poniedziałek, 10 marca 2014

Gąska-stop

Przyjaciółka Gąski wychodziła za mąż i poprosiła ją na świadkową. Ach, jak bardzo Gąska się ucieszyła! Poza dzieleniem radości przyjaciółki głowę od razu zaprzątnął jej typowo kobiecy problem: w co się ubrać? Bo przecież i taka ważna rola, i na świadku trzeba zrobić wrażenie… Kwestia nie była prosta, bo Gąska była wysoka i szczupła, i trudno było jej znaleźć coś w odpowiednim rozmiarze – zarówno w długości, tęgości, i jeszcze żeby było „nieciotkowate”. Tak więc ustaliła z rodzicami, że pojedzie do cioci – krawcowej. Taka okazja przecież, więc uruchomiono wszelkie środki, by mogła zabłysnąć.
Ciocia krawcowa mieszkała pod Warszawą. Nieduża odległość, raptem dwadzieścia kilometrów, ale komunikacja słaba i mało przyjazna. Cóż to jednak dla Gąski! Po pierwsze, która kobieta nie poniesie nawet największych wyrzeczeń, jeśli idzie o strój! ;) Po drugie, co to za wyrzeczenia, jazda PKS-em. No, może w lato… A pora była akurat wakacyjna. Gąska więc wybrała ulubioną opcję: jazdę stopem. Nauczyła ją tego starsza siostra, chyba nie wiedząc, ile frajdy jej tym sprawiła. Gąska oczywiście słyszała, że to nieco ryzykowne, ale czymże byłoby życie bez szczypty adrenaliny! No dobrze, może wtedy tak nie myślała. Po prostu było szybciej i taniej. A poza tym poznawało się różnych ludzi. Gdzieś w głębi naiwnego serduszka tliła się też nadzieja (której oczywiście, zapytana wprost, by się wyparła!), że może spotka i kogoś wyjątkowego… Owszem, spotkała. Na szczęście skończyło się dobrze. ;)
Było tak: lipcowy wczesny wieczór, wracała z kolejnej przymiarki, nieco już zmęczona, spocona, i taka ogólnie – mało świeża po całym dniu. Była jednak bardzo podekscytowana, bo termin ślubu się zbliżał, sukni niewiele brakowało do doskonałości, a wokół pachniało lato. Czuła energię w sobie, więc nic dziwnego, że czekanie na autobus po prostu przerosło jej cierpliwość. Stanęła więc przy szosie i już po chwili zatrzymał się samochód. Kierowcą był starszy mężczyzna, taki w średnim wieku – tak oceniła z perspektyw swojej świeżo ukończonej dwudziestki. Tak naprawdę miał ok. trzydziestu lat. Spodobał się jej. Niewiele myśląc, skoncentrowała się więc w sobie i – mimo świadomości, że wygląda „całodziennie” – po dwudziestu minutach trajlowania osiągnęła cel: zaproponował jej spotkanie.
Tego samego wieczoru, tyle że dwie godziny później, byli już na dyskotece w jednym z warszawskich klubów. Sama nie wiedziała za bardzo, jak to się stało. Początkowa pewność, ba! nawet tupet, ulatniały się z każdą minutą. Nie wiedziała, czy on to zauważył. Może i tak, ale widać mu to nie przeszkadzało, bo zaproponował kolejne spotkanie.
Parę dni później Gąska, po jednej z ostatnich przymiarek, zamiast do swojego domu, pojechała do niego. Ot, zaprosił ją na wieczór przy grillu, a przecież nie będzie po nocy wracać, więc niech zostanie u niego. Dobrze, zostanie. Naturalnie, była to poza, bo naprawdę się obawiała. Rozumiała przecież, że w zwrocie „zjedzmy coś razem” nie posiłek stanowi sedno wieczoru. Nie bardzo chciała, nie spieszyło się jej, wolała takie romantyczne spacery przy świetle księżyca, zachodzącym słońcu... a nie grill i już. Nie chciała też jednak, by ta znajomość już teraz się urwała, a zarazem bała się, że decyzja o zostaniu właśnie koniec tej znajomości przyspieszy. Nie wiedziała, co zrobić, nie miała kogo się poradzić, nie umiała nawet nazwać swojego strachu. Popłynęła więc na fali losu. Niech się dzieje wola czyjakolwiek.
I siedzieli wieczorem przy tym grillu, unikając swoich spojrzeń, przez większość czasu wpatrzeni w swoje telefony komórkowe. Czemu on się nie odzywał, ona nie wie. Sama natomiast milczała, bo jedyne, co była w stanie powiedzieć, to że się boi. A gdzieś tam pod skórą czuła, że akurat to go nie zainteresuje. Może nie miała racji? Dzisiaj już nikt jej tego nie powie....
Kiedy komary rozochociły się tak, że nie dało się wysiedzieć, trzeba było zakończyć grilla i pójść spać. Bała się tego momentu przeraźliwie. Miliony emocji targały biedne Gąskowe ciało, serce i umysł. Nie widać było tego na kamiennej twarzy, ale chyba jednak coś odbiło się w postawie i gestach. W każdym razie noc minęła spokojnie i ranek powitał Gąskę w niezmienionym stanie. ;) To ją uspokoiło na tyle, że nawet nie podniosła się, kiedy on powiedział, że muszą już wychodzić, bo on jedzie do pracy. To jedź, powiedziała, zamknę, jak będę wychodzić, a wieczorem się spotkamy, to oddam ci klucze. Ale jak ty stąd wrócisz, zatroskał się (o Gąskę czy mieszkanie?), tu nie ma blisko autobusu. Okazją, odpowiedziała…
Spotkali się jeszcze kilka razy, już tylko w miejscach publicznych. Gąska zresztą nie miała do niego głowy, bo ślub przyjaciółki całkiem zdominował jej myśli. Ledwo więc zarejestrowała fakt, że pisał coraz rzadziej i coraz bardziej ogólnikowo. Któregoś dnia jednak dostrzegła to, zastanowiła się nad tym, i postanowiła zrobić porządek. Albo mam wielbiciela, albo nie, trzeba to rozstrzygnąć, pomyślała Gąska. I pozbyć się głupich złudzeń. Bo Gąska wtedy taka była. Wrażliwa, ale konkretna. Szła do przodu i trzymała swoje życie w garści, choć czasem bolało, a czasem bywało trudno. Napisała więc z pytaniem, czy jeszcze się zobaczą i w jakim charakterze on by widział ich znajomość, z której najwyraźniej próbuje się wymigać. Masz rację, odpisał, nie widzę przyszłości dla naszej relacji, bo jak wiesz, ja jestem po przejściach, a ty szukasz kogoś, z kim zwiążesz się uczuciowo, ja ci tego nie dam. Mnie natomiast interesują tylko związki sportowe. Przeczytała, zastanowiła się krótko: on coś trenuje? Parsknęła śmiechem sama z siebie, ale mimo to odpisała: Czyli jakie? Odpowiedź przyszła błyskawicznie, jakby wysłał szablon: Takie, które polegają na nieangażowaniu się emocjonalnym, a bazą jest seks i ogólna luźna konwersacja.


Doceniła szczerość i dała sobie spokój. A tekst sms-a podrzucała nieraz kolegom, którzy chcieli kulturalnie wyślizgać się z niewygodnej lub przypadkowej znajomości. Okazjami jeździła jeszcze długi czas, takiego jak on, dla którego warto by było się odważyć i wyjść z inicjatywą, już nie spotkała. Nic dwa razy się nie zdarza... Jakoś nigdy nic złego się jej nie przydarzyło. Może rozbrajała swoją naiwnością i właśnie taką gąskowatością. A potem Miś kazał jej zrobić prawo jazdy i już nie musiała łapać stopa...

2 komentarze:

  1. Więcej szczęścia niż w pasie ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pewna czy znam ten frazeologizm... ale domyślam się intencji. Racja. A kiedyś taki pan zaprosił mnie na lody. I jechał w ogóle wolniej, bo tak fajnie mu się mnie słuchało... :D

      Usuń