uczyłam w ostatniej mojej szkole, a było to jedno z najlepszych warszawskich liceów, zostałam zapytana, po co mamy omawiać jakiś tekst. Fałszywe zapewnienia o konieczności i pożytku lektury ugrzęzły mi w gardle. Nie umiałam powiedzieć tego kłamstwa. Natomiast nie mogłam powiedzieć też, że po nic. Doskonale rozumiałam uczniów, że nie widzą sensu w czytaniu sonetów Sępa-Szarzyńskiego czy Pamiętników Paska. Bo oczywiście, dla pasjonującego się epoką humanisty będzie to ciekawa lektura, ale komu poza tym się przyda? Czemu w szkołach multum czasu traci się na lektury dinozaurów i nigdy prawie nie wystarcza czasu na teksty współczesne – rozumiane jako literatura powojenna, czyli Różewicz, Miłosz i Nałkowska? Zajrzałam sobie jeszcze do kanonu lektur dla maturzysty, posiedziałam na ustnych maturach, wysłuchałam prezentacji – i zrozumiałam, że nie mogę być dalej nauczycielką.
Plusem tej decyzji był fakt, że wreszcie przestałam żyć rytmem roku szkolnego i nie musiałam już odrabiać prac domowych, minusem – konieczność znalezienia innego zawodu. I pracy. Miałam wprawdzie przygotowanie do zawodu redaktora/korektora – poświadczone dyplomem z uczelni – ale to dopiero pierwszy krok. Zaczęłam rozglądać się za praktykami zawodowymi, na szczęście parę osób mi pomogło i jakoś weszłam na ten rynek. Na którym z mniejszymi lub większymi sukcesami, ale trwam.
I w zasadzie o tej pracy redaktorskiej miałam dzisiaj napisać, ale to już może następnym razem, żeby nie mieszać tematów. ;)


środa, 7 maja 2014

Kanar

Gąska wsiadła niespiesznie do tramwaju. On ruszył w podobnym tempie i prawie natychmiast zatrzymał się na światłach. Nic nowego. Może nawet by nie zwróciła uwagi, ale zastanowił ją niezwyczajny ruch. Po chwili było jasne: kanary sprawdzają bilety. Sięgnęła do torebki, wygrzebała kartę miejską i… zobaczyła tylko plecy kontrolera, który oddalał się od niej najszybciej, jak mógł. Zdziwienie trwało chwilę: też go poznała. I zaczerwieniła się…
Kilka dni wcześniej wracała wczesnym przedpołudniem z pracy. Wtedy uczyła w szkole, więc torba, oprócz zwykłych damskich niezbędników, pełna była książek i wszelkiego rodzaju innych pomocy naukowych. Jak na młodą nauczycielkę przystało… Była zmęczona, głodna i nieszczęśliwa, bo znów nie doczekała się jakiejkolwiek wiadomości od Misia, a sama nie miała odwagi napisać. Zachodziła w głowę, czemu on milczy i kiedy znów go zobaczy… Dominującym uczuciem był jednak głód, poza tym obcierały ją nowe pantofle. W autobusie oczywiście nie było gdzie usiąść, zresztą babcie i dziadki nie pozwoliłyby młodej na taki luksus. Każdy przystanek zbliżał ją jednak do końca tej udręki, więc zacisnęła zęby i próbowała nie myśleć o wszystkich problemach naraz.
Zbliżał się przystanek, na którym miała wysiadać. Zaczęła przeciskać się w stronę drzwi, starając się nie uderzyć kogoś torbą, bo mogło się to naprawdę niefajnie skończyć. Autobus prawie się zatrzymywał, gdy nagle zorientowała się, że już ładnych parę minut trwa kontrola biletów. Nie zwróciła na to uwagi, nie obchodziło jej to. Bilet miała, poza tym i tak miała wysiąść. I prawie to zrobiła, ale na stopniu zatrzymał ją kanar. Autobus już stał na przystanku, więc zlekceważyła kontrolę i po prostu wysiadła. Kanar pośpiesznie wyskoczył za nią. Gąska nie miała zamiaru uciekać, w ogóle nie miała żadnych zamiarów. Stanęła bezwolnie i popatrzyła przed siebie. Kanar okazał się młodym chłopakiem, który chyba też nie miał najlepszego dnia. Ostrym głosem zażądał biletu.
– Dobrze, oczywiście, już daję – powiedziała Gąska. – Chociaż… w zasadzie jesteśmy już na przystanku… nie wiem, czy muszę cokolwiek panu pokazywać…
– Proszę bilet! – najgroźniej, jak potrafił, powiedział kanar.
– A mógłby pan poszukać tym swoim czytnikiem wzdłuż mojej torby? Nie chce mi się w niej grzebać…
Istotnie, to był powód, dla którego początkowo chciała odmówić okazania blietu. Miała go na sto procent, ale w którym miejscu torby? Zmęczyła się na samą myśl o przeszukiwaniu jej czeluści.
Mężczyzna był jednak nieugięty.
– Żartuje sobie pani! Proszę natychmiast okazać bilet!
Gąska powoli zaczęła szukać w torbie. Nigdzie już się jej nie spieszyło. Ku jej radości okazało się jednak, że karta była na samym wierzchu. Dobrze, że nie wypadła gdzieś po drodze z niedomkniętej, jak zazwyczaj, torby. Podała bilet. Kontroler zerknął, odczytał jego ważność, po czym burknął:
– To teraz proszę dokument tożsamości ze zdjęciem!
– Ale po co? Przecież to nie jest bilet zniżkowy.
– Ale karta jest imienna. Muszę sprawdzić, czy na pewno należy do pani. Niektórzy ludzie oszukują i na przykład matka bierze kartę córki. Proszę dokument!
– A wie pan, nie wpadłabym na to… Dobry pomysł – mimowolnie powiedziała Gąska. – Ale wie pan, nie mam pojęcia, gdzie mam dowód, a jestem zmęczona. Poza tym jesteśmy na przystanku, pokazałam panu bilet, ale nie będę już szukać dowodu. Proszę mi uwierzyć, że to mój bilet, i mnie puścić.
– Nie ma mowy. Proszę dowód!
Gąska zaczęła się złościć. Może by i poszukała tego dowodu, ale torba zaczynała przygniatać ją do ziemi. Miała też wrażenie, że koleś szuka pretekstu, żeby się czepiać, a dodatkowo nie chciała pokazywać zdjęcia z dowodu, z którego była wybitnie niezadowolona.
– Nie dam panu dowodu – zdecydowała. – I nie będę tu dłużej stać. Jestem głodna i zimno mi. Do widzenia. – Ruszyła przed siebie. To znaczy, spróbowała, bo kanar zagrodził jej drogę.
– W takim razie idziemy na policję.
– A dobrze, to po drodze, kawałek mogę z panem podejść.
Sama nie wiedziała, czemu tak się zachowuje, ale koleś zaczął ją wybitnie denerwować. Wiedziała, że jest w porządku i nic nie może jej zrobić, nie rozumiała, czemu się czepnął. Jeszcze raz spróbowała pójść przed siebie, tym razem pozwolił jej przejść, ale poszedł szybko za nią. Przeszli przez ulicę i wtedy zaczął się prawdziwy spektakl. Gąska bowiem, próbując zignorować niechcianego towarzysza, skręciła w kierunku swojego bloku. Niestety, komenda policji, do której uparcie zmierzał kanar (a przynajmniej tak twierdził), znajdowała się w innym kierunku. Mężczyzna więc, by ją zatrzymać, złapał ją za łokieć. Wystarczyło, bo Gąskę zastopowało oburzenie i zaskoczenie, że ten się ośmielił ją dotknąć. Szybko jednak ochłonęła, uwolniła się i próbowała go wyminąć, ale ten, nie dotykając jej już, rozpostartymi ramionami skutecznie blokował jej przejście. Przechodnie nie reagowali, a nawet uśmiechali się na ich widok – ot, sprzeczają się młodzi…
Gąska wreszcie zaprzestała wysiłków. Spokojnie stanęła, rozłożyła parasolkę, stając trochę dalej, by tylko osłaniała od pokapujących coraz gęściej kropli. Nie miała pomysłu, jak rozwiązać tę sytuację, bo pokazanie dowodu, które powinno zakończyć ten konflikt, było już absolutnie wykluczone.
– I co pan dalej zamierza? – spytała.
– Jeśli nie pokaże pani dowodu, dzwonię na policję.
– A proszę, tylko szybko, bo mi się siku chce.
– Pokaże pani dowód i sobie pani pójdzie.
– Nie pokażę.
Spojrzał na nią z niesmakiem. Wzruszyła ramionami i odsunęła się jeszcze ciut dalej. Nie tak daleko jednak, by nie usłyszeć, jak mruknął pod nosem: – Wszystkie jesteście tak samo głupie.
– Ooo… – roześmiała się Gąska. – Tu boli. Rzuciła?
Najwyraźniej trafiła, bo kanar aż podskoczył. Gąska do dzisiaj nie wie, jak to się stało, ale następne dziesięć minut upłynęło na rzucanych wobec siebie wyszukanych inwektywach: „Wy jesteście takie…” – „A wy tacy…”. Oczywiście odpuścili formy grzecznościowe „pan, pani”, bo jak się obrażać w taki sposób? A jad się sączył z jednej i drugiej strony.
W pewnym momencie chyba oboje ochłonęli. Żadne jednak nie przeprosiło, za to widać było, że oboje najchętniej odwróciliby się i odeszli. Teraz jednak tym bardziej było to niemożliwe.
– Pokaże pani ten dowód? – spytał kolejny raz.
Nawet nie odpowiedziała, tylko się uśmiechnęła. Wyjął telefon: – Dzwonię na policję. – Patrząc na nią i obserwując jej reakcję, zaczął wybierać numer. Jaki, nie wiadomo. W każdym razie Gąska stała jak kamień.
Sytuacja była patowa. Kanar rozłączył się, twierdząc, że daje jej ostatnią szansę. Gąska była głodna, zmarznięta i już właściwie zapomniała, o co chodzi w tej scysji.
I nagle stał się cud! Do rozzłoszczonej dwójki podszedł kolega kanara.
– Cześć, Patryk, szukam cię, gdzie ty się podziewasz?
Zanim ten zdążył odpowiedzieć, Gąska wybuchnęła:
– Bo ten pan mnie zatrzymał bez powodu i jest dla mnie niemiły! Proszę, ja mam wszystko w porządku, bilet, dowód osobisty – zaczęła wciskać wygrzebane z torby dokumenty do rąk oszołomionego tym wybuchem przybyłego – a ten pan nie pozwala mi przejść!
Patryk zaniemówił. Tymczasem jego równie zaskoczony kolega odruchowo sprawdził kartę, ale dowodu osobistego nawet nie wziął, po czym oddał bilet Gąsce, która tymczasem zdążyła się rozszlochać.
– Bardzo pani dziękuję i przepraszam za kolegę. Ja też dzisiaj z nim nie mogę wytrzymać. – I zwrócił się do oniemiałego kolegi: – Chodź stąd, głąbie.
Odeszli. Gąska poszła w przeciwną stronę, całą drogę płacząc. Było jej po pierwsze wstyd, a po drugie – ujście wreszcie znalazły wszystkie negatywne emocje z całego dnia.

Spotkanie znajomych kanarów w tramwaju, a zwłaszcza reakcja Patryka, rozbawiły ją trochę. Jednak obiecała sobie, że postara się więcej nie wyładowywać swojego złego humoru na Bogu ducha winnych ludziach, wykonujących jedynie swoje obowiązki. Postanowienia dotrzymywała, co nie zawsze wychodziło jej na dobre. Niestety, kultura często bywa odbierana jako przejaw słabości…

poniedziałek, 5 maja 2014

PetBonTon – kwietniowe warsztaty

Od spotkania minął już ponad tydzień, a ja wciąż nie mogłam zabrać się do opisania warsztatów. Jedną z przyczyn było zachowanie Kocia. W skrócie: mało co mogłam pisać, bo kot domagał się maksymalnej uwagi. Prawie że nie mogłam czegokolwiek zrobić, bo jak tylko odwracałam wzrok do komputera, natychmiast rozpoczynał się koncert i demolowanie regału. Kocio nawet nie domagał się zabawiania go – wystarczyło, że na niego patrzyłam. :P
Oczami wyobraźni widzę w tym momencie groźną minę Julii – prowadzącej zajęcia behawiorystki – która karci mnie za nadmierne uleganie kocim zachciankom i wymuszaniu. Tak, wiem, że mogłam wziąć kota za futro – (nie żeby to była sugestia behawiorystki, tylko mój skrót myślowy. Nie zachęcam do łapania za futro i/lub potrząsania jak szczurem :P) – i wyrzucić z pokoju, a następnie zamknąć za nim drzwi. :D Jednak miałam świadomość, że byłoby to wobec Kocia nieuczciwe. Większość dnia przecież daje mi zająć się, czym chcę (łaskawca wtedy balkonuje albo śpi), dzięki czemu w spokoju ducha pracuję zawodowo na nasze utrzymanie. Więc należy mu się moja uwaga i choć kwadrans wspólnej zabawy wieczorem, zwłaszcza że nie zapewniłam mu innego towarzystwa. I ten nasz wspólny czas Julia na pewno by pochwaliła.;)
To, o czym wyżej piszę, było w zasadzie omawiane ogólnie na pierwszym spotkaniu, i pewnie będzie rozwinięte na trzecim (o drugiej grupie zasobów – czyli m.in. relacji z człowiekiem). Minione zajęcia poświęcone były w zasadzie trzem tematom: żywieniu, kuwetom i „miejscówkom”. Temat żywienia – poza typowymi kwestiami, omówionymi pokrótce przez panią weterynarz: jakie karmy warto podawać, w jaki sposób, jak często – dotyczył też sposobu jedzenia przez koty. Koty są drapieżnikami, w naturze polują. Warto więc czasem urozmaicić (Julia nazywa to: utrudnić :P) im tę czynność – podać jedzenie w innym miejscu, w trudniej dostępnym naczyniu, pochować je lub rzucać kotu. (Oczywiście wszystko to dotyczy kotów zdrowych). Ciekawie jest też przyjrzeć się, w jakich pozycjach koty jedzą. Sporo pewnie to powie o ich charakterze i poczuciu bezpieczeństwa. Kto nie był na pierwszych zajęciach, to się dowiedział, a kto był – przypomniał sobie, że warto też porozstawiać kilka misek z jedzeniem i wodą po mieszkaniu niż kumulować wszystko w jednym miejscu. I jeszcze dobrze umieścić w pewnej odległości od siebie (i kuwety) jedzenie i picie.
W zasadzie ta kwestia, jak i następna – dotycząca spraw kuwetowych (np. ich ilości) – mniej mnie zainteresowała, bo dotyczyła bardziej zasad postępowania wobec kociej trzódki, której przecież nie mam – tylko słodziaka jedynaka. Ale to po pierwsze może się zmienić, po drugie – wprawdzie Kocio nie musi walczyć o te zasoby, jak to bywa przy większej ilości kotów, jednak też (odpukać) mogą pojawić się problemy, warto więc wtedy wiedzieć, gdzie szukać przyczyny – w zdrowiu czy w niewłaściwym żwirku? Bo jeśli kot nie trafia z potrzebą do kuwety, to może nie choroba ani „złośliwość” (koty nie są złośliwe, wiem o tym, to tylko jeden z mitów), tylko właśnie źle dobrany, niepasujący z jakiegoś powodu żwirek lub nieodpowiednia kuweta? I co z tego, że zawsze było dobrze? A może dzisiaj nie pasuje, i to nie z powodu kaprysu, tylko zwyczajnie kotek urósł (wzdłuż albo wszerz :P) i przestało być mu wygodnie? A przecież załatwianie „tych” spraw musi odbywać się w komfortowych warunkach. :D
Tak przy okazji, to muszę przyznać, że Kocio jest dzielny, a ja odważna. Zdarzyło mi się bowiem nieco eksperymentować właśnie z karmą albo żwirkiem. Zmieniałam je w całości, od razu, zamiast powoli mieszać, wprowadzać nowy smak czy zapach. Kocio przyjmował to na klatę, za wyjątkiem silikonowego żwirku, ale na szczęście nie wyrzuciłam w całości starego, a następnego dnia w kuwecie z powrotem już był jego ulubiony rodzaj… Naturalnie moja odwaga brała się z niewiedzy. Teraz bym się mocno zastanowiła, zanim zrobiłabym taki numer. :P
Najciekawsza była dla mnie część trzecia zajęć, czyli kwestia miejscówek. Oczywiście mój jedynak nie musi specjalnie szukać schronu (chyba że baaardzo nie chce być przytulony albo zauważalny), ale widzę, że lubi być na wysokościach, gdy ktoś przyjdzie. Natomiast uwierzyłam sama sobie, że faktycznie można zauważyć, że kot idzie spać. Bo po pierwsze, wiem, gdzie ma swoje ulubione legowiska (w ciągu dnia jest to środek przedpokoju lub szafka na balkonie…), po drugie – ten krok jest naprawdę wyraźnie celowy.
Największą nowością była dla mnie sprawa eksploracji terenu. Nie wiedziałam, że kot jako nowe traktuje rzeczy przestawione lub z dołożonym drobiazgiem. Faktycznie jednak, sprawdziłam na Kociu – trzy osobne pudełka szybko się znudziły, ale zestawione razem natychmiast stały się upragnionym do zdobycia miejscem. A jak ostatnio spałam w innym pokoju (tak sobie zaszalałam majówkowo), on oczywiście poszedł ze mną – ale był spięty, jak byśmy poszli do obcego mieszkania. Bywał przecież w tym pokoju, sam i ze mną, ale nie w nocy. I łóżko było złożone, bez pościeli. Nagle szok, totalna zmiana – widać było, że nie ogarnia. :D
Warsztaty są naprawdę ciekawe. Czasem się zastanawiam, co robią tam kociarze zajmujący się kotami „zawodowo” – w fundacjach, domach tymczasowych i po prostu zakoceni od dawna. Przecież oni powinni wiedzieć wszystko, a nawet więcej! Jednak sama widzę, że zawsze można dowiedzieć się czegoś nowego. Na przykład usłyszałam, jaki krąży mit. Otóż są tacy ludzie, którzy uważają, że koty mniej się przywiązują do ludzi, bo po śmierci właściciela głodują tylko dwa dni, gdy tymczasem psy zaczynają jeść dopiero po tygodniu. :P To bzdura, aczkolwiek te dwa dni są ważne, bo chyba tyle kot może głodować bez większej szkody dla swojego organizmu. Niemniej śmieszne i fajnie wiedzieć, co w mitach piszczy. Poza tym spotyka się ludzi, którzy mają koty, również inne zwierzęta, i można się wymienić swoimi mniej fachowymi doświadczeniami.
Ważną zaletą tych zajęć jest właśnie możliwość zadawania pytań prowadzącym zajęcia paniom. Mając do dyspozycji behawiorystkę i weterynarza można na szybko rozwiać niektóre wątpliwości. Super, że Julia i Agnieszka nie mają nic przeciwko, chociaż dezorganizuje im to trochę zajęcia i niekiedy wydłuża. Ale w końcu to wszystko dla dobra kociastych i ich opiekunów.

Tymczasem wracam do mojego prywatnego futrzaka. Nie wiem, czy on się zorientował, że się dokształcam w jego obsłudze, czy po prostu już są efekty, ale kocha mnie ostatnio mocno i absorbująco (w skrócie: „Nie mogę, kot na mnie leży”). Nie narzekam. :D