piątek, 21 lutego 2014

Tyle radości

Miałam dzisiaj taki fartowny dzień, jak rzadko. I myślę sobie, że powinnam chyba przeprosić za poprzedni wpis o tym pechu. (Przepraszam :)) A nic nie zrobiłam, żeby tak było. :)

Rano, jak już pisałam, obudziłam się w uśmiechniętym nastroju, wyspana, z taką pogodą w sobie. Otworzyłam oczy, a wtedy kot, który leżał na parapecie i przez szybę wygrzewał się na słoneczku, natychmiast popędził wręcz do mnie. Wprawdzie nie wygniótł, ale pomruczał, pomiział się, ach i och. :)
Nie zdążyłam dobrze otworzyć oczu, chociaż nie musiałam, bo do biura szłam dzisiaj na później, a dostałam smsa. Jak się okazało, z informacją, że zamówiona przedwczoraj wieczorem paczka (z wagą...) właśnie została wysłana. W samo południe zadzwonił kurier, że właśnie przyjechał, tylko że nikogo nie ma w mieszkaniu. Tą informacją akurat mnie nie zdziwił, zaskoczył natomiast inicjatywą. Nie chciał naturalnie przyjeżdżać później (zresztą ja nigdy nie wiem, kiedy wyjdę z biura, taki mam spontaniczny grafik), ale zaproponował zostawienie przesyłki u sąsiada. Tak, to chyba niezgodne z przepisami. Ale mimo to zachwycił mnie, bo kiedyś, poprzedni kurier, który dostarczał przesyłkę z tej samej firmy, zachował się tak... prymitywnie (nie wiem, czy to dobre słowo, ale z braku lepszego niech zostanie). Zadzwonił wtedy, że ma paczkę, mnie nie było, więc podał punkt firmy, z którego mogę do godz. 20 dnia następnego paczkę odebrać. Zapłaconą z góry. Pojechałam następnego dnia, paczki nie było, nikt nic nie wiedział, w końcu po drodze przez mękę okazało się, że paczka została odesłana nie do punktu, a do magazynu. W momencie, kiedy zaczęłam się o nią dowiadywać, właśnie ruszała do nadawcy, na południe Polski. Zanim udało się ponownie sfinalizować transakcję, to minął miesiąc, jak nie więcej. Dlatego inicjatywa dzisiejszego kuriera spotkała się z moją ogromną aprobatą  - założyłam bowiem, że od sąsiada łatwiej będzie rzecz wydobyć. I miałam rację. :)

Po drodze do biura, do którego - dodam - wyszłam niespiesznie, a w moim przypadku to uwaga istotna! :), pojechałam do poradni okulistycznej, żeby się zapisać, bo przez telefon to raczej trudno (zazwyczaj tak bywa, gdy nikt nie podnosi słuchawki, ale skoro dzwoni się do bezpośrednio do gabinetu, to też trudno mieć pretensję do lekarza, że nie odbiera, ale skoro nie ma on na to czasu, to może lepiej by było, gdyby zapisy prowadziła rejestracja, tylko że lekarz też musi czasem mieć wgląd w terminarz, by sensownie umówić na wizytę kontrolną...). Więc pojechałam. Poszłam pod gabinet, z którego po paru minutach wyszedł pacjent. Jak się okazało, przyszłam na koniec jego wizyty, która trwała 45 minut! Zapisałam się, termin mam już za 2 miesiące, więc szybko zleci. :P

Pojechałam do biura, tam z kolei pracy wyszło trochę więcej, ale za to mam dodatkowy zarobek, więc świetnie. Wstyd powiedzieć, ale autobusy podchodziły jeden za drugim... :) Zrobiłam szybciusie zakupy po drodze i miałam zamiar jeszcze wstąpić na pocztę odebrać przesyłkę z awizo, ale pomyślałam, że lepiej pójdę wcześniej do domu, zostawię zakupy, nakarmię kota, sama zjem. W skrzynce czekało drugie awizo, które dzięki uprzejmości pani z poczty odebrałam dzisiaj, bo też przyszłam w momencie, kiedy listonosz zostawił akurat niedoręczone, awizowane dzisiaj przesyłki. Więc nie musiałam chodzić drugi raz w poniedziałek. Oczywiście w kolejce długo nie stałam, za to szukanie tej drugiej przesyłki poleconej wygenerowało niezły ogon.

Tak więc, sumując: Zarobiłam dzisiaj więcej, niż planowałam, odebrałam skumulowane z wielu dni przesyłki, nie czekałam na żadnym przystanku... A, jeszcze się zważyłam, i okazało się, że jest OK. Czy może być lepiej? ;)

3 komentarze:

  1. Cudowny dzień, pozazdrościć. Na mnie za to spadła lawina niepłatnej roboty. Zaraz się z Tobą podzielę, co tak będę cierpieć w samotności ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie piszę tego "ku zazdrości", tylko by obiektywnie i szczerze oceniać, co się w moim życiu dzieje. Nie jest celem tego bloga kreowanie mnie jako cierpiętnicy... (nie jest! naprawdę!) :)
    A Limesik jest dzielny i sobie poradzi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiem, że nie piszesz ku zazdrości, ale takie fajne dni są fajne. Ja dziś za to zasnęłam, zamiast robić obiad.
    A Limes (bo to nie jest mała granica, tylko wielka granica, taka dążąca do nieskończoności) padnie, ale da radę!

    OdpowiedzUsuń