niedziela, 22 marca 2015

Jestem społeczna

W tym roku zaangażowałam się społecznie i wystąpiłam z wnioskiem o dofinansowanie z budżetu partycypacyjnego mojej ulubionej instytucji, czyli biblioteki. Znam w końcu ceny książek i zależy mi, by w bibliotece było ich jaka najwięcej. I to niekoniecznie tylko przedpotopowych egzemplarzy. Pisałam już kiedyś, jak pewna moja znajoma zdziwiła się, że w bibliotece są również nowości. Tak, ale na to potrzeba pieniędzy. A jak są finansowane instytucje publiczne, tłumaczyć przecież nie trzeba. Więc jeśli można gdzieś podłapać trochę dodatkowych środków, to czemu nie?

[Przypomina mi się w tym miejscu taka anegdotka, opowiedziana kiedyś przez znajomego pracownika naukowego. Otóż pewien zakład badawczy zebrał się, by ustalić podział środków na zgłoszone projekty badawcze. Jeden z tematów wzbudził zastrzeżenia pewnego mocno już starszego (ważne!) Pana Profesora, który skrytykował ideę owegoż projektu i w płomiennej mowie wykazał jego niską wartość merytoryczną, a co za tym idzie – niewielką (jeśli w ogóle) wartość naukową. Grono wysłuchało z szacunkiem, choć pewnie nie wszystkim się to podobało, po czym przystąpiono do głosowania. I jakież było zdumienie zebranych, kiedy nadeszła kolejność wspomnianego projektu. Przeciwny mu Profesor głosował bowiem pozytywnie. Z uwagi na wiek Profesora obecni spytali z szacunkiem, czy jest pewien swojej decyzji. Przecież głosuje za przyznaniem pieniędzy na projekt, który tak mocno skrytykował. Na co Profesor odpowiedział prostodusznie: „Ja protestowałem merytorycznie. Ale jak są pieniądze, to dać, dać…”. :)].

W związku z tym projektem zbieram nowe doświadczenia. Wizytuję co jakiś czas Urząd Dzielnicy (wniosek niestety złożyłam na papierze, w związku z tym wszelkie poprawki muszą być nanoszone odręcznie i osobiście przeze mnie, przez co muszę bywać w ratuszu). Byłam też na spotkaniu dotyczącym przedstawienia projektów zgłoszonych do budżetu partycypacyjnego w ramach konkretnej dzielnicy (w tym przypadku to Warszawa Grochów Centrum). To było ciekawe, bo nigdy wcześniej nie brałam w czymś takim udziału, nawet jako zwykły mieszkaniec – a tutaj od razu jako wnioskodawczyni. :)
Zgłoszone projekty mieszkańców dotyczyły różnych kwestii – zapamiętałam wnioski dotyczące poprawienia infrastruktury rowerowej, namalowania pasów przy konkretnej ulicy, konieczność oświetlenia pewnego odcinka drogi, świetny pomysł wycieczek historycznych (z przewodnikiem) po Grochowie i Kamionku. Pojawiły się też podobne wnioski o dofinansowanie innych bibliotek.
Najbardziej jednak utkwił mi w głowie projekt pani, która wystąpiła o kosze na psie odchody – tyle że podobno są dwa rodzaje zasobników. Takie zielone, do których podobno dołączone są specjalne woreczki na owe nieczystości (piszę podobno, bo sama nie korzystałam), i zwykłe murowańce, tańsze do postawienia, ale bez tych woreczków. To znaczy, są, tyle że nie przy koszach, a do osobistego odbioru w ratuszu. No przecież komu się będzie chciało po to jechać, padały głosy z sali, krytykujące pomysł wnioskowania o tańsze kosze.
Tak sobie myślę, że ja po swoich kotach też sprzątam do woreczków, które sama w tym celu nabywam. Ktoś powie, że w domu? No i co z tego? Kot w domu jest tak samo mój, jak byłby mój pies, z którym wyszłam na spacer. I tak samo czułabym się zobowiązana do sprzątnięcia po nim. Jeśli ktoś tego nie robi, bo miasto nie funduje mu woreczków, to znaczy, że nie sprzątnie również wtedy, gdy te woreczki dostanie (przecież w domu mogą się przydać, no nie?).


Ale to tylko taka mała obserwacja. Ja mam swój projekt i chyba nie muszę przekonywać, że warto wspierać biblioteki dla naszego wspólnego pożytku. Przypomnę się jeszcze z tym tematem bliżej głosowania, a tymczasem życzę wszystkim cudownej wiosny, która już oficjalnie zagościła w kalendarzu. :)

środa, 18 marca 2015

Randkowe topki (1)

Wciąż brak mi czasu na przygotowanie porządniejszego wpisu. Chciałabym zamieścić tu recenzję pewnej książki, ale też wiążące się z nią rozważania – prawie filozoficzne. J Niestety, wymaga to dłuższej chwili skupienia, na którą obecnie mnie nie stać. Znów mam książkę, która pochłania całą moją uwagę i wymusza pełną koncentrację na tym temacie.
Ale kiedy już kładę się wieczorem spać, próbuję myśleć o czymś, by móc się zrelaksować. Ostatnio zrobiłam więc sobie krótki ranking najzabawniejszych spotkań „w ciemno”, jakich sama doświadczyłam lub o jakich opowiadały mi koleżanki. Kolejność losowa, ale może czytelnicy wybiorą swoje ulubione historie? J Dodadzą własne? J Zapraszam do pisania komentarzy. J

Wiosenny spacer
Klasyka gatunku. On zaprasza ją na spacer. Jako trasę wybiera… Empik. „Później możemy pójść do MacDonalda”, dodaje kusząco.

Kawa z automatu
On proponuje spacer, a potem kawę. Kiedy już obeszli całe CH Wileńska, podprowadza towarzyszkę pod automat z napojami i mówi, żeby kupiła sobie wszystko, na co ma ochotę. I na co ją stać.

Przyjedź do mnie
On pisze w mailu, że chętnie się spotka. Podaje swój numer telefonu, by usprawnić kontakt. Jednak gdy przychodzi do konkretów, okazuje się, że ma czas jedynie dwa – trzy razy miesiącu, kiedy jest w Warszawie. W pracy. „Podjedź pod ten biurowiec na ulicy XYZ i napisz smsa, że jesteś, a ja wyskoczę na parę minut”.

„Żona mnie nie rozumie”
Pan zaprasza panią na spotkanie, choć nie ukrywa, że jest jeszcze w formalnym związku, ale „żona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią”. Umawiają się na herbatę w publicznej cukierni (a dokładnie: w Pijalni Czekolady Wedel). Pan zamawia dwie herbaty i zaczyna opowiadać o sobie. Ona parę razy próbuje się wtrącić, przerwać, zamówić coś jeszcze – wszelkie próby spełzają na niczym. Pan odgania kelnerki i lekceważy wszystkie oznaki, że ona też być może chciała w tej rozmowie uczestniczyć. Po pierwszej godzinie ona próbuje skończyć spotkanie, ale jej kultura skutkuje tym, że kończy się ono dopiero półtorej godziny później. Kiedy oboje wstają od stolika (on zapłacił za dwie herbaty! W Wedlu…), ona wie, że też go nie rozumie.


Na koniec dodatkowy konkurs: ile lat mieli randkujący panowie? J

niedziela, 15 marca 2015

Historia z jajem w tle

Niedawno usłyszałam o sobie, że jestem perfekcjonistką. Tak powiedziała osoba, której zwierzałam się z rozterek na tle damsko-męskim. To określenie było dla mnie zaskakujące właśnie w tym kontekście, chociaż w ogóle  za perfekcjonistkę się nie uważam. Chciałabym nią być, pewnie… ale to dążenie, którego pełna realizacja nie jest możliwa.;) Niemniej do tej pory uważałam, że perfekcyjnie to można co najwyżej wysprzątać mieszkanie czy przygotować prezentację na szkolenie. Bo już w perfekcyjnie wykonaną redakcję/korektę zwyczajnie nie wierzę – zawsze można coś poprawić, rzadko udaje się niczego nie przeoczyć. Ale być perfekcjonistką w kontekście relacji międzyludzkich? Jak to w ogóle możliwe i o co chodzi?
Myślę, że koleżanka użyła po prostu niewłaściwego określenia. Ja tylko mówiłam, że zależy mi zawsze na zrozumieniu, dlaczego urywa się znajomość, która zapowiadała się obiecująco. Niby nic sobie nie obiecywaliśmy, ale jeśli widujemy się z poznanym w sieci panem z miesiąc, a on nagle przestał dzwonić, to po prostu chciałabym wiedzieć czemu. Czy mu nie odpowiadam, czy go czymś uraziłam, a może on się rozmyślił? Jest mi to potrzebne w zasadzie w celach samokształceniowych, by na przyszłość wiedzieć, jakich sytuacji czy zachowań unikać. I ponieważ tego oczekuję od innych, to sama też wobec innych staram się zawsze wyjaśniać motywy swojego postępowania. Zgodnie z prostą zasadą: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.
Ale internety – a w zasadzie spotykani tam są ludzie są pełni niespodzianek. I najlepsze chęci mogą nie pomóc wyjaśnić spraw. Parę lat temu, za czasów akcji „Jajo”, miałam kilka sytuacji, że nie udało mi się umówić na pierwszą randkę. Z kimś, kto w swoim mailu deklarował zainteresowanie poważnym związkiem i przedstawiał się jako odpowiedzialny, dojrzały mężczyzna. Musiało być takich co najmniej dwóch, ale opowiem o jednej sytuacji. Może bym jej nie pamiętała, gdybym ostatnio nie znalazła maila do kumpla, któremu tę historię w skrócie opisałam. Dla jego fanu, ale również z nadzieją, że jako przedstawiciel płci odmiennej od mojej może wyjaśni mi, co właściwie się stało. Kumpel jednak nie potrafił – w sumie nic dziwnego. Bo było tak:

Dostałam maila, w którym pan zaprezentował się na tyle ciekawie, że napisałam do niego – wbrew wcześniejszym założeniom. (Akcja „Jajo” miała zasadniczo na celu przeprowadzenie eksperymentu – szczegóły w tym wpisie). Pan odpisał, podał nr telefonu i wyraził chęć spotkania. Więc odpisałam smsem, że owszem chętnie, i kiedy? To on – zaproponuj. To ja – że mogę tylko w sobotę. On – pewnie masz inne randki, ja w sobotę nie mogę, piątek lub niedziela wieczór. Odpisałam, że nie mogę, że niekoniecznie chodzi o randki, ale że bardzo chętnie spotkam się w przyszłym tygodniu. On na to, że skoro mam tyle ciekawych zajęć i randek, to on rezygnuje... Paranoja. Nie widział mnie koleś, a ja mam się tłumaczyć ze swojego życia? Można teraz zrozumieć, czemu – mimo pozytywnych walorów, wyłażących tłumnie z maila (nie tylko subiektywnych, ale pisał o pracy, o różnych rzeczach życiowych) – szuka w internecie. Albo o tych walorach kłamie, albo schizofrenik, albo jakiś zaborczy psychol. Więc nawet dobrze się stało. A może to była jakaś jego akcja? Ale wniosek z tej sytuacji mógł być tylko jeden: ludzie są bardzo różni… ;)

Wtedy to było „jajo”, dzisiaj wolałabym, żeby z tych randek w ciemno wyszło coś serio. Nie jest to proste i wcale nie zawsze – jak uważa koleżanka – załatwiam wszystko elegancko. Ot, parę dni temu po prostu przestałam odpisywać komuś, kogo – po przemyśleniu – skreśliłam z listy potencjalnych panów. Faktycznie, tak było łatwiej niż tłumaczyć się i przepraszać, choć mam prawo zmienić zdanie. ;)

Tymczasem siedzę nad książką, która jak zwykle jest prawie na przedwczoraj, a tłumaczenie baardzo surowe (ale dzięki temu powiększam zbiór perełek do „Wypisków korekcji” – już wkrótce przybędą świeżynki). I staram się wrócić do pełni sił. W końcu w następny weekend już wiosna! J

piątek, 13 marca 2015

Kilka słów o niepisaniu


Sama nie wiem, co sprawiło, że przestałam pisać na blogu. To nie była kwestia braku chęci, a tym bardziej – braku czasu. Choć muszę przyznać, że dawno nie miałam tak intensywnego początku roku. W styczniu działo się wszystko, a nawet więcej – i w sferze zawodowej, i prywatnej. Zaczęło się od tego, że dostałam dwa zlecenia, których termin wykonania miał się zazębiać, ale wkrótce po rozpoczęciu prac nad pierwszym dostałam telefon z Wydawnictwa, „czy dałoby radę zrobić trochę szybciej”? Owo „trochę szybciej” to był faktycznie miesiąc – zamiast oddać gotowe teksty na początku marca i pracować nad nimi od początku lutego, poproszono, żeby były gotowe na początek lutego! Była pierwsza połowa stycznia, ja właśnie siadałam do książki, którą też miałam zrobić w krótszym terminie, i skończyć też z początkiem lutego… Dałam radę, ale lekko nie było. Musiałam narzucić sobie megadyscyplinę pracy, utemperować koty, które nie przywykły do takiego ignora, poradzić sobie z objawami ich niezadowolenia (wskakiwanie na regały, na plecy, demonstracyjne zrzucanie przedmiotów z półek) – znosić efekty podlizywania się (masa przysmaków i otwarty balkon w styczniu; zajmowało je to na jakiś czas, ale było ziiiimno!). Jak ślepej kurze ziarno trafiło mi się tylko to, że inny zleceniodawca, do którego chodzę raz w miesiącu, akurat wtedy przełożył prace na luty. Inaczej bym się chyba nie wyrobiła. (Tyle że wynagrodzenie też przeszło na luty…).
Kiedy oddawałam teksty, byłam z siebie dumna, że dałam radę… i w sumie to była jedyna dodatkowa gratyfikacja. Bo wykonanie tych ekspresów nie skutkowało podwójną płatnością (ani nawet szybszą), dawało jedynie nadzieję, że nie zrezygnują ze mnie i nie poszukają kogoś bardziej dyspozycyjnego. To przykre, ale wciąż nie tracę nadziei, że kiedyś los się odwróci i coś w mojej sytuacji zawodowej drgnie.
Ale styczeń był trudny nie tylko z powodu obciążenia pracą. Znienacka poczułam się bardzo samotna. Nawet bardziej niż trochę. To nie tak, oczywiście, że jest wokół mnie totalna pustka, ale jednak brakuje kogoś swojego. Dla siebie. A trudno to zmienić, gdy z mieszkania nie wychodzi się nawet do pracy, a z kolei nie daje ona tyle nadwyżki finansowej, żeby mieć za co „bywać”. Zresztą, sama mam chodzić po klubach, kawiarniach? Jednak samotność wyjątkowo mnie ugryzła i nie pomagała na to nawet praca. (Ani koty). W pierwszej połowie stycznia zarejestrowałam się na portalach randkowych – w sumie dwóch, ale po kolei – najpierw na przeznaczeni.pl, potem na Sympatii (nazwy podaję celowo, gdyż zamierzam uprawiać antyreklamę wobec jednego z nich :D ). No i się zaczęło dziać… przynajmniej od czasu do czasu odrywałam się od ponurych myśli. Kto jednak kiedykolwiek próbował tam szczęścia, wie, że to wcale nie wygląda tak łatwo i prosto, jak może wyglądać na pierwszy rzut oka. Ale przynajmniej kupiłam los. ;)
Teraz jest trochę lepiej. Idzie wiosna, dni są już długie i często słoneczne, a to nastraja bardziej pozytywnie. No i więcej widuję się z ludźmi. Koty oczywiście nie poszły w odstawkę, przeciwnie – więź jest coraz silniejsza, o czym miałam okazję ostatnio się przekonać. Po raz pierwszy bowiem rozstałam się z kotami na prawie trzy doby – musiałam, siła wyższa. Zajęła się nimi moja siostra, za co byłam jej bardzo wdzięczna i miałam pewność, że będą odpowiednio zaopiekowane. Ale kiedy wróciłam do domu i zobaczyłam, że na mój widok duże koty zmieniły się w małe, pokazujące brzuchy i mruczące kociaki… to poczułam, że naprawdę wróciłam do domu. W którym ktoś na mnie czekał. Zwłaszcza Kocio, który następną dobę praktycznie mnie nie odstępował, a śpiąc, trzymaliśmy się za łapki. ;)

Niemniej fajny człowiek też by się przydał. I może wiosna coś przywieje. A na pewno – więcej tematów na bloga. J Mam nadzieję, że od teraz znów będziemy się częściej tutaj spotykać.




sobota, 21 lutego 2015

Krótka relacja z sesji w studiu Happy Time Photography

Prawie tydzień temu, w niedzielę 15 lutego, w studiu Happy Time Photography odbyła się profesjonalna sesja fotograficzna. Ale się działo… J
Jako że w tej sesji brała udział moja koleżanka i jej mąż, pojechałam, by sobie trochę popatrzeć, jak to wszystko wygląda. Najłatwiej zaobserwować takie rzeczy, gdy nie jest się „stroną” – wtedy jest luz i czas, by przyjrzeć się szczegółom. I zrozumieć, ile zaangażowania i pracy wymaga zorganizowanie takiej imprezy…
Z tego, co wiem, przygotowania zaczęły się już dzień wcześniej. Do każdej sesji bowiem potrzeba nieco innych dekoracji. Przecież w studiu Happy Time Photography odbywają się i sesje ciążowe, i noworodkowe, i rodzinne, ale także biznesowe i artystyczne. To wszystko wymaga przeróżnych drobiazgów, dodatków, nawet innego ogrzewania niekiedy. Na pewno też inne jest oświetlenie, które trzeba wcześniej ustawić. A te lampy w studiu swoje przecież ważą… Rozstawienie stosownych teł to też zajęcie nie na pięć minut, no i też się można przy tym zmachać.
W tych przygotowaniach nie uczestniczyłam. Przyjechałam dopiero w niedzielę, tak w środku dnia, bo koleżanka tak zarezerwowała sobie termin. Wchodząc do środka, poczułam się najpierw z lekka oszołomiona kłębiącym się tłumem osób. Potem się okazało, że jednak nie jest ich tak dużo, ale początkowo miałam wrażenie, że jest niezła imprezka. :D Może dlatego tak uznałam, że w studiu, poza fotografowaną modelką i oczywiście panią fotograf, był jeszcze chłopak modelki, który robił za tłum (jaki ja później zrobiłam koleżance). Ale zaraz w pomieszczeniu obok znajdowały się kolejne osoby – czyli makijażystka Kamila i dziewczyny, które już swoją sesję miały za sobą, ale widać nie spieszyło im się opuszczać tego przytulnego miejsca.
Bo na zapleczu studia było bardzo przyjemnie. J Kto chciał, dostawał coś do picia czy małą przekąskę, pokój był mocno oświetlony lampami, jakie makijażystka stosowała przy pracy, a żaluzje w oknie zaciągnięte, przez co pogoda za oknem nikogo nie obchodziła i nikomu nie psuła humoru. J Miło było więc posiedzieć i patrzeć, jak Kamila nakłada makijaż jednej z modelek, gdy tymczasem druga skubie brwi z… piór – przyklejonych do wykonywanych chwilę wcześniej artystycznych zdjęć. Było dużo śmiechu i miłej rozmowy.
Ale ten harmider nie przeszkadzał pani fotograf, która kręciła się po obu pomieszczeniach, robiąc zdjęcia, ustawiając modele, siadając co jakiś czas przy biurku, by zgrać zdjęcia do komputera, i wracając znów do studia. I to wszystko bez śladu zmęczenia na twarzy (mimo że sesja trwała naprawdę od wczesnego ranka do późnego wieczora), z uśmiechem i miłym słowem dla każdego.
To właśnie podkreślali przede wszystkim uczestnicy sesji. Nie każdy zna się na zdjęciach, ale każdy wie, kiedy się dobrze czuje. W studiu Happy Time Photography na Makolągwy nie było pod tym względem wyjątków. J

Efekty sesji możecie podziwiać na stronie studia (Studio Mako). Nie zamieszczam ich tutaj, bo może ktoś z modeli sobie nie życzy, poza tym nie chcę wchodzić w czyjeś prawa autorskie. :D Ale polecam przejrzeć galerię – może komuś się spodoba? Wtedy może zapisać się na sesję, a na hasło CZŁOWIEKOWO do końca marca dostanie 10% rabatu na sesję. J





PS Jeśli pani fotograf ze studia Happy Time Photography wykryje w moim tekście jakiś błąd merytoryczny, to bardzo ją proszę o sprostowanie w komentarzu. J

czwartek, 12 lutego 2015

Dedlajny w głowie Zosi

Zosia nigdy nie przypuszczała, że książką zbójecką * w jej życiu stanie się poradnik savoir-vivre’u. Niestety, zdarzyło się, że przeczytała kiedyś Grzeczność na co dzień Jana Kamyczka. Wyczytała między innymi, że „komu zależy, ten tak obliczy czas, że będzie za wcześnie”. Umknęło jej, co było napisane wcześniej, nie brała pod uwagę, że zapamiętany fragment pochodził z części dotyczącej randek. Po prostu przyjęła, że im wcześniej, tym lepiej. Stopniowo przesuwała się granica i coraz częściej „punktualnie” dla Zosi oznaczało „chwilę wcześniej”. Stopniowo ta chwila zamieniała się w minuty, coraz więcej minut…
To wcale nie jest śmieszne. Bardzo często Zosia źle wychodziła na tym, że przychodziła wcześniej. Po pierwsze, musiała bezczynnie czekać na kogoś, kto przychodził o umówionym przecież czasie. Po drugie, większość tych osób i tak się spóźniała. Po trzecie, często oczekiwanie przebiegało w niesprzyjających warunkach pogodowych – mróz, opady, upały… A Zosia stała. Najgorsze zaś było czwarte. Stojąc i czekając, wciąż miała w głowie: „komu zależy, ten przychodzi wcześniej”. Bardzo łatwo było to odwrócić i dojść do wniosku, że skoro ktoś przychodzi później, to mu nie zależy. Na spotkaniu z Zosią.
Ale niełatwo było przyjść wcześniej niż ona. Uświadomiła jej to wreszcie Kasia. Zdarzyło się bowiem, że Zosia pobiła swój rekord i na umówione spotkanie przyjechała 45 minut za wcześnie. Kasia zadzwoniła po pół godzinie – a więc kwadrans przed umówionym czasem, by powiedzieć, że będzie 10 minut później niż było umówione. Kiedy dowiedziała się, że Zosia już jest, tylko westchnęła i powiedziała, że spróbuje się pospieszyć. Zosia oczywiście zapewniała, że nie ma problemu i poczeka. Kasia nie skomentowała, jednak kiedy tylko się pojawiła, postanowiła powiedzieć Zosi parę słów prawdy.
– Zosiu – zaczęła delikatnie Kasia, kiedy już się przywitały i tradycyjnie pośmiały z Zosinego pośpiechu – powiedz mi, czemu ty tak zawsze jesteś wcześniej?
Zosia westchnęła i z głębi serca przyznała, że tak bardzo boi się gdzieś spóźnić, że w efekcie jest zawsze za wcześnie.
– Ale przecież komu to szkodzi. To ja stoję i czekam. A dzięki temu jestem spokojniejsza – dodała.
– Wiesz, Zosiu, to nie jest do końca tak… Znamy się już trochę i muszę przyznać, że mnie to trochę denerwuje. Tak jak dzisiaj. Dzwonię do ciebie przed czasem, ale już mnie stresuje myśl, że ty czekasz. A ja na dodatek wiem, że się nie wyrobię. Normalnie mi to nie przeszkadza tak bardzo, ale tym razem byłam spięta.
Zosia zamarła na moment. Po chwili jednak głęboko odetchnęła i słuchała dalej, bo Kasia wcale nie skończyła.
– Czy ty się boisz, że jak przyjdziesz chwilę później, to ja na ciebie nie poczekam? I czy nie szkoda ci czasu na takie czekanie? A właśnie, powiedz, czy tylko do mnie tak wcześnie się wybierasz, czy z innymi osobami masz takie same sytuacje?
Zosia musiała wreszcie przyznać – przed sobą i Kasią – że ma problem. Jednak dzięki słowom przyjaciółki zaczęła wreszcie rozumieć niektóre zachowania swoich znajomych. Przede wszystkim, że nie okazują jej lekceważenia, przychodząc na spotkania później niż ona. Poza tym przypomniała sobie parę – nielicznych, ale zawsze – sytuacji, gdy przyszła na spotkanie druga. Czuła się niezręcznie, chociaż to tamta osoba była chwilę wcześniej. A ona serwowała to znajomym praktycznie za każdym razem! A jeszcze gdy spotkania były umawiane w domu… Co z tego, że ona, Zosia, gdy była umówiona na 16, to była gotowa o 14 i właściwie w każdej chwili można było do niej przyjść? Inni może mają inne pomysły na dzień niż siedzenie w gotowości i czekanie…
Poza tym prawda była taka, że nie tylko przy umówionych spotkaniach Zosia była taka „wyrywna”. Dedlajny zakończenia prac ustalała sobie w głowie „na wszelki wypadek” na parę dni wcześniej. Oczywiście było to stresujące, tym bardziej że Zosia pracowała w zespole i często termin zakończenia prac nie zależał tylko od niej. Ale tylko ona się tym przejmowała… Nie warto też mówić, że na każdy autobus Zosia wychodziła tak, by zdążyć na ten wcześniejszy…

W efekcie Zosia wciąż była w stresie, że nie zdąży, a otoczenie pukało się w czoło, chociaż bliżsi znajomi starali się zrozumieć biedactwo. Dopiero po rozmowie z Kasią Zosia uświadomiła sobie skalę problemu. Stopniowo, małymi kroczkami, zaczęła to zmieniać. Raz udało się jej przyjść na spotkanie ze znajomą punktualnie, innym razem ­– nawet minutę po czasie. I nic się nie stało. J Często jednak w tym okresie prześladowały ją sny, że gdzieś się spóźniła, i to drastycznie (np. cały kwadrans), i już nie została przyjęta do lekarza czy fryzjera… Zdarzyło się też, że nowy zleceniodawca zadzwonił do Zosi i spytał, czy mogłaby najnowszą pracę oddać trochę szybciej – bo jego zdaniem trwa to za długo… Zosia nie wiedziała wtedy, czy się oburzać, czy tłumaczyć. Jednak takie sytuacje zdarzały się rzadko. Zosia za to odzyskiwała spokój, ale nie da się w ciągu pół roku zmienić przyzwyczajeń z wielu lat życia. Na to trzeba cierpliwości i czasu… J







* KSIĄŻKI ZBÓJECKIE – termin używany przez Adama Mickiewicza w IV części Dziadów na określenie książek wprowadzających czytelnika w świat marzeń i wywierających ,,zabójczy” wpływ na jego osobowość. Wpływowi takich lektur ulega wielu bohaterów, nie tylko romantycznych – wpędzają w szaleństwo Don Kichota, emocjonują się nimi bohaterki Ślubów panieńskich Aleksandra Fredry i Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, unieszczęśliwiają panią Bovary z powieści Flauberta.

piątek, 6 lutego 2015

Książka na wieczór

W styczniu doświadczyłam dawno zapomnianej rzeczy: miałam tyle pracy, że nie byłam w stanie robić nic więcej. Właściwie od Trzech Króli codziennie siadałam do pracy (a pisząc: codziennie, mam na myśli dni od poniedziałku do niedzieli, a nie tygodnia roboczego). Propozycje sypały się jak z rękawa, a żal było którąkolwiek odrzucić, bo przecież w sytuacji pracy na zlecenie każda oferta jest cenna. Przy tym terminy nachodziły na siebie, ale żaden nie pokrywał się całkowicie, więc można było podejmować kolejne zobowiązania.
Kruczki wychodziły później. To znaczy: formalnie miałam obowiązek wykonać redakcję w miesiąc, ale naprawdę „była gorąca prośba, by zrobić to szybciej, bo druk już i tak jest opóźniony…”. Oczywiście trudno takiej „prośbie” odmówić, więc siadało się i robiło w pierwszej kolejności. Naturalnie nie było mowy o podwojeniu stawki lub skróceniu terminu płatności tak, bym pieniądze otrzymała zaraz po realizacji zlecenia. W ten sposób za właśnie oddaną jedną z prac wynagrodzenie zostanie mi przelane na początku kwietnia.
Jestem pełna podziwu dla siebie, że to wszystko ogarnęłam. Podołałam dzięki: dobrej organizacji, żelaznej samodyscyplinie oraz odłożeniu wszystkiego, co tylko można, na później. Co ciekawe, dodatkowo „w międzyczasie” przeczytałam kilka książek ot tak, dla siebie. Były to dawno oczekiwane lektury, jak np. trzecia część serii pisanej przez Tomasza Sekielskiego Gniazdo kruka. Oczywiście wszystko, co czytałam, brałam z biblioteki – miałam dzięki temu wytłumaczenie dla samej siebie, że muszę przeczytać, bo przecież termin zaraz minie i trzeba będzie oddać. Książki pożyczone od znajomych natomiast wciąż leżą na półce – za co ich przepraszam i obiecuję w pierwszym wolnym momencie się z tego rozliczyć. J
W bibliotekach, do których jeżdżę, bardzo cieszy mnie, że pracujące tam panie wiedzą, kim jestem. Dzięki temu nie tylko szybciej znajdują mnie w kartotece, nawet gdy zapomnę karty, ale też śmiało mogę poprosić, by coś mi wybrały, poleciły do czytania. Niedawno byłam tam właśnie w jakimś przerywniku czasowym (dla zachowania resztek rozsądku, który łatwo stracić, gdy widzi się tylko kocie pyszczki i monitor komputera, czasem wychodziłam z domu, oczywiście pod starannie przemyślanym pretekstem) i poprosiłam o coś lekkiego. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to precyzyjnie sformułowane życzenie, ale byłam naprawdę zmęczona. Pani spojrzała na mnie i z błyskiem w oku podniosła się, mówiąc: „Pani przecież lubi koty!”, po czym triumfalnie położyła przede mną książkę Kota,lubi, szanuje Michaliny Kłosińskiej-Moedy. Wzięłam bez dyskusji. :D
Książka okazała się naprawdę lekka. Właściwie to mnie denerwowała. Przyjeżdża do Warszawy dziewczyna imieniem Hanka, by zamieszkać w odziedziczonym po ciotce mieszkaniu i zacząć nowe życie. Oczywiście ma problemy ze znalezieniem pracy, oczywiście nie udaje się pozostać w zgodzie z kwalifikacjami, oczywiście zespół ją lubi poza jedną zołzą – i oczywiście chodzi o faceta. A w tym wszystkim dwa koty, które Hanka najpierw – z braku finansów – karmi pasztetową, a potem, gdy się dorobiła – whiskasem z Rossmanna. Nie wiem, co jest gorsze, ale szkoda, że przy okazji tej książki nie przedstawiono, na czym polega prawidłowe żywienie kota. Nie mówię już o barfie, ale chociaż podkreślić, że ten whiskas to tak naprawdę syf, a nie uwielbiany przez domowe mruczucie przysmak.

I tak się irytując, czytałam. Okazało się, że jednak czytało się dobrze, a nawet bardzo. Dobry język, wartka treść – cóż, że banalna i irytująca. Polecam zatem ­– na jakiś smutny, długi wieczór wprost idealna. J

niedziela, 1 lutego 2015

Nie mamy już bohaterów

Opowiadanie Magdaleny Białek


Ojciec Legrave był odważnym mężczyzną. Zresztą, będąc kapitanem Cesarskiej Inkwizycji, nie mógł być tchórzem, a jednak – jak ze zgrozą stwierdził – trzęsły mu się kolana, a po kręgosłupie przebiegał co chwilę zimny dreszcz. Ostatni raz czuł się tak mały i bezbronny, gdy rozbił dzbanek z mlekiem w wieku czterech lat. Całe jego późniejsze życie było pasmem mężnych wyczynów: spychaniem dzieciaków ze szkolnej ławki, zabieraniem głosu w imieniu kolegów karanych za niecne uczynki, skakaniem do wody z wysokich klifów, wykłócaniem się z najsurowszym z nauczycieli fechtunku, wyśmiewaniem mrożących krew w żyłach zaklęć Czarnej Księgi, paleniem najbardziej zajadłych wiedźm, ściganiem wilkołaków podczas pełni księżyca i wreszcie oświadczeniem się kobiecie. Podczas żadnej z tych szokująco odważnych decyzji nawet nie zadrżała mu powieka. Teraz jednak czuł, że śmiertelne niebezpieczeństwo obserwuje go z ukrycia i tylko czyha na wydarcie mu duszy. Obraz straszliwie zmasakrowanych zwłok wciąż tkwił mu przed oczami...
… to był okropny widok, dobrze, że tego nie oglądałeś, Sette opowiadał z przejęciem Harvey. On był dosłownie rozszarpany. Pomimo czerwonego kostiumu widać było krew... wszędzie krew.
Teraz nasze miasto jest bezbronne... westchnął z żalem Sette. Legrave współczuł młodemu inkwizytorowi – Sette od dziecka podziwiał zamordowanego bohatera. Był on jego autorytetem, powodem, dla którego wstąpił do Inkwizycji i zaczął zwalczać zło. Sette też chciał być herosem, choć wiedział, że nigdy nie będzie tak popularny jak jego idol – nie miał pieniędzy ani pomysłu na uszycie sobie szałowego kostiumu. Poza tym, nawet w przebraniu każdy rozpoznałby Sette'a – nikt inny nie biegał w tak śmieszny sposób. Tak więc podwójne życie nie wchodziłoby w grę.
Jest jeszcze jeden bohater powiedział Legrave, klepiąc podwładnego po ramieniu. Panowie, skupcie się teraz na śledztwie. Ten morderca, ten straszliwy psychol mieszka tutaj, na tej ulicy.
W tym momencie (jak można się było tego spodziewać) powiał zimny wiatr i załopotał szkarłatnymi pelerynami inkwizytorów. U wylotu ulicy, tam, gdzie krzyżowała się ona z cienistą aleją, przetoczył się fikołekrzaczek*, pogłębiając uczucie melancholii i grozy.
Ale przesłuchaliśmy już wszystkich mieszkańców. Nikt nie wydawał się szczególnie podejrzany. Nikt nic nie widział. Nikt nic nie słyszał. Nikt nie wracał do domu nad ranem i nikt nie widział, jak te zwłoki znalazły się na ulicy. Chyba do niczego nie dojdziemy pesymizował Harvey. Wracajmy, szefie. Zimno się robi. I zbliża się pora obiadu.
Został nam jeszcze ostatni dom w tej okolicy. I czuję swoim szóstym zmysłem, że to tam znajdziemy najgorszą z możliwych patologii. Psychozę skrywaną w głębi świadomości. Potwora, zwyrodnialca, mordercę, który czai się właśnie za tymi ostatnimi drzwiami, który obserwuje nas, śmieje się obłąkańczo i który zostanie nowym antagonistą Marvela. Legrave poprawił pelerynę, gdy wskutek wiatru przestała romantycznie spływać po ramieniu. Czas zmierzyć się z nim. Pukamy.
Przez chwilę stali w ciszy, wpatrując się w drzwi niewielkiego domku otoczonego krzewami dzikiej róży.
Pukamy powtórzył Legrave bardziej stanowczo.
Harvey nagle pojął, że to było polecenie, a nie informacja. Wszedł po pomalowanych na biało schodkach i niepewnie podniósł dłoń zaciśniętą w pięść.
Bądź dzielny. Może znajdziesz się w komiksie! zagrzewał go Sette.
Inkwizytor opuścił dłoń i zapukał. W tym momencie pokłady jego męstwa wyczerpały się i mężczyzna wrócił do swoich towarzyszy czekających na dole.
Czekali dwie minuty i podczas tych stu dwudziestu sekund wyobrazili sobie dwanaście różnych scenariuszy swojej śmierci.
Nagle drzwi zaczęły otwierać się z upiornym skrzypieniem. W progu ukazała się młoda kobieta o miłej powierzchowności i uśmiechnęła się do nich pytająco.
Dzień dobry, my do psychola... zaczął Sette, ale nagłe uderzenie w żebra zatrzymało potok słów szykujących się do wyskoku z jego gardła.
Cesarska Inkwizycja, kapitan Legrave, młodsi inkwizytorzy Harvey i Sette. Chcielibyśmy z panią porozmawiać rzekł Legrave wzbudzającym respekt tonem.
Cesarska Inkwizycja? – zdumiała się kobieta i zamilkła, jakby przez chwilę się wahała. Ależ... proszę, proszę wejść dodała, zapraszając ich gestem do środka.
Harvey i Sette przez sekundę rywalizowali o przywilej zamykania pochodu. Wola tego pierwszego zwyciężyła.
Wkroczyli w słabo oświetlony przedsionek, a stamtąd do jeszcze słabiej oświetlonego korytarza. Legrave szedł na przedzie, tuż za nim podążała gospodyni.
Tylko proszę mi wybaczyć... – zaczęła, ale w tym samym momencie Legrave krzyknął ze zgrozy.
Podłoga korytarza zalana była krwią. Ciemnoczerwone smugi rozbryzgane były na ścianach, pojedyncze krople zdobiły meble. W czerwonej, lepkiej cieczy tkwiły kawałki szkła i dziwne, obłe... narządy?! GAŁKI OCZNE?!
Legrave zrobił szybki zwrot i sięgnął do długiego sztyletu ukrytego w wewnętrznej kieszeni peleryny. Spojrzał w oczy kobiety i napotkał przepraszający uśmiech.
To spadło przed kwadransem, nie zdążyłam wszystkiego posprzątać. Robiłam konfitury, poukładałam słoiki na szafce, Fruzia skakała po półkach... No i stało się. Wszystko do wyrzucenia. Godziny spędzone w kuchni na marne, a winowajczyni uciekła do ogrodu. Proszę spróbować jakoś to przeskoczyć. Dlaczego pan tak na mnie patrzy? zapytała Legrave’a. Ten odwrócił wzrok zmieszany i zrobił duży krok nad krwawymi konfiturami.
Dotarli do przytulnego salonu, gdzie gospodyni kazała im czuć się jak u siebie, usiąść na kanapie i zastanowić się, czy wolą filiżankę kawy, czy herbaty.
– Nie, dziękujemy. Nie chcemy zająć pani zbyt wiele czasu. – Legrave wyciągnął ze skórzanej torby pergamin, pióro i podróżny kałamarz. – Proszę podać nazwisko, datę urodzenia i złożyć podpis pod oświadczeniem, że powie pani to, co pani powie, a my usłyszymy to, co usłyszymy.
– Czyli co? – zapytała kobieta, bo pierwszy raz miała styczność z niedorzecznymi formalnościami Cesarskiej Inkwizycji.
– Prawdę – odparł wymijająco Legrave.
Gospodyni podpisała się jako Safida Kaevame.
– Pani Safido – rozpoczął poufale Legrave. – Czy słyszała pani o tragedii, która wydarzyła się wczoraj na tej ulicy?
– Tak, co nieco.
– Gdzie pani była wczoraj wieczorem?
– W domu.
– Nie wychodziła pani nigdzie?
– Nie. Ale to nie ma znaczenia, bo nikt nie może tego potwierdzić.
Legrave pokiwał z uznaniem głową.
– Widzę, że wie pani, do czego zmierzam.
– Owszem. Bardzo chcecie oskarżyć mnie o morderstwo, bo jestem kobietą mieszkającą z dwoma kotami w małym domku na uboczu, a wy jesteście Inkwizycją.
– Nie, to nie jest do końca tak, że wierzymy w stereotypy... – zaczął Legrave, lecz w tym momencie rozległ się głuchy łoskot dochodzący jakby z podziemi.
– To tylko koty – wyjaśniła szybko Safida.
Ale spojrzenie Legrave’a przestało być urzędnicze. Schował przybory do pisania i podniósł się.
– Proszę pokazać nam piwnicę – oświadczył.
– Ale to tylko koty! – zawołała gospodyni. – Nigdy pan nie miał kotów? Przecież wiadomo, że jak wskoczą do piwnicy, to zaczynają łowić mieszkające tam gryzonie i przy okazji demolują wszystko, co się tam przechowuje. Naprawdę, nie ma potrzeby schodzić do piwnicy. Tam jest ciemno, brudno, zimno i nieprzyjemnie.
– Idealne miejsce dla praktykowania czarnej magii. – oświadczył chłodno Legrave. Minął wciąż siedzącą Safidę i udał się na korytarz. Kobieta natychmiast wstała i podbiegła za nim. Sette stanął w progu salonu, a Harvey zastawił sobą frontowe wyjście, by nikt ani nic nie mogło uciec niepostrzeżenie.
– No dobrze, jeśli pan się tak upiera... – westchnęła Safida i przekręciła klucz w niskich drzwiach znajdujących się w głębi korytarza. Otworzyła je lekko i natychmiast ze środka buchnęła ciemność i wilgotny chłód.
– Pani przodem – powiedział Legrave, wyciągając dłoń w zapraszającym geście.
– Oczywiście, że tak. Pan by się zgubił. – Piwnica miała jedno, duże pomieszczenie, o czym Legrave jeszcze nie wiedział, więc nie zrozumiał ironii.
Schodził powoli, uważnie obserwując wyłaniające się z ciemności kontury. Co kilka kroków gospodyni zapalała lampy zawieszone u sufitu, dotykając małych dźwigni umieszczonych w jej tylko wiadomych miejscach w ścianie.
Wreszcie zeszli z ostatniego schodka i Legrave mógł zobaczyć rzędy półek, stare fotele, słoiki z konfiturami, zardzewiały rower, pudło z kasetami VHS i worki ze znoszonymi ubraniami.
– Oto moje laboratorium zbrodni – obwieściła Safida. Tę ironię inkwizytor był już w stanie wyczuć. – Jak pan widzi, same graty. Możemy już wracać na górę.
Istotnie, Legrave nie widział tu nic fascynującego. A jednak, jak uporczywie krzyczał jego szósty zmysł, w tej piwnicy było coś, co wymagało zbadania. Coś absolutnie wstrząsającego, klucz do zagadki...
Nagle pod jednym z foteli błysnęły ogromne złote oczy. Trwały tak chwilę w ciemności, po czym zaczęły zmieniać rozmiar, gdy ich właściciel powoli wyszedł z ukrycia.
Słabe światło jednej z lamp wiszących u sufitu niewyraźnie oświetliło kształt zwierzęcia, jednak litościwie ukazało tylko tyle, by inkwizytor zachłysnął się powietrzem, równocześnie nie wpadając w śmiertelną grozę i obłąkańczy zachwyt.
Zwierzę przypominało kota, jednak cała kocia gracja zdawała się być pomnożona w nim przez dziewięć. Uszy skierowane były na Legrave’a i uważnie łowiły rytm jego tętnic. Nastroszone, długie wąsy i wibrysy otaczały pyszczek jak pióra weneckiej maski. Łapy miękko stąpały po podłożu, jakby poruszał się w jakimś obcym wymiarze, tylko przypadkowo stykającym się z rzeczywistością. Elegancki łuk grzbietu musiałby być dziełem antycznego rzeźbiarza, gdyby zamiast falującego, ciemnego futra pokrywała je zimna skorupa marmuru. Ale w tym zwierzęciu nie było nic twardego ani zimnego – nawet oczy promieniowały dziwnym ciepłem, jak słońca nieznanych ludziom galaktyk. I byłby naprawdę, naprawdę piękny i poetycki, gdyby nie to, że był wielkości mastifa i budził w inkwizytorze dziki, pierwotny strach.
– Szkoda, że pani nie wspomniała, że hoduje pani kotołaka – powiedział Legrave, siląc się na spokój.
Safida westchnęła i podeszła do zwierzęcia, łagodnie zaganiając je z powrotem pod fotel.
– Kociu, naprawdę, mogłeś tam siedzieć. Przestraszyłeś pana inkwizytora.
Kocio spojrzał na właścicielkę z urażoną godnością i powoli poszedł we wskazanym kierunku. Zanurzył połowę ciała pod fotel, po czym wrócił do Safidy i wypluł coś pod jej stopy.
Kobieta zesztywniała.
– Kociu, pobawimy się później, zabierz to... – wyszeptała nerwowo, ale Legrave zebrał wszystkie pokłady heroicznej odwagi i podniósł wyplute przez kotołaka „coś”. Podbiegł do lampy i dokładnie obejrzał trzymaną w ręku kocią zdobycz: kawałek czerwonego, przetykanego wzorem pajęczej sieci kostiumu.
Nastała cisza. Legrave pokiwał głową. Safida spuściła wzrok i zaproponowała inkwizytorowi, by udali się na górę.
Gdy wyszli na korytarz, gospodyni zostawiła drzwi do piwnicy otwarte. Sette i Harvey spojrzeli na Legrave’a, następnie na przedmiot w jego dłoni. Sette odwrócił głowę, starając się ukryć emocje.
– To straszliwe nieporozumienie... – wyznała Safida, opierając się z westchnieniem o ścianę. – Panie inkwizytorze... To wszystko przez moją nieostrożność i przez posłuszeństwo tego kotołaka. Zaraz wszystko panom opowiem.
Legrave patrzył na nią potępiającym wzrokiem, ale słuchał dalej.
– Bo widzi pan, nikt nie lubi pająków. Ja ich wręcz nie znoszę! – zawołała Safida. – Pewnego razu siedziałam w salonie i czytałam, a tu nagle przez sam środek pokoju przebiegł taki wielki, włochaty...
– Fuj! – wstrząsnął się Harvey, ale Legrave posłał mu karcące spojrzenie.
– Kocio leżał obok mnie. Gdy zobaczył pająka, zeskoczył z kanapy i podbiegł do niego. Coś się ruszało, więc było to idealnym obiektem zainteresowania dla znudzonego jesienią kotołaka. Oczywiście poradził sobie z tym paskudztwem bez problemu. Byłam mu taka wdzięczna! Ileż się go nagłaskałam, jakie przysmaki dostał tego dnia! Mówiłam mu: „Kociu, jesteś najcudowniejszym stworzeniem na świecie, zabiłeś dla mnie pająka, uwielbiam cię!”. Wiedzą panowie, Kocio nie jest wcale przylepą, to taki typ faceta jak wy, udaje poważnego kocura. Ale wtedy widać było, jak bardzo się cieszy z mojej aprobaty.
Więc następnego dnia przyniósł mi w pysku tarantulę. Nie mam pojęcia, skąd to coś wziął, mam tylko nadzieję, że nie z mojej piwnicy. Pająk był równie duży, jak wstrętny. Naturalnie, nie byłam szczęśliwa, że przyniósł to obrzydliwe truchło do domu – ale, aby utwierdzić go w dobrych nawykach, chwaliłam go jeszcze serdeczniej.
Przez tydzień nic się nie działo. W sobotę odnalazłam pod schodami coś... Nie mam słów, żeby opisać to wstrętne, parszywe pajęczysko wielkości yorkshire terriera. Tego dnia Kocio otrzymał własną doniczkę z kocimiętką.
A wczoraj w nocy... No cóż, przywlókł kolejnego pająka. Był za duży, żeby go wnieść, podobnie jak poprzedni, więc też zostawił go pod schodami, przed domem. Gdy to zobaczyłam... No tak, to też był pająk. Ale panowie, przecież nigdy bym nie przewidziała, że to wszystko doprowadzi do morderstwa! Kocio był taki szczęśliwy, że udało mu się wyeliminować kolejnego insekta... Niech pan tak na mnie nie patrzy, dla Kocia to był właśnie insekt. Kto mu kazał malować pająka na klacie?!
Wiedziałam, że do tego dojdzie, że panowie tu przyjdą i będą chcieli znaleźć sprawcę. Zawlokłam więc ciało na drugi koniec ulicy, tam gdzie nad ranem je znaleziono. Ślady krwi? Przysypałam. Przysypywałam te cholerne ślady przez dwie godziny, dobrze, że nikt tego nie widział ani nie słyszał, sąsiedzi spali jak susły. Chciałam uchronić Kocia, bo przecież on nie wiedział, że robi źle! Ja też nie jestem zbrodniarzem tylko dlatego, że chciałam chronić swojego kotołaka, prawda?! – zakończyła ze łzami w oczach.
– To doprawdy trudna sprawa... – przyznał Legrave.
– Dobrze, że są w tym mieście jeszcze inni, którzy wymierzają sprawiedliwość – syknął z wściekłością i żalem Sette. – Pani kotołak zabija protagonistę, wie pani, jak to wygląda?! Jak to będzie wyglądało w gazecie?! Ludzie przeżyją prawdziwy szok!!!
– Tak, wiem, ale... – Safida chciała się wytłumaczyć, lecz w tym momencie na zewnątrz domu rozległo się miauczenie. Z piwnicy wyszedł Kocio, minął wstrząśniętych młodszych inkwizytorów i zaczął obwąchiwać drzwi frontowe.
Harvey chwilę obserwował kotołaka, odsunął się na bezpieczną odległość i, wyciągając daleko ramię, otworzył drzwi.
Za progiem stał drugi kotołak, nieco mniejszy i budzący nieco mniej grozy.
– Fruzia! – zawołała z przerażeniem Safida, gdy drugie zwierzę otarło się policzkiem o Kocia, spojrzało z ukosa na Harveya i podbiegło do niej, po czym wypuściło pod jej nogi kawałek czarnej szaty. – Och nie... Och nie...
– … O co chodzi? – zapytał Legrave.
– Nie... nie... – kobieta złapała się za głowę, uzmysławiając sobie beznadziejność sytuacji. – Ja...
– Co się stało?! – zawołał kapitan inkwizycji. – Co to jest?! Niech pani wykrztusi to z siebie!!!
– Tydzień temu pochwaliłam Fruzię, gdy wygoniła z piwnicy... nietoperza...
Gdy wypowiedziała ostatnie słowo, z ust Sette’a wyrwał się pełen zgrozy jęk. Harvey wytrzeszczył oczy i osunął się na próg, ponosząc klęskę w opanowaniu drżenia nóg.
– Pani Safido... – zaczął drżącym tonem Legrave. – Pierwszy raz nie wiem, co powiedzieć...
– W naszym mieście nie ma już bohaterów... – wyszeptał Sette. – Nie ma. Pani kotołaki unicestwiły jedyną siłę, która mogła wyrwać ten podły padół ze szponów mroku. Co teraz?! Co z nami będzie?! Musimy pogrążyć się w otchłani chaosu... Biada, biada... To miasto zginie...
Fruzia obwąchała pozostałości po konfiturach, po czym usiadła obok nich i zaczęła lizać przednią łapę. Kocio nonszalanckim krokiem podszedł do niej, usiadł naprzeciwko i począł metodycznie wylizywać jej futerko.
Po chwili korytarz wypełnił się spokojnym i radosnym mruczeniem.








*Autorskie tłumaczenie „tumbleweed”, które niestety nie ma polskiego odpowiednika – chodzi o krzaczki, które przetaczają się po pustych ulicach  w westernach

środa, 31 grudnia 2014

Noworoczne postanowienia, czyli gorący tubylec z Jamajki

Podobno niespełnione postanowienia noworoczne są źródłem sporych frustracji. Niedotrzymanie złożonych sobie obietnic obniża poczucie własnej wartości jeszcze bardziej, niż gdybyśmy po prostu trwali w szkodliwych (czasem tylko naszym zdaniem) błędach i nawykach. Mimo to co roku wiele osób o tej porze planuje wielkie zmiany – i wierzy, że tym razem się uda. To dobrze, bo bez tej wiary tkwilibyśmy w miejscu bez żadnej nadziei, a przecież dum spiro, spero (dopóki żyję, mam nadzieję) – ale i odwrotnie. Nadzieja trzyma nas przy życiu.
Zdaniem pani psycholog, której słuchałam dzisiaj w porannym programie telewizyjnym, zasadniczym błędem naszych postanowień noworocznych jest ich zbytnia ogólność. Przykładowo: zakładam, że w nowym roku schudnę. Jestem zadowolona, bo podjęłam ważną decyzję. Tylko potem mijają kolejne miesiące, a ja… wciąż jestem taka sama (albo, odpukać, większa). Wreszcie jest kolejny sylwester, ja przypominam sobie swoje postanowienie (przy układaniu kolejnych) i jest mi podwójnie przykro. Zastanawiam się, dlaczego się nie udało.
Ano dlatego, że samo postanowienie: schudnę, nauczę się gotować, zmienię mieszkanie – to za mało. Ważne jest, by wiedzieć, jak się do tego zabrać. Zrobić plan realizacji postanowienia. Grafik. Przykładowo – w styczniu rozkoszuję się myślą, że schudnę. Zastanawiam się, jaki program ćwiczeń byłby dla mnie odpowiedni. Czy wytrwam w dyscyplinie domowych treningów, czy jednak potrzebuję „bata”. Przykładowo pierwsze odpada, więc intensywnie szukam dobrego klubu fitness, kompletuję odpowiedni na zajęcia strój i zapisuję się od lutego na zajęcia. Ewentualnie konfrontuję ten zamiar z innymi obowiązkami i koniecznościami (np. wyjazd służbowy, planowy zabieg), który może wybić mnie z rytmu i grafiku. Załóżmy więc, że realny termin rozpoczęcia zajęć to marzec. I tego się trzymam. Zapisuję się. I ćwiczę.
Ważne jest też, by realnie ocenić swoje możliwości przy podejmowaniu noworocznych postanowień. Jeśli chcę schudnąć, ale wiem, że mam słabą kondycję, to zapisanie się na fitness – nawet w marcu, nawet postępując według powyższych wytycznych – sześć razy w tygodniu po dwie godziny spowoduje, że padnę najdalej po tygodniu. Poza zmarnowaną kasą będę miała wyrzuty sumienia, że nie dałam rady. Tymczasem na początek ważne jest, by zacząć. Ćwiczyć nawet raz w tygodniu, nawet bez osiągania spektakularnych efektów. Na pewno jednak korzyści będą. Schudnę najwyżej kilogram w miesiącu, ale pójdę krok do przodu w realizacji mojego planu. Co z pewnością stanie się dobrą motywacją, by iść dalej. Zarazem kondycja będzie przynajmniej ciut lepsza, a więc wyda się to łatwiejsze. J
Ciekawie jest przyjrzeć się swoim postanowieniom i zastanowić, na ile wypływają z poczucia, że wszyscy coś postanawiają, to i ja muszę, a na ile jest to prawdziwa chęć zmiany. W tym pierwszym przypadku powyższe rady nie mają racji bytu, bo zawsze znajdziemy milion wymówek, by tego czegoś nie robić. A jeśli któryś rok z rzędu postanawiamy to samo, a jednak nam nie wychodzi, to też warto się zastanowić, na ile postanowienie jest szczere, a na ile wynika z zewnętrznej presji bądź chęci dorównania otoczeniu. A może podrążyć w nim głębiej? Może okaże się, że to nie nasza wina, bo nie zależy to tylko od nas? Jeśli postanowię, że od nowego roku nie będę kłócić się z mężem/partnerem, a wciąż to robię – to może nie dlatego, że jestem zołza, tylko coś jest między nami nie tak? I może po prostu, nawet bez czekania do następnego roku, przyjrzeć się tym relacjom i  nad nimi, nie tylko sobą, popracować? A jeśli boimy się coś zmienić – jak to było z Zosią – to praca nad tym strachem powinna poprzedzać wszystkie inne decyzje.

Powtórzę na koniec to, co moim zdaniem jest niezbędne do skutecznej realizacji noworocznych postanowień:
Kiedy już jesteśmy pewni, że chcemy coś postanowić, pierwszym etapem jest określenie własnych potrzeb. Potem powinno nastąpić ich większe uszczegółowienie. Następnie zastanawiamy się, na ile nasze postanowienia są realne (zamiast: „W tym roku na pewno wyjadę na Jamajkę i poznam tam gorącego tubylca, z którym założę rodzinę” , planuję: „Odłożę co miesiąc na subkonto trochę pieniędzy [ustaloną, realną kwotę], które przeznaczę na tydzień spa, lub  będę odkładać je przez kilka lat, by wtedy móc wybrać się na Jamajkę. Jeśli wystarczy mi pieniędzy na dobre kosmetyki i będę systematycznie pielęgnować własną urodę, to może poznam tam tubylca… albo już nie będę miała takiej potrzeby”). Wreszcie tworzymy skuteczny (zgodny z naszymi przyzwyczajeniami i możliwościami) plan realizacji postanowienia.

Najważniejsza (i najfajniejsza) w noworocznych postanowieniach jest jednak ich dobrowolność. J I warto też pamiętać, że nie musimy czekać do kolejnego sylwestra, jeśli w tym roku o czymś zapomnimy. J


Na koniec życzę wszystkim w nowym roku dużo szczęścia, dziękując jednocześnie za ten rok tym, którzy byli tu ze mną na blogu. Mam nadzieję, że 2015 przyniesie nam tylko dobre i potrzebne zmiany. Do  życzeń dołączają oczywiście koty, w imieniu których wypowiada się Kocio:

... i postanawiam nigdy więcej nie dać się tak urządzić!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Światełko

Alinka zapatrzyła się na kolorowe lampki. Wiele balkonów było ładnie oświetlonych od świąt, w niektórych oknach migała choinka. Po ulicach chodziło dużo mniej ludzi niż zazwyczaj. Raczej ci, którzy musieli gdzieś się przemieścić, zrobić szybkie zakupy po pracy czy wyjść z psem. Chociaż jednak było już po świętach, wciąż czuło się w powietrzu, że to jeszcze nie koniec uroczystości. Zbliżał się przecież sylwester, zaczynały już latać petardy, z których cieszyły się małolaty, a ogromnie stresowały zwierzaki. Mimo wielu akcji, choćby: „Nie strzelam w sylwestra”, amatorów tej rozrywki było bardzo wielu. A i sama Alinka lubiła przecież popatrzeć na ładne światełka na niebie… chociaż sama bała się wziąć do ręki nawet zimnych ogni. ;)
Niedawno spadł śnieg i świat na moment zrobił się trochę piękniejszy. Ośnieżone i oblodzone gałązki drzew przypominały bajkowe krainy, a i ciemne grudniowe dni jakby trochę pojaśniały. Alinka zastanowiła się, czy to właśnie ta zimowa aura nie dodaje magii bożonarodzeniowym świętom. Chyba łatwiej poddać się ich atmosferze, gdy wokół jest czysto i jasno, chociaż mroźno – a nie szaroburo, jakby zima nie zdążyła posprzątać przed świętami. Nawet niewiele śniegu inaczej współgra z świątecznymi lampkami, myślała dalej Alinka. Poza tym odbijający światło gwiazd śnieg trochę rozprasza ciemności, tak bardzo dołujące wiele osób. Zdarzyło jej się kiedyś napisać tekst na temat zwalczania depresji. Sama wzięła sobie do serca własne zalecenia, a jednym z nich było właśnie dostarczanie sobie światła. Machnęła ręką na rachunki (no, w granicach rozsądku, ale jednak) i zmieniła żarówki w pokoju na trochę mocniejsze, po czym pilnowała, by nie siedzieć w ciemnym pokoju, jedynie przy małej lampce. To dobre, gdy siedzi się z kimś, myślała, dalej idąc przed siebie. Jednak pojedynczy człowiek może poczuć się w takiej atmosferze gorzej, a nawet zupełnie źle.

Teraz jednak, chociaż wyszła z pustego mieszkania w ciemną noc – była wszak siedemnasta – uśmiechała się do siebie i cieszyła otoczeniem. Z daleka mignął jej sąsiad, o którym opowiadała Zosia. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i szybko poszła dalej. Zaczynała już dostrzegać po przeciwnej stronie ulicy zarys ciemnej postaci. Postać zbliżyła się szybko i złapała Alinę za ręce, a wtedy wokół zrobiło się jasno i ciepło, niczym w środku wiosennego dnia…

piątek, 19 grudnia 2014

Kocie porządki

Kotki sprzątają przed świętami.

A w zasadzie pilnują, bym ja dobrze wywiązała się z obowiązków. Ale ponieważ pilnowanie bywa nuuudne… i czaaas tak się dłuuuży… to i oko się zamknie. Nie Kociowe oczywiście. On jest jak cerber. :P

Mam do posprzątania kuchnię, łazienkę i dwa pokoje, z czego jeden pełni funkcję salonu i nie wymaga wielu zabiegów. Niemniej raz na jakiś czas odsuwam meble – kiedyś, by umyć podłogę, dzisiaj – by umyć podłogę i znaleźć zaginione kocie skarby. Najnowsze plony to orzechy włoskie i kasztany (tak świetnie się turlają, więc kotki dostają do zabawy) oraz plastikowe nakrętki, na punkcie których Kocio szaleje. W związku z tym od przedwczoraj już zdążyły się ponownie poukrywać… :D

Drugi pokój, choć metrażowo mniejszy, jest większym wyzwaniem, bo to pokój wspólny – mój i kotków. Odsuwanie mebli może przynieść dużo większe efekty. (Już robię w głowie inwentaryzację zaginionych zabawek… Byłabym zadowolona, gdyby np. znalazła się biała plastikowa kulka, docelowo przeznaczona do zabawkowego toru. Idea polegała na tym, że kot turla, ale nie wydłubuje, bo kula jest ściśle wpasowana. Kocio jednak nie przeczytał instrukcji i którejś nocy udało mu się ją wyjąć i skutecznie zgubić. Szukam jej od pół roku, ale wciąż nie tracę nadziei… :D). Jednak poza tym, co konieczne, nie zamierzam się męczyć. Po prostu nie ma się co łudzić, że kotki przestaną gubić futro i drapać dywan. Ale może wygospodaruję jakiś kącik na choinkę – i zastanowię się, czy to na pewno mądra decyzja. ;) Poza tym obie z Fruzią czekamy na nowe firanki. Nie zawieszę ich jednak wcześniej niż na początku przyszłego tygodnia – wtedy upiorę też pozostałe i zawieszę w oknach. Uwielbiam zapach upranych firanek… J

Co do łazienki, to ponieważ stoją tam kuwety, nie mam co marzyć o dywanikach przed wanną i błyszczącej wannie. Pilnuję tylko, by nie chodzić po żwirowisku i płukać wannę przed używaniem i po niej, i nie dziwić się śladom małych łapek, obecnym prawie wszędzie… :D

Dzisiaj za to, ponieważ miałam znienacka wolne, poszłam sprzątać kuchnię. Wiadomo, że to nie ostatni raz w tym roku, ale jednak okapu codziennie szorować nie zamierzam, a dzisiaj był na to dobry dzień. Kotki nie zostawiły mnie samej z tym ciężkim obowiązkiem. Mimo że otworzyłam na czas porządków balkon (przy plus czternastu stopniach na zewnątrz można było zaszaleć), to i tak siedziały wciąż ze mną. Plątały się pod nogami, łapały upuszczane papierowe ręczniki (a nienasycona Fruzia próbowała je również zjadać) i generalnie przeszkadzały asystowały. Dzięki nim wiedziałam, że na pewno wszystko zostanie doprowadzone do dawno niewidzianej świetności. :D Naturalnie nie dały się wyprosić z pomieszczenia, a zamykanie drzwi lub na balkonie skutkowało miaukaniem, skakaniem na drzwi i świeżo wymyte szyby… Poza tym, wychodząc z balkonu, nie wycierały łap! Ale w końcu, ignorowane, zacichły i chyba sobie poszły. Wolałam nie odwracać się i nie sprawdzać, by nie usłyszały podejrzanych ruchów i nie przybiegły sprawdzić. :D Wreszcie jednak po coś się odwróciłam i zobaczyłam taki rozczulający widok:

Kocio uczy się pozować (nasłuchał się, że do zdjęcia trzeba ładnie i szeroko otwierać oczy)...

... a Fruzia paczy, czy szafka nie skrywa czegoś jadalnego.  I pilnuje drugiego krzesła, żeby nie uciekło.

I chociaż miałam mokre ręce i po uszy siedziałam w robocie, to pobiegłam na palcach po telefon, by uwiecznić te moje pociechy. Kotki po prostu czuwały i były duchem ze mną. Jednak kuchnia okazała się dla nich większym wyzwaniem niż wcześniejszy pokój skarbów i nie podołały. Zmęczenie wzięło górę i gdy tylko umyłam podłogę, ciężkim krokiem wyszły z kuchni i udały się na pokoje, by tam zasłużenie odpocząć.


Ale przynajmniej kuchnia na błysk! Przynajmniej dopóki nie wstaną. J

wtorek, 16 grudnia 2014

Mikołajowe zamieszanie





Kupiliście już wszystkie prezenty? Bo ja tak. J
W tym roku zajęłam się tym wyjątkowo wcześnie z jednego powodu. Mianowicie, mniej więcej od paru miesięcy (od lipca? sierpnia?) mam powtarzający się sen. Śni mi się, że jest wieczór 23 grudnia, albo już nawet poranek 24, zaraz Wigilia – a ja nagle sobie uświadamiam, że nic dla nikogo nie kupiłam! Lecę więc w panice do sklepów, ale wtedy okazuje się, że większość działających to spożywczaki, natomiast pozostałe już zamykają. A ja w tym wszystkim nie wiem, co kupić. Łapię jakieś kosmetyki, ale przecież to dla dziewczyn, a szwagrom co? A tu już zaraz zamykają! I w tym momencie z reguły się budziłam... Potem patrzyłam w okno, za którym jeszcze było lato, i pukałam się w czoło na myśl o tym, co mi się śniło. Ale sen powracał. Stopniowo ewoluował i doszłam do etapu, w którym nie miałam prezentu tylko dla jednej siostry – tej, z którą kontakt mam trudniejszy, a więc i zakup prezentu rysował się jako kłopotliwszy.
Bo pewnie większość z nas staje w obliczu takiego dylematu: co kupić? Jak przeniknąć potrzeby tej drugiej osoby? Czy pójść na łatwiznę (jak uważają niektórzy) i ograniczyć się do kosmetyków, skarpetek, piżam? Czy wysilać się na coś snobistycznego, drogiego? Na przykład wykupić komuś „przeżycie” – skok na bungee? Albo kupon podarunkowy? I jak się dowiedzieć, o czym ktoś może marzyć? Robić podchody i w ten sposób zdobywać informację o tajnych pragnieniach naszych bliskich – czy nie robić ceregieli i  zapytać wprost? Swego czasu miałam z tym kłopot. Oczywiście mam na myśli najbliższą rodzinę, czyli osoby, które powinniśmy znać najlepiej. Nie zawsze tak jednak jest. Często więc dajemy takim osobom prezenty, o których my sądzimy, że im się przydadzą. Czasem inspirujemy się naszymi pasjami – no bo skoro ja uważam coś za fajne, to się tym podzielę. (Na tej zasadzie, ale nie pod choinkę, dostałam kiedyś od mamy słupek pod paprotkę. Mama chciała nauczyć mnie miłości do kwiatów doniczkowych, a przy okazji zainstalować w moim pokoju paproć, która w żadnym innym miejscu mieszkania nie chciała rosnąć. Nic do paprotki nie miałam, ale na szczęście wspomnienie o niej zginęło już dawno, a słupek nieraz wystawiam kotom na balkon).
Swego czasu próbowałam kultywować tradycję, żywą w naszej rodzinie, kiedy byłyśmy z siostrami małe. Chodzi mi o pisanie listów do św. Mikołaja. J Uważam do dzisiaj, że to coś szalenie fajnego, a zarazem praktycznego. Niestety, ostatnimi laty nie udaje mi się przebić z tym postulatem. Starałam się więc ze wszystkich sił za każdym razem prezentować bliskim coś, czego na co dzień by sobie nie kupili. Książkę, album, jakąś biżuterię, książki… :D No właśnie, widać, że szukałam pomysłu w rzeczach, na których się znałam. To nic złego. Gorzej, że wiele razy ja też marzyłam o tym, by otrzymać pod choinkę książkę – zamiast tego cieszyłam się kolejną piżamką i dezodorantem… ;)
Dzisiaj rano w „Pytaniu na śniadanie” na TVP2 była właśnie mowa o tym, jak kupić prezent. Zwróciłam uwagę na motyw prezentów praktycznych.  Moim zdaniem to nic złego, zwłaszcza w rodzinie. A że to pomysł może bez większego polotu? Przyznam szczerze: otrzymałam raz pod choinkę coś, co zaspokoiło wszelkie moje oczekiwania dotyczące fantazyjności upominków:


Okazało się, że jest to... sekretny dziennik!


Dodam, że miałam wtedy dwadzieścia parę lat. I do dzisiaj nie wiem, co darczyńca myślał, kiedy mi to kupował. :D
No i właśnie: co zrobić, kiedy dostaniemy coś, z czym nie wiadomo, co zrobić? Przyznam, że ja nie umiałam za bardzo ukryć zaskoczenia i niedowierzania… ale to był szczególny przypadek. :D W innych, mniej drastycznych przypadkach – trochę nie rozumiem problemu. Po prostu się dziękuje i odkłada… Jeśli to durnostojka, i w dodatku brzydka, stawia się ją na trasie przelotowej kotów. :P Jeśli ubranie – nosi jako strój domowy. Albo oddaje do Caritasu. Można ewentualnie puścić dalej w obieg, ale jednak lepiej dyskretnie lub wcale nie, by nie urazić osoby, która nas tym obdarzyła. A może okaże się, że ta rzecz okaże się przydatna? A jeśli skok na bungee naprawdę nas przerasta, można zaproponować komuś znajomemu, kogo to interesuje, ten karnet odpłatnie, a za otrzymane pieniądze kupić sobie właściwy prezent. J
Jeśli natomiast dostaniemy piąty z rzędu kalendarz (nawiasem mówiąc, moim zdaniem to fajny pomysł), zawsze możemy wybrać ten, który nam podoba się najbardziej, a resztę puścić w obieg. Ja czasem wieszam na ścianie dwa – mogę mówić, że każdy dzień liczy się podwójnie. J W tym roku dostałam już jeden, bardzo stylowy:



Dużo zamieszania z tymi prezentami. J Ale tak naprawdę lubię je kupować– i oczywiście dostawać. Poza tym, przecież tak naprawdę powinno chodzić o to, by prezentem wyrazić drugiej osobie, że jest nam bliska. I sprawić jej odrobinę frajdy. (A nie, by smętnym wzrokiem oglądać swoje konto bankowe... :P).
I bardzo lubię ten moment oczekiwania na Mikołaja. Różnie jest w różnych domach – niektórzy kładą prezenty pod choinkę ukradkiem, inni po prostu wręczają je sobie nawzajem. W mojej rodzinie staramy się jednak trzymać tego pierwszego wzoru. Cała zabawa polega na tym, by Mikołaja wpuścić do domu. Gdy byłam mała, któreś z rodziców zatem szło otworzyć balkon lub okno (zależy, co było w pokoju z choinką) – „żeby wywietrzyć mieszkanie”. W grudniu :D. Dzieci szły do cieplejszego pomieszczenia, a potem, gdy wracały do „wywietrzonego” pokoju, Mikołaja już nie było, ale pod choinką już czekało coś od niego.
Do dzisiaj się w to bawimy, choć oczywiście chyba już nie ma osoby, która by nie wiedziała, o co chodzi. (Ba, prawie wszyscy biorą udział w „wietrzeniu” :D). Ale bez tej świątecznej zabawy nie byłoby tego uroku choinki… przynajmniej dla mnie. J

A jak jest u was? Podzielicie się swoimi zwyczajami Mikołajowo-choinkowymi? I zapraszam po świętach do chwalenia się, co kto otrzymał. J

 
Wystawiłam Mikołaja na okno... żeby czuł się oczekiwany. J



PS A sen się skończył… razem z ostatnim nabytym pakunkiem. J

niedziela, 14 grudnia 2014

Kocio pierwotny

Jest taka opowieść Kiplinga o kocie, który chadzał własnymi drogami. Świat dopiero się kształtuje, ludzie organizują sobie życie domowe i oswajają dzikie zwierzęta, które zmieniają w posłusznych pomocników. Nie udaje się to jedynie z kotem.
I Kocio chyba poczuł w sobie ten zew dzikiej natury, zagrała krew dzikiego praprzodka… Kocio, któremu dałam takie pieszczotliwe imię w nadziei, że wpłynie to na jego charakter i uczyni go nakolankowcem i domowym mruczkiem, jakiego ze świecą szukać. Niestety, on woli chadzać własnymi drogami. Owszem, zgadza się na wspólne mieszkanie, ale niekiedy wręcz widzę, że w niektórych miejscach czy pomieszczeniach nie jestem mile widziana, bo wkroczyłam na jego terytorium. Nie, nie warczy ani nie drapie, ale ostentacyjnie przenosi się w inny kąt, by stamtąd obserwować, jak długo jeszcze będę się tam kręcić. Tak jest na przykład z balkonem. To jest zdecydowanie teren, na którym jestem gościem. Wolno mi coś tam zostawić – np. garnek z zupą, żeby ostygł, mogę pozamiatać, zanieść mu tam jedzenie… Najlepiej jednak, żebym robiła to sprawnie, bez zbytniego ociągania, i szybko wracała na wspólną, ogólnie dostępną powierzchnię. A jakie kiedyś było oburzenie, gdy uznałam, że jest już za zimno i zlikwidowałam stojący na balkonie w cieplejszych porach roku stoliczek! Gdy następnego dnia wyszłam tam na chwilę, żeby coś odstawić, Kocio wbiegł za mną, stanął w miejscu postoliczkowym, po czym wbił we mnie spojrzenie pełne wyrzutu, ale i niesmaku, że się tak rządzę na kocim terenie. Przemyślałam sprawę i uznałam, że co mi szkodzi wystawić stoliczek z powrotem… J Zresztą, odkąd przybyła Fruzia, kocie dominium znacznie się powiększyło. I, jak wiadomo z Fruzinej opowieści, całe – nie tylko kocie – terytorium zaczęło się zmieniać i dostosowywać do kocich potrzeb. Cóż, dobrze, że wiedzą, czego chcą…
Ale o ile Fruzia czeka na nowe firanki i sumiennie korzysta z wywalczonych dwóch kuwet, to Kociowi widać czegoś było mało. A może uznał, że został zdominowany przez baby i musi znowu zaistnieć? Albo powód był jeszcze inny? W każdym razie znienacka zrewolucjonizował menu oraz sposób wydawania posiłków. To znaczy – postanowił skończyć z jedzeniem w miseczce. To był przełom w naszym życiu.:P
Zaczęło się niewinnie. Któregoś dnia Kocio po prostu nie zjadł swojej porcji mokrego z miseczki. Jak wiadomo, u mnie niezjedzone jedzenie się nie marnuje (Fruzia czuwa), poza tym, jak raz nie zje, nic mu nie będzie. Jednak nie widziałam go zbyt często również przy wystawionej misce z chrupami, a ponieważ dotychczas była ona na bieżąco uzupełniana (pasłam moje krówki), zaczęłam tracić kontrolę nad tym, ile który kot zjadł – a dokładnie, czy Kocio w ogóle się dopchał do „paśnika”. Następny posiłek postarałam się więc wydać kotom osobno, co kompletnie mi nie wyszło. A Kocio na widok stawianej dla niego miseczki odwrócił się i majestatycznie odszedł. Był jednak głodny i w nocy słyszałam tylko chrupanie… rosnącego w doniczce owsa. (Nie dosypałam bowiem na noc suchego do miski).
Kolejnego dnia obudziłam się z jedną myślą w głowie: on musi już dzisiaj zjeść! Rano, podczas śniadania, złapałam kota za futro, a drugą ręką podawałam mu karmę. Czasem to działało – powąchał i nabrał smaku. Tym  razem jednak też się nie udało. Kocio wierzgał i widać było, że zaparł się ambicjonalnie. Nie i nie. Fruzia tymczasem, oblizując się, szła już w moim kierunku. Zniechęcona, wrzuciłam karmę z dłoni do miseczki. Nie trafiłam i spadło na podłogę. A Kocio… rzucił się i pożarł. Podobnie jak resztę, którą szybko wyrzuciłam. Podłodze nic nie będzie, a on chociaż zje. W taki sposób Kocio dostał również kolację. Udało mi się przy tym podać jedzenie tak, by Fruzia nie zdążyła skubnąć z drugiej strony.
Rano jednak Kocio uznał, że dziki, pierwotny kocur nie będzie jadł – nawet z podłogi. Tym razem jednak miałam już przemyślany temat. Szybko zgarnęłam wyłożone dla Kocia mięsko z puszki, a w zamian podałam kawałek piersi z kurczaka. I to był strzał w dziesiątkę. Mój dzikus pożarł wszystko, co dostał, warcząc z głębi gardzieli na Fruzię, gdy ta – tradycyjnie – śmiało poszła się poczęstować. Trwało to dwa dni. Stopniowo wróciliśmy do podawania jedzenia na talerzyku, a tuńczyk z puszki wrócił do łask. Niemniej w zamrażalniku jest już spory, awaryjny zapas surowizny: kurczaka, wołowinki, rybki. Szkoda, że już za późno, by poprosić świętego Mikołaja o dodatkowy zamrażalnik… :D Nie wiem, co będzie dalej, muszę spróbować innych puszek (niestety, najpierw musi coś wpłynąć na konto). Obecny zapas po prostu zje Fruzia. :D A dalej, może po Nowym Roku, znajdę w Warszawie kogoś, kto zna się na kocim barfie i nawiążemy współpracę. Gdyż dzikie, pierwotne koty muszą jeść mięso.
…Chyba że na stole w kuchni leżą akurat naleśniki, których Kocio jest wielkim smakoszem. Albo gdy cokolwiek jadalnego znajduje się blisko Fruzi, która – jak wiadomo – ma żołądek bez dna. A nawet jeszcze głębszy. ;)