niedziela, 8 czerwca 2014

Po weekendzie

Weekend upłynął mi pod znakiem pracy i niedodzwaniania się do znajomych. Wiem, piękna pogoda sprzyja aktywności i super, że ludzie nie są wtedy uwiązani do swoich komórek. A mówi się, że jesteśmy na smyczy urządzeń mobilnych… Jednakowoż nie każdy może sobie na to pozwolić, poza tym nieodebrane połączenie zazwyczaj w telefonie zostawia ślad. Można wtedy oddzwonić na przykład… ;) Co oczywiście nie oznacza, że nikt nie odebrał, nie oddzwonił czy sam, z własnej inicjatywy, się nie odezwał. Jednakowoż proporcje były zauważalnie na na „nie”.

E, ale nie narzekam. Nie można mieć w życiu wszystkiego, więc trzeba się cieszyć tym, co się dostaje. (Na przykład efektywnością zawodową... :D). A mi brak łączności z ludźmi wynagrodził kot. Tylu tulasków, pieszczot i ogólnie wyrazów uczucia nie dostałam od niego dawno, i to jeszcze w takim natężeniu. Naturalnie, nie non stop. Oboje byśmy tego nie wytrzymali. Jak tylko termometr idzie w górę, Kocio zmienia miejsce bytowania na balkon, i tam spędza większość czasu, w pełni zadowalając się swoim towarzystwem – no, mile widziane są wszelkiego rodzaju owady (traktowane jak swoiste wash & go: rozrywka i pożywienie w jednym). Ja też mogę się tam pojawiać (wolno mi :P), ale najchętniej jednak jestem widziana jako dostawca talerzyków z pożywieniem klasycznym oraz miseczek z wodą i/lub jogurtem. (Czasem dostaje, po konsultacji z wetem, ze względu na niewielkie kłopoty z brzuszkiem).

Kiedy on balkonuje, ja mogę zająć się, czym chcę. On i tak wie, że w razie potrzeby jestem blisko, w drugim pokoju. Siedzę tam i zajmuję się pracą zawodową, a kiedy już nie mam siły i widzę, że zaczynam sprawdzać w słowniku, jak się pisze poprawnie „mucha” – dwie wątpliwości – to robię przerwę. I w tej przerwie właśnie czasem chcę do kogoś zadzwonić albo pogadać. I jak pisałam, w ten weekend mi to nie (wy)szło.

Ale nie ma tego złego. Naturalnie. Zmusiło mnie to bowiem do małej refleksji na swój temat. Niewielkiej, ale przede wszystkim zauważyłam, że jednak dużo lepiej akceptuję siebie, swoje życie i łatwiej godzę się z brakiem ludzi wokół siebie. Kiedyś taka niemożność dodzwonienia się do kogoś byłaby dla mnie dramatem, porażką. Uważałabym to za działania celowe, skierowane przeciwko mnie. Dużą „zasługę” w tej dziedzinie z pewnością miały dwie osoby – jedna z nich to oczywiście Miś – które skutecznie wmówiły mi, że jestem mało wartościowym i atrakcyjnym towarzystwem. (Co lepsze, gdy w to uwierzyłam, usłyszałam – od Misia, naturalnie – że mam przestać uważać się za pępek świata...).

Owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że czasem może tak być, że ktoś nie chce ze mną rozmawiać. Akurat teraz lub w ogóle. Ale… ja też czasem tak mam. Też czasem nie chcę z kimś rozmawiać. Kimś konkretnym lub w ogóle z ludźmi. I tak jest, i nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej… ale nie ma powodu do rozpaczy. Często zresztą wychodzi to na dobre. Albo się przekonuję o tym, że znajomość nie ma sensu (jeśli takie sytuacje zdarzają się często), albo decyduję się na przykład na zrobienie czegoś, co chciałam zrobić już dawno, tylko brakowało mi bodźca. I już nie uważam, że mam pH. ;)

Czasem jeszcze nazywam swój stan samotnością, choć coraz bardziej przywykam do swojego towarzystwa, a i mam paru ludzi, o których wiem, że . I coraz bardziej ich cenię. Ale jak Kocio – nie muszą być obecni dwadzieścia cztery na dobę. Powoli zaczęłam rozumieć, a nie tylko wiedzieć, że samotność to nie to samo, co bycie samemu. Samotność przecież często jest odczuwana również wtedy, gdy jest obok nas masa ludzi, ale my nie czujemy się wśród nich dobrze. Jak na przykład ten mały kotek: 


Ja już siedzę za stołem inaczej. ;) Wprawdzie wydaje mi się, że niekiedy ta moja swoboda przeszkadza innym... ale to już nie mój kłopot. ;)


Nowa jakość

Jak widać na zdjęciu, mój związek z kotem jest odwieczny. Może uczucie i jest jednostronne :P, ale byłam wtedy mała i proszę mi wybaczyć taki uchwyt kota. W każdym razie uznałam, że dla Człowiekowa ten obrazek będzie pełnił lepszą funkcję i od razu określi zainteresowania i tematykę bloga. Widać chyba, że lubię tworzyć relacje bliskie i całą sobą. :D


Syrenki powoli odchodzą w przeszłość. I dobrze...

Mała Agniesia z kotkiem.

piątek, 6 czerwca 2014

Aut bene, aut nihil

Od kilku dni w internecie huczy na temat blogerki, która napisała niekorzystną dla wydawnictwa recenzję książki. W odpowiedzi wydawnictwo zażądało usunięcia tego wpisu, dając do zrozumienia, że niespełnienie tego „zalecenia” może skutkować pozwem do sądu. Jeśli ktoś jeszcze nie zapoznał się z tą sprawą, to zapraszam do lektury tych tekstów: TUTU i TU.

Sprawa jest dla mnie interesująca z konkretnego powodu. Bo czego dotyczyła owa krytyka na blogu? Otóż właściwie nie tyle samej książki, którą blogerka zresztą szczerze chwaliła, ile niechlujnego przygotowania jej do druku. Siedzę w zawodzie i dlatego tak mnie ta kwestia ruszyła. Blogerka, aby uzasadnić swoją krytykę, załączyła skany błędów – również ortograficznych – jakie znalazły się w wydanej książce. I dobrze, że to zrobiła, bo uczciwie mówiąc, nie uwierzyłabym. Znam zawód. Wiem, że czasem po trzeciej korekcie jeszcze zaplącze się literówka w tekście, a już najchętniej zostaje w tytułach, spisach treści – ba! bywa, że i na okładce. Nie wynika to z niekompetencji, braku czasu czy niedbałości korektora (zazwyczaj). Często jednak umysł płata nam figle i „czyta na pamięć”. Wiecie pewnie, o co mi chodzi. Nieraz zgaduje się, jak powinien wyglądać wyraz i automatycznie „dostawia się” brakujące litery. A jeśli tekst jest Wordzie, a tytuł napisany wersalikami (czyli TAKIMI LITERAMI), to Word nie podkreśli błędu. I zapomina się o sprawdzeniu tytułu. Nie usprawiedliwiam, dobry fachman pamięta o wszystkim i ma sposoby na „oszukanie” umysłu – ale czasem jest się zmęczonym, czas goni (bo zawsze jest go za mało), i dopiero ktoś przypadkiem wyłapie babola. Dobrze, gdy przed wysłaniem materiałów do drukarni…

Najczęściej korektę robią (tak powinno być w szanujących się wydawnictwach) dwie osoby, a w dobrym zespole to i grafik zerknie, i sekretarz redakcji, gdy przenosi pliczek wydruku z jednego stołu na drugi, i w ogóle każdy, kto ma chwilę czasu, a właśnie go zainteresowało. W sumie – każdy, kto ma oczy (to nie jest dyskryminacja niewidomych, oni mają inną rolę – jakby co. Nie umniejszam ich). No i każdy przecież – lepiej lub gorzej – zna język ojczysty w stopniu pozwalającym na wyłowienie rażących błędów ortograficznych. To zresztą często jest koronny argument, gdy wydawnictwo próbuje obciąć koszty. Zaczyna łączyć etaty redaktora i korektora (i powstaje „korekcja”), potem decyduje się na outsourcing, a potem stwierdza, że właściwie autor tekstu (lub tłumacz) nie potrzebuje wsparcia korekty. A jeśli znajdzie się ktoś, kto domaga się jednak przyjęcia osoby kompetentnej (lub choćby zlecenia jej tego zadania), to robi się nabór w taki sposób, by nikogo nie przyjąć. Na przykład oferuje się niskie stawki za arkusz. Albo – lepszy pomysł – rozsyła się teksty „na próbę”. Czy muszę pisać, jaki jest efekt tej próby? Są wydawnictwa (nie to akurat omawiane), które czasem dzięki takim akcjom mają za darmo tłumaczenia lub redakcję. Ktoś tam potem próbuje to ujednolicić, ale w sumie nie musi się za bardzo wysilać. Czytelnik kupi. Potem się najwyżej zdziwi, ale może też nie zauważy. A jak już, a jeszcze o tym napisze, to się go do sądu pozwie. ;)

Na jednym z blogów, które omawiają tę sprawę, w dyskusji pod wpisem pojawił się argument (którego nie zacytuję, żeby nie było, że czyjeś dobra osobiste – nie nazwę ich intelektualnymi – naruszam), że przecież blogerzy też popełniają błędy. I na przykład niektórzy zarządzający blogiem usuwają wpisy osób (zwanych dalej „grammar nazi), które owe błędy im wytykają. Możliwe. Mnie akurat się to nie przydarzyło. ;) I tylko raz zdarzyło mi się usunąć czyjąś wypowiedź, ale nie z powodu ortografii (ani mojej, ani komentatora). Różnica jest jednak taka, że za książkę płacę. I mam taką fanaberię (i pewnie nie ja jedna), żeby była ona porządnie „zrobiona”. Co więcej, autor, który przychodzi do wydawnictwa, zakłada, że pomoże mu ono udoskonalić produkt, na którym przecież wspólnie mają zarobić. (Nie znam się na tym dokładnie, bo zazwyczaj byłam trybikiem wspomagającym produkcję, a nie twórcą).

Nie rozumiem więc firm, które wydają – prasę, książki, cokolwiek związanego z pisaniem – i uważają, że świetnym pomysłem na cięcie kosztów jest pozbywanie się korekty. Argumentując przy tym – powtarzam – że przecież każdy jest użytkownikiem języka, więc sam sobie może sprawdzić pisany przez siebie tekst. Otóż to tak nie działa. Pisałam o tym, że umysł nas oszukuje przy czytaniu tekstów. Tym bardziej nie zauważymy swoich błędów. A jeśli na przykład nie wiem, że konstrukcja „w oparciu o” jest rusycyzmem albo że prawidłowym frazeologizmem jest „zasypianie gruszek w popiele” a nie „zasypywanie” – to choćbym miała piętnaście autokorekt włączonych, błąd zostanie. A mam prawo nie wiedzieć, zapomnieć, pomylić się. Chyba że jestem przygotowanym do zawodu redaktorem i biorę za swoją pracę pieniądze (albo po prostu się zobowiązuję do wykonania pracy – przynajmniej ja tak mam), to wtedy musi się wiedzieć. Ale i wtedy lepiej, gdy ktoś jeszcze zerknie.

W książce wydawnictwa, o którym teraz głośno, zostały grube błędy. Naprawdę. To pozwala mniemać (podkreślam: mniemać. To chyba nie podpada pod zniesławienie, które groziłoby pozwem? Czyta to jakiś prawnik?), że korekty po prostu nie było. Mniemanie, oprócz efektów, podparte jest tym, że swego czasu ktoś ze znajomych aplikował do tego właśnie wydawnictwa na stanowisko redakcja i korekta. Po odesłaniu obrobionego tekstu próbnego owa osoba otrzymała negatywną odpowiedź. Tyle że niczym nieudokumentowaną. Nie, nie poprzestała pokornie na tym i zwróciła się z prośbą o wykaz braków. Otrzymanie tych informacji okazało się niemożliwe, co znów pozwala mniemać, że tekst zwyczajnie nie został sprawdzony. Dodam na koniec, że oferowane stawki były żenująco niskie – poniżej średniej rynkowej. Ale jak się nie ma, ile się lubi, to się bierze, ile dają.

A ja na przykład po pierwszych wykonanych płatnych (!) redakcjach otrzymałam od swojego wydawnictwa, z którym obecnie współpracuję, wskazówki oraz informacje o błędach, na jakie warto szczególnie zwracać uwagę (a ja je z jakiegoś powodu zlekceważyłam). Uwierzcie jednak, że wzięłam sobie je do serca. Nie „rozeszły mi się po łokciach”. :P

Wydawnictwo nie utrzymało się na swoim stanowisku w sprawie. Okazuje się, że słowa o pozwie sądowym zostały wypowiedziane pod wpływem emocji, a w ogóle to im nie chodziło o wytknięcie błędów (które podobno przepuściło dwóch redaktorów. Nie wierzę. Nie takie i nie tyle – ale ciiii... niczego nie oświadczam, tak sobie myślę na głos. :D), tylko o końcowe sformułowanie, że wydawnictwo takim działaniem szkodzi samo sobie. No błagam, przecież za taką informację to powinni być wdzięczni, bo najwyraźniej sami tego nie wi(e)dzą. ;) I swoją drogą, szkoda, że nie zaczęli od próby dogadania się, zamiast na dzień dobry straszyć sądem. Bo to jeszcze bardziej wpłynęło na ich wizerunek (szybko dodaję: jak mniemam).

A cały wic w tej sprawie polega w ogóle chyba na tym, że recenzja na blogu pojawiła się niejako na zamówienie wydawnictwa. O ile się doczytałam, to w ten sposób wydawnictwo promuje swoją działalność. Może więc blogerka lepiej by zrobiła, wcześniej zwracając uwagę wydawnictwu? Tyle że to byłoby zamiatanie pod dywan. Może nawet już wcześniej tak bywało, a teraz dziewczyna się wyłamała, czytelnicy się dowiedzieli, że dotychczas nie mieli omamów wzrokowych i te wcześniejsze błędy rzeczywiście były błędami, a nie kwestią ich niedouczenia? ;) Nie wiem i niczego nie twierdzę. Ale jestem zadowolona, że taka sprawa wyszła na jaw. Może korekta znów stanie się potrzebna? Czego sobie i kolegom po fachu życzę.

czwartek, 5 czerwca 2014

Nie jestem Misiem! [Przy rowerach (4/10)]

Czasem, gdy za oknem pada deszcz lub jest zwyczajnie szaro i pochmurnie, dopadają nas wspomnienia. Nie znaczy to, naturalnie, że tylko przy takiej aurze. Słoneczny dzień jest równie dobry na wspominki, ale wtedy chętniej szukamy tych przyjemnych. A może same z siebie łatwiej przychodzą?

W każdym razie dzisiaj było szaro, buro i ponuro. Gąska skończyła odkurzać. Nie miała za bardzo chęci zaczynać kolejnej roboty – ani tej domowej, ani zawodowej. Myśli błądziły wśród dawno minionych dni. Nie, nic złego się nie stało. Ot, po prostu taki moment wyciszenia, dobry, by zastanowić się nad tym lub owym.

Dzisiaj tym „owym”, zaprzątającym jej myśli, była sprawa z Tadziem. Nie da się ukryć, że mimo czasu, jaki upłynął od zakończenia ich znajomości, wciąż ją gryzł jakiś niepokój. Uczucie, że kogoś skrzywdziła? Może…

W każdym razie sprawa wyglądała tak. Gdy odszedł Miś, gdy kolejno pozbyła się nietrafionych znajomości, i znów zatęskniła za tym jedynym, a utraconym, poznała Tadzia. Tak naturalnie, że prawie go nie dostrzegła. Ot, spotkanie wśród znajomych – na zasadzie „z powodu bez powodu” – gdzie okazało się, że po pierwsze są jedynymi singlami w towarzystwie, na dodatek przeciwnej płci, po drugie – byli w zbliżonym wieku (on chyba rok młodszy albo dwa lata starszy… do dziś jej się myli, tak bardzo nie miało to znaczenia), po trzecie – oboje humaniści, do tego ze szkolną przeszłością w charakterze nauczycieli. Szybko podłapali wspólne tematy, a po imprezie wyszli razem. Gąsce coś tam świtało w główce, że nie przypadkiem Gosia zabrała ją ze sobą na imprezę, ale w sumie nie miało to znaczenia. A już na pewno – negatywnego.

Zaczęli się umawiać, spotykać, szybko stali się parą. Już na sylwestra poszli oficjalnie razem. Gąska była szczęśliwa. Wreszcie trafiła na porządnego, uczciwego, uczuciowego chłopaka, który nie wstydził się okazywać swoich uczuć. Był delikatny, czuły i dobry… I nagle coś się zepsuło. Gąska do dzisiaj nie wie, co i dlaczego. Któregoś dnia objął ją, jak zwykle, na przywitanie, a ona się cofnęła. Nie wie, czemu. On też nie wiedział, ale widać było, jak bardzo poczuł się zraniony.

Od tamtej chwili było już tylko gorzej. Gąska czepiała się wszystkiego, łącznie z tym, że on nie reagował na jej prowokacje i cierpliwie znosił kolejne awantury. Momentami łapała jakieś przebłyski świadomości, w których widziała, jak okropnie go traktuje, ale… nie potrafiła nic z tym zrobić. Marzyła nieraz, by na nią krzyknął, nie pozwolił jej na takie zachowania, cokolwiek – ale żeby zareagował. Nic z tego. Wyprowadzało ją to z równowagi. W końcu, któregoś wieczoru, kiedy znowu nie odebrała od niego połączenia, zrozumiała, że to bez sensu. Łudziła się, że jej irytacja jest chwilowa, że uczucie do niego (bo przecież było!) wróci, ale – nie wróciło. Jedyne, co czuła do Tadka, to niechęć. Najbardziej za to, że odkryła w sobie taką paskudę, o jaką by się nie podejrzewała. Co gorsza, ta relacja zaczynała przypominać jej układ z Misiem – tylko że Misiem była ona… A nie chciała zrozumieć, a tym bardziej – usprawiedliwiać – jego zachowania, jednocześnie zaś miała dość czucia się winną wobec Tadzia.

I wtedy przyszło jej do głowy, że może Misiowi też wcale nie było łatwo. Długo miała do niego żal, że nie rozstali się wcześniej. Skoro jej nie kochał, to czemu z nią był? Wie, że go trzymała z całych sił, ale w końcu, gdy pojawiła się nowa pani, potrafił zmusić ją do odejścia. No właśnie… to ona odeszła. On zaś robił jej to, co ona Tadziowi: starał się ją zachęcić do rozstania z jej inicjatywy ze wszystkich sił. Wtedy myślała, że chce, by czuła się lepiej („To ja go rzuciłam!”), ale teraz po raz pierwszy pomyślała, że po prostu nie umiał tego załatwić.

To ostatnie porównanie przekroczyło granice jej wytrzymałości. „Nie jestem Misiem!”, krzyczało w niej wszystko. „Nie będę z kimś tylko dlatego, że nie umiem sama odejść. Nie będę też trzymać kogoś, kto poświęca dla mnie siebie i swoje życie. Teraz będzie bolało, ale lepiej wcześniej niż później. Nie chcę, by cierpiał przeze mnie tak, jak ja przez Misia. Nie jestem Misiem!”.

Jeśli ktoś, kto ma jednak ludzkie uczucia, musiał powiedzieć drugiej osobie, że więcej się nie zobaczą – wie, że to wcale nie jest łatwe. Samo podjęcie decyzji to dopiero pierwszy krok. Potem jedzie się do kogoś ze świadomością, że zniszczy mu się – w pewnym sensie – dotychczasowy świat. Witacie się. Ta osoba się uśmiecha, a ty już wiesz, że za chwilę zadasz cios. I wreszcie przychodzi ten moment i mówisz.

Gąska aż się wzdrygnęła na to wspomnienie. „Ile łatwiej być porzuconą. Można płakać, nienawidzić tej osoby, mieć do niej pretensję. Cierpisz ze świadomością, że ktoś cię skrzywdził. Porzucając kogoś, wiesz, że to ty kogoś krzywdzisz i że jesteś przyczyną jego cierpienia. Zmieniasz czyjeś życie, ale zmieniasz i swoje. Gdy Miś odszedł, wiedziałam, dlaczego jestem samotna, chociaż tej samotności nie chciałam. A teraz? Podjęłam decyzję i również muszę ponieść jej konsekwencje”.

Powoli zaczęła rozumieć, dlaczego ludzie wolą czasem zniknąć bez słowa, zamiast powiedzieć o swoich zamiarach. Dotychczas oceniała to jako brak odwagi. Potem jednak dostrzegła, że nie każdy jest w stanie przeżyć definitywną utratę złudzeń. Wolą myśleć, że telefon się zepsuł, że jakaś ważna sprawa w pracy albo rodzinna… a nie, że po prostu uczucia wygasły.

Dzwonek do drzwi przerwał te wspomnienia. Listonosz. Pokwitowała przesyłkę i wróciła do pokoju. Myśli zaczęły wracać do teraźniejszości. Mimo wszystko jeszcze westchnęła. To był naprawdę dobry chłopak… Ale cóż, bywa i tak. Lepiej, że podjęła taką decyzję szybko, kiedy łatwiej było zapomnieć. I… miała nadzieję, naprawdę, szczerą nadzieję, że nie była dla niego Misiem.

Westchnęła ponownie. A potem poszła rozwiesić pranie i zastanawiać się, kiedy pójść do fryzjera. Nie żeby chciała się przypodobać Danielowi, ale skoro mają iść do tego kina za parę dni, to może lepiej się trochę ogarnąć… ;)

wtorek, 3 czerwca 2014

Majowy PetBonTon

Doczekałam się wreszcie trzeciego spotkania, na którym tematem była druga grupa kocich zasobów: drapaki, zabawa i zabawki oraz człowiek. Wieczór przed patrzyłam na Kocia i myślałam: No, łobuzie, jutro już będę zabawiać cię fachowo... :D

Nie ukrywam, że na zajęcia szłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wynikało to z tego, iż po kwietniowym spotkaniu trochę straciłam zapał do uczestnictwa. Wydawało mi się, że udzielane rady bardziej przydadzą się opiekunom kocich stadek. Mój jedynak zaś nie musi walczyć o żadne zasoby, bo wszystko jest dla niego. Nikt nie zajmie mu kuwety, miejsca na drapaku i na pewno nie będzie miał rywala do miski. A o zabawie właściwie mówiło się od pierwszych zajęć. Czego ja tu szukam?

No i dodatkowo przestawał mi się podobać termin „behawiorysta”. Wpływu na to jednakże nie miały zajęcia Julii, co troszkę przeoczyłam, a strona w internecie, gdzie funkcjonują porady zwane właśnie „behawioralnymi”. A internet jak internet, rządzi się swoimi prawami i naprawdę bardzo ostrożnie trzeba podchodzić do znajdujących się tam rad. Bardzo mądrze swego czasu powiedział mi na ten temat pewien weterynarz. Mój Kocio bowiem został dość wcześnie wykastrowany – tak przynajmniej wywnioskowałam z tego, co poczytałam w internecie. Powiedziałam o tym właśnie wetowi z lecznicy, z której wzięłam Kocia i w której przeprowadzono mu ten zabieg. Usłyszawszy „argument”, który – naprawdę!  – wypsnął mi się  w czasie rozmowy („Bo w internecie…”) powiedział mi, co następuje, i co zapamiętałam: „Proszę pani. W internecie można napisać wszystko. A jaką ma pani gwarancję, że pisał to weterynarz, czy chociaż ktoś, kto ma rzetelną wiedzę? Żadnej. Bo podpisać się też można dowolnie. A jak pani to zweryfikuje?”. Nie musiał mnie przekonywać, bo też tak uważam, aczkolwiek też nie ma co wylewać dziecka z kąpielą i całkiem odżegnywać się od netowej wiedzy.

Więc z całym szacunkiem do internetowych grup behawiorystycznych – bo na pewno nie mają złych intencji – powinnam była wcześniej się do nich zdystansować. Ale mniejsza. Na zajęcia PetBonTon zapisałam się zaraz po kwietniowych chyba troszkę siłą rozpędu. Z pewnością ciekawiło mnie, jak zostanie omówiony zasób „człowiek”. Namówiłam jeszcze znajomą, więc w ogóle nie wypadało mi się migać. I poszłam. I było super. :)

To grupa, a z przodu siedzi Julia i nas kształci. Mądrze i fachowo.
Nie sposób opisać, czego się dowiedziałam. Bo i tego, czemu koty mruczą (i nie ma, Kociu, że po nic. Otóż mruczysz, skarbie, żeby się samouspokoić, ale i samouzdrowić. To już teraz wiem, czemu ten motorek uruchamiasz, jak mnie głowa boli – wierzysz, że i mi pomożesz). I jak się bawić laserkiem, żeby nie skończyło się kocią frustracją. Bo tak się może zdarzyć, gdy nasz myśliwy nie jest w stanie złapać „zdobyczy” – a nie złapie… (I od teraz, Kociu, każda zabawa laserkiem będzie kończyła się tak: będę najeżdżać kropką laserową na kawałek przysmaku – tak jak wczoraj, pamiętasz? Zeżarłeś naświetlonego kropką tuńczyka i od razu poczułeś się jak zwycięzca. Albo na zabawkę, którą „rozszarpiesz”, żebyś czuł się najlepszym myśliwym w tym domu). A jak łobuz nie będzie chciał spać, to mu obetnę wibrysy, żeby poczuł się skołowany – od razu przestanie rozrabiać (głupi żart, nie wolno kotu tego robić… Aczkolwiek miło wiedzieć, że JAKIŚ sposób jest. ;P Ale jeśli ktoś to zrobi, to niech się nie dziwi, że kot stracił zwykłą aktywność). Tak naprawdę, żeby kot spał, wystarczy go dobrze wybawić. W ogóle powinno się kotu zapewnić wspólną zabawę.

I na przykład dowiedziałam się jeszcze (wprawdzie trzeci raz to usłyszałam, ale repetitio est mater studiorum*), że dla dobra kota należy doskonalić jego samodzielność i niezależność. Nie oznacza to, że mamy go wypuścić w środku miasta, żeby nauczyć go samodzielnych powrotów do domu. Nie. Bardziej, o ile zrozumiałam przekaz Julii, chodzi o to, by nie być nadopiekuńczym. Jak coś będzie hałasować, to nie lecieć pocieszać kota. On może tego hałasu nawet nie zauważył… Jeśli wychowamy sobie mimozę, która bez naszej ręki na grzbiecie nie zaśnie, to wyobraźmy sobie, co się stanie z kotem, jak znienacka szef nas wyśle na delegację. Z kotem nie pojedziemy, a on się przez to nie wyśpi… Bez sensu, nie?

Dużo Julia mówiła, nie sposób wszystkiego przekazać. Najważniejsze jednak, co wyniosłam, to przekonanie, że najczęstszym błędem jest zajmowanie się kotem przez pryzmat swoich oczekiwań i ludzkich upodobań. „Bo mu będzie smutno”, „bo on mnie nie kocha”, „bo on sika na złość” albo „ile czasu można jeść to samo – ja bym nie mogła”. Kot to kot. I warto go poznawać, ale pamiętać, że to nie człowiek. I że potrzebuje drapaka, zabawy i świętego spokoju. Jeśli mu to zapewnimy (nie: spełnimy marzenia i nasze wyobrażenia na jego temat), to będzie zdrowym i zadowolonym kotem.

A, i ważna uwaga na koniec: różnie mówi się i myśli o behawiorystach. Sama jestem tego dobrym przykładem, nie ukrywam za bardzo, że mam wobec tego tematu mieszane uczucia (o czym pisałam na początku). Warto jednak pamiętać, że zanim podejdziemy do kota „psychologicznie”, należy sprawdzić stan jego zdrowia po prostu u weterynarza. Dopiero gdy ten wykluczy choroby o podłożu fizjologicznym, a problem jest, można próbować psychologii. Bo tak naprawdę to sensowna wiedza, tyle że też nie każdy potrafi ją przekazać. PetBonTon akurat umie! 

---------------------------------------------------------------------

* (łac.)  powtarzanie jest matką wiedzy

niedziela, 1 czerwca 2014

Przy rowerach (3/10)

Dobrze, że wysłała tego maila. Szybko dostała odpowiedź, pozytywną, i propozycję współpracy. Naturalnie, na zlecenie, ale przywykła już do tej formy. Nawet miałaby problem, by wrócić do etatowego systemu. Pieniądze, które firma zaproponowała, też były sensowne – jak na rynkowe stawki, oczywiście. W tym zawodzie należało się cieszyć, gdy zleceniodawca nie oczekiwał, że będziesz żyć jedynie z satysfakcji… A najlepsze było to, że pan, który przeprowadzał rekrutację i selekcję, był zupełnie innym Danielem Maślakiem. Numer telefonu też był bardzo podobny, ale jednak cyferki były inaczej poustawiane. Gąska sprawdziła to dokładnie, gdy ochłonęła z pierwszego szoku.

Tyle pozytywnych emocji, czyli zlecenie i świadomość, że jednak będzie to robota u całkiem obcych ludzi, sprawiło, że poczuła ogromną ulgę i postanowiła od razu rozwiązać drugą kwestię. Sięgnęła po telefon i zadzwoniła do „Rowerzysty”. Przy okazji upewniła się, że numery są całkowicie różne.

Odebrał, trochę zdziwionym głosem powiedział „Dzień dobry”, jakby nie wiedział, kto dzwoni. Bo nie wiedział… Okazało się, że dwa dni po ich pierwszym spotkaniu ktoś ukradł mu telefon. A jak to w dzisiejszych czasach bywa, mało kto już praktykuje zapisywanie numerów w notesach. Jak przepadnie telefon, to przepada i kontakt… Mówił, że miał nadzieję, że ona się odezwie albo pojawi w okolicy… Spytał, czy mogą się spotkać.

Słuchała tego z niedowierzaniem. Jakoś była nieufna. Sama nie wiedziała, czemu. A może nie chciała uwierzyć? W końcu wytłumaczenie było logiczne, ale… Ponieważ jednak spytał wprost, odpowiedziała, że dobrze. „Dam sobie szansę”, pomyślała. Gdzieś na dnie duszy jakiś chochlik przypominał jej, że niemożliwe jest u niej mieć jednocześnie pracę i faceta. „Oj tam, oj tam”, tłumaczyła sama sobie. „Ani to praca – bo przecież zlecenie, ani faceta jeszcze nie mam. Spróbuję, co mi szkodzi’.

Umówili się wieczorem, przy rowerach. Nie wiedziała, czy będą jeździć, czy spacerować, a od tego zależała decyzja, w co się ubrać. No właśnie, w co? Styl sportowy czy wieczorowy? Fryzura? Makijaż, biżuteria? Spojrzała na swoje ręce – przydałoby się chociaż paznokcie opiłować… „I po co do niego dzwoniłam”, parsknęła w duchu śmiechem. „Same problemy mam teraz, a tak mogłabym siedzieć w domu, użalać się nad swoją samotnością i rozstrzygać dylemat, w który serial się wciągnąć. No po co mi to było”, podśmiewała się dalej, wciąż robiąc przegląd szafy. Wreszcie zdecydowała się na gładką spódnicę. Na upartego dałoby się w niej i na rower wsiąść, ale tego nie zamierzała. Nawet jeśli on miał takie plany. Skoro tego nie ustalili, to chyba za wcześnie, by zgadywać jego myśli.

Po tej decyzji odetchnęła i dalsze przygotowania poszły już bez problemów. Największą trudność sprawiły włosy, które oczywiście za nic nie chciały dać się upiąć. Nawet nie to, że wymyślnie. Natomiast spiąć je musiała, bo wiało całkiem przyzwoicie i było fajnie ze względu na temperaturę, ale wygląd na tym cierpiał.

Im bliżej spotkania, tym bardziej się cieszyła. Wreszcie uznała, że można powoli wychodzić. Jeszcze raz spojrzała w lusterko, a potem, z nagłą paniką, na telefon. Całkiem jakoś straciła go z oczu, a może w międzyczasie przyszła jakaś wiadomość. Tak, na wyświetlaczu były ikonki nieodebranego połączenia i dwóch wiadomości. Zamarła. Żołądek się skulił, a całe jestestwo Gąski pokryła warstwa głębokiego smutku. Powoli zaczęła ściągać buty, rozpinać włosy. „Wszystko na nic”, pomyślała. „Miałam rację, nie mogę jednocześnie zarabiać i spotykać się z facetem”. Wchodziła już do łazienki, żeby rozczesać włosy – gdy nagle uświadomiła sobie mały drobiazg. Nie sprawdziła przecież, od kogo są te nieodebrane połączenia i wiadomości. Z góry założyła, że on dzwonił, a potem pisał, by odwołać. „Może jednak sprawdzę?”, z pewnym opóźnieniem podjęła decyzję. Nieodebrane połączenie było od mamy, a sms-y przyszły od operatora sieci…

Brakowało dziesięciu minut do umówionego czasu spotkania, a ona miała potargane włosy i rozmazany makijaż. Popłakała się bowiem, najpierw ze śmiechu, a potem – wstydu. Jak można być taką gęsią? Oczywista nerwowa reakcja skończyła się równie szybko, jak zaczęła, ale Gąska nie była już w stanie spotkać się z Danielem. Przynajmniej nie tego wieczoru. Musiała usiąść i porządnie zastanowić się nad swoimi reakcjami, bo nie wróżyło to dobrze. Resztką przytomności napisała do chłopaka, że przeprasza, ale nie może przyjść, wyjaśni przy okazji i przeprasza, że tak nagle i w ostatniej chwili pisze. Odpowiedział krótkim i jakże męskim „OK”.

Wreszcie mogła spokojnie usiąść ze szklanką herbaty i zastanowić się nad sobą. Tak, zdarzyło się w jej życiu wiele razy, że ktoś ją wystawił. Bywała kantowana i zdradzana. Na litość, nie znaczy to jednak, że wszyscy tak się zachowują! A już na pewno warto przeczytać wiadomość, która przyszła, zanim się na nią zareaguje. „Tak, zapamiętaj tę kolejność, Gąseczko”, mówiła w myślach do siebie. Kiedy już ochłonęła, cała ta sytuacja bardziej ją śmieszyła. Mimo to gdzieś w środku podgryzał ją maleńki robaczek niepewności. Czy nie skorzystała zbyt gorliwie z pretekstu, by nie iść na spotkanie? Ale przecież nikt jej nie zmuszał… W końcu poddała się i machnęła ręką na analizy, bo miała wrażenie, że zaraz jej pęknie nieźle rozczochrana głowa…

Od rana za to ze świeżymi siłami, wyspana i wciąż ożywiona nowym zleceniem, znów zastanawiała się nad sytuacją osobistą. Nie wiedziała, co ma zrobić, jak się zachować wobec Daniela. Po południu jednak, kiedy stwierdziła, że nie jest przez to w stanie skupić się porządnie na pracy, zdecydowała się napisać do niego. Raz jeszcze przeprosiła za zaistniałą sytuację i spytała, kiedy mogliby się zobaczyć. Miała chęć dodać: „O ile jeszcze chcesz”. Po krótkim namyśle uznała jednak, że to bez sensu, a on może to źle zrozumieć. Kilk, sms został wysłany. Pik, przyszedł raport, że wiadomość dostarczona.

Dziesięć minut później wciąż nie było odpowiedzi. Dwanaście minut potem – też nie. Po godzinie Gąska przestała patrzeć na telefon i usiadła z powrotem do komputera. Wtedy oczywiście telefon zapikał.

„Chętnie się spotkam, ale dopiero w przyszłym tygodniu będę miał czas. Zdzwonimy się, dobrze? Może pójdziemy do kina? Znajdź film, na jaki byś chciała pójść. Pozdrawiam, D.”.

Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo chce się jej spać. A przyszły tydzień majaczył wystarczająco blisko, by się cieszyć perspektywą jego nadejścia, a zarazem wystarczająco daleko – by się nim nie martwić…

czwartek, 29 maja 2014

Dura lex

Wiem, co oznacza łacińskie powiedzenie: Dura lex sed lex. Ale kiedy usłyszałam je niedawno w telewizji, to jednak to „dura lex” zabrzmiało w moich uszach bardziej jak „durne prawo” niż „twarde prawo”.

O co chodzi? Może niektórzy z was słyszeli, jak to dyrektor więzienia wpłacił grzywnę czy też kaucję za skazanego na pięć dni aresztu schizofrenika – ubezwłasnowolnionego mężczyznę, który ukradł batonik warty niecałą złotówkę. (Można przeczytać o tym TUTAJ). Pierwotnie karą była grzywna w wysokości 100 zł. Skazany nie wpłacił tej kwoty, za to po zapoznaniu się z sytuacją zrobił to dyrektor więzienia. Dokładnie było to 40 złotych, czyli „wartość” pozostałych dni aresztu. Uwolniony mężczyzna natychmiast wrócił do domu, do papużek, o które się martwił przez cały czas pobytu w zamknięciu – kiedy go zabierali z domu, widział, że miały mało wody.
Happy end? Ależ skąd. Ponieważ dyrektor więzienia nie był osobą bliską, spokrewnioną – to nie miał prawa zapłacić owych pieniędzy. Więc… stanął przed sądem. Dodatkową „winą” dyrektora było to, że w sprawę zaangażował jeszcze przynajmniej dwie osoby ze swojego biura. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie podać precyzyjnie szczegółów tej sprawy, ale to absurd, który mnie osłabia. (I jeszcze owi podwładni/współpracownicy cały czas mówili o zbieranych „pieniążkach” – a ja tak strasznie nie lubię tego zdrobnienia, ale to już tak btw.). Dyrektor został uznany winnym nieprzestrzegania przepisów, ale – i tu uwaga – „ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu” sąd odstąpił od wymierzenia kary.

Komentujący sytuację prawnik użył właśnie owego sformułowania „dura lex sed lex” jako uzasadnienia dla postępowania sądu, mimo iż z pewnością również zdawał sobie sprawę z oczywistej absurdalności sytuacji. A może nie…? W końcu, z całym szacunkiem dla człowieka, mam czasem wrażenie, że prawnicy widzą jedynie paragrafy, kazusy i ustawy – a nie widzą w tym ludzi. Może to tak, jak w każdym zawodzie: psycholog zawsze chce o tym rozmawiać, polonista życzy sobie pełnym zdaniem – a prawnik myśli wyłącznie kodeksami…

Wiem, że prawo jest po to, by go przestrzegać. Wszyscy to wiemy. Ale też chyba nikt – nawet niekoniecznie, że w Polsce – nie ma złudzeń, że idea to jedno, a życie to drugie. Szkoda tylko, że przymyka się oczy np. na wykroczenia drogowe, bo immunitet, bo znajomości, bo ktoś dał łapówkę – a tolerowanie takich „kierowców” jest chyba dużo większym zagrożeniem dla społeczeństwa. W więzieniach, które swoją drogą słabo spełniają swoją funkcję resocjalizacyjną, zamyka się za to tych, których uda się złapać. Na przykład złodziei batoników.
Oczywiście, że to akurat jednostkowa sytuacja i chyba każdy się zgodzi, że jest absurdalna. Nie jest jednak już śmieszne, że człowiek niepełnosprawny umysłowo ląduje w zamknięciu. I to nie w szpitalu, a w więzieniu. Co więcej, nie zdarza się to po raz pierwszy. Ilu przypadków media jeszcze nie ujawniły? O ilu jeszcze nic nie wiadomo?

I nie mam tu na myśli zwyrodnialców, którzy chodzą po ulicach z nożami i mordują ot tak, dla przyjemności i chęci zaspokojenia chwilowej fanaberii. Bo wprawdzie to też choroba, ale jednak „szkodliwość społeczna” nieco większa…

Tymczasem karze się ludzi, którzy popełniają „wykroczenia o niskiej szkodliwości społecznej”, kiedy próbują takim nieszczęśnikom od batoników pomóc. Lub tych, którzy w obronie własnej lub swojego mienia „przekroczyli granice obrony koniecznej”. Jeszcze później taki bandyta staje się ofiarą… Dlaczego nie ściga się instytucji, które w umowach stosują klauzule niedozwolone? Ktoś chyba te umowy układa, zatwierdza? Czyżby prawnicy owych instytucji? A to nie jest oszustwo przypadkiem? Nawet nie drobny druczek, tylko stosowanie zapisów niezgodnych z prawem (tak rozumiem sformułowanie „klauzule niedozwolone”). Potem wychodzą na jaw takie afery, i owszem, zwykli ludzie się dowiadują, że zostali po prostu oszukani i sprawa jest do wygrania. Ale dlaczego jest na to przyzwolenie? Gdyby groziły za to jakieś poważne sankcje, może poważne instytucje nie ośmielałyby się tak postępować. Niestety – najwyżej się nie uda i będą musieli oddać to, co ukradli. (Albo i nie). A zwykły człowiek idzie do więzienia za batonik i jeszcze karze się tych, którzy mu pomagają.


Bzdurne prawo, lecz prawo…

środa, 28 maja 2014

Jak futro zaopiekowało się paczką (fotostory)

Przyszła paczka. Spodziewałam się, byłam w domu, ale kurier trafił akurat na moje zajęcia kuchenne, więc jak najszybciej pokwitowałam odbiór i poleciałam do garów. Chwila... gdzie futro? Na balkonie się już nie wietrzy, pod nogami się nie plącze... Czyli gdzie jest? 

Wiadomo, takie rzeczy lepiej sprawdzać. Kiedyś miał ciągoty do kurierów. (Serio! Łasił się do każdego pana doręczyciela, o chłopakach z Kociej Siatki nie mówiąc  ale to akurat rozumiem :P). Wydawało mi się jednak, że jak zamykałam za panem drzwi wyjściowe (wejściowo-wyjściowe :P), to kot krążył w pobliżu drzwi od kuchni. No dobra. Przykręciłam gaz i wyszłam do przedpokoju. Oto, co zobaczyłam:


Siedział tak najwyraźniej od momentu, kiedy pan wyszedł. Śmiechłam na ten widok, ale pytam grzecznie:  Kociu, po co tu siedzisz? On uparcie milczał. Mówię więc dalej:  Nie musisz pilnować, nie zginie. Poza tym to nie do Ciebie. (No bo DLA niego, nie DO niego). Na to Kocio chyba mi nie uwierzył i sprawdził dane adresowe:



 Popatrzył na mnie ufnie...


...i chyba się skonfudował.


Bo udało mi się zarejestrować jedynie takie resztki śmigającego kota:


A paczka oczywiście że pełna kocich sprawiaczy radości. Będzie wieczorem niezły fun!

Pozdrawiamy! :)

Futro nie daje spać

Ostatni tydzień upłynął pod znakiem nieśpiącego kota. Nie wiem, z jakiego powodu, być może przyczyną były majowe upały, ale Kocio uznał, że spanie w nocy jest ewidentnie i zdecydowanie passé. Proszę uprzejmie, nie mam nic przeciwko. Tyle że przy tym uznał, że i mnie należy do tego przekonać. To już było mniej fajne. ;)


(Noce takie są upalne i futrzaki spać nie dają...)

Zabrał się do tego metodycznie. Najpierw urządzał nam pobudkę ok. czwartej nad ranem. Nie byłoby to straszne, gdybym zasypiała przynajmniej o dwudziestej drugiej. Niestety, pora pójścia spać wypadała mniej więcej koło północy – często również z powodu kota, który długo absorbował mnie sobą. Potem litościwie dawał chwilę odetchnąć, aczkolwiek – jak się później okazało – nie była to empatia, tylko po prostu on musiał się chwilę zregenerować. Jak na młodziaka przystało, zajmowało mu to kilka godzin i już bladym świtem był chętny do zabawy. Ze mną. Nie bacząc na moje niemrawe protesty. A ja początkowo bywałam faktycznie tak rozespana lub wręcz jeszcze w półśnie, że nie myślałam nawet o czynnym oporze. Raz nawet zeszłam na dywan i wzięłam patyczek z piórkami do ręki, żeby szeleścić po papierze… To mnie dopiero ocuciło. Spojrzałam na to, co robię, potem na zegar, na kota – a on siedział i patrzył na mnie z zaciekawieniem – potem znów na to, co robię… Puknęłam się w czółko, złapałam futro i wyprosiłam za drzwi, by następnie je zamknąć i wrócić do łóżka.
To wszystko jednak było przygrywką. Kocio bowiem, jak na przedstawiciela swojego gatunku przystało, ma tajny zmysł, podpowiadający mu, co zrobić w najmniej sprzyjających okolicznościach. Czyli jeśli w miesiącu potrzebuję wstać z zegarem raptem trzy razy, to on wybierze akurat te trzy noce, by szaleć. Znacie to?;) No właśnie..:) W tym miesiącu zbiegło się to z upalnymi dniami, które zawsze źle znoszę. I Kocio poszedł na całość.
Wyglądało to tak: gaszenie światła i zadysponowanie przeze mnie ciszy nocnej koło północy. Kotu zostawiałam otwarty balkon i pilnowałam, by wcześniej na pewno zjadł, a potem ogarnął kuwetę (jeśli to zostanie zaniedbane, kot ma wyjątkowo dobre argumenty, by budzić ludzia w nocy). Oczywiście jakaś wspólna zabawa, ale on wolał raczej polowanie na owady i dumanie na balkonie niż jakieś tam ganianie ze mną. Więc gasiłam światło. Po chwili, która – jak się okazywało – trwała ze dwie godziny, a więc było po drugiej, budziło mnie coś, co okazywało się jakimś bolesnym miaukiem kota łażącego po regale, stękiem zeskakującego z regału kota, odgłosem kolejnych spadających z regału przedmiotów (przy wydatnej pomocy kociej łapy…), ponownym miaukiem… Kiedy unosiłam się na łokciu, by sprawdzić, co się dzieje, zapadała na chwilę cisza. Uspokojona, kładłam się z powrotem i już, już, Morfeusz mnie utulał, gdy miauki wracały. I tak wciąż, dopóki nie wywaliłam futrzaka z pokoju. Jednak po paru godzinach – czwarta, najpóźniej piąta – budziły mnie wyrzuty sumienia (a może i skrobanie w drzwi), wraz z brakiem świeżego powietrza w zamkniętym dokładnie pokoju. Wstawałam, otwierałam drzwi. Kot natychmiast wskakiwał na łóżko, by przymilnie zamruczeć, po czym… odbijał się i ze stękiem wskakiwał na regał. By coś zrzucić…
Niby nic takiego, powie ktoś, kto nie ma kota. Czym tu się przejmować? Przecież wystarczy zignorować skrzeczące futro, wynieść do innego pomieszczenia, samej zamknąć pokój (i otworzyć okno, żeby się nie udusić) – i po problemie. Tiaa… żeby to takie proste było…;) Budzik na te parę dni przestał mi być potrzebny, a nerwowość wzrastała z każdym kolejnym dniem niewyspania. Plus i tak irytująca mnie temperatura. Nie wiedziałam przy tym, czy mam zacisnąć zęby i po prostu przeczekać, czy jednak kotu dzieje się coś, co mi sygnalizuje swoim męczącym zachowaniem.
Dopiero wczoraj udało mi się znaleźć zrozumienie na kocim forum. I wczoraj  też spłynęła na mnie podwójna, a nawet potrójna ulga. Po pierwsze, przestałam uważać, że przesadzam, a problem objawił się jako powszechnie znany w środowisku. Po drugie, zmieniła się pogoda. Po trzecie, nie muszę już wychodzić na określoną godzinę, zatem kot wreszcie dał mi spać. Ba! spał razem ze mną, bo obudziłam się z nosem w futrze. Wieczorem go naprawdę przegoniłam, laserkiem i piórkami, ale nie ufam już mu nawet wtedy, gdy słyszę jego sapanie i widzę wywalony jęzor:


I tak wiem, że za chwilę się zaktywizuje na nowo...
Znam jego możliwości regeneracyjne. I nigdy nie jestem pewna, czy po takiej zabawie, gdy ze stękiem znów włazi na zabronioną mu półkę – czy to resztki energii, czy wręcz przeciwnie, kolejna faza aktywności, na którą ja już nie mam sił. Wczoraj jednak okazało się, że akumulatorek został na tamtą chwilę rozładowany i Kocio się przez noc ładował. A teraz leży z godnością na szafce balkonowej. I pozwala mi robić, co tylko chcę.;)

Ach, jak mi wreszcie dobrze! :D

sobota, 24 maja 2014

Przy rowerach (2/10)

Choć po randce zasypiała z uśmiechem, wcale nie była pewna, że on jeszcze zadzwoni. Sama nie miała absolutnie zamiaru tego zrobić. Nie dlatego, że się jej nie spodobał. Przeciwnie, na spotkaniu czuła się dobrze i swobodnie. Mieli dużo tematów do rozmów. Okazało się, że choć Daniel nie jest kociarzem, to lubi zwierzęta i sam myśli o przygarnięciu jakiegoś czworonoga. Gdy tylko się urządzi. Dowiedziała się też, że był żonaty, ale obecnie jest rozwiedziony. Mają córkę. Trafnie oceniła jego wiek, a on kurtuazyjnie twierdził, że ona chyba niedawno wyrabiała dowód osobisty. Miły facet. ;) Jednak… nie zapytał na koniec, czy się jeszcze zobaczą. W sumie to była zadowolona, bo chyba nie wiedziałaby, co odpowiedzieć. Z jednej strony chciała się umówić, z drugiej oczywiście miała masę wątpliwości. „A, samo się wyjaśni”, pomyślała spokojnie i rozsądnie. Co chyba świadczyło, że nie jest zainteresowana. Zazwyczaj przecież wiedziała, że to ten jedyny, zasypiała, wyobrażając sobie wspólne życie… A teraz – nic. A może zmądrzała? Albo w każdym razie trochę dorosła? Wreszcie usnęła.

Po tygodniu nie miała siły udawać, że nie czeka na jakiś znak od niego i że nie jest jej przykro, że on milczy. Poza tym nie bardzo mogła chodzić na rower, bo jeszcze by pomyślał, że mu się podstawia. A jednak troszkę dumy w Gąsce było i nawet świadomość „tykającego zegara” nie była w stanie tego zmienić. No bo zresztą bez przesady. Poza tym wcale nie spotkała w nim żadnego księcia z bajki, ba, nie był to też królewicz. Po prostu… Daniel. I jeszcze facet z przeszłością, zobowiązaniami. „Nic nie straciłam”, pomyślała. Ale jednak… było przykro. No bo się nie odezwał.

Myślała o tym przy śniadaniu. Nie chciała już tych analiz, ale wciąż nie dawało jej spokoju. „Co mu się we mnie nie spodobało? Przecież starałam się być swobodna i uśmiechnięta, i dużo go słuchać. I to on przecież zaproponował to spotkanie. I tak fajnie się nam spacerowało, a potem siedziało przy jakimś stoliku, nie pamiętam nawet nazwy tej kawiarni. A z kolei nie ograniczał się do komplementów, mówił bardzo rzeczowo na wiele tematów, i słuchał mnie – wydawało się – z zainteresowaniem. Co poszło nie tak?”. Myślała i myślała, ale nie miała pomysłu. To znaczy nie, pomysłów miała mnóstwo. Tylko że żaden z nich nie rozwiewał jej wątpliwości, bo skąd miała wiedzieć, jak jest naprawdę. Zadzwoniła w końcu do Zuzi. Ostatnio jakoś rzadziej się widywały, wiadomo, życia singielki i mężatki rzadko się zazębiają, poza tym wieczne problemy Zuzi z teściową usuwały w cień Gąskowe kłopoty. I w sumie się nie zdziwiła, gdy na jej zwierzenia Zuzia odpowiedziała, żeby nie zawracała sobie głowy. „Nie zadzwonił, to widać mu nie zależy. A może to i lepiej. Wkopałabyś się nie tylko jak ja, w teściową, ale jeszcze byłą żonę i cudzego dzieciaka. A zresztą to wiadomo, czy on naprawdę rozwiedziony? Może tylko tak ci powiedział? Przepraszam cię, nie mogę dłużej rozmawiać, widzę mamusię przez okno. Zdzwonimy się!” – i tyle się nagadały.

No cóż. Gąska nie miała żalu. W sumie może niepotrzebnie zawracała głowę Zuzce swoimi kłopotami. Co ona może pomóc? Każdy musi zająć się sobą. Z tymi niewesołymi myślami wyszła z domu. Trzeba było zrobić jakieś zakupy, może to ją podniesie na duchu. Jakąś apaszkę chociaż sobie kupi, poza chlebem naturalnie i czymś na obiad.
Nie, nie spotkała Daniela pod blokiem. Nie zadzwonił też w następnym tygodniu. Gąska właściwie już zapominała o nim. Po co sobie zaprzątać głowy jakimś spotkaniem, które nic nie zmieniło w jej życiu. Lepiej zająć się poszukiwaniem kolejnych zleceń, bo niestety konto znowu zaczęło się domagać wpływów. Chyba że nie będzie jeść, ale w sumie lubi. ;) Wysłała wieczorem parę ofert do wydawnictw i poszła spać. Miała ochotę pojeździć na rowerze, w ogóle spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu… ale nie mogła. Jasne, że istnieją jeszcze inne stacje Veturilo, pewnie, że wcale nie musiała go spotkać,  a nawet jeśli, to co. Ale jakoś nie potrafiła się zmobilizować. „Jutro”, pomyślała, „pomyślę o tym jutro”. I zasnęła.

Dwa dni później przyszła odpowiedź na jedną z ofert. Tak szybko się nie spodziewała. Uznała to za dobry omen i natychmiast poprawił się jej humor. Wprawdzie dopiero przesłano jej próbny tekst i nie było obietnicy stałej posady, ale zawsze coś się dzieje. Ochoczo zabrała się do pracy. Parę godzin później skończyła próbkę, odłożyła ją na pół godziny, ponownie przejrzała i wysłała odpowiedź z załącznikiem. Dopiero klikając „wyślij”, spojrzała, kto podpisał maila. Daniel Maślak. Numer telefonu... ten sam, który miała zapisany u siebie pod nazwą „Daniel od rowerów”. Nie zdążyła jednak anulować wiadomości…

Ciąg dalszy nastąpi...



czwartek, 22 maja 2014

Przy rowerach (1/10)

Gąska stała przed szafą i mierzyła się z typowo kobiecym dylematem: w co się ubrać? Jak zwykle, w szafie pełno ubrań, ale ona nie ma co na siebie założyć. Chyba trzeba będzie iść na zakupy… Tylko jasne, że wtedy, gdy czegoś potrzeba, to w sklepach nic nie ma. Nawet za pieniądze, których zwykle by nie wydała na byle ciuszek, nic się nie podoba. Zamknęła więc oczy, policzyła do pięciu… potem do dziesięciu. A potem otworzyła oczy i zamknęła szafę. Usiadła na krześle przy biurku i dopiła resztę herbaty. Dokładniej, to zamierzała ją dopić, ale ręce nie chciały jej słuchać i wylała większość płynu na blat. „Kurrrr…. czę!” – skończyła elegancko, bo nawet będąc sama, nie lubiła bluzgać. A teraz tym bardziej musiała się kontrolować i być nieskazitelną damą.
Gąska szykowała się na randkę. Sama nie wierzyła, że się zdecydowała na nią pójść. Po tylu nieudanych próbach znów spotkała kogoś, komu postanowiła spróbować zaufać.
Jak zazwyczaj w takich sytuacjach, największą rolę odegrał przypadek. Chyba szczęśliwy… Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Postanowiła wreszcie odważyć się i spróbować wypożyczyć rower z miejskiego systemu Veturilo. Obczaiła w internecie, co i jak, założyła konto, zapłaciła kaucję. To była ta łatwiejsza część. Ale postanowiła nie zwlekać z praktyką i któregoś wczesnego wieczoru stała przy automacie i powoli, z namysłem wstukiwała kolejne cyferki. Coś oczywiście poszło nie tak, system buczał, że kod nieprawidłowy, że nie ma takiego roweru, że nie ten pin… Miała już łzy w oczach. Jak można być takim głupim, żeby nie móc roweru wypożyczyć, bo co? Pinu zapomniałam? Ja, która pamiętam do dzisiaj wszystkie cyfrowe dane Misia (pesel, numer telefonu, ba! login cyfrowy do konta bankowego…), ja czegoś zapomniałam? Najwyraźniej jednak nie pamiętała. Zrezygnowana już odchodziła od stanowisk rowerowych, gdy podszedł on. W pierwszej chwili nawet nie usłyszała, że ktoś ją woła. Zatopiona w niewesołych myślach na swój temat, odchodziła, jednocześnie szukając w przepastnej torbie empetrójki, pilnując zarazem, żeby nie rozsypać na chodnik całej zawartości. Tak była skupiona, że dopiero kolejne głośne: „Proszę pani” (potem się dowiedziała, że czwarte), wyrwało ją z zadumy. Obejrzała się i zobaczyła, że przy rowerach stoi jakiś starszy mężczyzna. Na oko czterdziestoletni, ale ona już swoim oczom nie ufała. ;) Wrodzona kultura jednak kazała przeprosić za swoją nieuwagę. Automatycznie się uśmiechnęła, choć czuła się bardzo niezręcznie. Wiedziała, że nie wygląda za ciekawie. Pomijając wrodzone niedoskonałości, strój był przystosowany do jazdy na rowerze, a nie do nawiązywania znajomości.
„Ale zaraz, jakich znajomości. Pewnie zauważył, jak się szarpię z tymi rowerami”. Istotnie, nieznajomy chciał jej pomóc. Szybko okazało się, że Gąska prawidłowo pamięta wszystkie dane, tyle że… źle je wprowadzała. Ot, czeskie błędy, w tym wypadku jednak miały zasadnicze znaczenie. Podziękowała i wsiadła na rower, a on poszedł w swoją stronę. Nawet się nie przedstawili.
I byłaby o tym zapomniała, gdyby nie to, że jazda na rowerze jej się spodobała,  a on najwyraźniej mieszkał gdzieś blisko, bo zaczęli się widywać w tej okolicy. Gąska jednak w ogóle o tym nie myślała. Nie miała złudzeń, że mężczyzna w tym wieku (tzn. szacowanym przez nią) musi mieć jakieś zobowiązania. A jeśli nie, to jeszcze gorzej. Tak czy siak, nie jest dla niej ani ona dla niego. Wprawdzie ze dwa razy przed wyjściem na rower, gdy już skojarzyła, że i on się tam pojawia, uczesała się wymyślniej, a na usta nawet nałożyła błyszczyk (na rower się nie malowała, po co?), ale wtedy akurat go nie spotkała. Poza tym, rzeczywiście ten błyszczyk by coś zmienił…
Wreszcie jednak nadszedł dzień, gdy do niej podszedł. Tak po prostu. Po skończonej jeździe, gdy oddała już rower i sprawdzała rozkład jazdy (niestety, żadna stacja rowerowa nie była blisko jej osiedla) i zastanawiała się, czy czekać, czy jednak podejść choć kawałek piechotą, zauważyła, że ktoś się jej przygląda. Kiedy tylko zauważył, że go dostrzegła, podszedł do niej.
– Cześć, jestem Daniel.
Okazało się, że już od dłuższego czasu chciał ją poznać. Niedawno przeprowadził się do Warszawy, w której od pewnego czasu pracował. Posada była na tyle dobra, że zdecydował się na wynajem mieszkania, w perspektywie – może i na kupno. Jednak wszystko ma swoją cenę, a dobra praca oznaczała mało czasu na życie prywatne. Nie chciał mieszać relacji zawodowych z prywatnymi, więc poza pracą nie spotykał się z kolegami z biura (ani koleżankami, dla ścisłości). Wychodził więc wieczorami sam, czasem na rowerze, czasem – z perspektywy pieszego zwiedzać okolicę. Trochę biegał, ale nie znał jeszcze dobrych miejsc, by uprawiać ten sport. Gąskę zauważył z powodu jej nieporadności, ale nie zwrócił na nią większej uwagi. Dopiero gdy pewnego wieczoru obserwował, jak kolejny raz wypożycza rower, dostrzegł niesforny kosmyk włosów wymykający się z niedbałego upięcia – i jakoś go to wzruszyło. Rozczuliło. Szybko się z tego wzruszenia otrząsnął, ale pamięć o tym, jakie to zrobiło na nim wrażenie – została. Pomyślał, że może jest to kobieta z duszą dziewczyny – a takiej szukał już długo. Nie miał pewności, więc postanowił ją zdobyć. Sposób był tylko jeden. Trzeba było podejść i zagadać, a następnie – umówić się na jakieś spotkanie. I tak zrobił.
Z tego powodu Gąska stała przed szafą i dylematem: w co się ubrać. Daniel zaproponował spotkanie, które miało być pojutrze. To strasznie mało czasu, myślała, żeby się przygotować. I zdecydować, w czym pójdzie. Rozmyślania przerwał dźwięk sms-a. „Cześć, za godzinę będę wolny, dzisiaj kończę wcześniej. A może byśmy się wcześniej spotkali? Powiedzmy, za dwie godziny. Przy rowerach?”. „Tak”, odpisała od razu. Nagle wszystko zrobiło się prostsze. „To już zaraz”, myślała. „Spotkamy się i będzie wiadomo, czy to ma sens”. Nie precyzowała, co.

Godzinę i dwie lampki wina później była już gotowa do wyjścia. Pięć godzin później kładła się spać  spokojna i uśmiechnięta. „To chyba wreszcie ten”, pomyślała i zasnęła…


Ciąg dalszy nastąpi...



wtorek, 20 maja 2014

Zatruwacze życia

Tekst inspirowany obrazkiem:




Może nie są widoczne na pierwszy rzut oka, ale nieźle potrafią dać w kość. I czasem są bardziej odczuwane przez osoby z zewnątrz, którzy akurat mieli pecha znaleźć się w pobliżu takiego nośnika trucizny (czyli narzekacza, krytykanta, zamartwiacza, niewybaczacza, plotkowacza). A już najgorzej, gdy trafi się na kogoś takiego wtedy, gdy na przekór wszystkiemu, co w życiu złe, człowiek zaczyna się uczyć takiej zwykłej, codziennej radości…
Dlaczego to takie groźne trucizny? Przecież gdybyśmy w ogóle wyzbyli się tych cech, bylibyśmy tacy… nieprawdziwi. Sztuczni. Podobni cyborgom – niby funkcje życiowe się toczą, ale jakoś tak bez emocji. Nawet te negatywne przecież czasem są potrzebne. A już na pewno lepiej je wylać niż dusić w sobie, by fermentowały i niszczyły nas od środka. Dobrze jednak zachować tyle empatii, by nie obdarzać nimi otoczenia wciąż i wciąż.
Narzekanie jest bardzo powszechne. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w końcu otaczająca nas rzeczywistość daje ku temu aż nadto powodów. Czasem trzeba po prostu sobie ponarzekać, by nie gryźć się czymś nieustannie od środka. Zwłaszcza tym, czego nie sposób zmienić, na co nie mamy wpływu. Z drugiej strony jednak, warto zachować umiar. Bo nie dość, że otoczenie zacznie nas postrzegać jako malkontenta, który wciąż marudzi i nigdy nie jest mu dobrze, to na dodatek sami uwierzymy, że wciąż jest nam źle i wszystko jest do niczego. I że to nie nasza wina, jedynie splot niekorzystnych (dla nas) czynników. Bo taki narzekacz rzadko szuka przyczyny problemu w sobie, a już prawie nigdy – sposobu rozwiązania. Bywa, że faktycznie problem leży na zewnątrz. Na przykład wczoraj byłam u lekarza i weszłam godzinę później niż byłam zapisana. Wina lekarza? Nadmiaru pacjentów? Złej organizacji pracy przychodni? Na pewno nie moja – jak rzadko byłam pewna. Kolejka podchodziła do tego różnie, ale zadziwiła mnie pani, która obszernie skomentowała tę sytuację i obarczyła winą za całokształt przyjmującego właśnie lekarza. Nie przypuszczała chyba, że jej  przenikliwy głos słychać było w gabinecie (pielęgniarka mi później powiedziała). A ona do tego lekarza też przecież czekała. Nawet nie próbowała zastanowić się, że może jest jakiś powód obiektywny tej sytuacji. Co jej dywagacje zmieniły? Nic. Może tyle, że szybciej upłynął jej czas, ale ciśnienie z pewnością jej nie dziękowało. A musiała poczekać tak jak wszyscy. Ja tymczasem sobie przysiadłam w kąciku z inna panią i rozmawiałyśmy o zwierzątkach (pani ma yorka). Wyszło nam zdecydowanie bardziej na zdrowie. ;)
Ciekawe, że każdy zawsze wie lepiej, jak coś powinno wyglądać, działać, być zrobione. Krytykanctwo, to obok narzekania, chyba naprawdę nasza druga narodowa cecha. Stojący z boku zawsze mają dobre rady i cenne wskazówki dotyczące naszego życia i pracy. Czasem są one podawane delikatnie, ale mało kto potrafi naprawdę kulturalnie skrytykować zachowanie czy pracę, oddzielając je od negatywnego oceniania osoby. A ile osób potrafi taką krytykę spokojnie przyjąć? Sama krytyka to jednak nic w porównaniu z krytykanctwem, czyli – jak definiuje to pojęcie Słownik Języka Polskiego: „niesłuszne i nierzeczowe krytykowanie czegoś; też: skłonność do takiego krytykowania”. Czyli: nie jestem lekarzem, ale wiem lepiej, jak powinno przebiegać zszywanie rany. Nie jestem Kubicą, ale nikt poza mną nie wie, jak kierować pojazdem. Nie jestem fotografem, ale najlepiej oceniam ostrość i ogólną jakość zdjęcia. Nie jestem rodzicem, ale wiem, jak się wychowuje dzieci. Nie jestem w związku, ale wiem, że małżeństwa wokół sobie nie radzą ze wspólnym życiem. Co więcej, nie znam konkretnego męża/żony, ale moje rady są dla tego związku bezcenne… I przy tym ani odrobiny pokory i krytycznego spojrzenia na siebie. Jak to się kończy? Nie dość, że otoczenie jest wykończone, to my sami nie jesteśmy później w stanie niczym się cieszyć – bo czym, skoro wszystko wokół takie niedoskonałe? A że może byśmy poprawili? Nie no, skąd, nie będziemy się wtrącać…
Martwienie się jest czasem nieuniknione. Chyba nie da się tak żyć, by nie było ku temu powodów. Tylko jaki jest sens zamartwianiem się problemami, które sami tworzymy w naszej głowie, na zasadzie: a jeśli się stanie to lub  nie stanie się tamto? W sumie nieistotne wtedy, czy obawy się spełnią, bo i tak pozbawiliśmy się w dniu dzisiejszym radości. A czy warto? ;)a
(Rada z  ostatniej chwili: jeśli nie wiesz, jak przestać się martwić, poczekaj, aż zapukają do Twoich drzwi świadkowie Jehowi – a prędzej czy później to się stanie. ;) Kiedy wreszcie pójdą, poczujesz się, że życie jest piękne i proste. :D).
Wybaczanie krzywd jest trudną rzeczą, ale wartą podjęcia wysiłku. Nieumiejętność wybaczania bowiem jest chyba największą trucizną, wpływającą zarówno na nas, jak i nasze otoczenie. Pielęgnowanie uraz niszczy nas, blokuje, nie pozwala otworzyć się na innych. Natomiast ten, kto nas skrzywdził – czasem nieumyślnie, ale czasem świadomie, lecz pragnie naprawić swój błąd – też czasem potrzebuje świadomości, że mu wybaczono, dano drugą czy nawet kolejną szansę. Brzemię poczucia winy może być dla niego niekiedy zbyt trudne do udźwignięcia.
I tak tylko myślę czasem, że wybaczanie nie musi oznaczać zapomnienia. To się, według mnie, nie wyklucza. Bo jeśli ktoś naprawdę zniszczył jakąś krzywdą część mojego życia, to moje wybaczenie polega na tym, że nie rozpamiętuję wiecznie tej krzywdy, tylko idę dalej. Ale nie zawsze jestem w stanie zaufać ponownie. Z tym niestety ta osoba musi się liczyć. Różnica polega na tym, że kiedy się spotkamy, możemy spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać bez poczucia winy. To jest też bardzo, bardzo ważne.
Na koniec zostawiłam sobie taki detal, jakim jest plotkowanie. Pozornie najbardziej niewinne – ale podstępne. Jak plotka może zniszczyć czyjeś życie, chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. To może warto następnym razem zastanowić się, zanim bezmyślnie (często) puścimy w świat newsa, który wraz z przebywaną trasą zmieni się z paproszka w śmiercionośny pocisk.

Właściwie zawsze chyba warto pomyśleć, zanim się coś powie czy zrobi. A jak nie wiemy co, to też się zastanówmy, kogo poprosić o radę. Bo jeśli trafimy na kogoś, kto najpierw ponarzeka z nami, potem się pomartwi, następnie skrytykuje nasze podejście, obrazi się, gdy nie przyjmiemy jego rady – czego nie wybaczy – a następnie opowie wszystkim, jacy jesteśmy niewdzięczni? Będziemy mieć przechlapane…