niedziela, 9 marca 2014

Kocie sprawy

Kocio jest momentami bardzo zabawny. Pisałam już, jak podnosi łapki podczas mycia podłóg – zamiast, zgodnie z oczekiwaniami, przenieść się po prostu w inne miejsce. Ogromnie mnie bawi jego „bycie asystentem” każdej czynności – naturalnie po nic. Bo jeszcze rozumiem, że jest przy mnie w kuchni. Zawsze jest przecież szansa, że będzie można coś złasować. Ale po co przerywa sobie drzemkę, kiedy idę się kąpać? Po co zostawia zabawkę, gdy tylko ja się podniosę, i leci w niewiadomym jeszcze dla siebie kierunku? ;) Czasem specjalnie zatrzymuję się przed drzwiami i ich nie otwieram, tylko stoję, żeby sprawdzić jego reakcję. Jest niezawodna: ogląda się ponaglająco, próbuje wejść do zamkniętego pomieszczenia i spogląda na mnie co i raz z miną: „No otwieraj, szybciej, przecież tam czeka na nas jakaś niesamowita przygoda!”, a ciałko aż drży z niecierpliwości. Wchodzimy, ja coś odkładam i wołam: „Kociu, idziemy!”. Najczęściej wybiega jak strzała, szczęśliwy, że był pierwszy. ;) Niekiedy odwrotnie – przytaja się w jakimś kącie i im bardziej mi zależy, żeby stamtąd wyszedł, tym bardziej on nie wychodzi. Wystarczy jednak otworzyć szafkę, w której jest tuńczykowy przysmak… :)
Czasem muszę zorganizować sobie przestrzeń wolną od kota. Zazwyczaj jest to kuchnia albo łazienka, gdzie chcę zrobić coś sprawnie, szybko, bez konieczności sprawdzania co chwila, czy garnek jest wolny od kota, albo refleksji, dlaczego pranie w misce ma ogon. Staram się wykorzystać jakieś kocie zagapienie i myk! myk! – biegnę do potrzebnego mi pomieszczenia. Zamykam drzwi i robię, co trzeba, ale kocia obecność za drzwiami jest coraz bardziej wyczuwalna. Kiedy je wreszcie otwieram, przez moment widzę wyrzut na kocim pyszczku, ale to moment, bo kot właściwy śmiga koło nóg i jest w środku! Winner! Jednocześnie czuć w powietrzu wymówkę: „Jak mogłaś MNIE nie wpuścić!”, ale ja już pękam ze śmiechu, bo po chwili widać taką dezorientację pod tytułem: „Ale po co tu jesteśmy?”. I wychodzimy…
Czasem wyrzucam kota z pokoju w nocy, kiedy wyłazi z niego milion takich Kociów i wszystkie rozrabiają – i to BARDZO głośno. Tak było np. ze środy na czwartek. Nie dziwię się za bardzo tej energii, bo jak się cały dzień śpi, to się ma siły, ale ja osobiście życzyłam sobie ciszy i spokoju. Kocio zaś (i milion jego nieznośnych sobowtórów) robił hałas wyjątkowy. I nie dało się tego w żaden sposób zignorować. Wystawiłam więc zabawki i miski do przedpokoju, za nimi – kota, a za całym towarzystwem (zespołem :D) zamknęłam drzwi. Zapadła błoga cisza… Zasnąć jednak było wciąż trudno. Wstałam i wyjrzałam do przedpokoju (chyba nie było to pedagogiczne…). Kocio leżał przy drzwiach pokoju, milczący, skruszony (i już pojedynczy). Pogłaskałam go, a on się tak wdzięcznie przymiział. I za chwilę wdreptał nieśmiało, przytulił się do mnie – i po chwili już oboje spaliśmy. :)
Osobnym tematem jest zabawa. Lubię patrzeć wtedy na niego, często aktywnie uczestniczę w wygłupach, najczęściej robię jednak za podajnik elementów zabawowych (rzucam nakrętkę, poruszam laserkiem, macham wędką... takie tam). Tych zabawek jest masa. Niekiedy po przebudzeniu patrzę na pokój i zastanawiam się, czy mam kota, czy małe dziecko… ;)
Zabawki to też temat rzeka. Na samym początku oczywiście kupowałam dedykowane kotom rzeczy. Jakieś myszki, piłki na sznurku, grzechotki, robaczki – oczywiście z kocimiętką – domki drapaki i jeszcze inne leżaczki. Szybko zauważyłam jednak, że w większości przypadków opakowanie jest dużo większą atrakcją niż zabawka właściwa. Albo że Kocio woli biegać za nakrętką od butelki niż żółwikiem z kocimiętką. (Kiedy znalazłam wśród szpargałów kostkę do gier planszowych, kot mało nie oszalał ze szczęścia. Wtedy pierwszy raz wykąpałam się bez jego asysty, nienerwowo, w pianie, bez stresu, że za chwilę on do tej piany wpadnie, a ja w pośpiechu będę musiała go prać i suszyć). Śpi się natomiast najlepiej na łóżku lub parapecie (poduszki i kocyki nie są konieczne – przecież Kocio jest mężczyzną), a ukochany drapaczek to ten najtańszy.
Najlepiej, gdy mogę wypuścić kota na balkon. Jeszcze pogoda nie najlepsza, ale Kocio jest szczęśliwy, więc dopóki on wytrzymuje tę pogodę, to sobie tam rozrabia. Głównym zajęciem jest obserwacja otoczenia. Wskakuje na stolik i patrzy... Jest bezpieczny, bo zaopatrzyłam balkon w siatkę. Na niej zaczepiłam też trochę atrakcji, tak więc kot korzysta. Co jakiś czas biegnie do mieszkania – a to do miski, a to do kuwety, a to po nic – a potem znów na balkon. A potem śpi tak, że chyba wreszcie będę mogła mu spokojnie pazurki obciąć. :)
Wszystko, co opisuję, pewnie jest znane większości kociarzy. Niektórzy pewnie się uśmiechają z rozbawieniem, czytając, jak się tym emocjonuję. Może i faktycznie za bardzo przeżywam tego kota, za dużo o nim mówię, za bardzo nim żyję. Ale ja nie widzę w tym nic złego. To przecież żywa, kochana, czująca i myśląca istotka, którą wzięłam pod swój dach, więc jestem za nią odpowiedzialna. A naprawdę nie wystarczy tylko karmić.
Zanim pojawił się Kocio, w moim życiu była świnka morska, Agrafka. Kiedyś wracałam z nią od weterynarza (biedulka miała problemy, które niestety nie skończyły się dobrze), siedziała oczywiście w transporterku, ale było ją widać. Na pewno zwróciła uwagę wielu osób, ale przecież nikomu nie przeszkadzała. W pewnym jednak momencie zaczepił mnie pewien pan, chyba po kieliszku czy dwóch, więc rozmowny. Nie mógł pojąć, jak można zdecydować się na takie zwierzątko. No w głowie mu się to nie mieściło, więc zaczął mnie o to wypytywać. Na początku odpowiadałam kulturalnie, ale bardzo ogólnie. Nic mi się nie stanie, jak odpowiem, a jednak był po kieliszku, wolałam więc nie drażnić. Pan jednak wciąż naciskał i żądał wręcz wyjaśnień, po co mi takie zwierzątko. Wreszcie, gdy stwierdził (tzn. niby zapytał), że lepiej chyba było mieć męża niż świnkę morską, to najpierw parsknęłam śmiechem z tego zestawienia, ale potem spoważniałam. I patrząc panu prosto w oczy, powiedziałam: Tak, może i lepiej. Ale nie mam, a każdy potrzebuje kogoś do kochania. Pan się chyba trochę zmieszał, jakoś zaczął zagadywać temat, wypytał mnie jeszcze, czy wiem, co to semantyka (?!), a skoro wiem – to czemu świnka morska tak się nazywa. Wyraźnie jednak zagadywał temat. Wreszcie ukłonił się, podziękował za rozmowę i wysiadł. (Naturalnie ludziom w autobusie uszy urosły dwa razy takie, ale nikt się nie odezwał – bo po co? ;)).

A ja tak myślę, że powiedziałam panu coś mądrego. Kochałam Agrafcię i kocham Kocia. Nie oznacza to, że nie potrzebuję ludzi, i że zwierzęta mi ich zastępują. Nie uczłowieczam kota. Po prostu cieszę się, że mam o kogo się troszczyć i kim się zajmować. Każdy potrzebuje przyjaciela.


sobota, 8 marca 2014

Kobiety mojego życia

Któregoś dnia odkryłam, że brakuje mi kobiety. (Nie, to nie jest coming out :D ). Zabrakło mi bowiem kogoś, na kim mogłabym się wzorować, kto pomógłby mi samej stać się prawdziwą kobietą. Owszem, mężczyzna w tym procesie też ma swój udział. Ale przy jego pomocy odkrywa się tylko jedną ze stron kobiecości, a i tak może ona nie funkcjonować zbyt dobrze.

Bardzo długo miałam kolegów. Najlepsi przyjaciele dzieciństwa to rówieśnicy Michał i Łukasz. Z Michałem mieszkaliśmy w jednym bloku, nasi rodzice się przyjaźnili, a my znaliśmy się dzięki temu odkąd pamiętamy. Łukasz natomiast mieszkał w okolicach Otwocka, gdzie spędzałam większość wakacji. Pamiętam z tego czasu łażenie po drzewach, zbieranie pająków, jazdę na rowerze, tarzanie się na górce w czerwonych mrówkach i sto tysięcy innych zabaw. Towarzyszyli nam najczęściej inni jego koledzy, z rzadka – jakieś dziewczyny, ale takie, które się nie mizdrzyły i nie były „delikatesikami”. W pewnym momencie jednak się to zaczęło urywać, a wreszcie – definitywnie skończyło.
Mimo tego jednak wciąż szukałam kolegów. I zaczęły się problemy, bo sama już nie umiałam rozgraniczyć, czy widzę w nich kolegów, czy kogoś więcej – i kogo oni widzą, patrząc na mnie. Rola kumpelki wydawała mi się bezpieczniejsza, tego się więc trzymałam. Tym bardziej że nie potrzebowałam niczego więcej. Szukałam przyjaźni, tego mi brakowało, bo przyjaciółki – dziewczyny wciąż mi udowadniały, że nie jestem im potrzebna.
Przyszedł jednak czas, że się zakochałam. Spotkałam kogoś, kto uświadomił mi, że jestem kobietą. I to było niewyobrażalnie wręcz trudne, bo nagle okazało się, że nie wiem, jak nią być! Nie umiałam! Dodatkowo nie było wokół mnie nikogo, kto by mi w tym pomógł. Owszem, czytałam poradniki, jak się malować, jak ubierać, jak uwodzić – ale chociaż uważam się za inteligentną i „wyuczalną”, tu potrzebowałam nie tylko książek, ale i mentorki. Szkoda tylko, że nie zrozumiałam tego wtedy, od razu. Może ułożyłabym sobie tamtą relację, a może – dużo wcześniej się z niej wycofała. Czasu jednak nie cofnę. Cieszę się jednak, że spotkałam – czy w pewnym sensie odkryłam ­– w moim życiu:
  • Ciocię Krysię. Siostra mojego Taty, z którą miałam długo niewielki kontakt, raczej tylko z okazji spotkań rodzinnych. Zdarzyło mi się jednak, że zaczęłam z nią rozmawiać tak sobie, gdzieś na boku, o wszystkim i o niczym. Zaskoczyło mnie pozytywnie, jak ciepło i z jaką uwagą mnie potraktowała. Kontakt się zacieśnił i obecnie mogę powiedzieć, że mamy ze sobą fajną relację. Naturalnie, to moja Ciocia, ale traktuje mnie jak kobietę i z wielu spraw mogę jej się zwierzyć, w wielu problemach – zaufać, w każdej kwestii – doradzić. Bardzo to doceniam i bardzo, bardzo jestem szczęśliwa z tego powodu. Pamiętam, jak kiedyś zwierzyłam się jej, że poznałam chłopaka i kto wie… ;) Ciocia się ucieszyła, ale od razu powiedziała: „Pamiętaj, co ciocia ci powie: chłopu się nigdy całej d… nie pokazuje”. Nawiasem mówiąc, to Ciocia nie dobija mnie pytaniami „a kiedy za mąż”. Kiedyś jej powiedziałam, że po prostu nie trafiłam na nikogo odpowiedniego. Ciocia przyjęła to do wiadomości – i już.
  • Panią Grażynę. Tu już w ogóle jest bardzo fajnie, bo znamy się chyba 20 lat! Czyli odkąd poszłam do liceum. Pani Grażyna uczyła mnie bowiem w liceum języka niemieckiego. Potem, na studiach, uprosiłam ją o korepetycje, bo coś ciężko mi było na lektoracie. Przy jej wsparciu zdałam Zertifikat Deutsch, a jednocześnie, przy okazji konwersacji, wypłakiwałam jej ból istnienia (taki mój prywatny Weltschmerz). Potem lekcje się skończyły, ale znajomość została, wspierana z kolei wspólnym zawodem – bo ja też poszłam uczyć, tyle że polskiego. I tak do dzisiaj chodzimy na kawę czy ciastko, a pani Grażyna cierpliwie i nieustannie – i niezwykle bezinteresownie – dodaje mi otuchy w codziennym życiu. A ja patrzę na nią i ją podziwiam.
  • Panią Mariolę. To jest też ktoś niesamowity. Kobieta, którą poznałam w momencie, gdy straciłam pracę, a mieszkałam w wynajętym mieszkaniu i dopiero stawałam na nogi. Pani Mariola pomogła mi jako doradca zawodowy i psycholog jakoś się w tym odnaleźć, ale jednocześnie jej niesamowicie pozytywna energia dała mi siłę, by przetrwać okres najgorszego chyba załamania (w okresie po-Misiowym). Przy tym jest tak elegancka, że przyjemnie na nią po prostu patrzeć.


Wspominam tu kobiety, które z różnych względów w moim życiu jakoś mi – w pewnym sensie – matkowały. :) Ale poza nimi są i pani Małgosia, i pani Beata, i panie kosmetyczki Ania i Patrycja, i moja dorosła już młodsza siostra, i moje koleżanki – eleganckie młode kobiety.

Wszystkim Wam kochane dzisiaj dziękuję, że znalazłyście się w moim życiu. :)

PS Szwagier, o sportach kobiecych będzie jednak innym razem. ;p

piątek, 7 marca 2014

W gorsecie

Zajrzałam do Wikipedii, licząc na jakąś szybką, krótką definicję strachu. I nieoczekiwanie dowiedziałam się, że „psychopatologia odróżnia strach od lęku, którego obiekt jest zawsze irracjonalny”. Chyba zatem czas na zmianę terminologii codziennej. Nie odczuwam strachu przed tym, że nie stanę się nigdy perfekcyjną panią (domu), ale – lęk. Gdyż powód jest bardzo nieracjonalny.
Bo tak na zimno: co się stanie, jeśli nie będę perfekcyjną osobą? Czy w ogóle jest możliwe taką być? Nie sądzę. Nie z wygody czy lenistwa. ;) Po prostu parę sytuacji w życiu pokazało mi, że dążenie do perfekcji może człowieka – a na pewno mnie – w pewnych momentach obezwładnić i zrobić więcej krzywdy niż dać pożytku.
Jestem polonistką z wykształcenia i zamiłowania. Książki stanowią miłość mojego życia – i to pod różnym względem. Zarówno ich magiczna moc przenoszenia do innego świata, oderwania się od tego, jak też w ogóle – kreowanie tego innego świata za pomocą słowa. Sama nie miałam nigdy ambicji stworzenia czegoś zasługującego na miano epopei, powieści wszech czasów. Ot, pisałam pamiętniczki, jak każda romantyczna duszyczka, której wydaje się, że MUSI przelać na papier swoje myśli. Traktowałam to naturalnie, jak oddychanie. Nikt tego nie czytał, ale w czasach szkolnych moją potrzebę upubliczniania się w pełni zaspokajała konieczność pisania wypracowań. Bardzo rzadko pisałam je na brudno, bo też często pisałam pod impulsem myśli i skojarzeń. Potem poszłam na polonistykę, bardziej z braku pomysłu na siebie niż chęci rozkładania języka na czynniki pierwsze, ale odnalazłam się w tym świecie. W pewnym momencie aż za bardzo, niestety, i zostałam na studia doktoranckie. Czas ten było o tyle pożyteczny, że uzupełniłam specjalizację zawodową o redaktorską. Dzięki temu, gdy moje powołanie nauczycielskie umarło, mogłam w miarę szybko się przekwalifikować. (Do dzisiaj trochę żałuję, że tak późno, ale w sumie do emerytury – przy tym urodzaju na reformy – jeszcze trochę czasu mam). Doktoratu jednak nie napisałam. W pewnym momencie po prostu zabrakło mi właśnie nie wiedzy, a umiejętności pisania. Zwyczajnie nie potrafiłam napisać zwykłego referatu na konferencję (właśnie na konferencji na Krymie powiedziałam taki referat z głowy, tylko według punktów. Napisać nie umiałam!). Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Płakałam, chodziłam nieszczęśliwa, ale mimo że czytałam coraz mądrzejsze książki, prowadziłam zajęcia – jednym słowem: gromadziłam wiedzę, nie umiałam jej zapisać. Otwierałam kolejny plik w Wordzie, wpatrywałam się w migoczący kursor… i nic.
Co się działo? Teraz chyba już wiem. Paraliżował mnie lęk, że napisane zdanie nie będzie doskonałe. W owym czasie moim opiekunem naukowym (promotor jest powoływany dopiero po otwarciu przewodu doktorskiego) był profesor, na którego opinii zależało mi bardzo, a który oczekiwał ode mnie zbyt wiele. Lub ja tak to odbierałam… A ja, zamiast ocenić swoje możliwości i po prostu pisać zgodnie z nimi, dając sobie szansę na późniejszą poprawę i/lub zakładając możliwość fiaska, ale jednak wcześniej próbując – poddałam się. Uznałam, że albo muszę napisać OD RAZU doskonałą pracę – albo w ogóle jej nie zaczynać.
Tak, to nie m sensu. Tylko że ktoś, kto tak powie, pewnie nie miał w życiu sytuacji, w której czuł się gorszy, a zależało mu na czyjejś opinii. Mnie zależało na uznaniu profesora, a także pokazaniu mało życzliwemu otoczeniu, że jednak potrafię. I tak bardzo obawiałam się krytyki, że w końcu nawet nie spróbowałam.
Odeszłam z uczelni, jestem zaledwie panią magister, i czasem myślę, że mogłam mieć więcej. Z drugiej jednak strony, decyzja była słuszna. Wolę być zdrową „zaledwie” panią magister, zadowoloną z życia, mającą wciąż „coś” przed sobą, niż panią doktor w pokoju z miękkimi ścianami, i bez klamek… I znowu piszę! :)
Doktorat i związane z nim stresy to oczywiście duże wyzwanie i nie jest sprawą codzienną (w każdym razie nikomu specjalnie tego nie życzę). Istosta problemu może jednak wyglądać tak samo w przypadku każdej sytuacji. Często człowiek boi się podjąć jakiegoś wyzwania z lęku przed porażką. I jeśli ma konkretne ku temu powody – nie wiem, straci pracę, ryzykuje swoje lub czyjeś życie – to brawura jest niewskazana. Ale ile takich życiowych wyzwań mamy na co dzień? A ile lęku nieustannie nas jednak otacza? Pamiętam, jaki miałam nieraz problem, kiedy jeszcze mieszkałam wspólnie z rodzicami, żeby zrobić coś do jedzenia. Niejednokrotnie bałam się ukroić chleb, bo już w głowie słyszałam krytykę, że robię to „nie tak”. Pajdka za gruba, za cienka, po skosie, nie tak trzymam nóż… Ile razy denerwowałam się, że coś przypalę albo niedogotuję. Bo spotykała  mnie wtedy krytyka najbliższych, którzy przecież byli dla mnie ważni, ich ocena coś dla mnie znaczyła. Paradoksalnie rzadko mam ten problem w pracy. Oczywiście denerwuję się, kiedy nie udaje mi się wyłapać wszystkich literówek, kiedy zleceniodawca wytyka braki w mojej korekcie – bo może to się zwyczajnie przełożyć na wynagrodzenie. Ale kiedy szef, którego szanuję, mówi, że go zawiodłam, to jest mi z tym źle. I następnym razem nie oddaję już wykonanego zadania spokojnie, tylko jednak z bijącym sercem i lekko drżącymi dłońmi…
Źródłem tych wszystkich lęków jest więc najczęściej zaniżona samoocena. Potrzebujemy uznania innych, żeby pozwolić sobie na docenienie siebie. Różnie się to objawia. Czasem tym, że z drżeniem serca wyczekujemy pozytywnej opinii na nasz temat, czasem zaś – specjalnie szukamy takiego tła, takiego otoczenia, na tle którego na pewno wyglądamy korzystniej i wszyscy to widzą. Przede wszystkim jednak nie pozwalamy sobie pozbyć się gorsetu powinności, który pozwoliliśmy na siebie włożyć, co nie pozwala żyć i cieszyć się życiem.



Chyba więc nie warto dążyć do bycia perfekcyjną. Maniakalnie tępiąc wszystkie oznaki niedoskonałości, zabijamy tym samym radość życia! A po co? ;)

czwartek, 6 marca 2014

Radość z małego

Smuteczki często biorą się znikąd. Przychodzą i odchodzą jak zły sen… Czasem mają konkretną przyczynę, wtedy można je nazwać, zrozumieć i szybciutko się z nimi rozprawić. Gorzej, gdy zaczynam dokopywać się do problemów egzystencjalnych w rodzaju: nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie rozumie… Chociaż… też mam na to patent. Po prostu idę spać. Bo takie „problemy egzystencjalne”, a raczej ich rozkminianie, to oznaka zmęczenia. Przecież jestem świadoma tego, jak żyję i to nie zmienia się z dnia na dzień. A kiedy zaczyna mnie to gryźć, a ja się temu poddaję i zaczynam nad sobą rozczulać – to i tak nic mądrego nie wymyślę.

Niekiedy jednak dopada mnie ból pod nazwą „Nie jesteś doskonała”. I wtedy jest już trudniej.
Zaczyna się podstępnie. Przykładowo dzieje się to tak:
Budzę się rano z dobrą energią w sobie. Czuję, że chciałabym zrobić dzisiaj coś fajnego, żeby mieć poczucie wymiernego sukcesu, żeby móc być z siebie zadowoloną. – I to jest podstawowy haczyk. Przecież nie muszę zasługiwać się sama sobie na swoją sympatię! – Wstaję więc, a w głowie pełno planów. Postanawiam wreszcie zrobić to, o czym dawno marzyłam, a co do tej pory odkładałam. Wyszukuję więc przepis na potrawę, której dawno już chciałam się nauczyć; decyduję się zapisać na fitness – i to jeszcze tego samego dnia pójść na zajęcia, a żeby już całkiem nie tracić czasu, to od razu do grupy zaawansowanej („najwyżej jeden dzień będę zmęczona trochę bardziej”) albo 6 razy w tygodniu (i najlepiej to jeszcze rano i wieczorem…); postanawiam od dzisiaj systematycznie sprzątać całe mieszkanie „jak przed świętami” – odsuwanie mebli, mycie okien, czyszczenie podłóg, pranie i prasowanie… Ach, i jeszcze jak rasowa kobieta wreszcie zajmę się domowym ogródkiem, a ponieważ mieszkam w mieście, to zagospodaruję balkon i parapety! Na pewno przy tym wszystkim wyrobię się z terminami korekty. Przecież pracuję w domu, sama sobie układam grafik, z pewnością więc uda mi się wszystko pogodzić.
Chyba już wiadomo, jak to się kończy… Nic z tego nie wychodzi, a jest nawet gorzej niż zwykle. Jeśli nawet nie spalę kuchni, to z pewnością potrawa nie będzie tak smaczna, jak zachwalają ją wszyscy (pomijam, czy ocena jest subiektywna, czy nie). A jeśli wyjdzie nawet znośnie, to po pierwsze, i tak oceniam się krytycznie i tracę wiarę w swoje zdolności kulinarne, po drugie – zaproszony na degustację gość patrzy na mnie krytycznie (w moim mniemaniu – wrogo) i traci wiarę w moje zdolności kulinarne, po trzecie – sama nie mam ochoty tego jeść, bo jestem wykończona porządkami i fitnessem (a uczciwie – nie mogę się ruszyć i jeszcze na zajęciach wszyscy się ze mnie śmiali. Nie pójdę tam więcej, pocieszę się czekoladą, a przy okazji jeszcze mam świadomość, że nie odzyskam kasy za zapłacone z góry zajęcia). O przydomowym, balkonowym ogródku przypominam sobie, gdy dostarczają mi 20 litrów ziemi (i co ja mam z nią zrobić? Posypać się nią?!), co uświadamia mi wreszcie, że do mojego balkonu nie dochodzi słońce, więc tak jakby uprawa mija się z celem… I kiedy wreszcie przychodzi wieczór, nie mogę zasnąć, bo wiem, że nie zrobiłam na jutro zlecenia…
To naturalnie trochę przejaskrawiony rozwój wydarzeń, taki minidzień świra, ale myślę, że często zdarza się, iż sami odbieramy sobie możliwość cieszenia się z drobiazgów, dążąc do perfekcji. Lepsze naprawdę bywa wrogiem dobrego. Oczywiście, jeśli nie ustawimy sobie ciut wyżej poprzeczki, to być może nie uda nam się zajść dalej – tylko pytanie, ile wynosi to „ciut”? Czy przypadkiem nie zabijamy w sobie radości, popychani nadmierną ambicją (lub chęcią zaspokojenia czyjejś)? Zamiast cieszyć się z poziomu „czwórkowego”, a nawet „trójkowego” – musimy mieć zawsze „pięć”. Tyle że, gdy to „pięć” już przychodzi, rzadko mamy siłę, by się z tego cieszyć



Jeśli wstaję rano i mam ochotę zrobić coś fajnego, to czemu nie? Ale nie musi to być zaraz zdobycie Mount Everestu. Dla kogoś wejście na małą górkę może być sukcesem – jego prywatnym, osobistym. Zresztą na takich górkach bywa się z reguły częściej. (Tylko nie zawsze docenia). Poza tym, cóż z Mount Everestu? Kiedy już tam się dotrze, to nagle okazuje się, że zmęczenie nie pozwala się tym cieszyć tak, jakbyśmy chcieli, a poza tym – jesteśmy tam sami. (Albo z grupką innych szaleńców). Super, jeśli to nam odpowiada. Ale jeśli dążymy tam, by coś sobie lub komuś udowodnić… to właściwie, Kociu, po co? ;)

Tyle jest wokół radosnych drobiazgów. Jeszcze dzisiaj się uśmiecham na wspomnienie tego podnoszenia Kocizmowych łapek przy sprzątaniu. I co z tego, że może dokładnie tej podłogi nie wymyłam? Gdyby nie było kota, może żyłabym w sterylnym pomieszczeniu, nie deptałabym ciągle po żwirku (na trasie kuweta – kocia jadalnia). Byłoby czyściej. Ale nie miałabym tylu powodów do uśmiechu.

środa, 5 marca 2014

Czas wyrzeczeń

Absolutnie nie mam zamiaru nakłaniać do posypywania sobie głowy popiołem i robienia wyrzeczeń, jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby. Tak jak pisałam wcześniej, wolę nie poruszać tutaj gorących tematów, jak wiara czy religia. Myślę jednak, że kwestia ta mieści się w kategorii przemyśleń związanych z moją filozofią życia, dlatego też dziś, przy okazji, parę takich refleksji.

Dobrze jest czasem, nawet w naszym coraz bardziej zlaicyzowanym świecie, zastanowić się nad tym, co jest dla nas ważne i wartościowe. To nie jest przecież tylko patent katolika, który „ma obowiązek” kochać bliźniego i żyć dobrze. Jasne, że deklaracje nie zawsze idą w parze z postępowaniem. I naprawdę to, że Miś był niewierzący, nie stało się powodem rozpadu naszego związku. Bardziej fakt, że był... nawet nie złym człowiekiem, ale nie szanował drugiego człowieka, swojego słowa i cudzych uczuć. Katolicy też tak mają. I pewnie protestanci, prawosławni i muzułmanie. Miś kiedyś użył takiego sformułowania, że on mnie kocha „na swój sposób”. To chyba była jedna z nielicznych prawd, jakie od niego usłyszałam.

Każdy robi wiele rzeczy „na swój sposób”. Kocha, czuje, ocenia, pragnie czegoś, hierarchizuje. Ale naprawdę, niezależnie od wyznania, super jest, jeśli przy tym „swoim sposobie” nie krzywdzi się drugiego człowieka. Spodobał mi się dzisiaj na fb taki obrazek ze strony Franciszka:


Bardzo mądrze jest to napisane: „Jest sposobnym czasem”. Nie ma obowiązku. To tylko dobra okazja, żeby znowu podjąć próbę zrobienia czegoś innego. Ktoś mnie zapytał, dlaczego przez własne wyrzeczenia możemy komuś pomóc, niby w czym, niby jak. Nie wiem, dla mnie to jest proste. Przecież nie muszą to być dobra materialne. Dużo ważniejsze jest, żeby czasem poświęcić własną wygodę i przyjemność dla czyjegoś dobra. Ja osobiście bardzo lubię ludzi, którzy poświęcają swój czas na wysłuchanie mnie – ale ja też jestem w stanie np. powstrzymać gejzer płynących słów, żeby zrobić przyjemność komuś, kto nie ma siły/czasu/ochoty/nie teraz, ale później – tego słuchać. :)

Bo jeśli nie wiązać tego z Wielkim Postem, ogólniej - z religią, fajnie czasem zrobić coś dla kogoś, ot tak, bezinteresownie. Przecież my też mamy z tego korzyść. Czujemy się lepsi. Potrzebni. Kochani. Zyskujemy świadomość, że „w razie czego” MY będziemy mieli odwagę zwrócić się do tej osoby. Gratyfikacja nie zawsze jest wypłacana w takiej samej monecie, ale zazwyczaj jest i nie ma co się oszukiwać – liczymy na nią. Czasem jest to po prostu spokój, uczucie, że zrobiliśmy, co do nas należało, że jesteśmy w porządku.

Jeśli więc kogoś drażni otoczka religijna, to niech ją zdejmie – wciąż jednak chodzi o to samo.

Post w kuchni

Środa Popielcowa. Rozpoczyna się Wielki Post. Taki duchowy, kiedy przyzwoity chrześcijanin sprząta duchowe brudy, by przygotować się na najważniejsze w roku liturgicznym święto. Ale też taki (nie wiem, czy to dobre słowo) fizyczny, rozumiany jako powstrzymywanie się od pokarmów mięsnych. Dzisiaj i w Wielki Piątek dodatkowo obowiązuje post ścisły, czyli jemy raz, a do syta.

Oczywiście, jak pisał ks. Twardowski „W piątek nie jeść mięsa to grubo za mało”. Żeby jednak mieć siłę na doskonalenie duchowe, coś zjeść trzeba. W związku z tym proponuję – tadam! – zapiekankę ziemniaczaną. Jest tak łatwa, że nawet ja ją zrobiłam. Oczywiście zmodyfikowałam, bo jak inaczej. ;) Nie po to, żeby błysnąć na blogu, ale po prostu akurat to – i tyle – miałam w kuchni.

Konkrety:
Zaglądamy najpierw TU. Następnie sprawdzamy, co z tego mamy w domu. ;) Ja miałam:
– ziemniaki
– cebulę (1)
– pomidory
– 1 puszkę tuńczyka w oleju
– plastry sera żółtego (4)
– jogurt naturalny
– sos sałatkowy w papierku.

Wzięłam brytfankę żaroodporną. Obrałam kilka ziemniaków (5?), tak żeby część pokryła dno, a druga część przykryła całość z góry. (Robiłam dwie warstwy, bo jestem jedna, po co mi więc taka masa?).

Część ziemniaków pokroiłam w plastry i wyłożyłam nimi dno brytfanki, uprzednio pomazanej olejem. Następnie wyłożyłam tuńczyka. Jedna puszka to trochę mało, ale tyle miałam... Potem dałam część cebulki, skrojonej w plasterki. Przykryłam to drugą częścią ziemniaków, też w plastrach. Na to wyłożyłam resztę cebuli i pomidora w plasterkach.

Mały jogurt naturalny zmieszałam z sosem sałatkowym z torebki. Nie wiem, jaki. Po prostu był. Pomyślałam, że można by dodać jeszcze kminku, ale nie wiedziałam, gdzie akurat jest. Pomazałam tym sosem po wierzchu. Całość przykryłam plastrami żółtego sera.

Wstawiłam do nagrzanego na ~ 170 stopni piekarnika. Na około godzinę, jako że ziemniaki i cebula są surowe.

I wszystko. Pozostaje życzyć smacznego. Chociaż to post. :)

A na strawę duchową zapraszam ciut później.



PS Radzę jednak trochę bardziej podgrzać piekarnik. ALBO podgotować ziemniaki. :)

wtorek, 4 marca 2014

Pomocne dwa "K”

Czasem łapię jakiś smuteczek. Życzliwa dusza pyta, co mi, a ja na to: To co zawsze, czyli nic. Bo w sumie – nic. Tyle nieszczęść na świecie, żeby daleko nie szukać – na opisywanej w poprzednim poście Ukrainie – a mi smutno. Więc nie robię dramatów, tylko staram się: a) znaleźć źródło, źródełko, praprzyczynę tego nastroju; b) w zależności od powodu – znaleźć remedium. Dzisiaj było łatwo: po prostu jestem znużona wykonywaną pracą. Jestem korektorką (w porywach, jak ktoś ma gest – redaktorką), a ponieważ jeszcze nie popadłam w rutynę, to zajęcie mnie cieszy. Tak zazwyczaj, ale dzisiaj poczułam, że jakoś mi nie idzie. Może tekst trudny, może pogoda nie taka, może jeszcze coś. W każdym razie, kiedy wstałam zrobić kolejną herbatę, zrozumiałam, że uciekam od pracy. Poczułam się bardzo z siebie niezadowolona. No bo jak to? Mam możliwość zarobku, mam warunki do pracy – a ja marudzę... No cóż, ludzka rzecz, a kobieca – tym bardziej. Gorzej, jak na tym etapie się zostanie. ;)
Dzisiaj poradziłam sobie z tym zadziwiająco dobrze, szybko – i bardzo, bardzo kobieco. ;) Otóż przede wszystkim poszłam do kuchni, by zrobić szybkie wytrawne muffinki drożdżowe „na winie”. ;) Futrzak się plątał, ale nie za bardzo. I wyszedł z kuchni dopiero wtedy, gdy wytarłam ostatnią szklankę i w zasadzie już nie przeszkadzał. A nie, przepraszam. Został jeszcze podczas zamiatania podłogi. Siedział centralnie w miejscu, które właśnie miało być ogarnięte – dumny, niewzruszony i oczywiście po nic. Kiedy podchodziłam ze szczotką i machałam, by go odgonić, on patrzył na mnie spokojnie i z godnością po kolei podnosił łapy. I jak tu być smutnym? ;)
Każde sprzątanie z kotem jest takie zabawne. Trochę może wolniej to idzie, ale z drugiej strony – jakiż on jest kochany i słodki, gdy tak „po nic” asystuje przy każdej czynności. A potem śpi wykończony całodzienną pracą. :)

Kocio znów ma etap miziaka. Przychodzi do łóżka, kładzie się obok, wygniecie, wymruczy, obślini – jednym słowem: ukocha całym sobą. A jak śmiesznie potrafi nieraz w czasie zabawy podlecieć i wyciągnąć się do mnie tak, że niby coś chce, a gdy się schylę, dostaję szybkiego buziaka noskiem, po czym leci z powrotem do zabaweczki… Tylko na kolana nie chce wchodzić, ale widać ten typ tak ma. Z kolei jak już przyjdzie się przytulić, ileż to radości! Jest jak poniektórzy faceci pod tym względem: w dzień powściągliwy do mnie, ale noce są nasze. ;) A pod innymi względami – dużo, dużo kochańszy.


Wolę robić pierogi

Żeby nie było monotonnie, to dziś nie o facetach. Tym bardziej że na Ukrainie wciąż się dzieje niedobrze. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Jakie będą tego skutki dla Ukrainy. A jakie dla nas.

Pisałam kiedyś trochę o tym, jak to nie znam się na polityce. Niestety, wcięło mi ten wpis (no dobrze, nie zrobiło się samo, coś tam poprawiałam, poprawiałam – i skasowałam, najwyraźniej nieodwracalnie). Drugi raz tego nie napiszę. Przypomnę więc tylko, że na polityce znam się tak „po swojemu”. Nie aspiruję do miana politologa ani eksperta. Staram się być na bieżąco z aktualnościami, zwłaszcza teraz, gdy tak niespokojnie jest na wschodzie. Myślę, że podobne odczucia mamy wszyscy: że to straszne, co się tam dzieje. Jestem jednak zwykłym człowiekiem, nie za bardzo mogę wpłynąć na tę sytuację, więc tylko tak sobie myślę o różnych rzeczach z tym się wiążących.
Zazwyczaj przerażają mnie relacje na żywo z takich wydarzeń. To coś niesamowitego: na placu toczy się walka, prawdziwa przecież, a przed kamerą stoi dziennikarz i odpowiada na pytania dotyczące sytuacji za jego plecami, zadawane ze studia. Nie mówię, że on nie odczuwa emocji, ale jednak dla mnie to takie nie na miejscu... Wolę szczerze mówiąc czytać relacje w gazetach lub widzieć korespondenta w studiu, a nie na tle teatru działań. Naturalnie nie jest to pierwszy reportaż tego typu, jaki widziałam. Pierwszy raz takiego w pewnym sensie szoku doświadczyłam, kiedy oglądałam na przypadkowo włączonym ekranie telewizora, jak uderzają samoloty w nowojorskie wieżowce WTC. Był jedenasty września, a ja miałam wrażenie nierealności. To nie był film, pokazywano coś, co dzieje się w tej chwili, chociaż na innym kontynencie. Nikt nie wiedział, jak zakończy się to wydarzenie, bo nie było scenariusza, a ludzie w samolotach i płonących wieżowcach umierali naprawdę. A jednak trudno było w to do końca uwierzyć. Nawet teraz nie bardzo potrafię… A Ukraina przecież jest tuż obok. Byłam tam parę razy: i we Lwowie, w Kijowie (na Majdanie też), w Humaniu i na Krymie. Pamiętam, jak wysiadałam w Symferopolu – z ogromną ulgą, bo podróż była bardzo długa. A teraz to już nigdy nie będzie takie samo.
Technika jest oczywiście w wielu przypadkach bardzo pożyteczna, ale to jednak niesamowite – obok toczą się walki, a ty siedzisz przed ekranem telewizora i na to patrzysz. W każdej chwili możesz wyłączyć odbiornik i odciąć się od tego, ale ludzie tam – dalej giną. Tylko za co?
Zagubiłam się trochę w tym ukraińskim konflikcie. Nie do końca już wiem, od czego tak naprawdę wszystko się zaczęło. Z jakiego powodu ci ludzie wyszli na Majdan. Akurat ten moment zbiegł się trochę z moim „wyjazdem w Bieszczady” – czyli totalnym odcięciem się od świata zewnętrznego. Tylko przypadek sprawił, że wybrałam akurat ten czas. Oczywiście docierały do mnie informacje, że „wciąż się dzieje”, nawet „wyjazd w Bieszczady” nie pomógł, ale na szczęście nie mam tam nikogo, o kogo musiałabym się bać, mogłam więc sobie pozwolić na pewne odcięcie się od złej rzeczywistości. Zatem nie śledziłam newsów na bieżąco, ale mimo wszystko łatwiej mi chyba ogarnąć to, co dzieje się teraz, zobaczyć mechanizmy rozwoju wydarzeń, niż wskazać ich genezę.
Teraz to już polityka, przetasowania układów i obszarów wpływów. Na pewno nie po to protestujący na Majdanie ludzie wyszli z domów, porzucili rodziny i zaryzykowali zdrowie czy nawet życie. Zastanawiam się, jak bardzo musiało być im źle, by coś takiego zrobić. A z kolei – czy w takim razie nam, tutaj w Polsce, jest dobrze? Wprawdzie narzekamy, krytykujemy i faktycznie jest coraz trudniej osiągnąć takie minimum poczucia bezpieczeństwa, jakie dają stała praca czy mieszkanie, to jednak wciąż więcej mamy niż nie mamy. Jest trudniej to osiągnąć, ale nie jest to niemożliwe. Pytanie, czy to nie rozleniwia za bardzo. (Co nie znaczy, że namawiam do wyjścia z domów i budowania barykad...).

Trudny temat polityka. Zwłaszcza dla osoby tak mało ogarniętej w świecie gier, w które nieustannie grają ludzie – nawet na takim najprostszym społecznie poziomie. Próbuję je zrozumieć, próbuję brać w nich udział – ale kiedy już totalnie się zagubię, to patrzę na mojego kochanego kota, śpiącego obok na poduszce, i wiem, co by mi odpowiedział, gdybym zapytała: Kociu, ale po co mi to wszystko wiedzieć? ;)

poniedziałek, 3 marca 2014

Sympatyczny twardziel

Nie ustając w chęci znalezienia mężczyzny życia (przynajmniej na jakiś czas), ponownie z ufnością weszła na sympatyczny portal randkowy. Baza panów była przecież na tyle obfita, że z pewnością uda się znaleźć kogoś fajnego, myślała. Dlatego nick „fajnyzwawy” potraktowała jako wręcz odpowiedź na swoje oczekiwania. Napisała, odpisał – i od razu ją zaskoczył, bo nie pytał o wymiary i ulubioną pozycję, tylko o dzisiejszy nastrój i „czy też brakuje jej kogoś bliskiego w tym świecie”. Ufna gąska odczytała to tak, jak chciała, uwierzyła, że wreszcie się jej udało, no i zaczęła się korespondencja. Maile były nieczęste: tak, żeby się nimi nie nasyciła, ale z kolei – by zbyt długi czas oczekiwania na odpowiedź nie zniechęcił. Oczywiście tego nie widziała, cieszyła się nawet, że mają czas, by wzajemnie się poznać. Ach, i nie domagał się zdjęcia, więc ważniejsze było dla niego wnętrze, dusza, umysł – cieszyła się dalej. Jakiż to musi być wrażliwy człowiek, myślała. Pewnie też przeżył jakieś rozczarowanie, więc teraz rozumie, co naprawdę jest wartościowe. Z kilku mimochodem wtrąconych informacji wynikało, że jest kawalerem. Tu jednak wyjątkowo zachowała dystans emocjonalny. Zbyt wiele razy – tak w świecie realnym, jak i wirtualnym – spotykała się z krętaczami. Na początku przerażało ją to, oburzało i szokowało: jak on może, przecież ma żonę, tak nie wolno! Potem jednak uznała, że cóż, nie zbawi świata, i przestała się tym przejmować. Dalej nie uznawała spotkań z żonatymi, po prostu szkoda było jej czasu, ale śmieszyło ją nieraz, z jakim zapałem niektórzy próbowali ją przekonać do randki. Jednemu z odważniejszych, który zapraszał ją do siebie podczas nieobecności żony w domu do siebie (!) „na lampkę wina i chwilę przyjemności”, odpowiedziała, że wierzy, iż dostanie wino i chwilę, ale nie ma gwarancji na przyjemność. Chyba się obraził. ;) Inny pisał, że żona go nie rozumie. Po dwunastym mailu (na które nie odpowiadała) zrozumiała – żonę. W końcu jednak i to ją znudziło. Wyostrzyła jednak uwagę pod tym kątem i nawet „fajnemu” Romkowi nie ufała w tej kwestii.
On jej jednak nie zawiódł pod tym względem. Kiedy trochę już popisali, zaproponował spotkanie, a że to była wiosna, umówili się na spacer nad jedną z warszawskich kałuż, „by wspólnie nakarmić kaczki”. Złośliwy głosik cichutko szepnął jej w głowie: „Spryciarz. Pozuje na romantycznego, a w gruncie rzeczy oszczędny”, ale sama skarciła się za te myśli. Przecież on na pewno jest nieśmiały i wrażliwy, i na pewno nie o to chodzi, ale ja oczywiście muszę się doszukiwać wszędzie złych intencji, myślała. I poszła, nie biorąc kawałka bułki dla kaczek.
Na wstępie już okazało się, że brak bułki był dużym niedociągnięciem, bo Romek swoją miał, ale nie planował się dzielić. Poszła do sklepu, nabyła i karmiła. Po trzecim okrążeniu zbiorniczka wodnego bułka wreszcie się skończyła. Miała nadzieję, że to dobry moment, by się urwać, bo spotkanie toczyło się… dziwnie. Chłopak zachowywał się tak, jakby próbował realizować jakiś plan, z góry narzucony przez kogoś, a nie czuł się z tym dobrze. Próbował połączyć dżentelmena z maczo, rozumianego jako chama, co to się nie przejmuje, że kobieta za nim nie nadąża, choć to tylko spacer, czy nie widzi, że zerwał się wiatr, od którego ona dygocze i wolałaby wejść do jakiejś kawiarenki (a nawet do Empiku…) albo po prostu się pożegnać. Dreptała jednak za nim potulnie, nie wiedząc, co ma zrobić i o co w tym wszystkim chodzi. Wreszcie zdobyła się na odwagę i powiedziała, że niestety musi wracać, bo jest głodna. Ulga na jego twarzy była tak czytelna, że aż się roześmiała, co go chyba zreflektowało, bo zaczął przepraszać i tłumaczyć się ze swojego dziwnego zachowania. Wiesz, jestem bardzo spięty, starałem się dobrze wypaść, a z drugiej strony ty tak mało mówiłaś, że nie wiedziałem, czy się nie nudzisz ze mną – i takie tam tratata. Nie wiedziała, co myśleć, więc uznała, że w ogóle nie będzie, uśmiechnęła się, pomachali sobie i pobiegła do autobusu.
Odezwał się za dwa dni z propozycją kolejnego spotkania. A więc jednak!, pomyślała. Jednak coś mu się we mnie spodobało! On… no cóż, bądźmy szczerzy. Był przeciętny, ale przecież to nawet lepiej, nie będzie taki rozrywany przez inne, myślała praktycznie. A ile odwagi musiała go kosztować obecna propozycja – snuła dalsze rozważania. Bo zaprosił ją do siebie, żeby coś obejrzeli, ale w każdym zdaniu zapewniał, że nie musi się bać, że po prostu – będzie szczery – nie ma za bardzo kasy na chodzenie po mieście, do kina i takie tam. I jeśli ona woli, to on może przyjechać do niej. Pomyślała, a co mi tam, pojadę. Wspomniała Egipt, westchnęła i odpisała, że owszem, zgadza się, mogą coś razem obejrzeć.
Mówi się, że głupi mają szczęście, a nad szaleńcami czuwa Opatrzność. Gąska zatem miała szczęście i opiekę, i trzy spotkania przebiegły jej w miłej, sympatycznej i delikatnie romantycznej atmosferze. Oglądali filmy, siedząc obok siebie i nieśmiało popatrując na siebie. Czasem delikatnie brał ją za rękę, a na trzecim spotkaniu nawet objął! Wracała uśmiechnięta, coraz bardziej rozmarzona i pełna nadziei, że może… wreszcie… W rzadkich chwilach pikał jej delikatny niepokój, bo jednak to nie było takie typowe zachowanie, a chłopak – mówmy wprost – nie wyglądał jej na zakompleksionego pierdołę. A jednak widziała, że mu się podoba. To o co chodzi, główkowała chwilami. Ale dawała sobie spokój. Dziwne też wydawało się jej, że mimo tej delikatności i wrażliwości nie przejmował się nigdy jej samotnymi i dość późnymi powrotami komunikacją miejską. Odprowadzał na przystanek, ale nie był to bezpośredni autobus, a miejsce przesiadki było mało przyjazne. Sama jednak nie miała odwagi poprosić, by pojechał razem z nią chociaż ten nieprzyjemny kawałek drogi. Nie chciała robić kłopotu, a jemu pewnie nie przyszło to do głowy. Mężczyźni bywają mało domyślni…
Tak, bywają. Ale ona też nie sądziła, jaka niespodzianka spotka ją od niego ok. dwa tygodnie później. Tyle bowiem milczał po tym ostatnim spotkaniu. W końcu zagryzła wargi i napisała do niego maila. Cześć, czemu się nie odzywasz, może się spotkamy? Tak, odpisał, nie odzywam się, bo nie widzę sensu w naszych spotkaniach. Ty byś chciała karmić kaczki albo oglądać filmy, a ja chciałem seksu. Nie muszę ci wsadzać swojego twardziela od razu, napisz, co lubisz, ale inny cel spotkania mnie nie interesuje.
Dotychczas sądziła, że powiedzenie „oplułam monitor, jak cośtam przeczytałam” jest przenośnią. Nie jest, bo cała kawa, którą właśnie sobie zrobiła i której łyczek wypiła, poszła prosto na monitor laptopa. Odstawiła kubek, wytarła lapka, siebie i podłogę. Otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Wzięła kilka głębokich oddechów i ponownie przeczytała wiadomość, sądząc, że coś źle zrozumiała. Niestety nie.
Zastanawiała się, jak się zachować. Sama nie wiedziała, co ją najbardziej w tej sytuacji upokorzyło. W końcu machnęła ręką, ale jednak nie potrafiła zostawić takiego maila bez odpowiedzi. Wreszcie napisała: Szkoda, że od razu nie napisałeś, że o to ci chodzi, tyle czasu oboje straciliśmy, bo faktycznie nie jestem zainteresowana. Zamknęła pocztę w komputerze, a znajomość – w swojej głowie. Była przekonana, że on nic już nie odpisze, bo po co? Przeżyła więc szok, gdy następnego dnia w pracy, po zalogowaniu się do komputera, wyskoczyła odpowiedź od niego: Człowiek chce zrobić jej dobrze, i to za darmo, a ta jeszcze fochy strzela…

Minęło trochę czasu, zanim zdecydowała się pójść na kolejne spotkanie, też ustawiane, ale przez życzliwych znajomych. Namiary na Romka jednak zachowała – gdyby któraś koleżanka potrzebowała takiego wolontariusza…

sobota, 1 marca 2014

Amazing! (3/3)

Po filmie „Ona”, o którym nie mogę przestać myśleć, lawiną potoczyły się wspomnienia o innych, które zapadły mi w pamięć głęboko. Na pewno ogromnego wzruszenia dostarczył mi musical „Mamma mia!”, ale bardziej z powodu sytuacji życiowej, w jakiej wtedy byłam, niż sam z siebie. Kupiłam później dvd, ale nie obejrzałam ani razu… jeszcze. Obejrzę kiedyś. Na pewno. Głównie po to, żeby go odczarować.

Innym takim filmem było „Przeczucie – z Sandrą Bullock. To moja ulubiona aktorka. Z tym filmem wiążą się dwojakie wspomnienia: emocji wywołanych samym filmem, ale głównie – okoliczności towarzyszących. „Przeczucie” na ekranach pojawiło się w 2007 roku. Wspominam ten rok jako jeden z bardzo trudnych (jeśli nie najtrudniejszych) w moim życiu. Bardzo dużo wtedy się zadziało, ale na szczęście – co okazało się później – niektóre rzeczy wyszły mi na dobre, a i poznałam wielu różnych ludzi. Niektórzy z nich do dzisiaj są obecni w moim życiu, jak Kasia czy Paweł. Niestety, poznawałam też innych. Teraz te wspomnienia mnie bawią, ale wtedy złościły. Może gdyby przeczucie z filmu udzieliło mi się choć trochę, byłoby mi łatwiej. A może nie? W końcu fabuła pokazała, że nie da się uniknąć przeznaczenia.
To film sprzed dobrych kilku lat, więc chyba już mogę odwoływać się do fabuły. Film opowiada historię pewnej kobiety – Lyndy (Sandra Bullock), której mąż ginie w wypadku samochodowym. Następnego dnia rano jednak Lynda budzi się obok swojego małżonka, żywego i zdrowego… Kobieta w końcu orientuje się, że do wypadku jeszcze nie doszło, że to była jedynie wizja. Szereg kolejnych wydarzeń wskazuje jednak, że może ona się spełnić. Lynda próbuje znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla tego zjawiska, ale kolejne osoby, którym się zwierza, niewiele mogą jej pomóc. Kiedy nadchodzi wreszcie krytyczny dzień, Lynda wreszcie pojmuje, w jaki sposób ma dojść do katastrofy i próbuje jej zapobiec…
W moich wspomnieniach „Przeczucie” jest jednym z filmów określanych od przedwczoraj – amazing! (Sama nie wiem, czemu tak ulubiłam sobie to słowo). ;) Trafiłam na niego przypadkiem, ale na film z Sandrą Bullock idę w ciemno. Oglądałam go na wstrzymanym oddechu, wyszłam zapłakana – właściwie nie wiem, czemu – i po prostu trzęsłam się z emocji przez połowę drogi do domu. Nie było mi dane jednak skupić się na tych wrażeniach, bo mój towarzysz na to nie pozwolił. Tak, wiem, co można pomyśleć, ale to ja. Moja sytuacja. Więc nie rozpraszały mnie słodkie komplementy czy próby mizianek w miejscu publicznym (mówię o powrocie, podczas filmu, nawet jeśli coś się działo, to nie zauważyłam), ale męcząca konwersacja. A ja próbowałam być kulturalna (zawsze staram się być uprzejma, gdy widzę, że ktoś jest ewidentnie nieogarnięty, chyba że już ostro przegina – wtedy zaskakuję nawet samą siebie mistrzowską ripostą), chociaż w środku byłam po prostu wściekła. Dlaczego?
Ano dlatego, że wieczór znowu nie spełnił moich oczekiwań. Był 2007 rok, Miś rzucił mnie po raz pierwszy, a ja wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mi wybaczy to rozstanie (tak, wiem co piszę), myślałam że jest to rozstanie definitywne i po prostu nie wiedziałam, co robić. Byłam wtedy na tym etapie życia, że po prostu i zwyczajnie nie było przy mnie nikogo, komu odważyłabym się zaufać. Dawne przyjaciółki się pokończyły, nowym znajomym nie umiałam jeszcze zaufać, rodzinie tym bardziej (niestety). Siedziałam więc na czatach, randkowych i innych stronach i po prostu szukałam kogoś, do kogo można się odezwać. Poznałam wtedy m.in. księdza, który twierdził, że szuka kogoś do rozmowy po polsku (był kolejny rok poza krajem), ale naprawdę w 2007 roku nie było innych serwisów po polsku niż ilove? Chyba wtedy poznałam też Bena, Niemca, z którym poszłam na przykład do Muzeum Powstania Warszawskiego i pamiętam, że kazałam mu się nie odzywać za dużo. ;) Rozmawialiśmy po niemiecku, angielsku i polsku oraz za pomocą pokazywania rękami. I było fajnie. No i poznałam też właśnie bohatera dzisiejszego wpisu. Kompletnie nie pamiętam, jak miał na imię. Na pewno za to był doktorantem – niestety, chodzą mi po głowie dwa skrajne skojarzenia: filozofii albo prawa. Nieistotne. Poznaliśmy się więc na jakiejś stronie, przeszliśmy na czat i Doktorant zaproponował spotkanie. Bardzo było to po mojej myśli, więc się zgodziłam, ale wciąż czekałam na jego inicjatywę, z czego zresztą ochoczo skorzystał. W efekcie umówiliśmy się na piątkowy wieczór do kina „na jakąś prostą amerykańską komedię” – poprosiłam. Spotkaliśmy się zgodnie z planem, a dalej już było tylko gorzej. Po pierwsze, okazało się, że źle sprawdził repertuar i filmu, na który byliśmy umówieni, już nie grają. Wtedy ja wskazałam palcem na plakat „Przeczucia” i zaproponowałam, że w takim razie może to. Nieświadomie w ten sposób zamieniłam koncepcję lekkiej amerykańskiej komedii na thriller (może to było nawet podświadomie? Jako odwzorowanie tego, co działo się w moim życiu? Chciałam, by było pogodnie, a zamiast tego dostałam dreszczowiec…). Poszliśmy więc do kasy. Stałam obok z niepewnym uśmiechem, a kiedy przyszła nasza kolej, Doktorant poprosił o dwa bilety, z tym że on płaci tylko za jeden, a za drugi ona – i wskazał na mnie. Nie tylko mi z hukiem spadła szczęka na podłogę, widziałam że pani też zaokrągliły się oczy. Miałam pieniądze, nie w nich rzecz. Tylko było dla mnie wtedy oczywiste, że takie rzeczy załatwia się wcześniej. Jeśli już – bo w gruncie rzeczy byłam przekonana, że jeśli zostałam zaproszona, to będę i „zapłacona”. Tym bardziej – powtarzam – że wcześniej nie było żadnych ustaleń. Przyjęłam zatem konwencję, że „randka w ciemno” to też randka. Widać jednak jego konwencja nie pokrywała się z moją. Więc przy tej kasie zrobiło mi się jakoś niesmacznie, wstyd i w ogóle. Poprosiłam więc Doktoranta, żeby teraz zapłacił, a ja mu zaraz oddam. Chciałam jak najszybciej zejść z oczu pani w kasie i ludziom w kolejce. Tylko odeszliśmy od kasy, a Doktorant przypomniał o pieniądzach: bo wiesz, ja jestem biednym doktorantem…

Dygresja: wtedy myślałam, że chłopak wybił się nad innych „ciemnorandkowiczów”, ale moja koleżanka spotkała się kiedyś w takiej sytuacji z kimś, kto zaprosił ją na spacer… po Empiku. Podobno wzięła go do McDonalda i nakarmiła. :)

Oddałam za bilet, naprawdę nie mam z tym kłopotu. Tak naprawdę rzecz nie w forsie, ale jakoś nieładnie według mnie to wyszło. Teraz bym tego nie przeżywała, może nawet nie zauważyła, może nawet mu postawiła…? (Bilet, naturalnie). Nie przeczuwałam jednak wtedy, co będę o tym myśleć w przyszłości.
Powrót był też średnio ciekawy, bo ja wyszłam rozdygotana z emocji, a on „taktownie udawał, że tego nie widzi”. Pytał mnie o książki – co czytam, ile tygodniowo, dlaczego nie takie – ale to było pretekstem, by mógł się pochwalić, ile ich ostatnio przeczytał, i jakie sobie kupuje, i gadał, gadał, gadał. A ja potrzebowałam ciszy, jeśli nie chciał mówić o filmie. Poprosiłam o to, ale nie zrozumiał, o co mi chodzi i czego chcę. A ja się trzęsłam po prostu…
Więcej się nie spotkaliśmy. Nie dlatego, że nie było mnie na to stać. ;) Jakoś nie było chęci po obu stronach, potem rozmowy na czacie zawężały się do wysyłania sobie dowcipów, aż i to się skończyło. A na „Przeczucie” poszłam drugi raz, bo za pierwszym naprawdę się spłakałam tak, że mało co zrozumiałam. Za drugim razem płakałam mniej. Trzeciego od tamtej pory nie było, bo wciąż trochę się boję. ;)

Żeby nie zakończyć smutno, na koniec coś kociego. Koledzy, z którymi współpracuję w pewnej redakcji, uznali, że z powodu nadmiernego „zakocenia” życia (dodatki, biżuteria, kot w pełnej krasie i myślenie o drugim) mogę zostać starą panną (jakbym już nią nie była). Bo podobno wszyscy ich kumple, których partnerki mają koty, na te koty są uczuleni (moja riposta: a co mają mówić?). Odpowiedziałam z pewnością, która mi ostatnio powoli wraca: Znajdę męża. Mam mieszkanie, zarabiam, dobrze gotuję, jestem inteligentna, ale w domu mogę być głupia.

Wrócili bez słowa do pracy. :)




piątek, 28 lutego 2014

Amazing! (2/3)

Miałam kiedyś znajomego, który odznaczał się – poza innymi – pewną ciekawą cechą wypowiedzi. Otóż miał problem, by skończyć zdanie. Słuchało się go fantastycznie, był ukochanym wykładowcą polonistów i do niego naprawdę nie chodziło się z obowiązku, a przede wszystkim dla przyjemności. Miał bardzo dużo do powiedzenia i wiele radości z tego, że może się swoją wiedzą dzielić. Ale było jej chyba za dużo, takie miałam przynajmniej wrażenie, gdy go słuchałam. Czasem już, już, myślałam, że powie ten ostatni wyraz, postawi kropkę i będzie można się zadumać nad głębią i wagą wypowiedzi. Prawie nigdy to się nie zdarzyło, bo przedostatni wyraz był punktem wyjścia do następnej refleksji. I dopiero zegar wymuszał zakończenie – też zresztą zazwyczaj niedokończone. Zdarzyło mi się być kiedyś protokolantką zebrania, w którym uczestniczył. Jak ja się bałam, że on zabierze głos! Nie umiałam sobie bowiem wyobrazić, jak zapisać jego ewentualną wypowiedź, jeśli jej nie skończy!

Mam chyba podobnie. (W sensie technicznym wypowiedzi, bo do porównań merytorycznych nawet nie podskakuję). Też czasem mam wrażenie, że temat wciąż nie zasługuje na kropkę. Po każdym „ostatnim” zdaniu pojawia się „jeszcze tylko jedna myśl”, którą koniecznie trzeba rozważyć. Tak jest z filmem „Ona”, o którym wczoraj pisałam. Skupiłam się najbardziej na wątkach samotności ludzkiej oraz radości z odkrywania świata. Ale jeszcze jedna kwestia przyszła mi do głowy.
Miałam bowiem wrażenie, że tempo filmu jest mało dynamiczne. Nie było dłużyzn, nie. Po króciutkim namyśle stwierdzam, że nie widziałam tam ani jednej niepotrzebnej sceny, ani jednego zdania, które uznałabym za możliwe do opuszczenia bez szkody dla filmu. Faktem też jest, że trudno mówić o dynamice w filmie, którego zasadniczym celem są rozważania o emocjach (tak najogólniej), ich obecności lub braku w życiu człowieka. Nie jest łatwo w ogóle zobrazować budowanie związku, a tym bardziej, gdy zadanie reżysera jest utrudnione – nie może on bowiem ukazać tego poprzez relacje fizyczne (dlaczego – to już film pokaże).
W pewnym momencie przestałam zastanawiać się jednak nad tym, czy akcja jest za wolna czy nie. Po prostu uświadomiłam sobie, że – wolniej czy szybciej – akcja się toczy. Toczy się życie Theodore’a, tak jak życie każdego z nas. Dzień i noc, dzień i noc. Wszystkie etapy związku, jakie przeżył bohater, w pewnym momencie stały się przeszłością. Wciąż było przed nim jutro, ale też miał za sobą więcej „wczoraj”. I odkryłam ponownie wielki banał, że czas mija. Wszystko – dobre i złe – zostaje za nami. Czy warto więc trzymać się kurczowo tego, co już jest historią? Czy warto gonić za czymś, poświęcając inne wartości? Tak czy owak, wszystko minie…
Osoby z depresją lub „tylko” załamane z pewnością nie poczują się lepiej po takim stwierdzeniu. Nie o to jednak chodzi, by usiąść i nic nie robić, „bo i tak czas mija, a żyje się po to, by umrzeć”. :) Trzeba sobie takie rzeczy uświadamiać po to, by nie skupiać się na zarządzaniu tym, na co nie mamy wpływu, ale kierować życiem w sposób dający chwile szczęścia. Oderwać się od trzymających nas kotwic, którymi są zazwyczaj trudna przeszłość i/lub strach. Zwłaszcza to drugie.
Naturalnie, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Sama o tym wiem. Myślę jednak, że warto zacząć choćby od uświadomienia sobie swoich lęków. Potem ich źródeł. I to uważam za połowę sukcesu. Boimy się bowiem tak najczęściej nieznanego. To przecież jest pomysłem na dobry horror czy thriller. Nie – pokazanie upiora, ale sprawienie, żebyśmy obawiali się go zobaczyć. Później jest już mniej strasznie. No brzydki ten upiór, brzydki, ale w sumie ja też nie za piękna, więc skoro nie boję się siebie w lusterku, to i gościa zaakceptuję, czyż nie? :)
Jeśli nazwiemy lęk po imieniu i zrozumiemy, skąd się on bierze, mamy szansę sobie z nim poradzić. Są takie, z którymi trudno walczyć, ale może tak naprawdę to szereg drobiazgów nie pozwala nam zająć się wymarzoną od lat pasją? Warto to na spokojnie zweryfikować. :)

czwartek, 27 lutego 2014

Amazing! (1/3)

Najpierw pączek ode mnie dla wszystkich, którzy tu zaglądają:  Smacznego i niech idzie... tam, gdzie jest najbardziej potrzebny! ;)

A teraz do rzeczy. :)

Wczoraj obejrzałam melodramat s-f „Ona”. Byłam ciekawa, co wyjdzie z takiego miksu gatunków – czy będzie to opowieść o nieszczęśliwej miłości do robota? Albo w ogóle robotów? Czy scenerią będą gwiazdy nie tylko w przenośni? Obawiałam się nieco groteski albo po prostu nudy. Wyobrażałam sobie koncepcję typu świat Jetsonów, a ponieważ to wytwór amerykański, to nastawiałam się przy tym raczej na coś nieskomplikowanego, może z lekkim uśmiechem w stronę zakochanych. Zawsze to piękne uczucie, nawet gdyby mieli nim do siebie pałać marsjański wulkan (o, nawet fajnie ;)) i jakaś asteroida. Mogłam oczywiście sprawdzić recenzję, ale nie lubię za bardzo tego robić, zazwyczaj zdradzają one za dużo treści. W końcu zerknęłam, dowiedziałam się, że ludzie na pewno będą, wątek uczuciowy też, więc resztę tekstu ominęłam. I poszłam, nie wiedząc, że jeszcze cały następny dzień na myśl o tym filmie będę myśleć: był amazing! *
Napisałam już własną recenzję filmu, znajuje się TUTAJ. Nie chcę psuć nikomu przyjemności oglądania – bo bardzo gorąco do tego namawiam – dlatego postaram się nie odwoływać do konkretnych scen i rozwiązań fabuły. Pewnie jednak nie obędzie się bez zdradzenia paru rzeczy, postaram się jednak, by nie wykraczały poza to, co można znaleźć na stronie filmweb. Reszta – to moje przemyślenia.

Dla mnie głównym, zasadniczym problemem filmu „Ona” jest ludzka samotność. Samotność w pewien sposób wybrana, która jednak nie daje tego – może nawet nie szczęścia, a zadowolenia tym, którzy się na nią zdecydowali. Chociaż to chyba niewłaściwe słowo „zdecydowali”. Raczej – tak się ułożyło.
„Tak się układa” nie tylko bohaterom filmów, ale nam wszystkim. Każdemu może się zdarzyć, że zostanie sam. Zostanie porzucony, partner odejdzie lub czujemy się samotni mimo bycia we dwoje. Nie to jednak jest najgorsze, lecz – brak nadziei na lepsze, który nie pozwala nam zdecydować się na podjęcie wysiłku, by zmienić cokolwiek w naszym życiu. Wyjść z domu, ale DO LUDZI. Nie do salonu gier czy centrum handlowego, gdzie w tłumie nadal jesteśmy samotni i anonimowi. Samotność nie zniknie sama z siebie. Nie zastąpi jej nawet najciekawsze hobby. Owszem, dostarczy na moment adrenaliny, poprawi krążenie, fajnie, gdy wywoła pogodny wyraz twarzy. Ale hobby nie przytuli nas w nocy tak, jak uczyni to ktoś bliski. Najinteligentniejsza maszyna, choćby segregowała nam pocztę i wyławiała nasze najciekawsze teksty – nie zestarzeje się z nami. A ludzie, zamiast wybierać ludzi, coraz bardziej zamykają się w świecie. Rzeczy. Marzeń. Nigdy niezrealizowanych planów na jutro. Używek poprawiających nastrój.
Dlaczego tak się dzieje? Ja odpowiedź znalazłam wczoraj w filmie (co nie oznacza, że jest właściwa albo jedyna). Człowiek dojrzały, który doświadczył porażki w związku, ma do wyboru: spróbować jeszcze raz albo zamknąć się ze strachu przed ponowną porażką, kolejnym cierpieniem, następnym odrzuceniem. I większość się boi. W świecie coraz bardziej zaawansowanym technologicznie emocje są wciąż najtrudniejsze do opanowania.
A przecież związki międzyludzkie to nie tylko relacje damsko-męskie (i damsko-damskie oraz męsko-męskie, jeśli ktoś lubi) w sensie erotycznym, miłosnym. To relacje, więzi rodzinne, przyjacielskie, społeczne. Tylko jeśli zamiast wychodzić z domu, będziemy nieustannie czatować, smsować czy blogować ;), to później nie będziemy umieli niczego zbudować w realnym świecie. Im człowiek starszy, tym bardziej boi się samotności (zazwyczaj), ale też trudniej nauczyć się czegoś nowego – jak na przykład życia z kimś. Nie tylko obok niego. Warto o tym pomyśleć, zanim będzie to zbyt trudne. :)

Film „Ona” poruszył mnie niezwykle mocno również z innego powodu. Z jednej strony opisana wyżej samotność, ale z drugiej – nieustanne odkrywanie świata przez kogoś, kto dotąd go nie znał. Kiedy słucha się po wielokroć wygłaszanych zachwytów nad wszystkim, co żyjącemu człowiekowi wydaje się oczywiste (do tego stopnia, że nawet nie wiem, jakim przykładem się posłużyć), można oczywiście uśmiechnąć się z pobłażaniem. To przecież zachwyt dziecka, dorosły przecież zna świat, nie musi już go odkrywać i doskonale wie, że nie ma wielu powodów do zachwytu. Czy na pewno? Odkrywanie świata może odbywać się codziennie, nikt tego nie broni. Spojrzenie na świat oczami i emocjami dziecka może pomóc odzyskać ufność i przełamać lęk – a przynajmniej spróbować go przełamać. Nie tylko wrażliwych dotyka strach przed odrzuceniem. Nie tylko romantycy potrzebują uczucia. All you need is love.
Nie wiem, czy wystarczająco udało mi się oddać słowami uczucia, które wzbudził we mnie film. Wydaje mi się, że wciąż coś można dodać, ale z drugiej strony – może niedosyt sprawi, że po przeczytaniu tego ktoś zechce pójść i zobaczyć ten film. Albo zaprosić mnie na jakiś inny. ;)

-----------------------------------------------------------------------------------

* O używaniu angielskich słówek i językach obcych w ogóle przy okazji któregoś z najbliższych wpisów.

środa, 26 lutego 2014

Przepraszam. Głupio mi.

Słowa kluczowe to wyrazy charakterystyczne dla danej osoby, używane przez nią najczęściej (definicja przystosowana dla potrzeb niniejszego tekstu, niemniej chyba zrozumiała?). Każdy na pewno zauważa u siebie, a na pewno u kogoś, ulubione i charakterystyczne zwroty. Wydaje mi się, że takie zwyczaje dużo mówią o charakterze jednostki i jej problemach. Bo u siebie zauważyłam, co następuje:

1) Nadmierne uogólnienia.
Coraz częściej dostrzegam, że nadużywam słów „zawsze” i „nigdy” oraz „na pewno” – to ostatnie, gdy chcę podkreślić jakąś swoją nieumiejętność. „Zawsze będę sama”, „To się nigdy nie uda”, „Na pewno (ktoś) nie zadzwoni”. Wiąże się to też z tendencją do popadania w skrajności. Albo jestem „załamana”, albo „fruwam ze szczęścia”. Bardzo trudno mi to wyważyć i poddać kontroli rozumu.
Ta skrajność w odczuwaniu emocji przyczynia się też do braku cierpliwości w czekaniu na coś. Bo czekanie wymaga spokoju, a spokój – to równowaga. Równowaga zaś nie jest możliwa, gdy uczucia szczęścia i nieszczęścia osiągają ekstremum.

2)  „Przepraszam. Głupio mi”.
Wręcz nadużywam tego określenia i jego pochodnych, mających na celu wyrażenie skruchy. Nie ma w tym nic złego, tylko że parę osób niekiedy zakłopotałam, a parę – zdziwiłam, bo nie wiedzieli, z jakiej winy się tłumaczę. A ja na to, że przecież zadzwoniłam, ale nie wiedziałam, czy mi wolno... Albo powiedziałam coś w zamierzeniu śmiesznego, a historyjka okazała się niezrozumiała. I wydawało mi się, że rozmówca czuł się zakłopotany, a to moja wina.

3) „Moja wina”.
Mea maxima cupla. Może gdybym wyhaftowała to krzyżykiem na rozpiętość ściany, odechciałoby mi się wciąż samobiczować – jak to ktoś mnie kiedyś podsumował. Może...

4) „Wydaje mi się”.
Zdecydowanie nie należę do osób pewnych siebie, co objawia się właśnie m.in. nadużywaniem trybu przypuszczającego. Czasem, kiedy czuję ogromną presję, bronię się agresywną pewnością (czy już wspominałam o popadaniu w skrajności? :)).

5) „Myślę”.
Naturalnie to dobrze (bo dzięki temu jestem). Ale czasem myślę za dużo. Analizuję, wałkuję, dzielę włos – już nie na czworo, a szesnaścioro. To już nie jest dobre. Wynika to jednak najczęściej z tego, że mam za dużo wolnego, niezorganizowanego czasu, który dodatkowo spędzam sama ze sobą. Takie nadmierne rozmyślanie prowadzi do tego, że „wydaje mi się”, że wszystko,  czego „na pewno” i „nigdy” nie osiągnę, jest „moją winą”. I chociaż są osoby, które mi pomagają i wspierają mnie w życiu, to „jest mi głupio”, ale nic z tego nie będzie”. Więc „przepraszam”. :)

6) „Wiem”
Bardzo kiedyś oberwało mi się w życiu za niewiedzę. Tylko zapomniano ze mną ustalić, jaki poziom jest uznawany za dopuszczalny. Ja też wtedy nie wiedziałam, że takie rzeczy trzeba – no właśnie, wiedzieć. Szybko jednak nauczyłam się, że szczere przyznanie się do nieznajomości lektury czy biografii pisarza nie jest doceniane. Kiwałam więc głową, robiłam skupione miny i nie wtrącałam się w dyskusję starszych i bardziej uczonych. A potem leciałam szybko w zacisze domu czy biblioteki, by nadrobić niewiedzę. Z książkami to pikuś. Nagle bowiem okazało się, że powinnam umieć zmieniać koło, rozróżniać elementy pokrycia dachu… Tu magiczne słówko „wiem” nie pomagało. Cóż, nauczyłam się wreszcie województw polskich i przypisanych doń oznaczeń rejestracyjnych samochodów. Ba! z własnej inicjatywy poszłam dalej i (prawie) umiem dopasować rejestracje do warszawskich dzielnic. Potem okazało się, że ta wiedza czy niewiedza nie ma nic do rzeczy. I tak mnie nie kochał. ;) Ale to „wiem” zostało mi do tego stopnia, że kiedyś wygłupiłam się w rozmowie z listonoszem. Mijał nas bowiem sąsiad, kiedy odbierałam swoją przesyłkę, a sąsiad był młodym chłopakiem. I listonosz mówi do mnie: On lubi długo spać, wie pani? A ja, na zwrot „wie pani” zareagowałam jak koń na trąbkę bojową, i mówię: Wiem. A listonosz otworzył szeroko oczy i mówi: Taak? A skąd…? :P
Zrozumiałam niedawno, że to wszystko bierze się stąd, że po prostu uważam przyznanie się do niewiedzy za wstyd i hańbę. Naturalnie, zdaję sobie sprawę, że nie tylko ja mam ten problem. Ciekawe jest jednak, że ktoś taki „problem” może próbować rozwiązać, po prostu nieustannie się doszkalając. Ja wybrałam wersję dla leniwych – mówię „wiem”, a pytania szczegółowe są dla mnie ujmą. ;) Tylko że nieraz może to się obrócić przeciwko mnie – jak w sytuacji wyżej („i co teraz pan listonosz o mnie będzie myślał?”), albo gorzej – jak też się zdarzyło. Byłam w poradni zawodowej, gdzie miano pomóc mi przekwalifikować się, gdybym miała problem z zatrudnieniem w swoim zawodzie. Ale skoro większość wskazówek kwitowałam: „Tak, ja wiem”, to o mało nie straciłam szansy na uzyskanie tej pomocy. Bo skoro tak wszystko wiem, to nie trzeba mi pomagać. A ja miałam na myśli, że „wiem” w sensie „rozumiem”, ale mechanizm Pawłowa był silniejszy i zamieniał to na „wiem”.


Nie wiem, czy to wszystkie słowa, które mnie dominują. Ale staram się wzbogacać słownik o wyrazy lepiej mnie przedstawiające. Może powinnam pójść na kurs fachowego zarządzania marką? Albo na jakiś inny, by nauczyć się lepszej prezentacji samej siebie? Nie wiem… ;)