piątek, 20 czerwca 2014

Gąska na zakupach [Przy rowerach (7/10)]

Zakupy bywają częstym kobiecym sposobem odreagowania stresów. Podobno dzieje się tak dlatego, że w trakcie robienia zakupów wydzielają się endorfiny, co znacznie poprawia nastrój. Pewnie z tego też powodu pojawiają się opinie, że szaleństwa zakupowe są domeną kobiet niespełnionych w życiu erotycznym. Gąska uważała takie opinie najczęściej za bezsensowne, choć oczywiście nie ośmieliłaby się ostro skrytykować kogokolwiek za taki pogląd. Nie leżało to przecież w Gąskowej naturze. W głębi ducha zastanawiała się jednak, czy aby na pewno jest wystarczająco kobieca, skoro nie ma takich charakterystycznych babskich upodobań, jak hodowla kwiatków czy właśnie zakupy. Oczywiście mowa o takich wyprawach do galerii, gdzie celem czasem jest, owszem, kupienie konkretnej rzeczy, ale wcześniej trzeba przejść wszystkie możliwe sklepy, nawet z innym towarem, namierzenie się tego, naoglądanie, często też – nakupowanie niepotrzebnych przedmiotów. Albo po prostu: przedmiotów, bo wyjdzie na to, że buty czy torebka to niepotrzebne gadżety – a przecież bez tego ani rusz.;)
Gąska tego nie lubiła. Może wracały jeszcze wspomnienia dzieciństwa, gdzie zakupy kojarzyły się z cało- albo przynajmniej półdniową mordęgą rodzinnych wypraw po buty czy kurtkę. Rzadko było kupowane coś ładnego, częściej – praktycznego. Gąska pamięta zwłaszcza buty, które musiały mieć solidną  podeszwę, mocne wiązania i najlepiej, by wytrzymały wszystko, co życie niesie – również butom. Na szczęście na tym etapie życia noga jeszcze rosła, więc za każdym razem istniała szansa, że podczas następnego zakupu może uda się wytargować coś bardziej odpowiedniego dla młodej dziewczyny. Nic z tych rzeczy. Dopiero za jedne z pierwszych zarobionych pieniędzy kupiła sobie pantofelki, które były najbardziej niepraktyczne, jak to tylko możliwe – ale co z tego. Ważne, że były delikatne, na cieniutkim obcasiku i z cienkimi paseczkami, które służyły jako zapięcie. Potem, stopniowo, nauczyła się łączyć ładne i wygodne. Zresztą i wybór towarów w sklepach był większy niż za jej dzieciństwa. Wciąż jednak nie lubiła takiego łażenia. A już zwłaszcza z koleżankami, które po kilku godzinach buszowania w sklepach i przymierzania nieskończonej ilości ubrań, kupowały wreszcie… apaszkę albo po prostu nic. Gąska świetnie rozumiała facetów, którzy na hasło „zakupy” uciekali, byle dalej.;) Cóż, oni jeszcze obawiali się (często) o zawartość swoich portfeli.
Raz kiedyś Gąska znalazła się w podobnej jak oni sytuacji. Otóż spotykała się z miłym panem, który zapytał kiedyś, czy mogliby pojechać razem po buty dla niego. Nie ma co ukrywać, że skrzywiła się w duchu, ale zdawała sobie sprawę z niestosowności tych odczuć, więc głośno powiedziała, że oczywiście. „Co tam”, pocieszała się, „facet to szybko załatwi”. Umówili się w któryś weekend w Galerii Mokotów. Kiedy przyjechała, już na nią czekał. Gąska była znowu w złym humorze i znów nie wiedziała, dlaczego. Powoli zaczynała sobie zdawać sprawę, że tego związku nie da się uratować, coraz wyraźniej widziała, że problem jest w niej, ale jednak o tę relację jeszcze walczyła. Spytała się więc spokojnie, czy – skoro był wcześniej – może już coś obejrzał, upatrzył? (A w duchu pomyślała: „A może nawet kupił…?”), na co on odpowiedział z miną świętego Mikołaja, który wie, że zaraz wręczy upragniony prezent: „Nie, nic nie oglądałem, czekałem na Ciebie. To co, zaczniemy chodzić od góry? Tu jest dużo sklepów”. Niestety, Gąska nie doceniła jego wspaniałomyślności. Powiedziała, że mają wejść do góra dwóch sklepów, bo ona nie ma siły na obejście całej galerii. Jeszcze nie skończyła mówić, a już czuła się obrzydliwie. Tadek jednak przyjął to dzielnie, jak zawsze udając, że nie widzi nic złego w jej zachowaniu. Może, gdyby wtedy zrobił awanturę…
To było kiedyś. Od pewnego czasu jednak Gąska powoli zmieniała swoje nastawienie do łażenia po sklepach. To znaczy, dalej nie lubiła robienia konkretnych sprawunków. Na pewno każdy zna ten problem, gdy potrzebne są spodnie, koszula czy buty na bliską okazję (wesele, komunia czy coś jeszcze innego), najlepiej jeszcze w konkretnym kolorze i rozmiarze. Bardzo rzadko udaje się znaleźć to, co sobie wymyślimy. I takie zakupy rzeczywiście stają się wtedy udręką. Dlatego też czasem warto, o ile ma się na to środki finansowe, kupować coś, gdy się trafi, nie czekając na konkretną potrzebę. Gąska zaczęła stosować tę zasadę, nauczyła się też korzystać z prawa do zwrotu towaru – tym sposobem budżet jakoś się zamykał. A nie da się ukryć, że był moment, gdy ilość wydanej kasy na zupełnie niepotrzebne – bo nietrafione – fatałaszki dawała się zauważyć. Najpewniej wiązało się to z tym, że po prawie półtora roku totalnego dołka finansowego odbiło się codzienne obracanie złotówki w palcach po pięć razy i wydawanie ich praktycznie tylko na jedzenie i opłaty. Wciąż nie zarabiała kokosów, wciąż nie było ją stać na wiele przyjemności – ale przestała w sklepach tylko oglądać.
A poza tym samopoczucie na zakupach poprawiają zabiegi niektórych sprzedawców, by ów towar sprzedać. Kiedy jako nastolatka Gąska pojechała na pierwsze takie „łażenie” do prototypu współczesnych galerii – czyli pod Pałac Kultury, gdzie mieściły się tzw. szczęki – przytrafiła jej się cudna historia. Otóż Gąska nieśmiało zatrzymała się przy stoisku z butami, by obejrzeć, dotknąć i może nawet przymierzyć (!) pantofelki na niewielkim obcasiku. Właśnie ten głód ładnych butów był w niej chyba najsilniejszy. Uprzejmy sprzedawca znalazł jej rozmiar. Już mierząc but, Gąska czuła coraz większy stres. Nie wiedziała, jak ma się dalej zachować. Wiedziała, że butów nie kupi, bo zwyczajnie nie miała pieniędzy (i to nie tylko przy sobie), a z kolei ogromnie trudne wydawało jej się powiedzenie, że nie kupuje butów – bo nie. Gorączkowo szukała powodów, dla których mogłaby odmówić. Sprzedawca asystował jej cały czas i szybko zaczął domagać się decyzji. Gąska więc powiedziała, że niestety, ale obcas wydaje się jej za wysoki (nota bene, miał chyba maksymalnie 3 cm wysokości). Pan oczywiście zaczął ją przekonywać, że skąd, że to idealna wysokość. Na to Gąska: „Wie pan, ale ja i tak jestem wysoka, a jeszcze w tych obcasach to żaden chłopak do mnie nie podejdzie”. Na to pan sprzedawca, bardzo emocjonalnie: „Proszę pani! Mężczyzna, który nie ma przynajmniej (na tym słowie położył bardzo duży nacisk) 180 cm wzrostu to nie jest prawdziwy mężczyzna”. Po chwili ciszy, głosem już dużo spokojniejszym: „Ja mam wprawdzie 167 cm, ale pani spojrzy na mojego kolegę”. Spojrzała, no wysoki. Jednak pierwszy raz zrozumiała, ile własnej dumy (i godności osobistej) sprzedawca może poświęcić, by coś sprzedać.;)

Więc kiedy Gąska zrozumiała, że złość na Daniela jej nie przechodzi, pojechała na zakupy. Nie miała za dużo pieniędzy, ale jednak zawsze coś. Poza tym uznała, że taniej wyjdzie ją jedna bluzka niż psychoterapia – no, może nawet dwie bluzki. I jakaś torebeczka. Uśmiechnięta, chodziła od sklepu do sklepu. Jej ulubioną galerią było Wola Park, więc tam spędziła około czterech godzin. Przy okazji kupiła sobie rajstopy w butiku obsługiwanym przez miłą panią. Właściwie bardziej z powodu tej pani niż szczególnej jakości rajstop Gąska lubiła tam chodzić. Dziewczyna była miła i uśmiechnięta wobec wszystkich klientów, miło było tam po prostu być. Na sam koniec weszła jeszcze do kiosku kupić chusteczki. Wiecznie jej ich brakowało, nie tyle z powodu nadmiernego zużycia, ile częstej niemożności ich zlokalizowania w torebce. Co okazywało się zawsze, gdy ktoś o nie pytał albo sama ich potrzebowała, ale przy ludziach. Jeśli nawet się znalazły, wyglądały… oględnie mówiąc, mało higienicznie, no. Więc co jakiś czas kupowała nowe i nie otwierała paczki, jak długo się dało. Potem miała je już tylko dla siebie i na osobności. Więc skoro przechodziła obok kiosku i pamiętała o zakupie, to postanowiła po prostu to załatwić. Sprzedawca, młody chłopak, był miły i uśmiechnięty, a gdy, szukając tym razem w czeluściach torby portfela, przeprosiła, uzasadniając, że torba jest zbyt chyba wielka, on odparł: „Ale za to jaka ładna”, patrząc przy tym jej prosto w oczy. Aż się zarumieniła.

Wróciła do domu głodna, nieludzko zmęczona i bardzo, bardzo zadowolona z życia. Pewnie, nie wymyśliła, jak się zachować wobec Daniela, co dalej zrobić w tej sprawie. Ale w przyjemny sposób na jakiś czas o tym zapomniała. „Żeby takie dni można było spędzać częściej...”, zdążyła pomyśleć, zanim zasnęła.

wtorek, 17 czerwca 2014

Przy rowerach (6/10)

Obudził ją ból głowy. No tak, nawet dwie lampki wina to o dwie za dużo jak na jej możliwości. Wiedziała, że później będzie się z tego śmiać, ale chwilowo było jej po prostu niedobrze. „Oby to był tylko kac, który nie przejdzie w migrenę”, pomyślała i zwlekła się z łóżka. Nauczona smutnymi doświadczeniami, nie lekceważyła nawet tak drobnej dolegliwości. Ktoś z boku mógłby uznać, że baba pieści się ze sobą (swoją drogą, skoro nie ma kogoś innego do tej roli… :P), gdy tymczasem to tylko zwykły kac. Migrena zaś, jak wiadomo, jest wymysłem histeryczek i tylko one używają tej eleganckiej nazwy. Normalnego człowieka po prostu „łeb napier….”, i tyle. Poza tym, jak ktoś ma czas na rozważanie swoich stanów zdrowotnych, to znaczy, że ma za mało do roboty. I wszystko w tym temacie.
Gąska, kiedy czuła się dobrze, mogła śmiać się z takich poglądów czy z nimi polemizować. Albo sprawić komuś przyjemność i przytaknąć, że tak, jest arystokratyczną marudą i wymyśla sobie globusy, niczym pani Emilia z Nad Niemnem. Teraz jednak słaniała się na nogach, w głowie się jej kręciło, a żołądek był zaciśnięty. Słabym krokiem skierowała się do łazienki, gdzie przeprowadziła „odważny” eksperyment: umyła zęby. No, tym razem się udało, nie zemdliło jej. Można więc było wziąć leki przeciwbólowe i napić się słabej kawy, licząc, że wróci do formy bez dodatkowych skutków ubocznych.
Gąska naprawdę miała słabą głowę do alkoholu. Nie piła też za dużo, nawet piwa czy właśnie wina, bo późniejsze dolegliwości były zbyt nieprzyjemne. Samo też picie nie było jej potrzebne, by wprawić się w lepszy nastrój. Z tym radziła sobie całkiem nieźle nawet bez wspomagaczy. Ta nieumiejętność przyjmowania nawet niewielkich procentów była również jednym z elementów jej Gąskowej natury. Dlatego też, wbrew własnemu rozsądkowi, nie odmawiała czasem wypicia czegoś mocniejszego na imprezach. Trochę się wstydziła odmawiać, bo niestety w naszej kulturze współbiesiadnikom ciężko to przyjąć do wiadomości. A Gąska nie chciała być uznawana za dzieciaka również pod tym względem. Wystarczyło, że nie umiała ukrywać swych naiwnych oczekiwań i emocji…
Po raz kolejny obiecywała sobie, że spróbuje być bardziej stanowcza w kontaktach z innymi ludźmi. W końcu też ma prawo oczekiwać (słowa „wymagać” jeszcze nie ośmielała się użyć nawet w myślach), że inni będą respektować jej potrzeby. Niestety, wiedzieć to jedno, a robić – drugie. „Ale od dzisiaj naprawdę to się zmieni”, myślała Gąska, powoli się ubierając. „Następnym razem, jak gdzieś wyjdziemy, zamówię sok. Nie będę siliła się na wizerunek damy, popijającej od niechcenia wino, gdy naprawdę wciąż myślę, czy jutro głowa mnie będzie bolała tylko trochę, czy kilka dni”. Stanęła przed lustrem, uśmiechnęła się do siebie… i nagle zdała sobie z czegoś sprawę. „Ojej, ja już nie myślę: Jeśli się spotkamy, tylko: Jak się spotkamy…”.
Poszła do kuchni robić śniadanie, ale wciąż uśmiechała się bezwiednie. Wiedziała, że musi zaraz wziąć się w garść i skupić na sprawach zawodowych, ale czuła się tak dobrze… Nawet ból głowy mijał jakoś szybciej niż zwykle. „Życie jest piękne”, pomyślała po Gąskowemu, i zabrała się do pracy.
Jednak dwa tygodnie później poranek wyglądał zgoła inaczej. Naczynia w zlewie ledwo uszły w całości, z taką wściekłością zmywała je zezłoszczona dziewczyna. w ciągu tych ostatnich dwóch tygodni widziała się z Danielem parę razy. Jeszcze jedno spotkanie było takie oficjalne – spacer „gdzieś na mieście”, ustalanie godziny, wybieranie stroju… Nie da się ukryć, było to męczące. Gąska naprawdę cieszyła się na nie, ale wróciła po prostu zmęczona. I to bynajmniej nie fizycznie. Umordowało ją po prostu „robienie dobrego wrażenia”. Początki znajomości zawsze są wyczerpujące, wie o tym każdy, kto taką sytuację przeżył. Najpierw bowiem jest radość, ekscytacja, że kogoś poznaliśmy. W tych emocjach wszystko jest przyjemnością. Potem jednak, zanim relacja stanie się znów fajna, jest ten okropny moment: poznawanie się. O ile na pierwszych dwóch, trzech spotkaniach jest mnóstwo tematów do rozmowy, to już kolejne zaczynają parę spraw weryfikować. Na przykład właśnie kreatywność chociażby w rozmowie. Albo zadaje się pytanie i słyszy „Przecież już o to pytałeś/aś, mówiłem/am ci o tym”. Czyli – nie słuchałaś/eś uważnie, nie interesuje cię to. (I akurat nie chodzi o daty, panowie). Albo z kolei zaczyna męczyć to uważne słuchanie, bo samemu też by się coś chciało powiedzieć. Nie wiadomo, czy już wypada trzymać się za ręce, kto powinien płacić i czy już czas na zaproszenie do domu. To wszystko szalenie męczy, a im człowiek starszy, tym – nie ukrywajmy – jest trudniej.
A Gąsce doszło jeszcze słuchanie o Pani Eks. No naprawdę, chyba trochę za szybko ten Daniel uznał ją za powiernicę takich tematów. Gąska zresztą nie była pewna, czy w ogóle chce nią być. Ale on nie pytał, po prostu mówił. Zaczynał oczywiście od tego, jak bardzo tęskni do córeczki, ale EKS mu nie ułatwia kontaktów. A w ogóle to ta EKS zawsze była trudna, bo na przykład… I opowiadał historię z ich związku, który przecież oficjalnie się skończył. Tak, dziecko zostało i zawsze będzie ich łączyć, ale relacje między byłymi małżonkami najwyraźniej wciąż były żywe. Gąska na początku próbowała jeszcze jakoś aktywnie słuchać: zadawała pytania o szczegóły sytuacji, by móc umiejętnie doradzić czy pocieszyć. Ale Danielowi najwyraźniej nie było to potrzebne. Owszem, cieszyło go, ale traktował te uwagi jako zachętę do dalszych opowieści.
Potem zaczęli umawiać się po prostu, tak jak dało radę. W dużej mierze było to uzależnione od jego pracy, bo dziewczyna była jeszcze na tym etapie, że dostosowywała swój grafik do jego wolnego czasu. W końcu pracowała w domu… Zauważyła jednak, że coraz mniej wagi przywiązuje do kwestii stroju (aby był czysty i w miarę odprasowany), raz wróciła się już od drzwi, bo dostrzegła plamę na spódnicy. Tak, wychodziła w domowej kiecce, w której zmywała, czytała i robiła całą resztę. I to, że jej nie zmieniła, nie wynikało z pośpiechu. Miała coś przygotowane na przebranie, ale pomyślała, że po drodze wyrzuci śmieci… i chyba zapomniała, dokąd ta droga ma doprowadzić. ;) Na szczęście zauważyła w porę. Chociaż… czy on by dostrzegł? No, ale jednak mogła spotkać kogoś znajomego po drodze i zasadniczo nie chciała być uznana za flejtuszka. ;)
Widać więc wyraźnie, że zaczynała oswajać się z całą sytuacją. Byłoby to dobre i nawet wskazane. Gąska jednak czuła, że nie wynika to z jej dojrzałości (:P), lecz zgrzyta jej temat Eks. A nawet i to nie. Zastanawiała się nad tym po ostatnim spotkaniu, z którego wróciła po prostu wkurzona. „Co mnie tak irytuje?”, myślała, szukając książki do czytania, bo wiedziała, że tylko w ten sposób uda jej się wyciszyć wzburzenie. W innym przypadku przewracałaby się tylko w łóżku, coraz bardziej zdenerwowana. Lektura przed snem była dobrym, sprawdzonym patentem. Jednak po kilku stronach odłożyła książkę. Uznała, że musi dotrzeć do źródła swojej złości.
„Co mnie tak denerwuje?”, pytała się nie wiadomo który raz. Wróciła myślami do wspólnego wieczoru i nagle – tak! Już wiedziała! Mimo nienagannych manier, mimo traktowania jej jak damy – nie czuła się na tych spotkaniach kobietą. Kobietą dla niego. Pełniła jedynie funkcję kogoś, komu można się zwierzyć ze swoich trosk z byłą żoną. Taki darmowy psycholog (no, może niezupełnie, ale za kawę i ciasteczko, a nie konkretną kwotę).
„Czy on w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że dla mnie jest to przykre? Jak on może mnie tak wykorzystywać? I to na dodatek TAK, a nie INACZEJ! Nie, żeby było coś złego w byciu psychologiem, ale przecież umawiając się ze mną, proponując spotkania, dawał do zrozumienia, że widzi mnie w innej roli! Ja to mam szczęście: albo kumpel, albo sponiewierany przez los. Bo ja to jestem świeżynka, która niczego nie doświadczyła w życiu. Jak on mnie traktuje, jakbym jakąś głupią gęsią była”.
Tu Gąska zatrzymała się w swoich rozmyślaniach. Rozbawiło ją własne oburzenie na określenie, którym sama się uraczyła. Ten śmiech pozwolił jej wreszcie skupić się na książce, co pozwoliło jej zasnąć.
Od rana ją jednak nosiło. Wreszcie nie wytrzymała i postanowiła gdzieś pójść, żeby poprawić sobie nastrój. Czyli na zakupy. Bardzo duże zakupy. Pomalowała się (żeby lepiej wyglądać w przymierzanych ciuszkach), założyła ukochane kolczyki z kotkami (a jakże!), sprawdziła, ile ma na koncie – i wreszcie wyszła do galerii (handlowej, żeby nie było :P).

To był jeden z jej lepszych pomysłów – jak sama uznała wieczorem. :)

Krówka na wypasie

Jakoś tak niedawno dowiedziałam się od sympatycznej Pani w zoologicznym sklepie, że kastrowany kotek może wcześniej przejść na karmę dla dorosłych kotów. Przejęłam się tą uwagą, ale z drugiej strony – nie byłam do końca pewna jej słuszności. Nie, żebym Pani Emilce nie wierzyła, ale „weryfikowanie informacji” to moja naturalna pasja. I jaki świetny temat, by sobie z kimś porozmawiać! No, konsultacja z wetem w tej sprawie była, poza oczywistą przyjemnością (kolejna cudowna pani z Wetmedic), także kosztowna, ale za to miałam pewność, że kot będzie karmiony należycie. Zaraz też zresztą byłam z nim w przychodni na profilaktycznych badaniach, więc został zważony i oceniony pod względem prawidłowości wagi (jest idealny, jakżeby inaczej! :)). Kocio dostał karmę z półki „Adult” i uznałam, że pod tym względem sumienie mogę mieć spokojne.

A nie, nie do końca. Bo oprócz rodzajów karmy dla kota jest też kwestia częstotliwości jej podawania. Na samym początku, kiedy przyszłam z Kociem do domu, postawiłam mu miskę z suchym żarełkiem „na stałe”, a mokrą karmę porcjowałam. Chyba wyczytałam tę radę w internecie. Jeśli czytają to osoby, który uczestniczyły w moim procesie dojrzewania do podjęcia decyzji o przygarnięciu kota, to pewnie pamiętają, że najbardziej panikowałam właśnie pod tym względem, czyli: jak toto karmić? Nie tylko „czym”, ale i „jak”. Nie wiem, czy uzyskałam wtedy wyczerpującą odpowiedź, ale pewnie nie, skoro w momencie nieoczekiwanej wprowadzki nowego lokatora guglowałam te tematy.

Potem już było oczywiście spokojniej. Kot jadł to i tyle, co miał nasypane i nałożone, i jakoś sobie z tym radził. Widać było, że jest ok. Znaczy, że metoda dobra. Skonsultowałam to zresztą w przychodni, z której zabrałam Kocia, był akcept, więc nie widziałam problemu. Pojawił się on – najpierw w mojej głowie – trochę później. Zaczęłam się nagle, z różnych źródeł, dowiadywać, że niektórzy karmią koty kilka razy dziennie. W sensie, że karmę suchą i/lub mokrą wydzielają, a nie ustawiają w trybie całodobowej dostępności. Jeszcze się tym tak bardzo nie przejmowałam, bo Kocio, jako młodziak, miał prawo jeść, ile chcąc (tak uznałam), ale kiedy przeszliśmy na poziom „adult”, pomyślałam, że czas i to zmienić. Z lekkim bólem serca pochowałam miski, bo i dla mnie w sumie był to wygodny sposób obsługiwania kocurka. Skończy się spanie rankami, pomyślałam. Miałam rację, ale stało się tak z innego powodu... ;)

Po rozmowie z miłą panią wet przywróciłam dawne obyczaje. Miska z suchą karmą, dobraną idealnie do jego zaburzonego nieco przewodu pokarmowego, stoi na honorowym, niezmiennym miejscu, natomiast wędruje talerz z pokarmem mokrym. A to się na balkonie pojawi, a to w kuchni, a to obok suchego – wszystko zależnie od mojej (tak!) wygody. Kocio się nie kłóci i grzecznie zjada to, co dostanie (chyba że nie) i w tym miejscu, gdzie akurat się obaj (on i posiłek) znajdują. I to nie podlega dyskusji.

Natomiast niesamowicie kontrowersyjna okazała się sprawa tej całodobowej miski. Ot, w pewnym momencie kot mi zgłupiał i przestał spać w nocy. Bynajmniej nie z głodu, po prostu – przypływ adrenaliny, energii i „gimbusiarstwa”. P Po tygodniu takich bezsennych nocy uznałam, że chyba jest jakiś problem. Naprawdę, wcześniej AŻ TAK nie głupiał. ;) Bawiłam go wieczorami, pewnie, ale on z kolei często lekceważył moje starania o przyzwoitych porach. O tych nieprzyzwoitych (druga, trzecia nad ranem) to z kolei ja nie chciałam. :P Wreszcie, wyzuta z sił, wyżaliłam się na fejsbukowej kociej stronie. Niby pytałam o radę, ale sama i tak już dużo wiedziałam (zresztą byłam już po dwóch spotkaniach warsztatów PetBonTon), ale zawsze jest nadzieja, że ktoś… coś…

I tam dowiedziałam się, że miska z jedzeniem, dostępna na okrągło, jest paśnikiem. Co mnie zaskoczyło i bardzo mi się nie spodobało. Natomiast dzięki tej sytuacji przypomniałam sobie, że do wiedzy z internetu należy podchodzić z dużym dystansem. Bo czemu nie zgadzam się z tym poglądem? Otóż, po rozmowie ze znawcami tematu „w realu”, a do nich zaliczam też poglądy przedstawiane przez kociarzy na zajęciach PetBonTon, myślę, że kot, mający dostęp do miski z żarciem na okrągło, wcale nie będzie szybciej tył. Przeciwnie, ponieważ wie, że jedzenie jest stale dostępne, nie musi najadać się na zapas. Zje tyle, ile mu trzeba. Owszem, zgadzam się, że kot to myśliwy i bardzo podobają mi się koncepcje Julii z PetBonTon, by kotu czasem w jedzeniu „poprzeszkadzać”. A to je rozsypać (i niech szuka), a to rzucić,  a to podać np. w kratce po jajkach. Ale nie zawsze jesteśmy przy kocie. Ja, która spędzam w domu naprawdę dużo czasu ze względu na sytuację zawodową (a raczej jej prawie brak), nie byłabym w stanie tak wydzielać mu jedzenia, by móc kontrolować, ile on zjadł i kiedy. Za to jak nasypię określoną ilość „paszy” do miski  to wiem, co i jak, nawet jeśli mnie dłużej nie ma.

Oczywiście znów pada argument przeciwników „paśnika”: że karma wietrzeje. Cóż. Ustalmy, że w misce znajduje się np. dobowa lub dwunastogodzinna porcja żywności. Rzeczywiście, straty odżywcze będą niezmierzone. (Ironia, jeśli ktoś nie zauważył). A jak podaję uparowane mięso, to też jest bez pewnych elementów (nie tylko tych złych). Mówi się trudno. I tak wiem, że w przypadku Kocia jego karma jest dobrej jakości. Na tyle, że ewentualne straty podczas „wietrzenia” nie pozbawią jej całkiem wartości odżywczej.

A traktować Kocia jak krówki przy paśniku nie mam zamiaru i nie pozwolę nikomu nawet sugerować, że nią jest! O.

sobota, 14 czerwca 2014

Przy rowerach (5/10)

„Cześć, wreszcie się ogarnąłem. To co, masz chęć się spotkać?”. „Hej, fajnie, że się odzywasz. Kiedy i gdzie? :)”. „Jutro, pojutrze?”. „Pojutrze, piątek będzie chyba lepszy. O dwudziestej przy Feminie?”. „OK”.

Po ponad dwóch tygodniach milczenia wreszcie się odezwał. Przez ten czas Gąska zdążyła się wyciszyć. Trochę straciła nadzieję, że się jeszcze zobaczą, ale trochę też była zadowolona z jego milczenia. Bo właściwie trochę obawiała się tego spotkania. Sama do końca nie umiała ustalić przyczyny tego niepokoju. Wreszcie jednak postanowiła machnąć ręką i pójść na żywioł. Zaszaleć i… nie myśleć, co będzie.

W tym nastawieniu udało jej się wytrwać do piątku. Właściwie nawet, ku jej zdumieniu, nie kosztowało to specjalnie dużo wysiłku. Z pewnością również dlatego, że miała dużo zajęć, zgromadziła też wyjątkowo dużo prac domowych z obrzydliwym (dla niej) prasowaniem na czele. Więc kiedy zadzwoniła Zuzia (wtajemniczona, a jakże!) i spytała o nastrój, Gąska ze zdumieniem odkryła, że randka już dzisiaj! O rety, rety! ;)

Dopiero w autobusie pozwoliła sobie na emocje. Na szczęście były to tylko same pozytywne uczucia. Cieszyła się na spotkanie, pogoda dopisywała – czego chcieć więcej? Zastanowiła się przez moment, o czym będą rozmawiać, gdzie pójdą… „Eee tam. Niech on się tym zajmie. Co to, ja zawsze wszystko muszę?”. Wysiadała spokojna i zrelaksowana. Na zegarku dochodziła dwudziesta, ale Daniela jeszcze nie było. Mimo to wyjęła już słuchawki z uszu i zaczęła szukać w torebce lusterka. W tym momencie poczuła, że ktoś objął ją z tyłu w pasie i jednocześnie cmoknął w policzek. Daniel! :))))

Okazało się, że chłopak przyszedł wcześniej, ale poszedł do pobliskiej kwiaciarni po kwiatki. Dlatego nie było go w umówionym miejscu, gdy przyszła. Podał jej bukiecik z uśmiechem i patrzył w oczy, czekając na jej reakcję. Uśmiechnęła się więc oczywiście, choć małodusznie przemknęło jej przez myśl, że świetnie, teraz będzie musiała całe spotkanie z tym wiechciem chodzić. Dobrze chociaż, że bukiecik był mały… I dobrze, że Daniel nie mógł czytać jej w myślach. „Ależ ja się paskuda robię”, pomyślała. Odłożyła jednak refleksje na później, kiedy już będzie po spotkaniu. A ono przecież dopiero się zaczęło. ;)

Daniel chyba naprawdę był w dobrym humorze. Ożywiony, uśmiechnięty i te kwiaty… Zaproponował, żeby poszli w kierunku Starego Miasta, a potem może gdzieś usiądą przy lampce wina czy na co  będą mieli ochotę. Zadowolona, że przejął inicjatywę, zgodziła się i poszli przed siebie. Początkowo w milczeniu, bo jednak ruch na chodniku był spory, ale gdy tylko przeszli ruchliwe skrzyżowanie i oddalili się nieco od głośnej ulicy, Daniel zaczął rozmowę. Spytał, co porabiała przez ostatnie dni, ale Gąska pilnowała, by się nie rozgadać za bardzo. Po pierwsze, nie wiedziała, o czym mówić. O pracy, o domu, o kocie? Nawet za bardzo nie czuła potrzeby zwierzeń, ale wiedziała, że łatwo ulega swojemu gadulstwu. Tym razem wolała się powściągnąć. Odpowiedziała więc uprzejmie, ale zdawkowo i banalnie, i odbiła piłeczkę.

Daniel nie kazał się prosić. Chętnie opowiadał o sobie i swoich pasjach, ale szybko przeszedł na inny temat. Okazało się bowiem, że ostatni weekend spędził w Częstochowie, ze swoją córeczką. „U swojej byłej”, przemknęło Gąsce przez głowę i wyostrzyła uwagę. Nie zauważył tego i dalej opowiadał o Gosi. A jaka mądra, ładna i w ogóle, jak bardzo ją kocha i za nią tęskni. A w ogóle to ma jej zdjęcie, może by chciała zobaczyć? Jasne, że znała prawidłową odpowiedź, więc natychmiast wyjął telefon (ach, gdzie czasy, gdy wyjmowało się albumy…) i zaczął jej pokazywać fotki. Gosia na szczęście rzeczywiście była ładnym dzieckiem, więc Gąska mogła szczerze ją chwalić, czym sprawiała Danielowi niewątpliwą przyjemność.

Na kilku zdjęciach Gosia była z mamą – tak w każdym razie uznała Gąska, ale wolała się nie pytać. Nie była gotowa na rozmowę o Tamtej.  Nie chciała psuć sobie wieczoru. Mimo to nie udało się od tego uciec. W naturalny sposób rozmowa zeszła na relacje Daniela z jego eks. To znaczy, naturalnie było to dla Daniela, ale Gąska postanowiła na razie tylko słuchać. Na takim zachowaniu jeszcze nie straciła…

Więc słuchała o rozterkach mężczyzny. Chociaż, czy mężczyzna się tak zachowuje wobec kobiety, z którą jest na randce? Bo chyba to była randka…. Chociaż kiedy ma się więcej niż naście lat, to już nie używa się takich określeń. Nieistotne. Ważniejszą kwestią było zorientowanie się w jego układach rodzinnych i rozważenie, czy jej to odpowiada. Jeśli bowiem już teraz ją to zastanawiało, to później może być tylko gorzej. Chyba że on naprawdę chce mieć kontakty tylko z córką, ale pytanie, co na to Tamta.

Daniel w pewnym momencie zorientował się, że dziewczyna się nie odzywa. Przerwał swoje opowieści i zapytał, czy ma ochotę na drugą lampkę wina. Przez ten czas bowiem zdążyli usiąść w jednej z staromiejskich knajpek. Kwiaty miła kelnerka wstawiła do wody, choć Gąsce zależało na nich coraz mniej.

– Przepraszam, zanudzam cię… Pewnie za dużo mówię o Gosi. Ale wiesz, bardzo ją kocham i teraz widziałem ją po długiej nieobecności. I bardzo chciałem podzielić się z tobą swoją radością. Mam nadzieję, że cię nie uraziłem, ale wiedziałaś, że mam dziecko…
– Wszystko w porządku, bardzo miło słuchać o Gosi i jak o niej opowiadasz. To piękne. – Uśmiechnęła się. Mówiła prawdę. Temat Gosi jej nie przeszkadzał… – Po prostu nie chciałam ci przerywać. Chętnie napiję się jeszcze wina.

Koło północy była w domu. Daniel zamówił jej taksówkę, za którą zresztą z góry zapłacił. Pożegnali się po koleżeńsku. Nie powiedział nic na temat kolejnego spotkania, ale miała wrażenie, że teraz to już do niej należy decyzja. „I co z tym fantem zrobić…?”, myślała, zmywając makijaż, zdejmując biżuterię, potem ubranie i wchodząc do wanny. Miała ochotę poleżeć w ciepłej wodzie i po prostu nie myśleć. Szybko jednak przekonała się, że to nie był dobry pomysł, bo po prostu zaczęła zasypiać. Bezpieczniej było iść do łóżka.

Kładąc się spać, zerknęła jeszcze na telefon. Wiadomość! Uśmiechnęła się i otworzyła smsa od Daniela. „Dzięki za cudowne spotkanie! Jesteś wyjątkową kobietą, dawno nie rozmawiałem z kimś takim jak ty. Mam nadzieję, że się niedługo zobaczymy. Śpij dobrze :*”. Uśmiechnęła się jeszcze raz i odpisała tylko „Dobranoc :)”. I poszła spać.

środa, 11 czerwca 2014

Czwarta władza

Kolega podrzucił mi wczoraj link do artykułu w gazecie, który jego zdaniem stanowił przykład niedbałej redakcji i korekty. Rozmawialiśmy niedawno na temat afery w Novae Res (chyba nie ma sensu już ukrywać nazwy, bo kto siedzi w branży, to o tym wie), więc pewnie dlatego tak bardzo mnie to zainteresowało.

Zajrzałam do tego tekstu z ciekawości. Spojrzałam najpierw, kto jest autorem notki – oczywiście, nie ma nazwiska, jest tylko informacja, że opracował to zespół. Aha, czyli nikt imiennie nie jest odpowiedzialny. (Jak się okazało, może to mieć znaczenie dla dalszych kwestii, które odkryłam. O tym jednak za chwilę). Ciekawa byłam owej treści i nie zawiodłam się. Tekst był, zgodnie z zapowiedzią, bełkotliwy i sprawiał wrażenie, jakby był zlepkiem różnych informacji. Przeczytałam go dwa razy, bo nie był długi. Nie było tam takich efektownych błędów, jak w książce, która wywołała niedawno takie emocje, ale mimo to źle się czytało. Oczywiście o interpunkcji nie ma co mówić, ale prosiło się, żeby nad tym choć troszkę popracować.

Mimo wszystko tekst nie zostałby mi w pamięci. Czytałam już – że zacytuję swojego recenzenta na obronie pracy licencjackiej – gorsze teksty. I zawodowo, i prywatnie. Mam jednak taki nawyk, że po przeczytaniu tekstu głównego zaglądam do komentarzy. Wielokrotnie znajduję tam barwne perełki – i językowe, i merytoryczne – którym lubię się przyjrzeć. Zrobiłam tak i tym razem. I mocno się zdziwiłam…

Tekst, który podsunął mi kolega jako przykład językowej bylejakości dziennikarskiej, poruszał sprawę dla naszego kraju trudną. Tematem była kwestia odszkodowań, jakie Polska miałaby wypłacać ofiarom Holocaustu. Myślę, że każdy Polak powinien poczuć się co najmniej oburzony. To przecież ociera się o sprawę kłamstwa oświęcimskiego. Dlaczego Polska ma płacić odszkodowania ofiarom przemocy nazistowskiej? Na szczęście, zanim się porządnie oburzyłam, dotarłam do ważnego komentarza.

Artykuł był polskim tłumaczeniem notki z „Times of Israel”. Jeśli zajrzymy do oryginału i znamy angielski, dowiemy się, że mowa jest o tym, iż „Polska UMOŻLIWI i ułatwi wypłacanie reparacji wojennych osobom bez konta w polskim banku”. O tym właśnie napisał w komentarzu JEDEN czytelnik. Poprosiłam Pawła, by zweryfikował to tłumaczenie (sama niestety w takim stopniu nie władam językiem). On potwierdził, że racja jest po stronie komentatora, nie – dziennikarzy. Różnica w treści przekazanej informacji jest widoczna i, jak oceniam, zasadnicza. Nie przeszkodziło to jednak innym internautom w oburzaniu się na ten fakt, stało się również oczywiście świetną okazją do krytykowania państwa polskiego, rządu i już imiennie – konkretnych jego przedstawicieli. Informacja poszła w świat. Tylko taki „drobiazg”: jest ona nierzetelna…

I to jest dla mnie najbardziej przerażające. Co się dzieje ze słowem pisanym, z mediami? Ubolewałam (także z powodów zawodowych) nad obniżeniem poziomu językowego przekazywanych wiadomości (nie tylko w prasie). Tymczasem, ku swojemu przerażeniu, odkryłam, jak nierzetelne mogą być te informacje również pod względem merytorycznym. Oczywiście, jeśli czytam „Fakt”, „Super Express” czy innego Pudelka, to liczę się z tym, że są to media nastawione na sensację i wtedy mniej liczy się rzetelność przedstawionych newsów. Ale „Gazeta Bankowa” chce chyba dotrzeć do innej grupy odbiorców i zbudować sobie inną renomę? I czy nie ma kogoś, kto powinien za takie kwestie odpowiadać? Może wcześniej je sprawdzić? (Taki pomysł, można z niego korzystać, nie roszczę sobie praw autorskich do tej koncepcji).

Rozumiem oszczędności. Nie rozumiem oszczędzania na meritum działalności. To tak, jakby fotograf otworzył swoje studio, ale wynajmował obskurne lokale (żeby było taniej), a zdjęcia robił przypadkowym sprzętem, również uzależniając swój wybór od ceny (oczywiście preferowana najniższa). Albo zainwestował raz, ale po pięćdziesięciu latach nie rozumiał, że aparat się zużył, a przy tym technika poszła naprzód. Jednocześnie zaś – wymagał, by klienci byli zachwyceni jakością i za nią płacili.

Ktoś powie, że w tym rzecz, bo wydawnictwa internetowe nie generują zysków. Nawet gdyby nie zarabiały na tym wystarczająco (dla kogo?) dużo, to pozostaje pytanie, czy ich wydawnictwa pozainternetowe są bardziej rzetelne? Nie wiem, czy mam odwagę w to uwierzyć, bo w sumie – niby dlaczego? Czytelnik może pozostać w obu przypadkach ten sam. I co, mam uwierzyć, że za kilka złotych dostaję superrzetelną jakość, a w wersji online – już nie? To chyba byłaby bzdura i tak nie powinno być.

Media – czwarta władza. W wielu przypadkach widać, że naprawdę ją mają. Wystarczy przyjrzeć się przypadkom interwencji w sytuacjach, gdy ludzie zostają całkiem bez pomocy. Z drugiej strony – przez takie niedbalstwa tracą na wiarygodności. A za tym może pójść utrata wpływów. Może decydenci w tych sprawach powinni się zastanowić, czy dobra redakcja naprawdę tak dużo kosztuje? Oszczędność w tych sprawach może być znacznie droższa.


niedziela, 8 czerwca 2014

Po weekendzie

Weekend upłynął mi pod znakiem pracy i niedodzwaniania się do znajomych. Wiem, piękna pogoda sprzyja aktywności i super, że ludzie nie są wtedy uwiązani do swoich komórek. A mówi się, że jesteśmy na smyczy urządzeń mobilnych… Jednakowoż nie każdy może sobie na to pozwolić, poza tym nieodebrane połączenie zazwyczaj w telefonie zostawia ślad. Można wtedy oddzwonić na przykład… ;) Co oczywiście nie oznacza, że nikt nie odebrał, nie oddzwonił czy sam, z własnej inicjatywy, się nie odezwał. Jednakowoż proporcje były zauważalnie na na „nie”.

E, ale nie narzekam. Nie można mieć w życiu wszystkiego, więc trzeba się cieszyć tym, co się dostaje. (Na przykład efektywnością zawodową... :D). A mi brak łączności z ludźmi wynagrodził kot. Tylu tulasków, pieszczot i ogólnie wyrazów uczucia nie dostałam od niego dawno, i to jeszcze w takim natężeniu. Naturalnie, nie non stop. Oboje byśmy tego nie wytrzymali. Jak tylko termometr idzie w górę, Kocio zmienia miejsce bytowania na balkon, i tam spędza większość czasu, w pełni zadowalając się swoim towarzystwem – no, mile widziane są wszelkiego rodzaju owady (traktowane jak swoiste wash & go: rozrywka i pożywienie w jednym). Ja też mogę się tam pojawiać (wolno mi :P), ale najchętniej jednak jestem widziana jako dostawca talerzyków z pożywieniem klasycznym oraz miseczek z wodą i/lub jogurtem. (Czasem dostaje, po konsultacji z wetem, ze względu na niewielkie kłopoty z brzuszkiem).

Kiedy on balkonuje, ja mogę zająć się, czym chcę. On i tak wie, że w razie potrzeby jestem blisko, w drugim pokoju. Siedzę tam i zajmuję się pracą zawodową, a kiedy już nie mam siły i widzę, że zaczynam sprawdzać w słowniku, jak się pisze poprawnie „mucha” – dwie wątpliwości – to robię przerwę. I w tej przerwie właśnie czasem chcę do kogoś zadzwonić albo pogadać. I jak pisałam, w ten weekend mi to nie (wy)szło.

Ale nie ma tego złego. Naturalnie. Zmusiło mnie to bowiem do małej refleksji na swój temat. Niewielkiej, ale przede wszystkim zauważyłam, że jednak dużo lepiej akceptuję siebie, swoje życie i łatwiej godzę się z brakiem ludzi wokół siebie. Kiedyś taka niemożność dodzwonienia się do kogoś byłaby dla mnie dramatem, porażką. Uważałabym to za działania celowe, skierowane przeciwko mnie. Dużą „zasługę” w tej dziedzinie z pewnością miały dwie osoby – jedna z nich to oczywiście Miś – które skutecznie wmówiły mi, że jestem mało wartościowym i atrakcyjnym towarzystwem. (Co lepsze, gdy w to uwierzyłam, usłyszałam – od Misia, naturalnie – że mam przestać uważać się za pępek świata...).

Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że czasem może tak być, że ktoś nie chce ze mną rozmawiać. Akurat teraz lub w ogóle. Ale… ja też czasem tak mam. Też czasem nie chcę z kimś rozmawiać. Kimś konkretnym lub w ogóle z ludźmi. I tak jest, i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej… ale nie ma powodu do rozpaczy. Często zresztą wychodzi to na dobre. Albo się przekonuję o tym, że znajomość nie ma sensu (jeśli takie sytuacje zdarzają się często), albo decyduję się na przykład na zrobienie czegoś, co chciałam zrobić już dawno, tylko brakowało mi bodźca. I już nie uważam, że mam pH. ;)

Czasem jeszcze nazywam swój stan samotnością, choć coraz bardziej przywykam do swojego towarzystwa, a i mam paru ludzi, o których wiem, że . I coraz bardziej ich cenię. Ale jak Kocio – nie muszą być obecni dwadzieścia cztery na dobę. Powoli zaczęłam rozumieć, a nie tylko wiedzieć, że samotność to nie to samo, co bycie samemu. Samotność przecież często jest odczuwana również wtedy, gdy jest obok nas masa ludzi, ale my nie czujemy się wśród nich dobrze. Jak na przykład ten mały kotek: 


Ja już siedzę za stołem inaczej. ;) Wprawdzie wydaje mi się, że niekiedy ta moja swoboda przeszkadza innym... ale to już nie mój kłopot. ;)


Nowa jakość

Jak widać na zdjęciu, mój związek z kotem jest odwieczny. Może uczucie i jest jednostronne :P, ale byłam wtedy mała i proszę mi wybaczyć taki uchwyt kota. W każdym razie uznałam, że dla Człowiekowa ten obrazek będzie pełnił lepszą funkcję i od razu określi zainteresowania i tematykę bloga. Widać chyba, że lubię tworzyć relacje bliskie i całą sobą. :D


Syrenki powoli odchodzą w przeszłość. I dobrze...

Mała Agniesia z kotkiem.

piątek, 6 czerwca 2014

Aut bene, aut nihil

Od kilku dni w internecie huczy na temat blogerki, która napisała niekorzystną dla wydawnictwa recenzję książki. W odpowiedzi wydawnictwo zażądało usunięcia tego wpisu, dając do zrozumienia, że niespełnienie tego „zalecenia” może skutkować pozwem do sądu. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z tą sprawą, to zapraszam do lektury tych tekstów: TUTU i TU.

Sprawa jest dla mnie interesująca z konkretnego powodu. Bo czego dotyczyła owa krytyka na blogu? Otóż właściwie nie tyle samej książki, którą blogerka zresztą szczerze chwaliła, ile niechlujnego przygotowania jej do druku. Siedzę w zawodzie i dlatego tak mnie ta kwestia ruszyła. Blogerka, aby uzasadnić swoją krytykę, załączyła skany błędów – również ortograficznych – jakie znalazły się w wydanej książce. I dobrze, że to zrobiła, bo uczciwie mówiąc, nie uwierzyłabym. Znam zawód. Wiem, że czasem po trzeciej korekcie jeszcze zaplącze się literówka w tekście, a już najchętniej zostaje w tytułach, spisach treści – ba! bywa, że i na okładce. Nie wynika to z niekompetencji, braku czasu czy niedbałości korektora (zazwyczaj). Często jednak umysł płata nam figle i „czyta na pamięć”. Wiecie pewnie, o co mi chodzi. Nieraz zgaduje się, jak powinien wyglądać wyraz i automatycznie „dostawia się” brakujące litery. A jeśli tekst jest Wordzie, a tytuł napisany wersalikami (czyli TAKIMI LITERAMI), to Word nie podkreśli błędu. I zapomina się o sprawdzeniu tytułu. Nie usprawiedliwiam, dobry fachman pamięta o wszystkim i ma sposoby na „oszukanie” umysłu – ale czasem jest się zmęczonym, czas goni (bo zawsze jest go za mało), i dopiero ktoś przypadkiem wyłapie babola. Dobrze, gdy przed wysłaniem materiałów do drukarni…

Najczęściej korektę robią (tak powinno być w szanujących się wydawnictwach) dwie osoby, a w dobrym zespole to i grafik zerknie, i sekretarz redakcji, gdy przenosi pliczek wydruku z jednego stołu na drugi, i w ogóle każdy, kto ma chwilę czasu, a właśnie go zainteresowało. W sumie – każdy, kto ma oczy (to nie jest dyskryminacja niewidomych, oni mają inną rolę – jakby co. Nie umniejszam ich). No i każdy przecież – lepiej lub gorzej – zna język ojczysty w stopniu pozwalającym na wyłowienie rażących błędów ortograficznych. To zresztą często jest koronny argument, gdy wydawnictwo próbuje obciąć koszty. Zaczyna łączyć etaty redaktora i korektora (i powstaje „korekcja”), potem decyduje się na outsourcing, a potem stwierdza, że właściwie autor tekstu (lub tłumacz) nie potrzebuje wsparcia korekty. A jeśli znajdzie się ktoś, kto domaga się jednak przyjęcia osoby kompetentnej (lub choćby zlecenia jej tego zadania), to robi się nabór w taki sposób, by nikogo nie przyjąć. Na przykład oferuje się niskie stawki za arkusz. Albo – lepszy pomysł – rozsyła się teksty „na próbę”. Czy muszę pisać, jaki jest efekt tej próby? Są wydawnictwa (nie to akurat omawiane), które czasem dzięki takim akcjom mają za darmo tłumaczenia lub redakcję. Ktoś tam potem próbuje to ujednolicić, ale w sumie nie musi się za bardzo wysilać. Czytelnik kupi. Potem się najwyżej zdziwi, ale może też nie zauważy. A jak już, a jeszcze o tym napisze, to się go do sądu pozwie. ;)

Na jednym z blogów, które omawiają tę sprawę, w dyskusji pod wpisem pojawił się argument (którego nie zacytuję, żeby nie było, że czyjeś dobra osobiste – nie nazwę ich intelektualnymi – naruszam), że przecież blogerzy też popełniają błędy. I na przykład niektórzy zarządzający blogiem usuwają wpisy osób (zwanych dalej „grammar nazi), które owe błędy im wytykają. Możliwe. Mnie akurat się to nie przydarzyło. ;) I tylko raz zdarzyło mi się usunąć czyjąś wypowiedź, ale nie z powodu ortografii (ani mojej, ani komentatora). Różnica jest jednak taka, że za książkę płacę. I mam taką fanaberię (i pewnie nie ja jedna), żeby była ona porządnie „zrobiona”. Co więcej, autor, który przychodzi do wydawnictwa, zakłada, że pomoże mu ono udoskonalić produkt, na którym przecież wspólnie mają zarobić. (Nie znam się na tym dokładnie, bo zazwyczaj byłam trybikiem wspomagającym produkcję, a nie twórcą).

Nie rozumiem więc firm, które wydają – prasę, książki, cokolwiek związanego z pisaniem – i uważają, że świetnym pomysłem na cięcie kosztów jest pozbywanie się korekty. Argumentując przy tym – powtarzam – że przecież każdy jest użytkownikiem języka, więc sam sobie może sprawdzić pisany przez siebie tekst. Otóż to tak nie działa. Pisałam o tym, że umysł nas oszukuje przy czytaniu tekstów. Tym bardziej nie zauważymy swoich błędów. A jeśli na przykład nie wiem, że konstrukcja „w oparciu o” jest rusycyzmem albo że prawidłowym frazeologizmem jest „zasypianie gruszek w popiele” a nie „zasypywanie” – to choćbym miała piętnaście autokorekt włączonych, błąd zostanie. A mam prawo nie wiedzieć, zapomnieć, pomylić się. Chyba że jestem przygotowanym do zawodu redaktorem i biorę za swoją pracę pieniądze (albo po prostu się zobowiązuję do wykonania pracy – przynajmniej ja tak mam), to wtedy musi się wiedzieć. Ale i wtedy lepiej, gdy ktoś jeszcze zerknie.

W książce wydawnictwa, o którym teraz głośno, zostały grube błędy. Naprawdę. To pozwala mniemać (podkreślam: mniemać. To chyba nie podpada pod zniesławienie, które groziłoby pozwem? Czyta to jakiś prawnik?), że korekty po prostu nie było. Mniemanie, oprócz efektów, podparte jest tym, że swego czasu ktoś ze znajomych aplikował do tego właśnie wydawnictwa na stanowisko redakcja i korekta. Po odesłaniu obrobionego tekstu próbnego owa osoba otrzymała negatywną odpowiedź. Tyle że niczym nieudokumentowaną. Nie, nie poprzestała pokornie na tym i zwróciła się z prośbą o wykaz braków. Otrzymanie tych informacji okazało się niemożliwe, co znów pozwala mniemać, że tekst zwyczajnie nie został sprawdzony. Dodam na koniec, że oferowane stawki były żenująco niskie – poniżej średniej rynkowej. Ale jak się nie ma, ile się lubi, to się bierze, ile dają.

A ja na przykład po pierwszych wykonanych płatnych (!) redakcjach otrzymałam od swojego wydawnictwa, z którym obecnie współpracuję, wskazówki oraz informacje o błędach, na jakie warto szczególnie zwracać uwagę (a ja je z jakiegoś powodu zlekceważyłam). Uwierzcie jednak, że wzięłam sobie je do serca. Nie „rozeszły mi się po łokciach”. :P

Wydawnictwo nie utrzymało się na swoim stanowisku w sprawie. Okazuje się, że słowa o pozwie sądowym zostały wypowiedziane pod wpływem emocji, a w ogóle to im nie chodziło o wytknięcie błędów (które podobno przepuściło dwóch redaktorów. Nie wierzę. Nie takie i nie tyle – ale ciiii... niczego nie oświadczam, tak sobie myślę na głos. :D), tylko o końcowe sformułowanie, że wydawnictwo takim działaniem szkodzi samo sobie. No błagam, przecież za taką informację to powinni być wdzięczni, bo najwyraźniej sami tego nie wi(e)dzą. ;) I swoją drogą, szkoda, że nie zaczęli od próby dogadania się, zamiast na dzień dobry straszyć sądem. Bo to jeszcze bardziej wpłynęło na ich wizerunek (szybko dodaję: jak mniemam).

A cały wic w tej sprawie polega w ogóle chyba na tym, że recenzja na blogu pojawiła się niejako na zamówienie wydawnictwa. O ile się doczytałam, to w ten sposób wydawnictwo promuje swoją działalność. Może więc blogerka lepiej by zrobiła, wcześniej zwracając uwagę wydawnictwu? Tyle że to byłoby zamiatanie pod dywan. Może nawet już wcześniej tak bywało, a teraz dziewczyna się wyłamała, czytelnicy się dowiedzieli, że dotychczas nie mieli omamów wzrokowych i te wcześniejsze błędy rzeczywiście były błędami, a nie kwestią ich niedouczenia? ;) Nie wiem i niczego nie twierdzę. Ale jestem zadowolona, że taka sprawa wyszła na jaw. Może korekta znów stanie się potrzebna? Czego sobie i kolegom po fachu życzę.

czwartek, 5 czerwca 2014

Nie jestem Misiem! [Przy rowerach (4/10)]

Czasem, gdy za oknem pada deszcz lub jest zwyczajnie szaro i pochmurnie, dopadają nas wspomnienia. Nie znaczy to, naturalnie, że tylko przy takiej aurze. Słoneczny dzień jest równie dobry na wspominki, ale wtedy chętniej szukamy tych przyjemnych. A może same z siebie łatwiej przychodzą?

W każdym razie dzisiaj było szaro, buro i ponuro. Gąska skończyła odkurzać. Nie miała za bardzo chęci zaczynać kolejnej roboty – ani tej domowej, ani zawodowej. Myśli błądziły wśród dawno minionych dni. Nie, nic złego się nie stało. Ot, po prostu taki moment wyciszenia, dobry, by zastanowić się nad tym lub owym.

Dzisiaj tym „owym”, zaprzątającym jej myśli, była sprawa z Tadziem. Nie da się ukryć, że mimo czasu, jaki upłynął od zakończenia ich znajomości, wciąż ją gryzł jakiś niepokój. Uczucie, że kogoś skrzywdziła? Może…

W każdym razie sprawa wyglądała tak. Gdy odszedł Miś, gdy kolejno pozbyła się nietrafionych znajomości, i znów zatęskniła za tym jedynym, a utraconym, poznała Tadzia. Tak naturalnie, że prawie go nie dostrzegła. Ot, spotkanie wśród znajomych – na zasadzie „z powodu bez powodu” – gdzie okazało się, że po pierwsze są jedynymi singlami w towarzystwie, na dodatek przeciwnej płci, po drugie – byli w zbliżonym wieku (on chyba rok młodszy albo dwa lata starszy… do dziś jej się myli, tak bardzo nie miało to znaczenia), po trzecie – oboje humaniści, do tego ze szkolną przeszłością w charakterze nauczycieli. Szybko podłapali wspólne tematy, a po imprezie wyszli razem. Gąsce coś tam świtało w główce, że nie przypadkiem Gosia zabrała ją ze sobą na imprezę, ale w sumie nie miało to znaczenia. A już na pewno – negatywnego.

Zaczęli się umawiać, spotykać, szybko stali się parą. Już na sylwestra poszli oficjalnie razem. Gąska była szczęśliwa. Wreszcie trafiła na porządnego, uczciwego, uczuciowego chłopaka, który nie wstydził się okazywać swoich uczuć. Był delikatny, czuły i dobry… I nagle coś się zepsuło. Gąska do dzisiaj nie wie, co i dlaczego. Któregoś dnia objął ją, jak zwykle, na przywitanie, a ona się cofnęła. Nie wie, czemu. On też nie wiedział, ale widać było, jak bardzo poczuł się zraniony.

Od tamtej chwili było już tylko gorzej. Gąska czepiała się wszystkiego, łącznie z tym, że on nie reagował na jej prowokacje i cierpliwie znosił kolejne awantury. Momentami łapała jakieś przebłyski świadomości, w których widziała, jak okropnie go traktuje, ale… nie potrafiła nic z tym zrobić. Marzyła nieraz, by na nią krzyknął, nie pozwolił jej na takie zachowania, cokolwiek – ale żeby zareagował. Nic z tego. Wyprowadzało ją to z równowagi. W końcu, któregoś wieczoru, kiedy znowu nie odebrała od niego połączenia, zrozumiała, że to bez sensu. Łudziła się, że jej irytacja jest chwilowa, że uczucie do niego (bo przecież było!) wróci, ale – nie wróciło. Jedyne, co czuła do Tadka, to niechęć. Najbardziej za to, że odkryła w sobie taką paskudę, o jaką by się nie podejrzewała. Co gorsza, ta relacja zaczynała przypominać jej układ z Misiem – tylko że Misiem była ona… A nie chciała zrozumieć, a tym bardziej – usprawiedliwiać – jego zachowania, jednocześnie zaś miała dość czucia się winną wobec Tadzia.

I wtedy przyszło jej do głowy, że może Misiowi też wcale nie było łatwo. Długo miała do niego żal, że nie rozstali się wcześniej. Skoro jej nie kochał, to czemu z nią był? Wie, że go trzymała z całych sił, ale w końcu, gdy pojawiła się nowa pani, potrafił zmusić ją do odejścia. No właśnie… to ona odeszła. On zaś robił jej to, co ona Tadziowi: starał się ją zachęcić do rozstania z jej inicjatywy ze wszystkich sił. Wtedy myślała, że chce, by czuła się lepiej („To ja go rzuciłam!”), ale teraz po raz pierwszy pomyślała, że po prostu nie umiał tego załatwić.

To ostatnie porównanie przekroczyło granice jej wytrzymałości. „Nie jestem Misiem!”, krzyczało w niej wszystko. „Nie będę z kimś tylko dlatego, że nie umiem sama odejść. Nie będę też trzymać kogoś, kto poświęca dla mnie siebie i swoje życie. Teraz będzie bolało, ale lepiej wcześniej niż później. Nie chcę, by cierpiał przeze mnie tak, jak ja przez Misia. Nie jestem Misiem!”.

Jeśli ktoś, kto ma jednak ludzkie uczucia, musiał powiedzieć drugiej osobie, że więcej się nie zobaczą – wie, że to wcale nie jest łatwe. Samo podjęcie decyzji to dopiero pierwszy krok. Potem jedzie się do kogoś ze świadomością, że zniszczy mu się – w pewnym sensie – dotychczasowy świat. Witacie się. Ta osoba się uśmiecha, a ty już wiesz, że za chwilę zadasz cios. I wreszcie przychodzi ten moment i mówisz.

Gąska aż się wzdrygnęła na to wspomnienie. „Ile łatwiej być porzuconą. Można płakać, nienawidzić tej osoby, mieć do niej pretensję. Cierpisz ze świadomością, że ktoś cię skrzywdził. Porzucając kogoś, wiesz, że to ty kogoś krzywdzisz i że jesteś przyczyną jego cierpienia. Zmieniasz czyjeś życie, ale zmieniasz i swoje. Gdy Miś odszedł, wiedziałam, dlaczego jestem samotna, chociaż tej samotności nie chciałam. A teraz? Podjęłam decyzję i również muszę ponieść jej konsekwencje”.

Powoli zaczęła rozumieć, dlaczego ludzie wolą czasem zniknąć bez słowa, zamiast powiedzieć o swoich zamiarach. Dotychczas oceniała to jako brak odwagi. Potem jednak dostrzegła, że nie każdy jest w stanie przeżyć definitywną utratę złudzeń. Wolą myśleć, że telefon się zepsuł, że jakaś ważna sprawa w pracy albo rodzinna… a nie, że po prostu uczucia wygasły.

Dzwonek do drzwi przerwał te wspomnienia. Listonosz. Pokwitowała przesyłkę i wróciła do pokoju. Myśli zaczęły wracać do teraźniejszości. Mimo wszystko jeszcze westchnęła. To był naprawdę dobry chłopak… Ale cóż, bywa i tak. Lepiej, że podjęła taką decyzję szybko, kiedy łatwiej było zapomnieć. I… miała nadzieję, naprawdę, szczerą nadzieję, że nie była dla niego Misiem.

Westchnęła ponownie. A potem poszła rozwiesić pranie i zastanawiać się, kiedy pójść do fryzjera. Nie żeby chciała się przypodobać Danielowi, ale skoro mają iść do tego kina za parę dni, to może lepiej się trochę ogarnąć… ;)

wtorek, 3 czerwca 2014

Majowy PetBonTon

Doczekałam się wreszcie trzeciego spotkania, na którym tematem była druga grupa kocich zasobów: drapaki, zabawa i zabawki oraz człowiek. Wieczór przed patrzyłam na Kocia i myślałam: No, łobuzie, jutro już będę zabawiać cię fachowo... :D

Nie ukrywam, że na zajęcia szłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wynikało to z tego, iż po kwietniowym spotkaniu trochę straciłam zapał do uczestnictwa. Wydawało mi się, że udzielane rady bardziej przydadzą się opiekunom kocich stadek. Mój jedynak zaś nie musi walczyć o żadne zasoby, bo wszystko jest dla niego. Nikt nie zajmie mu kuwety, miejsca na drapaku i na pewno nie będzie miał rywala do miski. A o zabawie właściwie mówiło się od pierwszych zajęć. Czego ja tu szukam?

No i dodatkowo przestawał mi się podobać termin „behawiorysta”. Wpływu na to jednakże nie miały zajęcia Julii, co troszkę przeoczyłam, a strona w internecie, gdzie funkcjonują porady zwane właśnie „behawioralnymi”. A internet jak internet, rządzi się swoimi prawami i naprawdę bardzo ostrożnie trzeba podchodzić do znajdujących się tam rad. Bardzo mądrze swego czasu powiedział mi na ten temat pewien weterynarz. Mój Kocio bowiem został dość wcześnie wykastrowany – tak przynajmniej wywnioskowałam z tego, co poczytałam w internecie. Powiedziałam o tym właśnie wetowi z lecznicy, z której wzięłam Kocia i w której przeprowadzono mu ten zabieg. Usłyszawszy „argument”, który – naprawdę!  – wypsnął mi się  w czasie rozmowy („Bo w internecie…”) powiedział mi, co następuje, i co zapamiętałam: „Proszę pani. W internecie można napisać wszystko. A jaką ma pani gwarancję, że pisał to weterynarz, czy chociaż ktoś, kto ma rzetelną wiedzę? Żadnej. Bo podpisać się też można dowolnie. A jak pani to zweryfikuje?”. Nie musiał mnie przekonywać, bo też tak uważam, aczkolwiek też nie ma co wylewać dziecka z kąpielą i całkiem odżegnywać się od netowej wiedzy.

Więc z całym szacunkiem do internetowych grup behawiorystycznych – bo na pewno nie mają złych intencji – powinnam była wcześniej się do nich zdystansować. Ale mniejsza. Na zajęcia PetBonTon zapisałam się zaraz po kwietniowych chyba troszkę siłą rozpędu. Z pewnością ciekawiło mnie, jak zostanie omówiony zasób „człowiek”. Namówiłam jeszcze znajomą, więc w ogóle nie wypadało mi się migać. I poszłam. I było super. :)

To grupa, a z przodu siedzi Julia i nas kształci. Mądrze i fachowo.
Nie sposób opisać, czego się dowiedziałam. Bo i tego, czemu koty mruczą (i nie ma, Kociu, że po nic. Otóż mruczysz, skarbie, żeby się samouspokoić, ale i samouzdrowić. To już teraz wiem, czemu ten motorek uruchamiasz, jak mnie głowa boli – wierzysz, że i mi pomożesz). I jak się bawić laserkiem, żeby nie skończyło się kocią frustracją. Bo tak się może zdarzyć, gdy nasz myśliwy nie jest w stanie złapać „zdobyczy” – a nie złapie… (I od teraz, Kociu, każda zabawa laserkiem będzie kończyła się tak: będę najeżdżać kropką laserową na kawałek przysmaku – tak jak wczoraj, pamiętasz? Zeżarłeś naświetlonego kropką tuńczyka i od razu poczułeś się jak zwycięzca. Albo na zabawkę, którą „rozszarpiesz”, żebyś czuł się najlepszym myśliwym w tym domu). A jak łobuz nie będzie chciał spać, to mu obetnę wibrysy, żeby poczuł się skołowany – od razu przestanie rozrabiać (głupi żart, nie wolno kotu tego robić… Aczkolwiek miło wiedzieć, że JAKIŚ sposób jest. ;P Ale jeśli ktoś to zrobi, to niech się nie dziwi, że kot stracił zwykłą aktywność). Tak naprawdę, żeby kot spał, wystarczy go dobrze wybawić. W ogóle powinno się kotu zapewnić wspólną zabawę.

I na przykład dowiedziałam się jeszcze (wprawdzie trzeci raz to usłyszałam, ale repetitio est mater studiorum*), że dla dobra kota należy doskonalić jego samodzielność i niezależność. Nie oznacza to, że mamy go wypuścić w środku miasta, żeby nauczyć go samodzielnych powrotów do domu. Nie. Bardziej, o ile zrozumiałam przekaz Julii, chodzi o to, by nie być nadopiekuńczym. Jak coś będzie hałasować, to nie lecieć pocieszać kota. On może tego hałasu nawet nie zauważył… Jeśli wychowamy sobie mimozę, która bez naszej ręki na grzbiecie nie zaśnie, to wyobraźmy sobie, co się stanie z kotem, jak znienacka szef nas wyśle na delegację. Z kotem nie pojedziemy, a on się przez to nie wyśpi… Bez sensu, nie?

Dużo Julia mówiła, nie sposób wszystkiego przekazać. Najważniejsze jednak, co wyniosłam, to przekonanie, że najczęstszym błędem jest zajmowanie się kotem przez pryzmat swoich oczekiwań i ludzkich upodobań. „Bo mu będzie smutno”, „bo on mnie nie kocha”, „bo on sika na złość” albo „ile czasu można jeść to samo – ja bym nie mogła”. Kot to kot. I warto go poznawać, ale pamiętać, że to nie człowiek. I że potrzebuje drapaka, zabawy i świętego spokoju. Jeśli mu to zapewnimy (nie: spełnimy marzenia i nasze wyobrażenia na jego temat), to będzie zdrowym i zadowolonym kotem.

A, i ważna uwaga na koniec: różnie mówi się i myśli o behawiorystach. Sama jestem tego dobrym przykładem, nie ukrywam za bardzo, że mam wobec tego tematu mieszane uczucia (o czym pisałam na początku). Warto jednak pamiętać, że zanim podejdziemy do kota „psychologicznie”, należy sprawdzić stan jego zdrowia po prostu u weterynarza. Dopiero gdy ten wykluczy choroby o podłożu fizjologicznym, a problem jest, można próbować psychologii. Bo tak naprawdę to sensowna wiedza, tyle że też nie każdy potrafi ją przekazać. PetBonTon akurat umie! 

---------------------------------------------------------------------

* (łac.)  powtarzanie jest matką wiedzy

niedziela, 1 czerwca 2014

Przy rowerach (3/10)

Dobrze, że wysłała tego maila. Szybko dostała odpowiedź, pozytywną, i propozycję współpracy. Naturalnie, na zlecenie, ale przywykła już do tej formy. Nawet miałaby problem, by wrócić do etatowego systemu. Pieniądze, które firma zaproponowała, też były sensowne – jak na rynkowe stawki, oczywiście. W tym zawodzie należało się cieszyć, gdy zleceniodawca nie oczekiwał, że będziesz żyć jedynie z satysfakcji… A najlepsze było to, że pan, który przeprowadzał rekrutację i selekcję, był zupełnie innym Danielem Maślakiem. Numer telefonu też był bardzo podobny, ale jednak cyferki były inaczej poustawiane. Gąska sprawdziła to dokładnie, gdy ochłonęła z pierwszego szoku.

Tyle pozytywnych emocji, czyli zlecenie i świadomość, że jednak będzie to robota u całkiem obcych ludzi, sprawiło, że poczuła ogromną ulgę i postanowiła od razu rozwiązać drugą kwestię. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do „Rowerzysty”. Przy okazji upewniła się, że numery są całkowicie różne.

Odebrał, trochę zdziwionym głosem powiedział „Dzień dobry”, jakby nie wiedział, kto dzwoni. Bo nie wiedział… Okazało się, że dwa dni po ich pierwszym spotkaniu ktoś ukradł mu telefon. A jak to w dzisiejszych czasach bywa, mało kto już praktykuje zapisywanie numerów w notesach. Jak przepadnie telefon, to przepada i kontakt… Mówił, że miał nadzieję, że ona się odezwie albo pojawi w okolicy… Spytał, czy mogą się spotkać.

Słuchała tego z niedowierzaniem. Jakoś była nieufna. Sama nie wiedziała, czemu. A może nie chciała uwierzyć? W końcu wytłumaczenie było logiczne, ale… Ponieważ jednak spytał wprost, odpowiedziała, że dobrze. „Dam sobie szansę”, pomyślała. Gdzieś na dnie duszy jakiś chochlik przypominał jej, że niemożliwe jest u niej mieć jednocześnie pracę i faceta. „Oj tam, oj tam”, tłumaczyła sama sobie. „Ani to praca – bo przecież zlecenie, ani faceta jeszcze nie mam. Spróbuję, co mi szkodzi’.

Umówili się wieczorem, przy rowerach. Nie wiedziała, czy będą jeździć, czy spacerować, a od tego zależała decyzja, w co się ubrać. No właśnie, w co? Styl sportowy czy wieczorowy? Fryzura? Makijaż, biżuteria? Spojrzała na swoje ręce – przydałoby się chociaż paznokcie opiłować… „I po co do niego dzwoniłam”, parsknęła w duchu śmiechem. „Same problemy mam teraz, a tak mogłabym siedzieć w domu, użalać się nad swoją samotnością i rozstrzygać dylemat, w który serial się wciągnąć. No po co mi to było”, podśmiewała się dalej, wciąż robiąc przegląd szafy. Wreszcie zdecydowała się na gładką spódnicę. Na upartego dałoby się w niej i na rower wsiąść, ale tego nie zamierzała. Nawet jeśli on miał takie plany. Skoro tego nie ustalili, to chyba za wcześnie, by zgadywać jego myśli.

Po tej decyzji odetchnęła i dalsze przygotowania poszły już bez problemów. Największą trudność sprawiły włosy, które oczywiście za nic nie chciały dać się upiąć. Nawet nie to, że wymyślnie. Natomiast spiąć je musiała, bo wiało całkiem przyzwoicie i było fajnie ze względu na temperaturę, ale wygląd na tym cierpiał.

Im bliżej spotkania, tym bardziej się cieszyła. Wreszcie uznała, że można powoli wychodzić. Jeszcze raz spojrzała w lusterko, a potem, z nagłą paniką, na telefon. Całkiem jakoś straciła go z oczu, a może w międzyczasie przyszła jakaś wiadomość. Tak, na wyświetlaczu były ikonki nieodebranego połączenia i dwóch wiadomości. Zamarła. Żołądek się skulił, a całe jestestwo Gąski pokryła warstwa głębokiego smutku. Powoli zaczęła ściągać buty, rozpinać włosy. „Wszystko na nic”, pomyślała. „Miałam rację, nie mogę jednocześnie zarabiać i spotykać się z facetem”. Wchodziła już do łazienki, żeby rozczesać włosy – gdy nagle uświadomiła sobie mały drobiazg. Nie sprawdziła przecież, od kogo są te nieodebrane połączenia i wiadomości. Z góry założyła, że on dzwonił, a potem pisał, by odwołać. „Może jednak sprawdzę?”, z pewnym opóźnieniem podjęła decyzję. Nieodebrane połączenie było od mamy, a sms-y przyszły od operatora sieci…

Brakowało dziesięciu minut do umówionego czasu spotkania, a ona miała potargane włosy i rozmazany makijaż. Popłakała się bowiem, najpierw ze śmiechu, a potem – wstydu. Jak można być taką gęsią? Oczywista nerwowa reakcja skończyła się równie szybko, jak zaczęła, ale Gąska nie była już w stanie spotkać się z Danielem. Przynajmniej nie tego wieczoru. Musiała usiąść i porządnie zastanowić się nad swoimi reakcjami, bo nie wróżyło to dobrze. Resztką przytomności napisała do chłopaka, że przeprasza, ale nie może przyjść, wyjaśni przy okazji i przeprasza, że tak nagle i w ostatniej chwili pisze. Odpowiedział krótkim i jakże męskim „OK”.

Wreszcie mogła spokojnie usiąść ze szklanką herbaty i zastanowić się nad sobą. Tak, zdarzyło się w jej życiu wiele razy, że ktoś ją wystawił. Bywała kantowana i zdradzana. Na litość, nie znaczy to jednak, że wszyscy tak się zachowują! A już na pewno warto przeczytać wiadomość, która przyszła, zanim się na nią zareaguje. „Tak, zapamiętaj tę kolejność, Gąseczko”, mówiła w myślach do siebie. Kiedy już ochłonęła, cała ta sytuacja bardziej ją śmieszyła. Mimo to gdzieś w środku podgryzał ją maleńki robaczek niepewności. Czy nie skorzystała zbyt gorliwie z pretekstu, by nie iść na spotkanie? Ale przecież nikt jej nie zmuszał… W końcu poddała się i machnęła ręką na analizy, bo miała wrażenie, że zaraz jej pęknie nieźle rozczochrana głowa…

Od rana za to ze świeżymi siłami, wyspana i wciąż ożywiona nowym zleceniem, znów zastanawiała się nad sytuacją osobistą. Nie wiedziała, co ma zrobić, jak się zachować wobec Daniela. Po południu jednak, kiedy stwierdziła, że nie jest przez to w stanie skupić się porządnie na pracy, zdecydowała się napisać do niego. Raz jeszcze przeprosiła za zaistniałą sytuację i spytała, kiedy mogliby się zobaczyć. Miała chęć dodać: „O ile jeszcze chcesz”. Po krótkim namyśle uznała jednak, że to bez sensu, a on może to źle zrozumieć. Kilk, sms został wysłany. Pik, przyszedł raport, że wiadomość dostarczona.

Dziesięć minut później wciąż nie było odpowiedzi. Dwanaście minut potem – też nie. Po godzinie Gąska przestała patrzeć na telefon i usiadła z powrotem do komputera. Wtedy oczywiście telefon zapikał.

„Chętnie się spotkam, ale dopiero w przyszłym tygodniu będę miał czas. Zdzwonimy się, dobrze? Może pójdziemy do kina? Znajdź film, na jaki byś chciała pójść. Pozdrawiam, D.”.

Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo chce się jej spać. A przyszły tydzień majaczył wystarczająco blisko, by się cieszyć perspektywą jego nadejścia, a zarazem wystarczająco daleko – by się nim nie martwić…