niedziela, 4 maja 2014

Majówka

Jakoś specjalnie nie odczułam różnicy, że były wolne dni. No, może mniejsza motywacja do wychodzenia z domu, bo raz, że pogoda nie była atrakcyjna spacerowo, dwa – sklepy były pozamykane, zwłaszcza te małe też zrobiły sobie dłuższy weekend. I słusznie, coś im się od życia należy.
Odebrałam niedawno od optyka okulary, wreszcie mam dobre szkła, więc planowałam sobie poczytać, tak jak to zrobiłam w święta. Tym razem jednak bez efektów ubocznych, czyli piekących i zaczerwienionych oczu następnego dnia. Jakoś jednak mi to czytanie nie wyszło... Za to trochę zmieniłam ustawienia w mieszkaniu – wciąż mam zamiar wyodrębnić pokój jedynie do pracy, tak by nie łączył się z sypialnią, telewizyjnym i zabawowym. Zarazem powinien być oświetlony, przewietrzony i zapewniać możliwość wygodnego ustawienia biurka i krzesła. Mam wszystkie niezbędne sprzęty, metraż i oddzielne pomieszczenia, które można w tym celu wykorzystać, ale wciąż nie jestem w stanie tego tematu ogarnąć. Po kilku próbach przestawek i jednej nocy przespanej w innym pokoju zarzuciłam chwilowo ten zamysł. Chyba brakuje mi kogoś, kto choćby stanął z boku i pomógł mi akceptować kolejne rozwiązania. (Kocio się w tej roli nie sprawdza).
Niewątpliwym plusem jest to, że zażyłam trochę ruchu bez wychodzenia w tym celu na fitness, uatrakcyjniłam czas sobie i kotu – zwłaszcza dla niego była to super okazja do eksploracji (a także wyżerki. Za regałami kryło się trochę pajączków). A przy tym był to ruch na świeżym powietrzu, mimo temperatury niemajowej balkon wciąż jest otwarty. Zdrowiej.
Drugim takim zajęciem, któremu oddałam się podczas majówki, była telewizja. Przyznaję odważnie: oglądam. Nie wypieram się tego. Głównie jednak programy informacyjne, bo też filmy czy seriale rzadko zatrzymują moją uwagę. Teraz jednak, o dziwo, znalazłam parę pozycji dla siebie. Nie wyszło mi to jednak na dobre, bo zrozumiałam, że się starzeję. Owszem, zdarzało mi się już wcześniej płakać na filmach, ale najczęściej jednak był to pretekst, pozwalający dać ujście rozpaczy na tle Misia (nie miałam odwagi płakać przy nim otwarcie). A tu nagle wczoraj rozszlochałam się na komedii romantycznej, i to jeszcze amerykańskiej. Nie tylko ze wzruszenia na tle perypetii głównych bohaterów. Bardziej z powodu, że mnie takie uczucie już chyba nie spotka, że dla mnie za późno... :P
Ciekawe, że seans zaowocował (nomen omen) snem o urodzeniu dziecka. Konkretnie – córeczki Dorotki. Byłam taka szczęśliwa z tego powodu, że nawet nie ruszał mnie fakt, iż ojciec pozostawał nieznany. Fajnie zresztą skomentowała ten sen Kinia, z którą omówiłam to na czacie. Pozwolę sobie zresztą fragment zacytować (mam nadzieję, że mnie nie pozwie):

[J]a: Mnie się dzisiaj śniło że urodziłam córeczkę, ale bez żadnego ojca... i byłam szczęśliwa. Aczkolwiek we śnie dziecię było robione klasycznie, tyle że nie wiem z kim. I ten brak wiedzy mi nie rzutował.
[K]inia: No i super.
J:  Myślisz że wypraktykować...?
K: Pewnie.
J: Nie wiem, czy dam radę, bo ciągle kot na mnie leży.
K: O, i już wiemy, skąd dziecko.
J: Wygrałaś, brak mi riposty!
K:D. 

I taka to majówka w tym roku. Na szczęście jutro życie wraca do normy. :P

3 komentarze:

  1. Mnie też się dzisiaj śniły dzieci, na szczęście nie moje ;) I nie musiałam przed nimi uciekać. Bo przed smokiem spylalam, aż się kurzyło ;)

    OdpowiedzUsuń